Translate

sobota, 25 kwietnia 2015

Rozdział III



- To byłaś ty? Przez ten cały czas? Widziałaś wszystko?- zakrył twarz dłońmi. Ciszej dodał jakby sam do siebie- Widziała jak zabijam ludzi, ale ona nie wie, że tego nie chciałem. Gdybym nie wykonał polecenia kanclerza, on zabiłby mnie i moją siostrę. Na to…
-Przestań!- krzyknęłam. Zniżyłam głos – wiem, że masz jakieś problemy i tak dalej, ale uwolnij tych biednych ludzi. Gdzieś w głębi serca wiesz, że to co robisz, jest złe. Postaw się temu kanclerzowi. A z resztą on się o niczym nie dowie.
-Nie dowie się?- spytał. Popatrzył na mnie. Jego wzrok był zamglony. Mówiłam cicho i spokojnie, mając nadzieje, że zatrzymam go w tym stanie jak najdłużej.
-Tak. Ani ja, ani braciszek niczego nie powiemy. – obiecałam mu.
-Naprawdę?- w jego głosie było tyle zaufania i dobroci, że wydawał się innym człowiekiem.
- Wal się! Nie potrzebujemy twojej łaski!- ktoś z tłumu  nie mógł wytrzymać i wrzasną na całe gardło. To zburzyło ulotny spokój Kaspiana. Wróciła druga osobowość. Nie mam  pojęcia o co chodzi. Bardzo przypomina boga Janusa, który miał dwie twarze. Dobrą i złą. Pierwsza reprezentuje miłego i fajnego chłopaka z którym mogłabym się zaprzyjaźnić . Druga to oblicze szaleńca i mordercy bez uczuć. Otarł ręką usta. Prychnął.
-Przepraszam, że widzieliście mnie w takim stanie. To byłem ja z tamtego życia.- „Tamtego życia”? co to w ogóle ma znaczyć? Kontynuował.-  To na czym stanęliśmy? Ach tak. Już pamiętam. Kochanie wiesz, że jak odmówię, to zostaniesz zabita w tempie natychmiastowym. A tego bym nie chciał.- uśmiechnął się łajdacko.
-Więc przystąp do nas. – dalej utrzymywałam spokojny ton głosu.
- Ta sama sztuczka nigdy nie działa dwa razy, wiesz?- roześmiał się. Rzuciłam Jackobowi  spojrzenie pod  tytułem „ atakuj kiedy będziesz mógł”. Za nim zdążyłam zareagować, Kaspian powalił mnie na ziemię. Gdyby tego nie zrobił, byłabym martwa. Któryś z więźniów celował sporym kamieniem w moją głowę.
-Teraz to przegięli.- warknął.
-Już!- krzyknęłam. Ken w jednej chwili skuł kajdanami chłopaka leżącego na trawie.
-Czemu kazałaś mu to zrobić? – spytał ze smutkiem w głosie.
-Przepraszam, ale obiecałam przyjaciółce, że sprowadzę jej męża do domu. Jeżeli się zgodzisz to karzę cię uwolnić.
-Którego chcesz zabrać?
-Liama Żelińskiego.- brunet myślał dłuższą chwilę. W końcu powiedział:
-Weź go sobie i zejdź mi z oczu.- odwrócił wzrok.
-Dziękuję. – rozejrzałam  się po twarzach zebranych tam mężczyzn. Prawie wszystkim źle z oczu patrzyło. Wyjątek stanowiła mała grupka facetów stojących pod starym świerkiem. Odziani byli jak pozostali. Jutowe worki przewiązane powrozem. Standard. Podeszłam do nich.
-Który z was to Liam Żeliński?- grzecznie zadałam pytanie.
-To ja. Czego chcesz? – burkną.
-Może trochę grzeczniej. – zirytowałam się. – To ja nastawiam kark przed generałem na prośbę Gabrieli, a ty traktujesz mnie jak wroga?!- huknęłam.
-To nie moja wina… Czekaj, kogo?!
-Gabrieli Żelińskiej. Może ją pamiętasz?
-Oczywiście, przecież  to moja żona!- wrzasnął uradowany.
- Choć, zabiorę cie do twojej rodziny.
- Już lecę. – natychmiast podążył za mną.
-Stójcie.- za nami biegł braciszek.
-No co? – spytałam.
-Nowe rozkazy od Kaspiana.- przeleciał mnie strach. Co jeżeli się rozmyślił? Chłopak najwyraźniej dostrzegł moje przerażenie, ponieważ szybko dodał- gdy go uwalniałem kazał mi wypuścić wszystkich więźniów. – ulżyło mi. Uśmiechnęłam się.
- To czemu tu tak stoisz? Idź i ogłoś mi wesołą nowinę. Ja niestety muszę się już z tobą pożegnać.- przytuliłam go.- tak przy okazji pożyczam jedną z furgonetek.- razem z Liamem wróciliśmy do Sory. To był męczący dzień. Zapukałam do drzwi mojego mieszkania. Zgodnie z oczekiwaniem zastałam  tam Gabrielę i Elizabeth. Gdy brunetka spostrzegła swojego męża w progu, bez słowa rzuciła mu się na szyje. Stali tak przez dłuższy czas nic nie mówiąc. Osiemnastolatka podeszła do okna. Ruchem ręki przywołała mnie do siebie. Za oknem, na podwórku bawiła się Kornelka razem ze swoim koleżankami i kolegami .
-Kornelko, kochanie! Choć na chwilkę ! – zawołałam
- Siostrzyczko! Już wróciłaś? – zanim zdążyłam jej odpowiedzieć dziewczynka natychmiast zjawiła się w domu. – Nadia!- wskoczyła na mnie. Przywiozłaś mi jakiś prezent?
-Tak.
-Jaki?- jej oczka zrobiły się jeszcze większe niż zazwyczaj. Ledwo powstrzymywałam się od śmiechu. Liam podszedł od tyłu i zdjął ze mnie swoją córeczkę. Mała popatrzyła na niego. Nagle pisnęła z radości na cały pokój.- tata wrócił! Tatuś, tatuś!- dziewczynka wtuliła się w wychudłe ciało mężczyzny, który rozpłakał się jak bóbr.
