Translate

sobota, 28 listopada 2015

Rozdział XXXIV



-O ja cię kręcę! My tym będziemy podróżować!?- zawołałam.
-Tak. – oznajmiła rozbawiona królowa pakując mój bagaż do trzy- piętrowego autobusu.
-Czy wycieczka takim wielkim autokarem jest dozwolona?- spytałam.
-Pewnie.- uśmiechnęła się.
-Czemu jedno piętro w ogóle nie ma okien?
-Tam jest zbrojownia i samochody.- zabrzmiało to jakby zbrojownia na kółkach była czymś normalnym.
-Dobra…- westchnęłam.
-Choć, pokażę ci resztę.- złapała moją dłoń i wciągnęła mnie do pojazdu. Szybko wbiegłyśmy po schodkach. Minęłyśmy Naito, który grzebał przy kierownicy. Wnętrze było oszałamiające. Siedzenia zostały usunięte, za to wniesiono dwa stoły, przy nich po trzy krzesła, za nimi rozciągały się dwa blaty. Stąd prowadziło bezpośrednie przejście na górę, ale naprzeciwko  mnie widniały jeszcze inne drzwi. Dokładnie  je popchnęła  Eliza. Łazienka. I to nie byle jaka. Zaraz przy wejściu, po mojej prawej i lewej, znajdowały się oddzielne ubikacje z rysunkiem dziewczynki i chłopczyka. Tym razem prowadziły do prysznicy oddzielonych od siebie ściankami działkowymi. To bardzo ważne. Kiedyś byłam w kurorcie znajdującym sie w innym państwie i tam również były dwa prysznice, ale w jednym pomieszczeniu. Chciałam wtedy zapytać w recepcji czy mogę dostać jakąś zasłonkę, ale koleżanka zwróciła mi uwagę, że w tym kraju tak się właśnie kąpią. Razem. Bez wstydu. Tak… wyszłyśmy z toalet i elegancko, po drabince, znalazłyśmy się w pokoju. Stały tu trzy łóżka. Obok nich szafki nocne. W kącie pomieszczenia stałą szafa, nieopodal niej dwa biurka.
-To pokój chłopaków. Wiesz, dopiero co się wprowadzili.
-Nie widać.- wszędzie leżały porozrzucane ubrania, książki, jedzenie różnego rodzaju, a nawet wdepnęłam w coś mokrego. Mam nadzieję, że był to jakiś sok.
-Chodźmy dalej. – popchnęła kolejne drzwi i przeszłyśmy do małego korytarzyka. Kolejne drzwi dalej w końcu doszłyśmy do obiecanej sypialni. Również trzy łóżka: jedno na samym końcu pokoju, dwa pozostałe równoległe dostawione do niego. Na podłodze leżała puchata wykładzina. W rogu dominowała ogromna szafa z lustrami oraz dwa biurka.
-Przyjemnie.- oznajmiłam.
-Cieszę się, że ci się podoba. Spędzimy tu trochę czasu. Teraz się rozpakuj i nie zapomnij zejść na obiad. Naito szykuję indyka.- uśmiechnęła się i wyszła. Zostałam sama. Zerknęłam do szafy. Moje ciuchy już tam były. Tak to wcale nie jest dziwne. Zamknęłam ją. Podeszłam do posłań. Przyglądnęłam się każdemu z nich i wybrałam środkowe. Wydawało mi się najwygodniejsze. Obejrzałam go z każdej strony. Okazało się, że jest wyposażone w schowek na pościel, czyli musi się składać. Miałam rację. Wystarczyło lekko unieść materac do góry i łóżko momentalnie zamieniało się w dwuosobową kanapę. Tak lepie. zawsze kilka centymetrów miejsca. Dopiero teraz zorientowałam się, że nad drzwiami wisi telewizor. Jestem ciekawa, czy antena razem z kablami swobodnie dynda sobie za oknem. Wychodząc z sypialni potknęłam się o klapę zamaskowaną w dywanie. Przesunęłam wieko. Drabinka zjechała wprost do kuchni. Ucieszyłam się. Nie będę musiała za każdym razem przechodzić przez norę chłopaków. Zeszłam na dół. Białowłosy krzątał się po kuchni. Z szafek nad blatem wyjmował przyprawy, co jakiś czas zerkał do piekarnika, to znowu kroił warzywa lub nalewał kompot do szklanek. Zajęłam miejsce przy stoliku razem z przewodniczącą. Pisała coś na kartce papieru. Jakieś znaki, których nigdy przedtem nie widziałam. Chrząknęłam, aby zwrócić jej uwagę. Za miast niej, odezwał się Naito.
-Teraz raczej ci nie odpowie. Uparła się, że zrobi jeszcze kilka pieczęci, tak na wszelki wypadek. Wspominała coś o niebezpieczeństwie.
-Aha. Na czym polega to coś, co teraz robi.- chłopaka zastanowił się dłużej. Wytarł ręce w swój biały fartuch w czerwone serduszka z napisem „ Daj buzi kucharzowi”.
-Cóż. Są trzy rodzaje pieczęci. Z tego co słyszałem opanowałaś jedną nich. I to w bardzo krótkim czasie. Imponujące.
-Tak. Eliza nazwała ją… nie mogę sobie przypomnieć.
-Wiązanie myślowe. Pieczęć myśli. – powiedział. –Bardzo trudna technika.
-A ty ją umiesz?- natychmiast się zaśmiał.
-Przecież ja ledwo ogarniam gotowanie.- wskazał na wyjętego dopiero co z piekarnika przypalonego indyka.
-Dlaczego nie użyłeś magii ognia, tak jak ostatnio?
-Bo tak jest zabawniej.- powiedział.
-Wróćmy do tematu. Jaki rodzaj pieczęci tworzy Beth?
-Fizyczną. Ma zamiar umieścić w niej racje żywnościowe, broń i najpotrzebniejsze rzeczy w razie gdybyśmy musieli porzucić wszystko i uciekać.
-Ale to będzie ważyło z kilkanaście kilogramów!
-Nie. Te napisy pochłaniają masę i nie odczuwasz ciężaru bagażu. Przydatna umiejętność.
-Rzeczywiście. A to pismo?- wskazałam palcem na kartkę.
-To jest starodawne pismo. Legenda głosi, że zostało wynalezione przez samego ojca żywiołów.
-Skąd niby ona zna to pismo?- spytałam.
-Uczyła się go bardzo długo. Dzień w dzień. Był taki czas, że pisała tylko tymi znakami. Gdy zaczyna pisać to zapomina o świecie, dopóki nie skończy. Dlatego możemy ją obgadywać ile chcemy.- uśmiechnął się.
-Jak długo znasz królową?- spytałam. Skręcił gaz pod ziemniakami i usiadł na blacie. Jego zawsze pogodna twarz zasnuła się cieniem. Ale tylko na moment. Cmoknął.
-Znam ją odkąd patrzy na świat. Jestem starszy od niej o dwa lata. Pamiętam jak siadała, raczkowała, uczyła się chodzić. Zawsze jej towarzyszyłem, do pewnego czasu. Opuściłem ją z przymusu kiedy miała może piętnaście lat. Ale wybaczyła mi i wróciłem.- powiedział. Chciałam zadać mu kolejne pytanie, ale do autokaru wtoczyli się Kaja i Kaspian. Podtrzymywali na wpół przytomnego Feliksa, który mamrotał coś niewyraźnie.
-Co mu się stało?!- zawołał przerażony kucharz. Podbiegłam oby im pomóc ale generał nie pozwolił mi dotknąć nastolatka.
-Ma wizję.- wytłumaczył. Dobrze wiedział, że jeżeli delikatnie dotknę Feliksa w takim stanie to znajdę się w podobnej sytuacji. Nie dawno zorientowaliśmy się, że przekazywanie wizji pomiędzy wróżbitą a tkaczem jest bezpieczniejsze gdy ten pierwszy odzyska świadomość.
