- To byłaś ty? Przez ten cały czas? Widziałaś wszystko?-
zakrył twarz dłońmi. Ciszej dodał jakby sam do siebie- Widziała jak zabijam
ludzi, ale ona nie wie, że tego nie chciałem. Gdybym nie wykonał polecenia
kanclerza, on zabiłby mnie i moją siostrę. Na to…
-Przestań!- krzyknęłam. Zniżyłam głos – wiem, że masz jakieś
problemy i tak dalej, ale uwolnij tych biednych ludzi. Gdzieś w głębi serca
wiesz, że to co robisz, jest złe. Postaw się temu kanclerzowi. A z resztą on
się o niczym nie dowie.
-Nie dowie się?- spytał. Popatrzył na mnie. Jego wzrok był
zamglony. Mówiłam cicho i spokojnie, mając nadzieje, że zatrzymam go w tym
stanie jak najdłużej.
-Tak. Ani ja, ani braciszek niczego nie powiemy. – obiecałam
mu.
-Naprawdę?- w jego głosie było tyle zaufania i dobroci, że
wydawał się innym człowiekiem.
- Wal się! Nie potrzebujemy twojej łaski!- ktoś z tłumu nie mógł wytrzymać i wrzasną na całe gardło.
To zburzyło ulotny spokój Kaspiana. Wróciła druga osobowość. Nie mam pojęcia o co chodzi. Bardzo przypomina boga
Janusa, który miał dwie twarze. Dobrą i złą. Pierwsza reprezentuje miłego i
fajnego chłopaka z którym mogłabym się zaprzyjaźnić . Druga to oblicze szaleńca
i mordercy bez uczuć. Otarł ręką usta. Prychnął.
-Przepraszam, że widzieliście mnie w takim stanie. To byłem
ja z tamtego życia.- „Tamtego życia”? co to w ogóle ma znaczyć?
Kontynuował.- To na czym stanęliśmy? Ach
tak. Już pamiętam. Kochanie wiesz, że jak odmówię, to zostaniesz zabita w
tempie natychmiastowym. A tego bym nie chciał.- uśmiechnął się łajdacko.
-Więc przystąp do nas. – dalej utrzymywałam spokojny ton
głosu.
- Ta sama sztuczka nigdy nie działa dwa razy, wiesz?-
roześmiał się. Rzuciłam Jackobowi
spojrzenie pod tytułem „ atakuj
kiedy będziesz mógł”. Za nim zdążyłam zareagować, Kaspian powalił mnie na
ziemię. Gdyby tego nie zrobił, byłabym martwa. Któryś z więźniów celował sporym
kamieniem w moją głowę.
-Teraz to przegięli.- warknął.
-Już!- krzyknęłam. Ken w jednej chwili skuł kajdanami
chłopaka leżącego na trawie.
-Czemu kazałaś mu to zrobić? – spytał ze smutkiem w głosie.
-Przepraszam, ale obiecałam przyjaciółce, że sprowadzę jej
męża do domu. Jeżeli się zgodzisz to karzę cię uwolnić.
-Którego chcesz zabrać?
-Liama Żelińskiego.- brunet myślał dłuższą chwilę. W końcu
powiedział:
-Weź go sobie i zejdź mi z oczu.- odwrócił wzrok.
-Dziękuję. – rozejrzałam
się po twarzach zebranych tam mężczyzn. Prawie wszystkim źle z oczu
patrzyło. Wyjątek stanowiła mała grupka facetów stojących pod starym świerkiem.
Odziani byli jak pozostali. Jutowe worki przewiązane powrozem. Standard.
Podeszłam do nich.
-Który z was to Liam Żeliński?- grzecznie zadałam pytanie.
-To ja. Czego chcesz? – burkną.
-Może trochę grzeczniej. – zirytowałam się. – To ja
nastawiam kark przed generałem na prośbę Gabrieli, a ty traktujesz mnie jak
wroga?!- huknęłam.
-To nie moja wina… Czekaj, kogo?!