-Tak wróciłem i już nigdy was nie zostawię.
- Obiecujesz?- w jej głosiku było tyle nadziei i radości. Wystawiła mały paluszek.
-Obiecuję. – chłopak chwycił splótł swój palec z palcem dziecka.
-Jakie to piękne.- Elizabeth teatralnie otarła suche łzy.- Nadia na nas już czas. Pakuj się.
-Po co?
-Skoro jesteś członkinią  „ Odrodzenia” to pasowałoby abyś mieszkała z nami. Nie sądzisz?- bez zbędnych kłótni udałam się do mojego już byłego pokoju. Na ziemi leżały puste pudła uprzednio przygotowane przez blondynkę. Spakowałam do nich rzeczy takie jak książki, broń, pościel. Ciuchy włożyła do torby. Usłyszałam jak wszyscy schodzą klatką schodową do wyjścia. Położyłam karton na kartonie ( nie były ciężkie) a torbę zarzuciłam na ramię. Spojrzałam na mój dom po raz ostatni. Trochę szkoda było mi się z nim rozstawać. Dopiero co spłaciłam lokal w Czerwonym Krzyżu i stał się mój. Szkoda byłoby zamykać go na klucz i zostawić tak na kilka lat. Meble nie używane szybko niszczeją a poza tym złodzieje mogą upatrzyć to sobie jako idealny cel. Zatrzasnęłam drzwi. Czułam się tak jakbym zamykała  jakiś rozdział w swoim życiu. Przekręciłam klucz w zamku. Wyszłam przed kamienicę. Popatrzyłam na jej ceglaną fasadę. Podjęłam decyzję. Odciągnęłam małą na bok.
- Kornelka?
-Tak?
-Zaprzyjaźniłaś się z dziećmi z okolicy, prawda?
-No.- uśmiechnęła się
-Podoba ci się moje mieszkanie?
-Oczywiście, i tak tam ładnie pachnie. – rozmarzyła się.
-Proszę. To są klucze do mojego domu. Teraz jest wasz. Powiedz o tym rodzicom, kiedy będę już daleko stąd. Dobrze? Tylko nie zapomnij.
- Tak.- pożegnałam się ze wszystkimi i razem z blondynką i Kaspianem( który doszedł w międzyczasie)  ruszyliśmy do tajnej kryjówki naszej przywódczyni. Chłopak na siłę zabrał mi oba pudła, mówiąc, że są dla mnie za ciężkie. Przeszliśmy całe centralne miasto, później przeszliśmy przez mały lasek i stanęliśmy przed mosiężną bramą.
-No to jesteśmy. – Elizabeth zapukała trzy razy. Odczekała chwilę i kopnęła wrota z pół obrotu.
-Okej… Ale ja tak ich nie będę otwierała.- stwierdziłam. Moim oczom ukazał się ogromny pałac wzniesiony z białego marmuru. Posiadał kilkanaście balkonów i mnóstwo okien. Ku górze pięło się wiele strzelistych wieżyczek. Na dachu możnabyło dostrzec zielone elementy. Może to ogród? . Budynek otoczony został fosą, w której mieszkały zaprzyjaźnione krokodyle (tak uważa królowa). W około nasadzono pełno drzew. Po prawej stronie powstał las mieszany, który zamieszkiwały przeróżne zwierzęta …ehm..ehm …potwory …ehm …ehm. Po lewej rozkwitał w swej pełnej krasie sad, a w nim drzewa takie jak wiśnie, śliwy, jabłonie, brzoskwinie, grusze i wiele innych. Aby dojść do zamku, który znajdował się na wzniesieniu( zapominałam dodać), musicie przejść trzy przeszkody. Na samym początku są to pupile czerwonookiej, dwa psy o trzech głowach. Są ogromne. Mierzą co najmniej trzy metry jak nie więcej. Każdy z nich ma swoją miskę, budę i na szczęście łańcuch, na którym niekiedy są uwiązane. Ponoć można się przyzwyczaić do ich obecności. Uwaga, bo uwierzę. Po przywitaniu się ze stróżami przechodzimy do trzech fontann. Jedna z ulubionych atrakcji dziewczyny. Specjalnie zamontowała tam kamery, żeby móc puszczać sobie najlepsze reakcje swoich gości na specjalnie przygotowane przez nią napoje. Zbiornik fontanny numer jeden, wypełniony jest trucizną przeznaczoną dla naszych wrogów. Numer dwa to czysta źródlana woda przeznaczona dla przyjaciół domu. Trzecia substancja, bo nie można tego nazwać napojem, trafia do osób, których Eliza po prostu nie lubi. Zastanawiacie się pewnie, czemu nie można tak po prostu ich ominąć. Ha! To proste. Nie pijesz, nie idziesz. To dopiero jedna z chorych zasad tu obowiązujących. Kolejnym punktem naszej małej wycieczki jest labirynt. Tu nie pomogą żadne sztuczki z okruszkami czy badziewnym kłębkiem włóczki. Tutaj musicie znać odgórnie wyznaczoną i bardzo skomplikowaną drogę. Trzeba zamknąć oczy i wyobrazić sobie prostą ścieżkę prowadzącą do pałacu. Cały labirynt to iluzja podtrzymywana przez siostrę Kaspiana. Jak wcześniej wspominałam budowla znajduje się na wzniesieniu. Prowadzą do niej schody. To jedyna rzecz w tym cudzie architektury, którą znienawidziłam od  pierwszego wejrzenia. Równe pięćset stopni bezczelnie dzielących mnie od mojej sypialni, która, o ile mogę pomarzyć, będzie znajdować się na parterze. Gdy w końcu wydrapiecie się na szczyt ,,Mount Everest", waszym oczom ukaże się plac zamkowy przekształcony w cztery boiska przeznaczone do narodowych sportów naszych krajów. Ale o nich opowiem wam kiedy indziej. Kto by się spodziewał kolejne wrota  starannie wykonane. Elizabeth tym razem otwarła je normalnie. Ekstra. Cały parter stanowił jeden gigantyczny pokój dla wszystkich. Były tu stoły do gry w piłkarzyki, stoły do tenisa oraz do gry w karty, kila stanowisk komputerowych, wielka kanapa a przed nią ogromny ekran, taki, jak w kinie. W najdalszym kącie pokoju wmieszano parkiet i wieże stereo oraz stanowisko dla DJ-a , na suficie zawisła kula dyskotekowa z czasów młodości naszych rodziców. Najbardziej ucieszył mnie widok kilku telewizorów a do nich podpiętych wiele różnych gier wideo. Na drugim piętrze znajdowały się sypialne oraz łazienki. Trzeci poziom to sale gimnastyczne i siłownie. Czwarty kryje sale treningowe. Dokładnie cztery. Piąty to stołówka a ostatni to gigantyczna biblioteka. Nigdzie nie ma śladu schodów. Ooo! Widzę windę. Wygrałam życie.