-Połóżcie go na stole.- rozkazał Naito. Nagle filozof dostał napadu drgawek.
-Zaraz odgryzie sobie język. Włóżmy mu coś do ust!- zawołała Kaja.
-Chyba zgłupiałaś!- krzyknęłam. – Nie wolno tego robić. Musi mieć dużą przestrzeń ale w tej chwili nie możemy mu tego zapewnić, dlatego mocno go trzymajcie!- białowłosy złapał za nogi chłopaka, mag ziemi za ramiona, a Dzwoneczek usiadła na nim. Po upływie pięciu minut napad ustał. Odetchnęliśmy z ulgą. Osiemnastolatek był w stanie sam usiąść. Omari zeszła z niego.
-I jak się czujesz?- spytała.
-Już po wszystkim.- oznajmił trzymając  się za głowę.
-Stary, ty w ogóle nad tym nie panujesz!- zawołał Kaspian.
-Wiem.- odpowiedział zmieszany.
-To bardzo źle.- dodał Naito bardzo cicho. –Ziemniaki mi się rozgotują!- zawołał i pobiegł na ratunek kartoflom.
-Co widziałeś?- spytałam.
-Ciężko to opisać. Widziałem chłopaka. Dość młodego. Coś około czternastu lat. Potem lilię, która rozbłysła tysiącem barw i wisielca.
-Dobra, czuję się przygotowana psychicznie. Podaj mi dłoń.- i świat zawirował.
*
Moim zadaniem brakuje tu drogowskazów, ponieważ teraz mam ogromny dylemat. Przede mną szerzą się drogi. Dokładne osiem. Każda z nich jest inna. Jedna bardziej zarośnięta, druga wybrukowana, kolejna wyboista. Dlaczego nie ma tu takiego wielkiego bilbordu z napisem „ Na zagładę tędy”. Byłoby o wiele lepiej. Zamknęłam oczy i słuchałam. Może któraś z nich powie coś w rodzaju „kici kici tędy masz iść”. Szczerze mówiąc właśnie na to liczyłam. Zamiast tego typu nawoływać usłyszałam krzyk. Byłam pewna, że to właśnie tam mam iść. Znalazłam się w zatęchłym pomieszczeniu. Panował tu półmrok. Minęła chwila zanim moje oczy przyzwyczaiły się do natężenia światła. Ujrzałam przykutego do ściany Niklausa. Powoli podchodził do niego zamaskowany chłopaka. Na prawym nadgarstku miał kastet z pieczęcią. Lilią. Pewnie ją widział Feliks. Nastolatek odezwał się.
-Wielki generał. Jeden z dwunastu. Co za ścierwo.- splunął na Aazama.  Tamten ledwo uniósł posiniaczoną twarz. Jego ręce był przykute do ściany lochu. Miał na sobie podarty garnitur. W takim samym był na balu. Nieznajomy rozpiął koszulę blondyna. Ten cicho jęknął. Na jego klatce piersiowej widniały liczne obrażenia i świeże, źle gojące się rany. Zapewne wdało się zakażenie. Oprawca jednym ruchem ręki poderwał z ziemi poszkodowanego. Pieczęć umieszczona na pierścieniu rozżarzyła się i z całej siły uderzył nią w serce niebieskookiego. Chłopak zawył z bólu. Przestępca puścił go. Niklaus nie był w stanie stać na nogach o własny siłach. Upadł na podłogę. Wróg zdjął mu kajdanki. Mag ziemi próbował wstać ale niespodziewanie zwymiotował krwią. Na jego ciele pojawiły się dziwne znaki. Wyglądały jak pędy odchodzące od rany w kształcie lili. Nastolatek przykucnął na przeciwko zmasakrowanego żołnierza.
-Jesteś jedynie płotką. My polujemy na coś grubszego. Posłużysz nam jako straszak na Kaspiana Montrose. – zbladłam. Jakie „my”?! Co oni chcą od Kaspiana?
-Gotowy na specjalne wydanie wiadomości?- spytał. Pobity generał w dalszym ciągu spluwał krwią.
-Doskonale.- porywacz klasnął w dłonie i jak na zawołanie pojawiło się dwóch gangsterów. Złapali zmasakrowanego nastolatka pod ręce i wywlekli go z pomieszczenia. Dowódca został sam. Oparł się o ścianę. Z pod czarnej kurki wyjął medalion. Zajrzał do środka. Pogładził zdjęcie i schował go z powrotem. Mój czas się skończył.
*
Idealnie zdarzyłam na obiad. Wszytko ze szczegółami opowiedziałam przyjaciołom. Nikt się nie odezwał. Tylko Kaspian zerwał się z miejsca i włączył telewizję w kuchni. Akurat leciał talent show. Oczekująco wpatrywaliśmy  się w ekran. Nic się nie wydarzyło.
-Czasem wróżby sprawdzają się po kilku dniach, tygodniach, a nawet latach.- skwitowała Eliza. Musiała skończyć pieczęć kiedy ja byłam nieprzytomna.
-Ale jestem pewna, że to wydarzy się jeszcze dziś!- krzyknęłam. Kaja położyła mi dłoń na ramieniu.
-Spokojnie, jesteś pewna, że tak samo był ubrany na balu?- spytała.
-Tak.- rzuciłam natychmiast.
-W takim razie czekajmy. –w momencie kiedy jakaś kobieta tańczyła na szarfie przerwano audycję i nadano wiadomości specjalne. Podskoczyliśmy do góry, Kaspian podgłośnił. Na ekranie pojawiła się reporterka.
-Do morderstwa Generała Zjednoczonych Wojsk Kraju Ziemi, Niklausa Aazama doszło dziś w południe. Został on powieszony na gzymsie ambasady Kraju Ziemi, która mieści się w centrum placu głównego w Sorze. Przestępcami odpowiedzialnymi za…- nagle dziennikarka zniknęła i jej miejsce zastąpił siedzący za biurkiem ten sam zamaskowany facet z wizji. W jego tle, na ekranie pokazali zoom na zwłoki Nikalusa. Mężczyzna przemówił.
-„Przestępcami” odpowiedzialnymi za brutalne morderstwo generała Aazama jesteśmy my. Krwawy Omen. Nie jesteśmy zwykłymi mordercami na zamówienie ale rebeliantami. W końcu wzięliśmy sprawy w swoje ręce i mamy zamiar wyplewić z naszego kraju, i nie tylko- za nim, na ekranie pojawiła się inna postać. Tym razem kobieta. Wyławiano ją z jeziora. Na jej czole widniała piekielna lilia.-  magów ziemi. Chcemy przywrócić porządek i równość. Mamy dość tyrani! Kaspianie Montrose, jesteś następny.- audycja się skończyła. Siedzieliśmy jak zaczarowani. Patrzyliśmy na siebie.
-CO TO MIAŁO BYĆ!- wrzasnął Kaspian.- Jakiś szczyl publicznie mi grozi. Jeszcze nie odjechaliśmy. Dajcie mi się z nim spotkać, to mu powiem kilka zdań do słuchu!- zaczęła się bitka. Próbowaliśmy zatrzymać rozwścieczonego nastolatka. Gdyby nie czaromowa królowej kiepsko to by się dla nas skończyło. Jej brat zasnął.
-I co z tym zrobimy?- spytałam dziewczynę.
-Nie widzę innego wyjścia jak ucieczka. Nie możemy zostać dłużej w Sorze. To może skończyć się dla nas tragicznie.- obróciła się.- Hej Naito!
-Co?
- Odjeżdżamy.
-Ok.- autobus ruszył.
-Jeżeli wszyscy tu są. To kto w takim razie prowadzi?- ja, Feliks i Kaja zaglądnęliśmy do kabiny kierowcy. Siedziała tam mglista postać.
-To marionetka.- powiedziałam.
-Zapowiada się długa podróż.- zabójczyni zaśmiała się.
-Tak, bardzo długa.- potwierdził filozof.