-Gabrieli Żelińskiej. Może ją pamiętasz?
-Oczywiście, przecież
to moja żona!- wrzasnął uradowany.
- Choć, zabiorę cie do twojej rodziny.
- Już lecę. – natychmiast podążył za mną.
-Stójcie.- za nami biegł braciszek.
-No co? – spytałam.
-Nowe rozkazy od Kaspiana.- przeleciał mnie strach. Co
jeżeli się rozmyślił? Chłopak najwyraźniej dostrzegł moje przerażenie, ponieważ
szybko dodał- gdy go uwalniałem kazał mi wypuścić wszystkich więźniów. – ulżyło
mi. Uśmiechnęłam się.
- To czemu tu tak stoisz? Idź i ogłoś mi wesołą nowinę. Ja
niestety muszę się już z tobą pożegnać.- przytuliłam go.- tak przy okazji
pożyczam jedną z furgonetek.- razem z Liamem wróciliśmy do Sory. To był męczący
dzień. Zapukałam do drzwi mojego mieszkania. Zgodnie z oczekiwaniem
zastałam tam Gabrielę i Elizabeth. Gdy
brunetka spostrzegła swojego męża w progu, bez słowa rzuciła mu się na szyje.
Stali tak przez dłuższy czas nic nie mówiąc. Osiemnastolatka podeszła do okna.
Ruchem ręki przywołała mnie do siebie. Za oknem, na podwórku bawiła się
Kornelka razem ze swoim koleżankami i kolegami .
-Kornelko, kochanie! Choć na chwilkę ! – zawołałam
- Siostrzyczko! Już wróciłaś? – zanim zdążyłam jej
odpowiedzieć dziewczynka natychmiast zjawiła się w domu. – Nadia!- wskoczyła na
mnie. Przywiozłaś mi jakiś prezent?
-Tak.
-Jaki?- jej oczka zrobiły się jeszcze większe niż zazwyczaj.
Ledwo powstrzymywałam się od śmiechu. Liam podszedł od tyłu i zdjął ze mnie
swoją córeczkę. Mała popatrzyła na niego. Nagle pisnęła z radości na cały
pokój.- tata wrócił! Tatuś, tatuś!- dziewczynka wtuliła się w wychudłe ciało
mężczyzny, który rozpłakał się jak bóbr.
-Tak wróciłem i już nigdy was nie zostawię.
- Obiecujesz?- w jej głosiku było tyle nadziei i radości.
Wystawiła mały paluszek.
-Obiecuję. – chłopak chwycił splótł swój palec z palcem
dziecka.
-Jakie to piękne.- Elizabeth teatralnie otarła suche łzy.-
Nadia na nas już czas. Pakuj się.
-Po co?
-Skoro jesteś członkinią
„ Odrodzenia” to pasowałoby abyś mieszkała z nami. Nie sądzisz?- bez
zbędnych kłótni udałam się do mojego już byłego pokoju. Na ziemi leżały puste
pudła uprzednio przygotowane przez blondynkę. Spakowałam do nich rzeczy takie
jak książki, broń, pościel. Ciuchy włożyła do torby. Usłyszałam jak wszyscy
schodzą klatką schodową do wyjścia. Położyłam karton na kartonie ( nie były
ciężkie) a torbę zarzuciłam na ramię. Spojrzałam na mój dom po raz ostatni.
Trochę szkoda było mi się z nim rozstawać. Dopiero co spłaciłam lokal w
Czerwonym Krzyżu i stał się mój. Szkoda byłoby zamykać go na klucz i zostawić
tak na kilka lat. Meble nie używane szybko niszczeją a poza tym złodzieje mogą
upatrzyć to sobie jako idealny cel. Zatrzasnęłam drzwi. Czułam się tak jakbym
zamykała jakiś rozdział w swoim życiu.
Przekręciłam klucz w zamku. Wyszłam przed kamienicę. Popatrzyłam na jej ceglaną
fasadę. Podjęłam decyzję. Odciągnęłam małą na bok.