-Nadia, idź wybierz sobie jakikolwiek pokój.
-Dobra, jestem już tak zmęczona, że mi to całkowicie obojętne.
-Nie mów tak. – przyłożyła palec do ust, łokieć wsparła na ręce. Zamyśliła się. – Już wiem. Zrobię dla nas kolację.- uśmiechnęła się. – A ty jej nie dostaniesz dopóki nie zastanowisz się nad wybraniem pokoju.
-Ok.- zabrałam swoje rzeczy i wsiadłam do eleganckiej windy. O dziwo nie piszczano w niej muzyki. Po chwili znalazłam się na piętrze mieszkalnym. Była tam masa przeróżnych sypialni. Każda z nich to osobne dzieło sztuki. w końcu zdecydowałam się na pokój o niebieskich ścianach i prostych białych meblach. Weszłam do środka. Rzuciłam się na dwuosobowe łóżko zaścielone niebieską pościelą. Naprzeciwko stała ogromna szafa. Gdy przekręciłam głowę w prawo spostrzegłam wielkie okna a pod nimi duże biurko z białym, obrotowym krzesłem. Nieopodal stała półka na książki. Koło mojego łóżka znajdowały się szafeczki nocne, a przed nim kuferek. Kopnęłam walizkę jak najdalej i zatopiłam twarz w poduszkach. Przeleżałam tam do czasu kolacji, która miała miejsce o osiemnastej.
-Powiem ci, że wybrałaś ten pokój, o którym myślałam.- dziewczyna klasnęła w dłonie. Dalej jedliśmy w milczeniu. Po wieczerzy, Kaspian chciał wstać do stołu i udać się do dormitorium, lecz Elizabeth powstrzymała go miłym głosikiem.
-Czekaj, braciszku. Dokąd się wybierasz?- spytała niewinnie.
-Idę spać. A co?
-Wiem, że na pewno jesteście zmęczeni ale musicie iść złożyć propozycję Feliksowi o dołączenie do nas.- ten fałszywy uśmiech aż ociekał niewinnością.
-Co?!- krzyknęliśmy jednocześnie z Kaspianem. Po raz pierwszy się zgadaliśmy. Blondynka wstała od ławy.
-Czas ruszać moi drodzy.- mrugnęła do nas porozumiewawczo.
- No to w drogę.- i tak to własne razem z generałem ruszyliśmy na poszukiwanie Płomienia.(Tak nazywa go Eliza).

sobota, 18 kwietnia 2015

Rozdział II



Elizabeth przejrzała mój plan na wskroś, ale jedyne co zrobiła to zatkała zlew kurkiem i odkręciła kran.
-Dzięki.- bąknęłam sarkastycznie.
 – Nie ma za co.- uśmiechnęła się. Dalej stała w tym samym miejscu gdzie wcześniej.
- Panie pozwolą z nami.- jeden z facetów ruszył w naszym kierunku. Zaatakowałam go. Przywołałam lodowe igły na długość około piętnastu centymetrów. Rzuciłam je trafiając w punkty witalne bruneta.  Teraz obie ręce mężczyzny zwisały bezwładnie. To go osłabi tylko na moment. Zaraz odzyska pełną sprawność. Na środku mojej pięknej kuchni wyrósł metrowy słup litej skały. Wykonując w powietrzu figury akrobatyczne (nawet nie wiem jakie) miotał we mnie kawałkami skały. Woda z umywalki zalała płytki. Gdy mundurowy opadł na stały grunt został obezwładniony. Do akcji ruszył drugi mag, który cały czas obserwował moje ruchy i szukał słabych punktów.
-Dość!- krzyknęła Elizabeth. Odłożyła szklankę.- Tego zostaw mi.- spojrzała na blondyna. Okiennice rozwarły się z hukiem. Masa świeżego powietrza wpadła do środka i wymiotła obu żołnierzy na klatkę schodową.
-Idź i zabierz mundur jednemu z nic. Polecam ubranie tego mniej zmasakrowanego.
-Ok.- strój wojska Ziemi wygląda następująco:  płaska czapka z daszkiem, biały podkoszulek z krótkim rękawkiem, długie, dopasowane spodnie oraz marynarka. Wszystko w kolorze zgniłej zieleni. Obuwie jest dowolne, ale aktualnie panowała moda na glany.
-Siadaj na krześle trzeba ukryć twoje włosy.- na polecenie blondynki przyniosłam grzebień, stołek, lusterko a także masę spinek i wsuwek. Dziewczyna starała się spiąć moje jasnoniebieskie włosy w koński ogon. Za każdym razem  wypadał jej z dłoni jakiś niesforny kosmyk. Spojrzałam na swoje odbicie. Jestem łudząco podobna do mojej starszej siostry Katherine. Ten sam szyderczy wyraz twarzy, oczy lodowatej barwy i usta zawsze wykrzywione grymasem niezadowolenia. Już zapomniałam jak to jest być naprawdę szczęśliwą.
-Gotowe!- uradowana nastolatka biegała wokół mnie z lusterkiem abym lepiej mogła zobaczyć jej „arcydzieło”.
-Dziękuje.
-Zanim wyruszysz, opowiem ci na czym polega „egzekucja”.- ostatnie słowo ujęła w migowy cudzysłów. – gdy dostaniesz się na plac, zobaczysz furgonetki. Dokładnie trzy. W każdej z nich jest ok. trzydziestu więźniów. Punkt dwunasta zostają wypuszczeni na rynek i ustawieni w równym rzędzie. Generał, w naszym wypadku Kaspian, dokonuje dziesiątkowania, czyli zabija co dziesiątą osobę w kolejce. Następnie bierze dwie osoby ze swojej straży, dobrze by było gdybyś znalazła się w śród nich, i wyjeżdżają głęboko w las gdzie zabijają wszystkich więźniów. Twoim zadaniem jest z rekrutować mojego brata i powstrzymać masowy mord. Rozumiesz?- spytała.
-Tak.- złapałam czapkę i wybiegłam z mieszkania. Naprawdę nie rozumiem jego postępowania. Dlaczego on to robi? Po prostu nie wiem. Mam mętlik w głowie.  Przed blokiem czekała na mnie pani Gabriela.
- W czym mogę pomocy?- zadałam pytanie. Przerażona kobieta nie rozpoznała mnie i zdzieliła po głowie.- To ja! Nadia!
-Przepraszam cię kochana. Nie ładnie tak przebierać się za wrogów naszego narodu. Stoję tu od dłuższego czasu i całkiem przypadkiem podsłuchałam waszą rozmowę.-jej głos załamał się. Złapała mnie za marynarkę.
-Tak?- spytałam sucho.
-Mam prośbę.
-Jaką?- podniosła wzrok. Masze spojrzenia skrzyżowały się. Jej oczy były zaszklone. 
-Sprowadź mojego męża do domu. –pękła. Łzy pani Gabrieli zmoczyły moją bluzkę. Co mam zrobić? Pocieszyć ją? Może przytulić? Jedyne na co się teraz zdobyłam to oschłe
- Nie ma sprawy.- odsunęłam ja od siebie.
-Zaczekaj!
-Tak?
-Proszę. To zdjęcie mojego męża. Z tyłu jest podpisane.- na fotografii zobaczyłam wysokiego, opalonego i dobrze zbudowanego bruneta o ładnej buzi i czarującym uśmiechu. Stał oparty o pień starego drzewa. Odziany był w luźną, lnianą koszule i jeansy. Na rękach trzymał niemowlę. Zapewne była to Kornelka. Odwróciłam kartkę. Po drugiej stornie widniał napis:
Liam Żeliński
30 lat
15.07.2010r
Sora
 To zdjęcie zostało wykonane jakieś pięć lat temu.
-Zobaczę co da się zrobić. – po upływie pięciu minut znalazłam się na miejscu. Rynek został zbudowany na prawie magdeburskim, które cechuje się prostokątnym placem i prostopadle padającymi do nie go uliczkami. Na środku stał ogromny zegar wskazówkowy, a zaraz nie opodal wybudowano kościół. Naprzeciwko gotyckiej budowli wzniesiono ratusz. Niegdyś siedziba rady miasta, teraz główna siedziba okupantów. Przed wejściem stały szubienice, pale i Bóg wie co jeszcze. Weszłam do środka. Mijałam sypialnie, pokoje i sale konferencyjne. W końcu zdecydowałam zatrzymać się w jadalni. Stołówka była gigantyczna. Wszędzie stały czteroosobowe ławki na dodatek wszystkie zajęte. Nie, jednak nie. Postanowiłam usiąść przy niej. Życie tu tętniło. Masa ludzi wchodziła i wychodziła. Żołnierze zamawiali i odbierali posiłki, zmieniali swoje miejsca beztrosko gaworząc z innymi. Nikt nie zwrócił na mnie większej uwagi. Była kolejną osobą, która stanowiła otaczający ich tłum. Ciekawe, gdzie jest Kaspian.
-Hej, mógłbym się przysiąść?- nade mną stał brunet  z szerokim uśmiechem na twarzy. W rękach trzymał tackę z jedzeniem.
-Oczywiście.- odwzajemniłam uśmiech, który w moim wykonaniu wyglądał bardziej na szczękościsk. Zgodziłam się na to aby nie ściągnąć na siebie zbędnych podejrzeń. I coś jeszcze. W jego twarzy było coś boleśnie znajomego. Ale co?
- Skąd jesteś?- zagadał. Zakrztusiłam się.- Wszystko w porządku?- zadał pytanie.
-Tak.- wykrztusiłam. Przecież nie powiem „Hej jestem Nadia Wróblewska następczyni tronu Kraju Wody. Pochodzę z miasta Mizu.” Muszę szybko wymyślić jakieś wiarygodne kłamstwo. Już wiem.
-Pochodzę z miasta Ur.
-O! To tak jak moja dziewczyna. Oto ona. – podłożył mi pod nos telefon komórkowy. Na tapecie ustawione miał zdjęcie młodej dziewczyny o srebrnych włosach, twarzy w kształcie serca oraz piwnych oczach.
 -Piękna. - skomentowałam.
- Ma na imię Sara.- chłopak tęsknie spojrzała na fotografię. – Ostatni raz tak długo jej nie widziałem, kiedy zostałem przydzielony do walki pod Mizu. – nasze spojrzenia spotkały się. Wspomnienia wróciły. Przeraziłam się. Już wiem skąd go kojarzę. Kiedyś, gdy miałam dziewięć lat, magowie ziemi po raz pierwszy najechali nasz kraj. Mała ja doglądałam bitwy z ukrycia. Oddział nieprzyjaciół nie był duży, ponieważ wielu z nich zapewne albo zginęło podczas przeprawy tutaj( musieli pokonać Powietrze i Ogień aby się do bas dostać) lub osiedlili się na podbitych terenach. Mogli przepłynąć morze ale wiedzieli że to samobójstwo. Kraj wody położony jest na półwyspie, który w większej części skuty  lodem. Z pozostałymi kontynentami połączony jest za pomocą wąskiego pasa ziemi przypominającego  gigantyczny most.  Wrócimy do bitwy. Walka trwała w najlepsze, gdy nieopodal mojej kryjówki usłyszałam cichy jęk. Oczywiście musiałam to sprawdzić. Wiecie czysta ciekawość. Kilka zasp dalej, zakopany do połowy leżał chłopak. Ten sam, który siedzi naprzeciwko mnie. To na pewno on. Wszędzie rozpoznam te kruczo czarne włosy i tej samej barwy oczy. Wtedy gdy go znalazłam obficie krwawił z boku i był cały przemarznięty. W dłoniach, przy sercu trzymał to samo zdjęcie, które pokazał mi przed momentem. Zawlokłam go do mojej tajnej kryjówki, gdzie chowałam się przed rodzicami i siostrą. Opatrzyłam jego ranę i zabrałam się za udzielenie pierwszej pomocy.( Magowie wody mają zdolność do uzdrawiania innych. Robią to poprzez wylanie wody na ranę chorego. Ciecz błyszczy wtedy na błękitno i naprawia uszkodzone mięśnie, ścięgna, żyły, rany i wiele innych dolegliwości.) Gdy skończyłam zabieg, obudził się. Przez jakiś czas nie był w stanie nic mówić. Podałam mu zupę. Na migi pokazał mi, że nie da rady sam zjeść, więc go nakarmiłam.
-Dziękuje. – usłyszałam po upływie kilku godzin.- Nie rozumiem czemu mi pomagasz. Przecież najechaliśmy twój kraj, twoje miasto, twój dom.
-Nie robisz tego z własnej woli, tylko dlatego, że masz takie rozkazy, ale to nie powód żebyś umierał braciszku, prawda?- wtedy jeszcze potrafiłam prawdziwie się uśmiechać i miałam wiarę we własne słowa.
-Ale kochane z ciebie dziecko.- chciał podnieść się z prowizorycznie skleconego łóżka lecz zaraz ponownie na nie opadał.
- Nie ruszaj się! Rana może się otworzyć! – krzyknęłam z przerażeniem.
-Hej mała jak się nazywasz?- wysapał.
-Nadia Wróblewska. – popatrzyłam na nie go. Gwizdną z podziwu.
-Wow! Ale szycha mnie uratowała.- zamilkł. Najwyraźniej ból był nie do zniesienia. Leczyłam go przez całą noc. Doprowadziłam do tego, że następnego dnia stał już o  własnych siłach.
-Jeszcze raz bardzo dziękuję. Muszę już ruszać. Nigdy nie zapomnę tego co dla mnie zrobiłaś.- przytulił mnie na odchodne.
-Żegnaj braciszku. Do zobaczenia. – jeszcze długo stałam i machałam chociaż Jackob Ken już dawno odszedł. To on braciszek powrócił. Siedział przede mną cały i zdrowy. Z tym swoim bezczelnym uśmiechem. Muszę uciekać. Teraz jestem jego wrogiem. Chciałam zastosować taktyczny odwrót, ale Ken przewidział mój ruch i złapał mnie za nadgarstek tak gwałtownie, że czapka spadła mi z głowy a gumka, która podtrzymywała kucyka, pękła. Włosy opadły mi na ramiona. Chłopak zarzucił mi kurtkę na głowę i wyprowadził z sali.
-Hej. Musisz trochę bardziej uważać. Niedługo padnę przez ciebie na zawał. – on mnie uratował?
-Czemu mi pomogłeś?- spytałam. Uchylił nieco marynarkę i popatrzył mi głęboko w oczy.
-Ponieważ, ty uratowałaś kiedyś mnie, siostrzyczko. Też jestem ci coś winien. – rzekł. – A w ogóle, co tu robisz?
-Nie mogę ci tego powiedzieć.
-Okej, to nie nalegam, czy jest coś w czym mógłby ci pomóc? Zrobię wszystko.
-Tak?- zaśmiałam się. Zaczęłam wymieniać rzeczy, których, jak myślałam, nie był w stanie załatwić.- Załatw mi identyfikator z jakimiś normalnymi danymi oraz listę „gości zaproszonych na dzisiejszą imprezę”. O, zapomniałabym. Wkręć minie także do głównej straży generała Montrosa.
- Nie ma sprawy. Tylko tyle?
- Co?!- szczęka mi opadła.
-Nie dziw się tak. Zaczekaj na mnie na ławce pod zegarem. Wrócę za niecałą godzinę.- zaśmiał się. Pozostawił mnie samej sobie. Wyszłam na zewnątrz. Dostrzegłam ławkę. Na szczęście była wolna. Zajęłam miejsce wyznaczone przez bruneta. Minuty mijały i mijały. Dzwony wybiły jedenastą. Z nudów obserwowałam życie na rynku . Plac targowy zapełniony był ludźmi różnego pochodzenia i  statusu majątkowego. Wszyscy wydawali się być dla siebie nawzajem miłymi i życzliwymi. Z rozbawieniem i uśmiechem na twarzach rozmawiali tylko na sobie znane tematy. Panowała tu pełna harmonia, którą można przyrównać do czterech żywiołów jakimi się posługujemy. Kiedy jesteście magami wody, potraficie leczyć rany oraz zmieniać stany skupienia wody. Ale nie tylko. Zawsze istnieją sekretne techniki np. magia krwi. Dzięki niej możecie kontrolować ruch wszystkich ciał zawierających w sobie ciecz. Ale to wyższa szkoła jazdy. Czarodziej na najniższym poziomie potrafi wykorzystywać wodę z najbliższego otoczenia i leczyć nią rozmaite rany. Drugi poziom to przedstawiona powyżej manipulacja ciałem. Ostatni etap polega na wyrywaniu H2O z przedmiotów i używać jej do własnych celów. Ta umiejętność jest bardzo przydatna kiedy np. nie masz nic do picia na pustyni a na swojej drodze mijasz nabijającego się z ciebie kaktusa. Tkanie ognia również ma swoje wady jak i zalety. Jak w każdym  elemencie wyróżniamy trzy poziomy: po pierwsze używanie ognia już sztucznie wskrzeszonego np. zapałka, zapalniczka, ognisko itp. Drugi to bazowanie na sile słońca, ponieważ to stąd wywodzi się magia ognia. Trzecia i najdoskonalsza to uzyskanie płomienia ze swojego wnętrza. Rzadko kiedy spotykana. Zapominałam dodać, że umieją władać elektrycznością wiec z powodzeniem mogą zastąpić piorunochron podczas burzy. Czarodzieje ziemi również kierują się wyznaczonymi etapami. Najpierw walczą za pomocą ziemi w najprostszej postaci, ewentualnie tkają skałę. Później przerzucają się na metale. Najdoskonalszy poziom to posługiwanie się sypkim i ulotnym piaskiem. Na koniec zostawiłam magów powietrza. Wydawałby się mogło, że oni nie robią nic innego jak tylko marne przeciągi. To początek. Kiedy zaangażują się bardziej potrafią oszukać nasze zmysły. To zjawisko nazywane jest iluzją. Umieją sprawić, że twoja ulubiona potrawa będzie smakowała jak błoto, ukochana piosenka przekształci się w dźwięk tarcia paznokciami o tablicę, zapach kwiatów zmienia się w oddech kogoś, kto prze całe życie nie mył zębów, oczy ujrzą w kącie pokoju jednorożca rzygającego tęczą. To jeszcze nie jest najgorsze. Prawdziwa jazda bez trzymaki zaczyna się wtedy, gdy potrafią manipulować dźwiękiem. Zmieniają natężenie głosu tak, że albo mózg wypłynie ci nosem, albo zaśniesz jak niemowlę.  Ekstra bonus. Jednym kiwnięciem palca mogą cie udusić. No. To już znacie tajemnicę sił przyrody, którymi posługujemy się na co dzień. Znajoma postać wyłoniła się za rogu ulicy. To Jackob.
-Wróciłem!- rozradowany chłopak podał mi przepustkę oraz listę skazańców. Przeglądnęłam ją uważnie. Jest. Liam Żeliński.
-Dziękuje ci. Bardzo mi pomogłeś.
-Nie ma sprawy. Musimy tu poczekać na Kaspiana.- usiadł obok mnie. Czekaliśmy aż do przyjścia piętnastolatka. Dla zabicia czasu graliśmy w grę „Przedmiot o którym myślę to…” . W końcu na horyzoncie pokazały się trzy ciężarówki. Z piskiem opon wjechały na rynek. Wysiedli z nich trzej mężczyźni. Następnie wypuścili  z wnętrza furgonetek więźniów skutych łańcuchami i odzianych w jutowe worki.  Ustawili ich w równym rzędzie.
-Musimy już iść.- chwycił mnie za rękę i zaprowadził na miejsce egzekucji. Zegar wybił południe. Zebranych zaszczycił swoją obecnością generał wszystkich sił zbrojnych, Kaspian Montrose.
-Witajcie moi drodzy. Rzadko kiedy widzę taką zbieraninę zdrajców i wyrzutków społeczeństwa w jednym miejscu. Dziś zastanie wam wymierzona sprawiedliwość. Jackob,- zielonooki skinął na braciszka, który podał mu karabin. Ten bez żadnych wyrzutów sumienia odliczał co dziesiątą osobę w kolejce i zabijał ją. Ptaki zlękły się i odleciały. Na ziemię opadły czarne pióra niby żałobny deszcze na cześć poległych. Odwróciłam wzrok. Strzały padały jeden za drugim. Naliczyłam ich osiem.
- To by było na tyle.- odłożył pistolet.- Pakować się do samochodów.-ciszej dodał- Prowadzisz ty i twoja koleżaneczka. Pokaż się no skarbie.
-Nie.- wyszeptałam. Zakryłam twarz czapką jak najbardziej mogłam.
-Nie wstydź się.- zachęcał spokojnym głosem.
-Nie!- krzyknęłam.
-Okej! Jak nie to nie! –ryknął.- Wsiadajcie pora jechać.- coraz bardziej oddalaliśmy się od Sory. Jechaliśmy specjalnie przygotowanym na tę okazję szlakiem. Okropne. Ci ludzie są święcie przekonani, że trafią do obozu. Gdy dojechaliśmy na miejsce wypuściliśmy więźniów z karetek. Na ich twarzach malowało się zdziwienie. Gdzie nie gdzie dobiegały mnie szepty. Młodzieniec staną naprzeciwko tłumu.
- Witam was. Oto ostatni punkt wycieczki. Powiem wam całą prawdę obozie. Nie istnieje! Ha! Ale was nabrałem.- przez chwile śmiał się jak obłąkany. – Przepraszam już się uspokoiłem. Ze względu na zaistniałą sytuację jestem zmuszony was zabić.- ledwo powstrzymywał salwy śmiechu.
-Proszę, list do pana.- podałam mu pismo.
- Teraz to nieistotne. – nachmurzył się.
-Proszę zerknąć.
-Dobrze.- wyrwał mi z ręki kopertę i podarł ją. Wyjął z wnętrza nieco zmiętą kartkę. Zaczął czytać.- Co to jest?!- zapienił się. – Jak śmiesz… Skąd to masz?!
-Od dobrej wróżki. –odpysknęłam. 
-Jak „dobra wróżka” daje komukolwiek wyrok śmierci oprawiony w złoty papierek?! Kim ty w ogóle jesteś?! Przecież mówię do ciebie! Odezwij się!- nie wytrzymałam. Nerwy mi puściły. Szybkim ruchem zdjęłam czapkę, kurtkę i rozpuściłam włosy. Rzuciłam rzeczami w Kaspiana.
-Nadia? – był zszokowany.
-Tak to ja, kochanie!

piątek, 10 kwietnia 2015

Rozdział I



Hej. Nazywam się Nadia Wróblewska. Liczę 15 lat. Jakiś czas temu opuściłam swój kraj, z przyczyn politycznych, i dołączyłam do Czerwonego Krzyża. Jestem magiem wody. Zostałam przydzielona do pomocy ludziom na północy Kraju Powierza, w ich stolicy- Sorze… ktoś ciągnie mnie za nogawkę spodni. –Pomożesz mojej mamie?- była to mała, roztrzęsiona i zapłakana dziewczynka. Bez namysłu pobiegłam w kierunku wskazanym przez dziecko. W pozornie skleconym, z kawałków blachy i kto wie czego jeszcze domu, ujrzałam zmasakrowaną kobietę.
-Halo! Słyszy mnie pani?- położyłam jej głowę  na swoich kolanach. Zdołała wydusić tylko niewyraźne „yhy”. -Spokojnie, zaraz pani pomogę.-rozglądnęłam się nerwowo po pomieszczeniu. Nie było mowy o bieżącej wodzie. Skinęłam na dziewczynę.- Jak ci na imię?- spytałam spokojnie, aby jej nie przestraszyć.
-Kornelka.- wychlipała. Otarła rączką łzę spływającą po jej umorusanym policzku.