***
Czemu tylko trzy komentarze? Nie podobało się wam?
PS. Puszek <3

 

sobota, 21 listopada 2015

Rozdział XXXIII



-O co wam chodzi?! Ja nic złego nie zrobiłem!- krzyczał chłopak. Kaja roześmiała się.
-Proszę cię, nie udawaj głupiego. Dobrze wiemy na czym opiera się twój biznes.- wskazała na mięso leżące na stole.
-Ja nic nie rozumiem…- mówił. Dziewczyna podrapała się po głowie.
-Tak mówisz? To może rozejdziemy się do domów i zostawimy cię w spokoju?- jej głos ociekał w ironię.
-Bardzo bym prosił.-skłonił się przed nią. Dzwoneczek podeszła do Cartera i złapała go za włosy. Natychmiast go wyprostowała i spojrzała głęboko w jego oczy.
-Powiedz, dlaczego i jak zginął twój ojciec?- syknęła.
-Nie wiem.-odpowiedział.
-Och! Ciekawe.- zaśmiała się i rzuciła nim z całej siły o ścianę.
-Carter!- zawołałam i podbiegłam do niego.- Kaja, zostaw go w spokoju!- poprosiłam.
-Nadia nie wtrącaj się!- warknęła w miarę grzecznie. Zza jej pleców wyłonił się August, jej kolega do mordowania.
-Ale jaja! Wy się znacie!- otworzył buzię ze zdziwienia.
-Nic ci do tego!- odpowiedziała białowłosa. Carter pociągnął mnie za rękę.
-Czemu ona powiedziała do ciebie Nadia?- spytał. Wzięłam głęboki oddech. Poczułam się lżejsza o te kilkanaście kłamstw, którymi karmiłam go na co dzień.
-Ponieważ to moje prawdziwe imię. Nazywam się Nadia Wróblewska.- powiedziałam spokojnie. Zamilkł.
-Przepraszam, że przeszkadzam, ale muszę go zabić i to przed wieczorem, bo wiesz, pojadą bez nas.- rozłożyła ręce. Chłopak odsunął mnie na bok.
-Wybieram ciebie!- spojrzał Kai w oczy.
-Doskonale.- i uruchomiła swoje diamentowe paznokcie, prezent od Kaspiana. Obróciła twarz w moim kierunku.- Przepraszam, że muszę zabić twojego chłoptasia.- i rzuciła się na bezbronnego Cartera. Odparł jej atak zamaskowanym toporem ukrytym w rękawie.
-O, kroisz nim swoje ofiary?- spytała sarkastycznie.
-Dalej nie wiem o co ci chodzi!- zawołał.
-W takim razie zacznę swoją opowieść od początku, ale kiedy skończę, ty będziesz martwy!- August podsunął mi krzesło.
-Usiądź to trochę im zajmie.- wahałam się, ale po chwili zajęłam proponowane miejsce.  Nastolatka ponowienie natarła, tym razem dodając ponurą narrację.
-Pewnego wieczoru przyszła do nas młoda kobieta i oznajmiła, że jej mąż przez kilka dni nie wracał do domu.- celny cios w brzuch chłopaka za pomocą paznokci. Osunął się na kolana i bardzo szybko rozpoczął mało efektywne leczenie. Widać, że nie ma o tym bladego pojęcia.- Na początku pomyśleliśmy, że facet miał dość swojej żony i ją zostawił. Wiesz, takie rzeczy się zdarzają.- rzuciła w niego nożem. Ledwo uniknął ataku. Ostrze drasnęło jego ramię. –Ale kolejnego dnia przyszła kolejna kobieta. Tym razem zaginęło dziecko. Dziewczynka, dwanaście lat. Zaczęliśmy się niepokoić, ale i ją odesłaliśmy z kwitkiem.- tym razem chłopak zaatakował. Przeprowadził serię strzałów. Użył do tego szkła zmieszanego z lodem. Pociski nie wyrządził krzywdy białowłosej. Uniknęła ich z wrodzoną gracją.- To nie ładnie przerywać komuś opowieść, wiesz?- i poczęstowała go mocnym uderzeniem powietrza. Było tak silne, że chłopak przeleciał całe pomieszczenie i uderzył ponownie  plecami o ścianę. Zawył z bólu. Mankietem koszuli otarł krew z kącików ust. Wstał chwiejnie. –Na czym to ja skończyłam? Ach! Już wiem! Zjawiła się trzecia osoba, tym razem mężczyzna. Oznajmił, że jego dziewczyna została uprowadzona na jego oczach. Sporządziliśmy dokładny opis napastników oraz samochodu, którym się poruszali. W taki sposób dodarliśmy do twojego ojca.
-Co on miał z tym wspólnego?- krzyknął. Szesnastolatka natychmiast znalazła się za jego plecami. Kolejny raz złapała jego włosy. Odchyliła głowę Cartera do tyłu, a do szyli przyłożyła mu nóż. Telefon Augusta zadzwonił. Zabójca wyszedł, aby odebrać. Dzwoneczek kontynuowała opowieść.
-Okazało się, że prowadzi restaurację, w której serwuje się niebywałe w smaku potrawy, niekiedy nazywane ambrozją. Wiesz, z czego je robiono?- mocniej przycisnęła nóż do jego gardła. Teraz wszystko pamiętam. Mówiła mi o tym. Jak zabiła faceta, który…
-Z ludzkiego mięsa.
-Kaja stój!- do pomieszczenia wpadł Sroka. Za późno. Moja przyjaciółka poderżnęła gardło mojemu chłopakowi.
-O co chodzi?- spytała czyszcząc ostrze z krwi generała.
-Okazało się, że chłopak jest czysty. Nie musieliśmy go zabijać.- oznajmił. Upadłam na kolona. Zaczęłam płakać. Jak mogłam do tego dopuścić? Kolejna osoba na której mi choć odrobinę zależało, odeszła. Mama taż zginęła na moich oczach. Ponury również zmarł, bo nie mogłam mu już pomóc, a teraz straciłam nawet Cartera. Nie jestem zła na Kaję. Taki ma zawód. Jestem zła na siebie, że nie byłam wstanie go ochronić. Mam dość. Poddaję się. Już nikogo nie pokocham. Nie mam siły patrzeć jak giną.
-A no!- Kaja zawołała na mnie. – Czemu nie zrobisz takich czarów jak z Kaspianem? Albo Eneaszem?- poderwałam się na nogi. Właśnie! Jest tkaczem! Mogę kontrolować rzeczywistość. Podbiegłam do Cartera. Położyłam dłonie na jego sercu. Nie biło. Powstrzymałam się od płaczu. Zaczęłam nucić. Tam, gdzie na wietrze opada liść… resztę już znacie. Jak zawsze pojawiło się wezwane przeze mnie drzewo. Na dłoń opadł mi liść. Dotknęła kory i powiedział cicho dziękuję, po czym zerwałam się z miejsca i pobiegłam jedyną drogą jak się pojawiła. Biegłam ile tchu. Tutaj nie odczuwałam zmęczenia. W końcu na horyzoncie zamajaczyła znajoma sylwetka. Carter.
-Carter!- zawołałam. Obrócił się. Uśmiechnął się.
-Gdzie jesteśmy?- spytał.
-Sama nie wiem, ale to chyba droga do innej krainy. Krainy umarłych.- powiedziałam spokojnie. Zaśmiał się.
-Czyli jednak mnie zabiła.- spojrzał w górę. –Piękne niebo, prawna?- uniosłam głowę. Zobaczyłam tylko białą, niekończącą się przestrzeń.
-Przykro mi, ale nic nie widzę.- przygryzłam wargę.
-Jestem tu, bo umarłem. Tak?
-Tak.- przyznałam mu rację.
-Ale ty żyjesz? I tu jesteś?- zadał pytanie.
-Tak. Jestem tkaczem. Osobą mogącą zmieniać bieg wydarzeń.- oznajmiłam.
-Słyszałam o tym. Niesamowita zdolność, ale na świecie nie ma nic za darmo, więc jaką cenę płacisz za wskrzeszenie zmarłego?- spytał z powagą. Zastanowiłam się dłuższą chwilę.
-Dobre pytanie. Nie mam pojęcia. I dobrze mi z tym.- uśmiechnęłam się. –Podaj mi rękę i chodźmy już stąd. Nie za bardzo lubię tu przebywać.- celowo się skrzywiłam, aby rozładować atmosferę.
-Tak jest wasza wysokość.- odgryzł się.
-Bo cię tu zostawię.- zagroziłam.- Proszę to dla ciebie.- podłam mu listek.
-Dzięk…- i zniknął.
-Mam nadzieję, że wróciłeś.- powiedziałam pod nosem.
*
-Nadia, Nadia! Obudź się!- ktoś szarpał mnie za ramię.
-Nie odpowiada.
-Co teraz zrobimy?
-Nie mam pojęcia.
-Daj, ja spróbuję. – poczułam znajomy chłód na ciele. To woda! Ktoś wylał na mnie wodę! Podziałała jak najlepsze lekarstwo i natychmiast otworzyłam oczy.
-Kaja, skąd wiedziałaś, że woda ją ocuci?- spytał Carter.
-Nie wiedziała. Po prostu chciałam kogoś oblać.- wzruszyła ramionami i odłożyła dzbanek na stolik. Obróciła się.-Ale z was są idioci! To mag wody! Wiadomo, że jej pomoże!- zawołała oburzona.
-Faktyczne! Czasem przejawiasz oznaki inteligencji!- powiedział August.
-Zamilcz!- fuknęła. Strzepnęłam z siebie ciecz. Chłopaki pomogli mi wstać.
-Jak się czujesz?- spytał zielonowłosy.
-Dobrze.- popatrzyłam na niego.- Wiesz, że musimy porozmawiać?
-To raczej moja kwestia.-posmutniał.
-To my was zostawimy.- August złapał Kaję pod pachy i wyciągnął ją z sali.
-Poczekaj, zaczyna się robić ciekawi! Jak w mojej ulubionej telenoweli!- zawołała.
-Daj spokój.- i zniknęli za masywnymi drzwiami. Chłopak usiadł obok mnie. Odetchnął głęboko.
-Czemu nie powiedziałaś mi, że jesteś księżniczką?- spytał z wyrzutem.
-Ja… nie chciałam żeby ktokolwiek o tym wiedział.- powiedziałam.
-Ale Kaspian wiedział, prawda? I ta dziewczyna też!- krzyknął.
-Tak.
-To skoro oni wiedzieli, to dlaczego i ja nie mogłem?- popatrzył na mnie.- Mogłaś mi o tym powiedzieć w każdej chwili, ale ty postanowiłaś zataić prawdę.
-Wiem.- odwróciłam wzrok.
-Tylko tyle masz do powiedzenia?!- zawołał nagle wstając. Kiwnęłam głową. Położył dłonie na stole. Wsparł się na nich. Zacisnął szczęki. – Czy ty mnie kochasz?- wyrzucił z siebie.
-Nie wiem. Ja nie wiem jakie to uczucie.- odpowiedziałam.- Moja mama nie umiałam nam okazywać, że nas kocha, a gdy zmarł tata to już się dla niej nie liczyłyśmy. Pozostałyśmy same sobie.- stał w bezruchu. Po dłużej chwili powiedział.
-Lepiej będzie jeżeli tez się rozstaniemy, -popatrzyłam na niego. W głębi duszy wiedziałam, że to jedyne wyjście, ale i tak łzy zaczęły spływać po moim policzku.- ale ja nie przestanę cię kochać. Zaczekam na ciebie. Na razie dam ci czas.- podszedł do mnie i pocałował mnie w czoło, uśmiechnął się i opuścił restaurację.
*
Wróciłam do pałacu. Wjechałam na drugie piętro i spakowałam swoje rzeczy. Nie miałam ich zbyt wiele. Tylko samo, ile przed przeprowadzką do tego miejsca. Usiadłam na łóżku. Pogładziłam pościel. Położyłam sie na plecach. Zdążyłam polubić mój nowy dom. Tyle tu wspomnień, radości i smutków. Podeszłam do balkonu. Otworzyłam drzwi i wyszłam na taras. Przypomniałam sobie pierwsze spotkanie z Naito. Oparłam się o barierkę. Zerknęłam na morze. Westchnęłam. Liście opadły z drzew tworząc piękną, rudą kurtynę. To zabawne. Kiedy tu przybyłam, panowało lato. Kiedy odchodzę, moje miejsce zajmuje nadchodząca zima. Pomiędzy gałęziami spostrzegłam grób Ponurego. Julian. Nie mam zamiaru grzebać kolejnych przyjaciół. Dopiero teraz zauważyłam, że nie jestem sama. Nieopodal mnie stał Kaspiana i bacznie mnie lustrował.
-Yo.- rzucił.
-Cześć.- co za ulga. już się na mnie nie gniewa. Chyba.
-Szkoda opuszczać to miejsce. Co nie?- uniósł głowę do góry.
-Tak.- westchnęłam. –I pomyśleć, że wszystko jeszcze przed nami.
-No. Ktoś musi ocalić ten świat. Jak nie my to kto?
-Właśnie. Jak nie my to kto.- powtórzyłam.
-Wiem o waszym zerwaniu.- wypalił.
-Co?! Ale z niej plotkara!- zawołałam. Chłopak zaśmiał się.
-Dobrze, że tak postanowiliście. W końcu to ja miałem cię nauczyć jak kochać.- uśmiechnął się.
-Ja… nie chcę się w nic angażować.
-Wiem. Chodźmy  już. Niedługo będziemy jechać.
-Masz rację. Pora na nas.- pożegnałam się ze swoim pokojem i zatrzasnęłam drzwi. Właśnie zakończył się pewien etap w moim życiu.

***
Czy ktoś z was zna jakiś sposób na promowanie bloga? Piszcie w komentarzach. Plis :*

sobota, 14 listopada 2015

Rozdział XXXII



Bardzo szybko się spakowaliśmy. W końcu nie mięliśmy ze sobą zbyt dużo rzeczy. Podarte suknie wylądowały w kontenerze, a nierozczłonkowaną broń wrzuciliśmy do bagażnika. Kaja zabrała kilka swoich rzeczy z domu i popakowała je w kartony, które również znalazły swoje miejsce w samochodzie. Posprzątaliśmy po sobie w mieszkaniu dziewczyny i wsiedliśmy do limuzyny. Szybko okazało się, że prowadzić ma Naito. Wszystkich obleciał strach. Przez ten jeden dzień zdążyliśmy się zorientować, że straszny z niego fajtłapa. Rozbił połowę porcelany mamy Dzwoneczka, zepsuł lampę w pokoju jej brata, wywołał małą powódź w łazience oraz wzniecił pożar w kuchni. Mimo to, pokochaliśmy go, ale nie na tyle, aby pozwolić mu na prowadzenie pojazdu z nami w środku. Po długich namowach Elizy, ulegliśmy, ale mieliśmy jeden warunek. Musi nam pokazać jak jeździ.  Wsiedliśmy z samochodu i schroniliśmy za barykadą z kamieni zrobioną przez Kaspiana.
-Gotowi!?- królowa zawoła.
-Tak!- skinęliśmy głowami na znak zgody. Nazaja docisnął gaz do dechy. Ruszył z piskiem opon i ku naszemu zdziwieniu nie potrącił żadnej staruszki, nie wjechał w drzewo, płot, latarnię, skrzynkę na listy oraz ominął wiele innych przeszkód. Na koniec perfekcyjnie driftował i zaparkował równolegle. Ulżyło nam i mianowaliśmy go na naszego kierowcę. Ja, Kaja, Kaspian jego siostra rozsiedliśmy się przy stoliku do gry w karty. Po chwili dołączył do nas Feliks, który skończył czytać jakąś książkę. Zaczęliśmy grać w pokera dla zabicia czasu. Podróż mijała bardzo dobrze, ale w pewnym momencie poczułam okropne mdłości. Natychmiast wstałam i pobiegłam do łazienki. Tak, oczywiście, że puściłam pawia. Jak wspominałam wcześniej mam chorobę lokomocyjną i lęk wysokości. Połączenie idealne.
-CO?!- z pokoju gier dobiegł mnie głosy wściekłego Kaspiana. Ciekawe co takiego się stało. Usłyszałam głośne uderzenia do drzwi.
-Nadia wychodź! Musimy porozmawiać!- ledwo otworzyłam drzwi i chłopak złapał mnie, przerzucił mnie przez swoje ramię  jak worek ziemniaków. Pobiegł do głównej części samochodu i posadził mnie na kanapie. Chwycił moją komórkę leżącą na blacie stołu. Rzucił mi go.
-Czytaj!- aż podskoczyłam. Dawno nie widziałam go tak wściekłego. Otworzyłam esemesa. Znowu chce mi się wymiotować. Zaczęłam czytać.
Hej , tu Carter. Zapomniałem ci przesłać adres mojej restauracji. Masz go już w załączniku ;) PS. Tak się cieszę, że jesteśmy razem. Do jutra.
Odłożyłam komórkę. Siedziałam cicho. Kaspian nerwowo chodził w kółko.
-Czemu on?! Jest tylu facetów na świecie, a ty wybrałaś jego!- uderzył pięścią w okno, które rozprysło się w drobny mak. Nic nie powiedziałam. Nie miałam ochoty spowiadać się jemu z mojego życia osobistego. Po dłuższym czasie usiadł i zaczął mi się bacznie przyglądać. Nie wytrzymałam jego spojrzenia i odwróciłam wzrok. Cholera dlaczego czuję się winna? Przecież zależy mi na Carterze, a Kaspianowi nic do tego. Westchnął ciężko.
-Jesteś z nim szczęśliwa?- spytał. Tego się nie spodziewałam. Takiego Kaspiana jeszcze nie znałam. Spokojny i opanowany. Wsparł się na łokciu. Spojrzałam na niego badawczo. Na jego twarzy nie było emocji, jak gdyby oddawał strzał prosto w głowę więźniowi. To mu się często zdarzało. Nie wiem czemu, ale wydaje mi się, że ta informacja zniszczyła jego mały świat, który zdążył posklejać do kupy.
-Tak.- powiedziałam stanowczo. Wokół nas przyjaciele milczeli.
-Aha.- wstał i otworzył drzwi samochodu. Przypomnę, że pędzimy sto osiemdziesiąt kilometrów na godzinę.- Przewietrzę się.- wyskoczył. Natychmiast podbiegłam do okna. Zobaczyłam jak nastolatek zwinnie jak kot ląduje na trawie. Otrzepał spodnie, włożył dłonie do kieszeni i ze spuszczoną głową ruszył w stronę Sory.
-Gratki stara.- Kaja poklepała mnie po plecach.- Właśnie zdołowałaś generała.
-Dzięki.- syknęła.
*
Wróciliśmy do domu. Było około osiemnastej. Wzięłam prysznic i przebrałam się w piżamę. Z zamrażalki wydobyłam ogromne opakowanie cytrynowych lodów. Zeszłam na dół i włączyłam sobie jakieś romansidło. Nawet się nie obejrzałam, kiedy zjadłam całe wiaderko. Położyłam opakowanie obok siebie na kanapie.
-Przynajmniej ty mnie nie opuścisz.- pogłaskałam pudełko. Tak odwala mi.  Po rozmowie z brunetem nie jest mi do śmiechu. Film dobiegł końca. Jakoś specjalnie się na nim nie skupiałam. Zabrałam mojego „ nowego przyjaciela” i wrzuciłam go do kosza w salonie gier. Mozolnie podeszłam do winy i wyjechałam na piętro mieszkalne. Umyłam zęby i poszłam do pokoju. Na moim łóżku leżał Puszek.
-Naito!- zawołałam. – Co twój zwierz robi w moim pokoju?!- chłopak wyszedł z pokoju Elizy. Miał na sobie wyłącznie szare dresy z czarnym obszyciem. Nawet nie założył butów.
-Już go biorę!- niezdarnie podbiegł do mnie. Zauważyłam na jego umięśnionym  brzuchu długą i bardzo starą bliznę ciągnącą się od pępka do prawej miednicy. Przez klatkę piersiową również biegła długa na kilkanaście centymetrów skrzyżowana szrama. Kiwnęłam głową.
-Puszek!!! Choć do mnie!- zaczął go zaganiać w róg pomieszczenia. Zwierze wyglądało na ucieszone. Pewnie myślało, że jego pan chce się nim bawić. Wilk przeskoczył przez jego ramię i stanął za nim merdając ogonem. Naito spojrzał na zwierze, które natychmiast wyszło z sypialni.
-Dzięki.- powiedziała.
-Tak cię przepraszam. Kiedyś mieszkałem w twoim pokoju i mój wilk pewnie myślał, że dalej tak będzie. Kompletnie zgłupiał na starość.- zaśmiał się.
-Mówisz o nim jak o człowieku.
-Bo dawno, dawno temu nim był.- uśmiechnął się.
-Jak to?- uniosłam brew do góry.
-Zalazł mi za skórę i zmieniłem go w zwierzątko.
-A co takiego zrobił?- dopytywałam.
-Usiłował mnie zabić.- oznajmił spokojnie.
-Oh! Nie wiem co powiedzieć.
-To nic nie mów. Ja wracam do mojej dziewczyny. Puszek choć.- zagwizdał.
-Do jutra.- pożegnałam się.
-Do jutra.- pomachał mi. zatrzasnęłam drzwi. Położyłam się. Kaspian jeszcze nie wrócił.
*
Obudziłam się rano z potwornym bólem głowy. Spojrzałam na zegarek. Wpół do szóstej rano. Przekręciłam się na bok. Już nie zasnęłam. O dziewiątej wynurzyłam się z pokoju. Powlokłam się do jadalni.
-O, witamy śpiącą królewnę. Siadaj. Pora na ogłoszenia parafialne.- Eliza nie mogła się powstrzymać od uszczypliwości od moim adresem.
-Po co ten sarkazm?- usiadłam obok Feliksa. Naprzeciwko, na stole spał Kaspian.
-Dziś wieczorem wyjeżdżamy na poszukiwanie jednej z księgi. Księgi powietrza. Macie dzień na załatwienie swoich spraw tak jak poprzednio, ale tym razem wyjeżdżamy na dłużej, więc radzę się przygotować. Fizycznie i psychicznie.- zerknęła na brata. – Życzę miłego dnia.- zabrała torbę i ruszyła do windy. Po chwili już jej z nami nie było. Zaparzyłam sobie herbatę i ugotowałam parówki. Usiadłam przy stole. Czekałam jak generał wyciągnie ręce po swoją porcję. Nawet nie zareagował. Wzięłam drugi talerz i przełożyłam mu jedzenie. Podsunęłam półmisek. Odepchnął go.
-Zjedz sobie sama.- warknął i wyszedł z jadalni.
-Nie przejmuj się, kiedyś mu przejdzie.- Feliks poklepał mnie po plecach. Wziął parówki. –Zjem, żeby się nie zmarnowały. –Uśmiechnął się. Byłam mu wdzięczna za tan gest.
-Smacznego.- powiedziałam.
-Smacznego.- puścił mi oko. Wspólnie zjedliśmy śniadanie. Wróciłam do pokoju. Wyciągnęłam z szafy dżinsową sukienkę do połowy ud oraz długimi rękawkami. Do sukienki założyłam sznurowane, czarne kozaczki do kolan. Włosy zapięłam w niedbały kok. Wzięłam torebkę. Spakowałam do niej portfel, dokumenty oraz dwulitrową butelkę z wodą. Nigdy nie wiadomo kiedy zaatakuje cię nawiedzony mag ziemi. Założyłam ją na ramię i opuściłam pałac. Wybrała się na miasto. Miałam cztery godziny wolnego do spotkania z Carterem. Wstąpiłam do sklepu z zabawkami. Widać w  nim wyraźny podział. Dla chłopczyków i dziewczynek. Prawa strona była cała różowa, a druga zielono- niebiesko- czerwono- czarna. Najpierw dokładnie przeczesałam dział dla dziewczynek. Figurki zwierzątek, klocki, lalki, maskotki. W końcu zdecydowałam się lalkę- dzidziusia, który sika i robi kupę. Po prostu super. Przeszłam na drugi koniec sklepu. Tam z kolej upatrzyłam elektryczną kolej. Za wszystko zapłaciłam przy kasie i obładowana opuściłam zabawkowy. Po drodze zahaczyłam o alkoholowy i wybrałam coś dla starego znajomego. Później odzieżowy. Tam zakupiłam śliczną sukienkę. Z tymi prezentami udałam się do mojego starego mieszkania. Zapukałam kilka razy. Po dłuższej chwili otworzyła mi dobrze znana kobieta odziana w fartuch i pobrudzona mąką. Na mój widok na jej twarz pojawił się uśmiech.
-Nadia! Witaj kochana!- przytuliła mnie. –Och! Przepraszam cię! Ubrudziłam cię mąką. – roześmiałam się.
-Nic  się nie stało, Gabrielo. Mogę wejść?- spytałam.
-Oczywiście! Jeszcze pytasz!- porwała mnie do mieszkania i zatrzasnęła drzwi.- Zaraz zrobię ci herbatkę i opowiesz co tam u ciebie słychać.
-Dzie…- coś powaliło mnie na ziemię, a raczej nie coś tylko ktoś. Z sufitu, tak z sufitu, skoczyła na mnie Kornelka.
-Siostrzyczka!- zawołała uradowana. Cudem niczego sobie nie połamałyśmy.
-Tak mi przykro! Nie zdążyłam cię ostrzec.- gospodyni załamała ręce.
-Nic mi nie jest.-oznajmiłam. Usiadam na kanapie i porwałam małą.
-Może pochwalisz się jakim cudem chodzisz po suficie?- zaraz pożałowałam tego pytania. Z całej siły dmuchnęła mi w twarz.
-Kornelia!- mama dziewczynki zawołała z kuchni.
-Ponowie nic mi nie jest!- odpowiedziałam. Mag powierza nieźle.
-Siostrzyczko, siostrzyczko co masz w torbach?- ciekawska mała zaczęła przeglądać pakunki.
-Nie wolno zaglądać do toreb innych bez ich pozwolenia!- Gabriela weszła do pokoju z tacką. Ułożyła na miej szklanki z napojem i pokrojone ciasto. Dziecko odskoczyło na drugi koniec pokoju.
-Spokojnie, to dla was.- powiedziałam.
-Nadia, nie możemy tego przyjąć. Już tyle dla nas zrobiłaś.- przyłamała się.
-Nic wielkiego nie zrobiła. Powiedz, gdzie twój mężuś. Chętnie bym sobie z nim pogadała. –kobieta roześmiała się.
-Zabrał małego na spacer.
-Och, trudno. Kornela choć. – podałam jej prezent.
-Lalka! Mamo patrz! Taka jaką chciałam!- natychmiast rozerwała opakowanie i pobiegła do swojego pokoju.
-Nadia, nie musiałaś…
-Nie marudź i przekaż to chłopakom. A to dla ciebie. Ubierz się i pokaż jak w niej wyglądasz.
*
Po wizycie w domu Gabrieli spokojnym krokiem ruszyłam w kierunku restauracji Cartera. Przeszłam przez parki. Na moment zatrzymał się przy fontannie. Zanurzyłam w niej dłoń. Stałam tak przez chwilę. Odetchnęłam głęboko i ruszyłam dalej. Wyszłam z parku bocznym wyjściem i znalazłam  się na żądnej ulicy. Wyciągnęłam komórkę. Sprawdziłam godzinę. Akurat przyszłam w sam raz. Weszłam do środka. Tak jak myślałam wnętrze wystrzelone na maksa. Przy wejściu siedzi sekretarka przydzielająca zadbane dębowe ławy. Przy takim stole znajdują się po cztery krzesła. Kryształowa zastawa idealnie rozstrzepia światło na miniaturowe tęcze niczym pryzmat. Piękne żyrandole wiszą nad niebieskim dywanem biegnącym pomiędzy dwoma rzędami stołów. Wszystko wygląda jak rodem wyjęte z Disneya. Zauważyłam Cartera. Siedział naprzeciwko grubej baby i jeszcze grubszego faceta. Nie żebym coś miała do grubszych osób, ale ci państwo potrzebowali dla siebie osobnych ław i podwójnych krzeseł. Spokojnym krokiem podeszła do chłopaka. Przy każdym blacie siedzieli ludzie. Rozmawiali, śmiali się i popijali wino. Nastolatek bardzo ucieszył się na mój widok.
-Drodzy państwo to moja dziewczyna. Julia Hunter. Julio to państwo Krakowscy.- skinęli na mnie głową. Usiadłam przy stole. Zaczęła się uczta. Co chwilę z kuchni wyłaniał się kucharz i serwował nam coraz to inne i bardziej wymyślne dania. Zielonowłosy prowadził te swoje biznesowe rozmowy, a ja starała się  nie zwymiotować pod naciskiem takiej kupy pysznego jedzenia. Rozglądnęłam się po sali. Ludzie zaczęli stopniowo wychodzić, aż została tylko jedna para. Siedzieli całkiem nie daleko. Nie wyglądali podejrzanie do czasu, kiedy dziewczyna nagle wyciągnęła nóż i perfekcyjnie trafiła w szyję pani Krakowskiej. Kobieta nieżywa osunęła się na parkiet z plaskiem. Na twarzy napastniczki widniała bardzo znajoma maska. Po usłyszeniu jej głosu byłam pewna kim jest.
-Carterze Sheridan wybierz sobie przeciwnika i szykuj się na śmierć!- Czarne Kruki, a głos należy nie do kogo innego jak do Kai! 


*** 
Mam nadzieję, że podobał wam się rozdział. Komentujcie. Liczę na was! ;*

sobota, 7 listopada 2015

Rozdział XXXI



Wszystkich zatkało. Przynajmniej tak mi się wydawało. Nikt przez dłuższy czas nie powiedział słowa. Wpatrywaliśmy się w Naito jak w przybysza z kosmosu. Zerknęłam na twarze moich towarzyszy. Chłopaki wyglądali na zmieszanych, Kaja miała szeroko otwartą buzię, a Eliza zatkała usta dłońmi. Po jej policzkach spływały łzy. W końcu udało się jej wydusić słowo.
-Naito.- powiedziała. Chłopak roześmiał się serdecznie.
-Witaj kochanie.- rozłożył ramiona, a nastolatka natychmiast rzuciła się mu na szyję.
-Jednak żyjesz! Nic ci nie jest. Tak się bałam!- chlipała.
-Wszystko w porządku. Było ciężko, ale jestem tu i już nigdzie się nie wybieram.- oznajmił spokojnie. Bardzo długo stali przytuleni do siebie. Nagle blondynka oderwała się od niego i przyłożyła mu solidnie w twarz. Mężczyzna ani drgnął.
-Należało mi się.- królowa zacisnęła pięści. Zaczęła krzyczeć.
-Jak mogłeś!? Kto normalny robi takie rzeczy!? Jak sobie to wyobrażasz!?- cały czas tłukła maga w klatkę piersiową. On stał i przyjmował każdy cios. Nie cofną się nawet o krok. W końcu przestała i znowu się rozpłakała. Białowłosy otoczył ją ramieniem. Ujął jej podbródek. Popatrzyli na siebie.
-Zaufasz mi dziś ten ostatni raz?- spytał z nadzieją. Dziewczyna otarł łzy. Uśmiechnęła się.
-Nie, dziś się nie opłaca.- odparła zaczepnie.
-Czemu?- chłopak zmarszczył brwi.
-Ponieważ za minutę jutro.- zaśmiała się.
-Nie chce psuć tej chwili, ale kanclerz niedługo się obudzi.- Feliks zwrócił uwagę zakochanej parze.
-Tak masz rację.- liderka poprowadziła nas do wyjścia. W samą porę zniknęliśmy za bramą. Na placu zamkowym pojawiali się nowi wojownicy, ale nas to już nie obchodziło. Wsiedliśmy do limuzyny i ruszyli do mieszkania Kai.
*
Nawet nie wiecie jak bardzo ucieszył mnie widok pościelonego łóżka. Od razu się na niego walnęłam. Nie miałam siły przebierać się z potarganych i przekrwawionych ciuchów. „ Nie teraz” pomyślałam i nakryłam kołdrą głowę. Przez materiał słyszałam kłótnie chłopaków w drugim pokoju.
-Ja nie będę spać w jednym pokoju z tym kudłaczem!- oczywiście, Kaspian nie byłby sobą, gdyby nie mógł zakłócać porządku publicznego.
-Puszek to mój przyjaciel. Nigdy się z nim nie rozstaję.- głos Naito był spokojny i opanowany. Słuchać, że nie ma najmniejszej ochoty na kłótnię o pierwszej w nocy.
-Nazwałeś tego stwora Puszek?!- generał nie za bardzo chciał uwierzyć w dane osobowe wilka. Może zwierzak powinien pokazać mu dowód osobisty?
-Tak, masz z tym jakiś problem?- nowy pozostawał nie wzruszony. Wstałam z łóżka. Zrobiłam to z żalem, ale ktoś musi i powiedzieć, żeby się zamknęli. Szybko znalazłam się w ich pokoju. Panował tu niebywały syf. Wszędzie walały się skarpetki, koszule, buty, spodnie i … resztę dodajcie sobie sami. Chłopaki kłócili się w samych bokserkach. Na mój widok zamilkli. Chyba zrobiła się cała czerwona.
-Co chcesz?- pytanie zadane przez filozofa przywróciło mnie na ziemię.
-Chcę was prosić o ciszę. Zachowujecie się jak przedszkolaki.
-Nie pozwolę spać mojemu wilki na zewnątrz.- Nazaja uparcie bronił swojego stanowiska.
-Ja też nie będę sapał na dworze!- wojskowy krzyknął.
-Nikt nie każe ci tam spać!- Naito w końcu się wściekł. Jego pupilek zaczął warczeć. Podeszłam do stającego nieco na uboczu Płonienia.
-Czemu nic nie mówisz?- spytałam.
-Nie mam zamiaru brać udziału w tej bezsensownej wymianie zdań i po prostu czekam, aż nim przejdzie. – wzruszył ramionami.
-Może masz jakiś pomysł na rozwiązanie tej sytuacji?
-Mam.- zagwizdał na pupilka. Wilk podbiegł do niego. Nastolatek wyprowadził go z pokoju. Po chwili wrócił do pomieszczenia ale już bez stworzenia. Staliśmy jeszcze kilka minut wysłuchując sprzeczających się chłopaków. W końcu właściciel futrzaka ocknął się.
-Gdzie mój wilk.?!- zagrzmiał. Feliks podszedł do mężczyzny. Stanął przed nim.
-Spokojnie, pościeliłem mu w kuchni. Jakoś nie narzekał, zwłaszcza po tym jak dałem mu kilku kilogramowy kawałek mięsa, który kiedyś prawdopodobnie był krową. – Naito uśmiechnął się pod nosem. Poklepał nastolatka po ramieniu.
-Dzięki.- i poszedł się położyć. Podczas drogi potknął się o buty, kopnął łóżko, a żeby się nie wywrócić załapał się za lampę zawisającą z sufitu. Upadł razem z nią na puchaty dywan. Z sufitu sterczały powyrywane obwody.
-Nie ma za co.- Feliks głośno wypuścił powietrze. Brunet zaczął się głośno śmiać i pomógł chłopakowi wstać. Wyszłam z pokoju mówiąc im „dobranoc”. W naszej wspólne sypialni dziewczyny spały jak zabite. Każda w swoim koncie. Nienawidzę spać po środku. Ułożyłam się wygonie i zasnęłam.
*
Obudził mnie dzwoniący telefon. Chwyciłam go po omacku. Zerknęłam na wyświetlacz. Trzynasta. Odebrałam. Wsparłam się na ręce.
-Halo?- ziewnęłam.
-Hej Julia, tu Carter. Pamiętasz o naszym spotkaniu w poniedziałek?
-Tak, tak.- powiedziałam na wpół przytomnie.
-Obudziłem cię?- spytał się zdziwiony.
-Nie.- jeszcze raz ziewnęłam. Osunęłam się na poduszki i zamknęłam oczy. Obudził mnie jego głos.
-Julia!
-Nie śpię!- zawołałam.
-Chciałem z tobą porozmawiać  o czymś ważnym, ale nie było się w pracy. Wiem, że to nie jest rozmowa na telefon, ale dłużej już nie wytrzymam. Podobasz mi się i chciałbym, żebyś została moją dziewczyną. Co ty na to?- wyrzucił to z siebie na jednym tchu.
-Ja nie wiem co powiedzieć.- nie dobrze. Z jednej strony bardzo chciałabym z nim być, ale z drugiej on nic o mnie nie wie. Mam z nim być i ciągle go oszukiwać. To jest nie w porządku.
-Aha. Pa.
-Zaczekaj. Zgadzam się.- powiedziałam to odruchowo. Zrobiło mi się go żal.
-Naprawdę?- spytał z radością w głosie.
-Tak.- potwierdziłam.
-W takim razie do czternastej.- rozłączył się. Super mam chłopka. Ponownie zatonęłam w poduszkach. Przysnęłam sobie. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła i krzyk Elizy.
-Naito!
-Przepraszam, nie chciałem. Samo wyśliznęło mi się z rąk.- wstałam i zajrzałam do kuchni.
-Puk, puk. -powiedziałam. Elizabeth i Naito gotowali obiad w przestronnej kuchni Kai. Chłopak przyprawiał mięso, a nastolatka obierała ziemniaki. Przebywanie razem sprawia im nie małą przyjemność. To widać na pierwszy rzut oka.
-Co gotujecie?- spytałam.
-Nic wielkiego bo Feliks wczoraj pozwolił pożreć Puszkowi nasz obiad.- blondynka westchnęła.
-Przecież nic się nie stało. Wstałem rano i skoczyłem kupiec kurczaka.- zaśmiał się. Elizabeth odpowiedziała uśmiechem.
-Z tego co wiem, to martwy drób nie powinien już latać.- wybuchła niepohamowanym śmiechem. Nastolatek jej zawtórował.
-Przepraszam, ale był śliski.
-Kiedy jedzenie będzie gotowe?- zadałam pytanie.
-Za pięć minut.- odpowiedział.
-Jak to?- zdziwiłam się.
-Tak to.- pstryknął palcami i biedy kurczak zajął się płomieniami. Po chwili ogień znikł i jedzenie gotowe. Idealnie wypieczona kura w kilka chwil.
-Jesteś magiem ognia!- zawołałam.
-Załóżmy, że tak.- wyszczerzył zęby.
-Naito ugotuj ziemniaki, a ty Nadia obudź wszystkich na obiad.- powiedziała łagodnie.
-Okej.- wcześniej wstąpiłam do łazienki. Ale piękna. Płytki z wypolerowanego szarego kamienia na podłodze. Ściany przed wilgocią chronią zmieniające kolor kafelki. Sufit został pomalowany na morski kolor. Po lewej stronie od drzwi znajdowała się ubikacja, a zaraz koło niej toaletka z lusterkiem. Trochę dalej wanna na nóżkach oraz kabina prysznicowa. Dwa w jednym. Odsunęłam drzwiczki. W środku były głośniki i miejsce na MP3, mata z masażem i ledy, które zmieniały kolor wody. Zamknęłam zasłonkę. Obok wielofunkcyjnego prysznica stał stojaczek z ręcznikami. Posegregowane według barwy. Trochę dalej pralka i kosz na brudną bieliznę. Wszystko przykrywała delikatna warstwa kurzu. Co się dziwić. Nikt  dawno tu nie mieszkał. Obmyłam twarz, umyłam zęby i wzięłam szybki prysznic. Potem przebrałam się w zapasowe ciuchy i związałam włosy w kucyk. Wyszłam z łazienki i poszłam obudzić towarzyszy. Pierwszą zwaliłam Kaję.
-Jeszcze pięć minut.- i zakryła głowę poduszką. Podniosłam rolety do góry. Promienie słońca wpadły do pokoju i oślepiły fioletowooką. Warknęła coś nie zrozumiale. Nie wiem skąd w salonie znalazł się Puszek. Wskoczył na posłanie i zaczął lizać szesnastolatkę po twarzy. Wiecie jak wygląda latający wilk? Powiem wam, że dosyć śmiesznie.
-Podłe zwierze.- dziewczyna wyskoczyła z pościli. – Podaj mi moje paznokcie, a pokażę mu …
-Obiad!- zawołałam i  ewakuowałam się z pomieszczenia. Zapukałam do sypialni chłopaków. Nikt nie odpowiedział. Uchyliłam delikatnie obite w drewno drzwi z tabliczką „wstęp wzbroniony”. Przyjaciele spali jak zabici. Kołdra dawno zleciała z kanapy. Leżeli odkryci. Kaspian leżał głową w dół i tulił poduszkę, za to Feliks rozwalił się na całym posłaniu. Nie wiem czemu, ale obwinął się w prześcieradło.
-Wstawać!- krzyknęłam najgłośniej jak potrafiłam. Generał przekoziołkował się na podłogę przy okazji ciskając we mnie poduszką, a Płomień podskoczył na równe nogi.
-To tylko ty.- brunet uśmiechnął się.
-Tak, tylko ja.- oddałam mu poduszkę. – Mam wam przekazać, że obiad gotowy.
-Już idziemy. Daj nam chwilkę.- filozof zszedł z kanapy. Pożegnałam się i wróciłam do kuchni. Zajęłam miejsce przy stole w drugiej części pomieszczenia. Był zastawiony i czekał na gości. Dołączyli do mnie kolejno Kaja, Feliks, Kaspian i Eliza. Naito serwował potrawy. Nie raz trzeba było podbiegać i łapać dymiąc półmiski. Chłopak za każdym razem przepraszał ale wspaniałe jest to, że nikt go nie oceniał ani się nie śmiał. Każdy służył mu pomocą. W końcu zasiedliśmy do stołu. Nowy wstał. Uniósł kubek.
-Wznieśmy toast za zwycięstwo!- zawołał.
-Za zwycięstwo!- zawtórowaliśmy. Rozpoczęliśmy jedzenie. Śmialiśmy się opowiadaliśmy sobie nawzajem o naszych dokonaniach oraz wpadkach na balu. Również co jakiś czas dokarmialiśmy Puszka siedzącego pod stołem. Było nam razem dobrze.
-Skąd wiedzieliście, kiedy skończyła się audiencja i jaki był jej rezultat?- spytałam.
-Słyszeliśmy waszą rozmowę z kanclerzem.- oznajmiła Kaja.
-Jak to?- zdziwiłam się.
-Umieściłem nadajnik w koronie mojej siostrze. Sygnał z niego odbierało skonstruowane przez mnie radyjko. – Montrose pochwalił się swoim wynalazkiem.
-Kolejne ustrojstwo, które ocaliło nam życie?- spytałam sarkastycznie. W odpowiedz wystawił mi język.
-Właśnie stary! Twoje zabawki uratowały mi życie!- zawołał filozof.
-Nadia, a mi twojej roboty trucizna!- zabójczyni podziękowała mi.
-Wznieśmy toast za mojego brata i Nadie!- Beth uniosła szklankę.
-Za Kaspiana i Nadię!

***
Hahaha. Nie gram w Słodki Flirt i nie za bardzo kojarzę ale to chyba jakaś ubieranka połączona z quizem. Moja koleżanka prawdopodobnie w nią gra. Wolę gry typu Tekken albo coś w ten deseń. ;). Mam nadzieję, że rozdział przypadł wam do gustu. Piszcie w komentarzach. Dobranoc <3
                                                                                                                                     Soraja