- Kornelka?
-Tak?
-Zaprzyjaźniłaś się z dziećmi z okolicy, prawda?
-No.- uśmiechnęła się
-Podoba ci się moje mieszkanie?
-Oczywiście, i tak tam ładnie pachnie. – rozmarzyła się.
-Proszę. To są klucze do mojego domu. Teraz jest wasz.
Powiedz o tym rodzicom, kiedy będę już daleko stąd. Dobrze? Tylko nie zapomnij.
- Tak.- pożegnałam się ze wszystkimi i razem z blondynką i
Kaspianem( który doszedł w międzyczasie) ruszyliśmy do tajnej kryjówki naszej
przywódczyni. Chłopak na siłę zabrał mi oba pudła, mówiąc, że są dla mnie za
ciężkie. Przeszliśmy całe centralne miasto, później przeszliśmy przez mały
lasek i stanęliśmy przed mosiężną bramą.
-No to jesteśmy. – Elizabeth zapukała trzy razy. Odczekała
chwilę i kopnęła wrota z pół obrotu.
-Okej… Ale ja tak ich nie będę otwierała.- stwierdziłam.
Moim oczom ukazał się ogromny pałac wzniesiony z białego marmuru. Posiadał
kilkanaście balkonów i mnóstwo okien. Ku górze pięło się wiele strzelistych
wieżyczek. Na dachu możnabyło dostrzec zielone elementy. Może to ogród? . Budynek
otoczony został fosą, w której mieszkały zaprzyjaźnione krokodyle (tak uważa
królowa). W około nasadzono pełno drzew. Po prawej stronie powstał las
mieszany, który zamieszkiwały przeróżne zwierzęta …ehm..ehm …potwory …ehm …ehm.
Po lewej rozkwitał w swej pełnej krasie sad, a w nim drzewa takie jak wiśnie,
śliwy, jabłonie, brzoskwinie, grusze i wiele innych. Aby dojść do zamku, który
znajdował się na wzniesieniu( zapominałam dodać), musicie przejść trzy przeszkody.
Na samym początku są to pupile czerwonookiej, dwa psy o trzech głowach. Są
ogromne. Mierzą co najmniej trzy metry jak nie więcej. Każdy z nich ma swoją
miskę, budę i na szczęście łańcuch, na którym niekiedy są uwiązane. Ponoć można
się przyzwyczaić do ich obecności. Uwaga, bo uwierzę. Po przywitaniu się ze
stróżami przechodzimy do trzech fontann. Jedna z ulubionych atrakcji
dziewczyny. Specjalnie zamontowała tam kamery, żeby móc puszczać sobie
najlepsze reakcje swoich gości na specjalnie przygotowane przez nią napoje.
Zbiornik fontanny numer jeden, wypełniony jest trucizną przeznaczoną dla
naszych wrogów. Numer dwa to czysta źródlana woda przeznaczona dla przyjaciół
domu. Trzecia substancja, bo nie można tego nazwać napojem, trafia do osób,
których Eliza po prostu nie lubi. Zastanawiacie się pewnie, czemu nie można tak
po prostu ich ominąć. Ha! To proste. Nie pijesz, nie idziesz. To dopiero jedna
z chorych zasad tu obowiązujących. Kolejnym punktem naszej małej wycieczki jest
labirynt. Tu nie pomogą żadne sztuczki z okruszkami czy badziewnym kłębkiem
włóczki. Tutaj musicie znać odgórnie wyznaczoną i bardzo skomplikowaną drogę.