-Nie płacz już skarbie, powiedz mi, gdzie trzymacie czystą wodę? 
–Tam, na półce.-wskazała.
–Podasz mi jedną buteleczkę?- dziecko spojrzało mi głęboko w oczy. Podniosła się z ziemi i podała mi flaszeczkę. Wylałam jej zawartość na rany kobiety rozpoczynając proces leczenia. Gdy skończyłam, mama dziewczynki była w stanie sama siedzieć.
–Dziękuję za  pomoc.- wyszeptała.
– Naprawdę nie ma za co, taka moja praca. Kto panią tak urządził?
- Jakiś mag ziemi, krzyczał na mnie i wyzywał. Mówił, że ja na pewno wiem o planach mojego męża. Tyle pamiętam.
–Jak się pani nazywa?
-Gabriela Żelińska.
-Będę często panią odwiedzać. Pomogę w opiece nad dzieckiem i zacznę przynosić  ciepłe posiłki dla was.
- Dziękuje. Mów mi po imieniu.
– Dobrze, w razie potrzeby proszę pytać o Nadię Wróblewską. – wyszłam z domku. To kolejna rodzina na mojej liście. Trwa wojna, nikt nie jest bezpieczny. Magowie ziemi terroryzują mieszkańców stolicy, karzą ich publicznie, aresztują bez powodu i robią wiele innych nieludzkich rzeczy. Szóstego dnia, podczas moich odwiedzin u rodziny Żelińskich, zjawił się nieoczekiwany gość. Wparował do pomieszczenia w którym siedziałyśmy, porwał z miejsca Gabrielę i przycisnął ją do ściany. Był to Kaspian  Montrose. Chłopak, którego doskonale znałam i szczerze nienawidziłam. Jego krótkie, brązowe włosy sterczały każdy w inną stronę. W zielonych oczach gościło szaleństwo. Mundur w nieładzie, odznaka generała ledwo co trzymała się kieszeni marynarki, rozsznurowane glany. Wiadomo jest z deka szalony ale nigdy nie widziałam go w takim stanie.
- Kaspian?!-krzyknęłam. Nie zareagował. Stworzyłam bicz wodny i zdzieliłam go po plecach. Popłynęła krew. Łaskawie się obrócił.
- Na…dia?- dopiero teraz mnie rozpoznał.-Dlaczego tu jesteś?- jego chwyt na gardle kobiety nieco zelżał.
- Co tu robisz?- starałam się być opanowana.
– Przez tą babę nie mogę spać po nocach! Ona na pewno wie! -skierował się do niej- Ty wiesz!- ryknął i rzucił nią o podłogę.
–Przestań.-błagałam. Podszedł do mnie. Kucnął naprzeciwko.
- Czemu ryzykujesz życiem dla tych śmieci? Po co ci oni? Jesteś tak potężnym magiem wody, że bez problemu dostałabyś się do wojska. Brakuje nam takich jak ty. Przyjęliby cie z otwartymi ramionami. Zwłaszcza że twoi bracia są na wyginięciu. Ilu was jest? Może dziesięć tysięcy, nie więcej. Dołącz do nas i pomóż nam zwalczać takie kanalie jak ona.- splunął na Gabrielę.
- Są dla mnie jak rodzina. Cieszę się gdy widzę uśmiech na ich twarzach. A teraz, spadaj stąd!
-Uspokój się, kochanie.-pogłaskał mnie po twarzy.- Jeżeli nie chcesz aby twojej rodzinie przydarzył się nieszczęśliwy wypadek.- odepchnęłam go.
– Ja już nikogo nie mam! Wszystkich zabiliście! – wybiegłam na zewnątrz a Kaspian za mną. 

-Zostaw mnie w spokoju.-zawołałam. Chłopak chwycił mnie za nadgarstek.
- Czemu?- spytał niewinnie.- Wiem! Mam pomysł. Dołącz do jakiegoś ruchu rebeliantów.
- O czym ty mówisz?
 – No wiesz, tam są osoby, które mają zamiar skończyć  wojnę. Widzisz, na pewno się z nimi dogadasz. To tak jakby mój fanklub.
- Generale!- jakiś chłopak wynurzył się zza rogu uliczki.- Musimy jechać zaraz zamykają bramy na ciszę nocną.
-Co?!- spojrzał na zegarek.-Faktycznie już prawie dwudziesta druga. Do widzenia skarbie.- wsiadł na konia i tyle go widziałam. Tak dla sprostowania. To nie jest mój chłopak! Upewniłam się, że u moich podopiecznych wszystko w porządku i powoli ruszyłam w kierunku służbowego mieszkania, jakie załatwił dla mnie Czerwony Krzyż. Było ono stanowczo za duże jak dla jednej osoby. Trzy pokoje, łazienka i przestronna kuchnia. Czułam się w nim bardzo samotna. Miałam czas aby myśleć o przeszłości, a tego szczerze nienawidziłam.
-Au!- potknęłam się o coś… a raczej o kogoś. Na ziemi, pod latarnią leżała dziewczyna. Bardzo ładna dziewczyna. Poznałam ją od razu. Miała długie, blond włosy, porcelanową twarzyczkę, w której dominowały duże, czerwone oczy i tej samej barwy usta. Zawsze chodziła w najmodniejszych ciuchach w całej Sorze. Teraz leżała na chodniku odziana w  poszarpane ubrania, miała powyrywane włosy i krwawe ślady paznokci na twarzy. Nie mogłam przejść obojętnie obok tej dziewczyny. Zabrałam ją ze sobą do mojego domu, gdzie po upływie niespełna godziny odzyskała przytomność.
 – Gdzie ja jestem?- spojrzała na mnie.- O, to ty! Szukałam cię.- czknęła. Zdecydowanie była pijana.
- Zaczekaj, zaparzę ci kawę.  
–Dobrze.- siadła na stołku i zaczęła machać nogami w różne strony. Chyba sprawiało jej to przyjemność. Zresztą  nie moja sprawa. Gwizd czajnika nieco przestraszył zajętą swoimi sprawami dziewczynę. Aromat parzonych ziaren zdecydowanie wpłynął na nią kojąco.
–Choć na kanapę.- skinęłam na gościa. Zajęłam miejsce obok nieznajomej. Podałam jej kubek.
– Jak się nazywasz?  
 -Nie powiem!- uśmiechnęła się łobuzersko i klasnęła w dłonie.
– Ile masz lat?
– Osiemnaście… chyba.
–Jak to CHYBA!?- złapałam się za czoło.-Dobra, nie ważne. Kto ci to zrobił?- Nie wiem. Podeszły do mnie nieznajome dziewczyny i powiedziały, że teraz im zapłacę, za ich wszystkie krzywdy. Powiedziałam im żeby spadały i poszłam dalej ale jedna z nich złapała mnie za ramię. Druga lewym sierpowym rozcięła wargę.- powtórzyła gest swojej oprawczyni.- Kolejna zaszła mnie z tyłu i uderzyła patelnią w głowę. Obudziłam się już u ciebie w domu. A teraz idę spać.- cała zakryła się kocem leżącym na oparciu kanapy i nie reagowała na zadawane pytania. Dałam za wygraną i ułożyłam się do snu w swoim pokoju. Długo nie mogłam zasnąć. Zegar na rynku wybił północ. Miasto nocą jest przepiękne i ciche. Ten, kto nie wiedziałby o wojnie, mógłby powiedzieć że Sora jest wolna od okupantów. Ale by się przejechał. Kamienice, bloki i domy, po prostu mury tego miasta wiedzą prawdę. To one codziennie widzą okrucieństwo i cierpienie ludzi. Zasnęłam. Nad ranem obudził mnie brzdęk upuszczonych garnków o podłogę. Całkowicie zapominając o wizycie blondynki, wparowałam do kuchni, uprzednio łapiąc kij bejsbolowy (nie pytajcie co robił koło mojego łóżka).
- Spokojnie. To tylko ja.- roześmiała się. Była już trzeźwa.
– Może teraz powiesz mi kim jesteś?- skrzywiła się.
 – Nie powiem ci bo zaczniesz mnie inaczej traktować.
 – Nic mnie już nie zdziwi. Powiedz.
- Okej. Zacznę on tego, że jestem siostrą Kaspiana Montrose.
 –Serio? Współczuje ci. Mów dalej.
- Prowadzę ruch rebeliantów, którzy chcą zakończyć tę wojnę. Nazywa się on „Odrodzenie”.
 – No widzisz. Powiedzenie mi o tym nie było takie trudne.- uśmiechnęłam się.
-Zaczekaj!- wbiła wzrok w podłogę.- Jestem również królową Kraju Powietrza.- powiedziała to tak cicho, że gdybym nie stała blisko niej, to nic bym nie usłyszała. Zamurowało mnie. Gdy tylko otrząsnęłam się z pierwszego szoku natychmiast pokłoniłam się.
– Wasza wysokość…
- Przestań! Właśnie o tym mówiłam. Tych waszych pokłonach i „wasza wysokość”!
-Przepraszam przyniosę pani…
-Ci!
- Przyniosę ci ciuchy na przebranie.- wyszłam z kuchni, w której znajduje się Elizabeth Montrose. Zupełnie inaczej ją sobie wyobrażałam. Wyjęłam z szafy bluzkę i jeansy. Zaniosłam je czerwonookiej.
- Pójdę wziąć prysznic, a ty zajmij się moimi starymi ubraniami. Zobacz czy da się je jakoś uratować.- rzuciła we mnie odzieżą. Lniana koszulka na pewno nie nadaje się już do użytku. Podniosłam z podłogi jej szorty. Wyleciał z nich jakiś świstek. Złapałam kopertę w locie. Mimo woli przeczytałam odbiorcę. Nadia Wróblewska. Rozdarłam kopertę. Wyjęłam pismo.
Droga Nadio,
serdecznie zapraszam Cię do przyłączenia się do ruchu oporu „Odrodzenie” pod moim przewodem, Elizabeth Montrose…
Nie mogłam tego czytać.
–Elizabeth!
- Co? Nie odpowiada ci wynagrodzenie a może godziny pracy?
- Wyłaź z łazienki! Musimy porozmawiać!- piętnaście minut później siedziałam naprzeciwko nastolatki.- Wytłumacz mi to.- rzuciłam list na środek stołu.- Czemu mi nie powiedziałaś od razu czego ode mnie oczekujesz, tylko robiłaś takie głupkowate podchody?!
-Jak już wcześniej mówiłam jestem dowódcą „Odrodzenia”, ale nie wspomniałam ci o tym, że rekrutuje nowych członków, z których mam zamiar uczynić oddział specjalny. Oferta obejmuje dogodne warunki pracy, zakwaterowanie w mojej tajnej siedzibie oraz tygodniowe szkolenie. Wchodzisz?
- Powiedzmy, że tak. Co mam najpierw zrobić?- zaraz pożałowałam tej decyzji.
-Musisz zanieść list z prośbą o wstąpienie w nasze szeregi Kaspianowi Montrose’owi. Dawno się z nim nie widziałam.
-Co?!-moja reakcja była zupełnie naturalna.- Dobra już się ogarnęłam. Daj tą przesyłkę i lecę.- wciągnęłam płaszcz na grzbiet i ubrałam buty. Już miałam wyjść ale coś sobie uświadomiłam.
- Nie wiesz przypadkiem, gdzie jest Kaspian?
-Na placu egzekucyjnym, tym w centrum miasta.
-To nie daleko. A o której?
-W samo południe.Wiesz, że musisz dostać się tam niezauważona?- Elizabeth stała oparta oblat i piła herbatę.
-Nie, jeszcze nie wiem.- nagle drzwi do mojego mieszkania zostały wyrzucone z zawiasów i do środka wtargnęli dwaj mundurowi.
-Mamy nakaz!- ryknął jeden z nich. Królowa dalej beztrosko siorbała napój, a ja perliście roześmiałam się. – Z czego rżysz dziewczyno!
-Wy macie swój nakaz, a ja pomysł jak dostanę się do Kaspiana niezauważona.- spojrzeli po sobie nie pewnie.
-Dobranoc.






******
Przedstawiam wam Elizabeth Montrose. Obrazki będą dodawane co jakiś czas :P Maluje je moja przyjaciółka Juki