Trzeba zamknąć oczy i wyobrazić sobie prostą ścieżkę prowadzącą do pałacu. Cały
labirynt to iluzja podtrzymywana przez siostrę Kaspiana. Jak wcześniej
wspominałam budowla znajduje się na wzniesieniu. Prowadzą do niej
schody. To jedyna rzecz w tym cudzie architektury, którą znienawidziłam
od pierwszego wejrzenia. Równe pięćset
stopni bezczelnie dzielących mnie od mojej sypialni, która, o ile mogę
pomarzyć, będzie znajdować się na parterze. Gdy w końcu wydrapiecie się na
szczyt ,,Mount Everest", waszym oczom ukaże się plac zamkowy przekształcony w
cztery boiska przeznaczone do narodowych sportów naszych krajów. Ale o nich
opowiem wam kiedy indziej. Kto by się spodziewał kolejne wrota starannie wykonane. Elizabeth tym razem
otwarła je normalnie. Ekstra. Cały parter stanowił jeden gigantyczny pokój dla
wszystkich. Były tu stoły do gry w piłkarzyki, stoły do tenisa oraz do gry w karty, kila stanowisk komputerowych, wielka kanapa a przed nią ogromny ekran,
taki, jak w kinie. W najdalszym kącie pokoju wmieszano parkiet i wieże stereo
oraz stanowisko dla DJ-a , na suficie zawisła kula dyskotekowa z czasów młodości
naszych rodziców. Najbardziej ucieszył mnie widok kilku telewizorów a do nich
podpiętych wiele różnych gier wideo. Na drugim piętrze znajdowały się sypialne
oraz łazienki. Trzeci poziom to sale gimnastyczne i siłownie. Czwarty kryje
sale treningowe. Dokładnie cztery. Piąty to stołówka a ostatni to gigantyczna
biblioteka. Nigdzie nie ma śladu schodów. Ooo! Widzę windę. Wygrałam życie.
-Nadia, idź wybierz sobie jakikolwiek pokój.
-Dobra, jestem już tak zmęczona, że mi to całkowicie
obojętne.
-Nie mów tak. – przyłożyła palec do ust, łokieć wsparła na
ręce. Zamyśliła się. – Już wiem. Zrobię dla nas kolację.- uśmiechnęła się. – A ty
jej nie dostaniesz dopóki nie zastanowisz się nad wybraniem pokoju.
-Ok.- zabrałam swoje rzeczy i wsiadłam do eleganckiej windy.
O dziwo nie piszczano w niej muzyki. Po chwili znalazłam się na piętrze
mieszkalnym. Była tam masa przeróżnych sypialni. Każda z nich to osobne dzieło
sztuki. w końcu zdecydowałam się na pokój o niebieskich ścianach i prostych
białych meblach. Weszłam do środka. Rzuciłam się na dwuosobowe łóżko zaścielone
niebieską pościelą. Naprzeciwko stała ogromna szafa. Gdy przekręciłam głowę w
prawo spostrzegłam wielkie okna a pod nimi duże biurko z białym, obrotowym krzesłem.
Nieopodal stała półka na książki. Koło mojego łóżka znajdowały się szafeczki nocne, a
przed nim kuferek. Kopnęłam walizkę jak najdalej i zatopiłam twarz w
poduszkach. Przeleżałam tam do czasu kolacji, która miała miejsce o
osiemnastej.
-Powiem ci, że wybrałaś ten pokój, o którym myślałam.- dziewczyna
klasnęła w dłonie. Dalej jedliśmy w milczeniu. Po wieczerzy, Kaspian chciał
wstać do stołu i udać się do dormitorium, lecz Elizabeth powstrzymała go miłym
głosikiem.
-Czekaj, braciszku. Dokąd się wybierasz?- spytała niewinnie.
-Idę spać. A co?
-Wiem, że na pewno jesteście zmęczeni ale musicie iść złożyć
propozycję Feliksowi o dołączenie do nas.- ten fałszywy uśmiech aż ociekał
niewinnością.
-Co?!- krzyknęliśmy jednocześnie z Kaspianem. Po raz
pierwszy się zgadaliśmy. Blondynka wstała od ławy.
-Czas ruszać moi drodzy.- mrugnęła do nas porozumiewawczo.
- No to w drogę.- i tak to własne razem z generałem
ruszyliśmy na poszukiwanie Płomienia.(Tak nazywa go Eliza).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz