Translate

sobota, 18 kwietnia 2015

Rozdział II



Elizabeth przejrzała mój plan na wskroś, ale jedyne co zrobiła to zatkała zlew kurkiem i odkręciła kran.
-Dzięki.- bąknęłam sarkastycznie.
 – Nie ma za co.- uśmiechnęła się. Dalej stała w tym samym miejscu gdzie wcześniej.
- Panie pozwolą z nami.- jeden z facetów ruszył w naszym kierunku. Zaatakowałam go. Przywołałam lodowe igły na długość około piętnastu centymetrów. Rzuciłam je trafiając w punkty witalne bruneta.  Teraz obie ręce mężczyzny zwisały bezwładnie. To go osłabi tylko na moment. Zaraz odzyska pełną sprawność. Na środku mojej pięknej kuchni wyrósł metrowy słup litej skały. Wykonując w powietrzu figury akrobatyczne (nawet nie wiem jakie) miotał we mnie kawałkami skały. Woda z umywalki zalała płytki. Gdy mundurowy opadł na stały grunt został obezwładniony. Do akcji ruszył drugi mag, który cały czas obserwował moje ruchy i szukał słabych punktów.
-Dość!- krzyknęła Elizabeth. Odłożyła szklankę.- Tego zostaw mi.- spojrzała na blondyna. Okiennice rozwarły się z hukiem. Masa świeżego powietrza wpadła do środka i wymiotła obu żołnierzy na klatkę schodową.
-Idź i zabierz mundur jednemu z nic. Polecam ubranie tego mniej zmasakrowanego.
-Ok.- strój wojska Ziemi wygląda następująco:  płaska czapka z daszkiem, biały podkoszulek z krótkim rękawkiem, długie, dopasowane spodnie oraz marynarka. Wszystko w kolorze zgniłej zieleni. Obuwie jest dowolne, ale aktualnie panowała moda na glany.
-Siadaj na krześle trzeba ukryć twoje włosy.- na polecenie blondynki przyniosłam grzebień, stołek, lusterko a także masę spinek i wsuwek. Dziewczyna starała się spiąć moje jasnoniebieskie włosy w koński ogon. Za każdym razem  wypadał jej z dłoni jakiś niesforny kosmyk. Spojrzałam na swoje odbicie. Jestem łudząco podobna do mojej starszej siostry Katherine. Ten sam szyderczy wyraz twarzy, oczy lodowatej barwy i usta zawsze wykrzywione grymasem niezadowolenia. Już zapomniałam jak to jest być naprawdę szczęśliwą.
-Gotowe!- uradowana nastolatka biegała wokół mnie z lusterkiem abym lepiej mogła zobaczyć jej „arcydzieło”.
-Dziękuje.
-Zanim wyruszysz, opowiem ci na czym polega „egzekucja”.- ostatnie słowo ujęła w migowy cudzysłów. – gdy dostaniesz się na plac, zobaczysz furgonetki. Dokładnie trzy. W każdej z nich jest ok. trzydziestu więźniów. Punkt dwunasta zostają wypuszczeni na rynek i ustawieni w równym rzędzie. Generał, w naszym wypadku Kaspian, dokonuje dziesiątkowania, czyli zabija co dziesiątą osobę w kolejce. Następnie bierze dwie osoby ze swojej straży, dobrze by było gdybyś znalazła się w śród nich, i wyjeżdżają głęboko w las gdzie zabijają wszystkich więźniów. Twoim zadaniem jest z rekrutować mojego brata i powstrzymać masowy mord. Rozumiesz?- spytała.
-Tak.- złapałam czapkę i wybiegłam z mieszkania. Naprawdę nie rozumiem jego postępowania. Dlaczego on to robi? Po prostu nie wiem. Mam mętlik w głowie.  Przed blokiem czekała na mnie pani Gabriela.
- W czym mogę pomocy?- zadałam pytanie. Przerażona kobieta nie rozpoznała mnie i zdzieliła po głowie.- To ja! Nadia!
-Przepraszam cię kochana. Nie ładnie tak przebierać się za wrogów naszego narodu. Stoję tu od dłuższego czasu i całkiem przypadkiem podsłuchałam waszą rozmowę.-jej głos załamał się. Złapała mnie za marynarkę.
-Tak?- spytałam sucho.
-Mam prośbę.
-Jaką?- podniosła wzrok. Masze spojrzenia skrzyżowały się. Jej oczy były zaszklone. 
-Sprowadź mojego męża do domu. –pękła. Łzy pani Gabrieli zmoczyły moją bluzkę. Co mam zrobić? Pocieszyć ją? Może przytulić? Jedyne na co się teraz zdobyłam to oschłe
- Nie ma sprawy.- odsunęłam ja od siebie.
-Zaczekaj!
-Tak?
-Proszę. To zdjęcie mojego męża. Z tyłu jest podpisane.- na fotografii zobaczyłam wysokiego, opalonego i dobrze zbudowanego bruneta o ładnej buzi i czarującym uśmiechu. Stał oparty o pień starego drzewa. Odziany był w luźną, lnianą koszule i jeansy. Na rękach trzymał niemowlę. Zapewne była to Kornelka. Odwróciłam kartkę. Po drugiej stornie widniał napis:
Liam Żeliński
30 lat
15.07.2010r
Sora
 To zdjęcie zostało wykonane jakieś pięć lat temu.
-Zobaczę co da się zrobić. – po upływie pięciu minut znalazłam się na miejscu. Rynek został zbudowany na prawie magdeburskim, które cechuje się prostokątnym placem i prostopadle padającymi do nie go uliczkami. Na środku stał ogromny zegar wskazówkowy, a zaraz nie opodal wybudowano kościół. Naprzeciwko gotyckiej budowli wzniesiono ratusz. Niegdyś siedziba rady miasta, teraz główna siedziba okupantów. Przed wejściem stały szubienice, pale i Bóg wie co jeszcze. Weszłam do środka. Mijałam sypialnie, pokoje i sale konferencyjne. W końcu zdecydowałam zatrzymać się w jadalni. Stołówka była gigantyczna. Wszędzie stały czteroosobowe ławki na dodatek wszystkie zajęte. Nie, jednak nie. Postanowiłam usiąść przy niej. Życie tu tętniło. Masa ludzi wchodziła i wychodziła. Żołnierze zamawiali i odbierali posiłki, zmieniali swoje miejsca beztrosko gaworząc z innymi. Nikt nie zwrócił na mnie większej uwagi. Była kolejną osobą, która stanowiła otaczający ich tłum. Ciekawe, gdzie jest Kaspian.
-Hej, mógłbym się przysiąść?- nade mną stał brunet  z szerokim uśmiechem na twarzy. W rękach trzymał tackę z jedzeniem.
-Oczywiście.- odwzajemniłam uśmiech, który w moim wykonaniu wyglądał bardziej na szczękościsk. Zgodziłam się na to aby nie ściągnąć na siebie zbędnych podejrzeń. I coś jeszcze. W jego twarzy było coś boleśnie znajomego. Ale co?
- Skąd jesteś?- zagadał. Zakrztusiłam się.- Wszystko w porządku?- zadał pytanie.
-Tak.- wykrztusiłam. Przecież nie powiem „Hej jestem Nadia Wróblewska następczyni tronu Kraju Wody. Pochodzę z miasta Mizu.” Muszę szybko wymyślić jakieś wiarygodne kłamstwo. Już wiem.
-Pochodzę z miasta Ur.
-O! To tak jak moja dziewczyna. Oto ona. – podłożył mi pod nos telefon komórkowy. Na tapecie ustawione miał zdjęcie młodej dziewczyny o srebrnych włosach, twarzy w kształcie serca oraz piwnych oczach.
 -Piękna. - skomentowałam.
- Ma na imię Sara.- chłopak tęsknie spojrzała na fotografię. – Ostatni raz tak długo jej nie widziałem, kiedy zostałem przydzielony do walki pod Mizu. – nasze spojrzenia spotkały się. Wspomnienia wróciły. Przeraziłam się. Już wiem skąd go kojarzę. Kiedyś, gdy miałam dziewięć lat, magowie ziemi po raz pierwszy najechali nasz kraj. Mała ja doglądałam bitwy z ukrycia. Oddział nieprzyjaciół nie był duży, ponieważ wielu z nich zapewne albo zginęło podczas przeprawy tutaj( musieli pokonać Powietrze i Ogień aby się do bas dostać) lub osiedlili się na podbitych terenach. Mogli przepłynąć morze ale wiedzieli że to samobójstwo. Kraj wody położony jest na półwyspie, który w większej części skuty  lodem. Z pozostałymi kontynentami połączony jest za pomocą wąskiego pasa ziemi przypominającego  gigantyczny most.  Wrócimy do bitwy. Walka trwała w najlepsze, gdy nieopodal mojej kryjówki usłyszałam cichy jęk. Oczywiście musiałam to sprawdzić. Wiecie czysta ciekawość. Kilka zasp dalej, zakopany do połowy leżał chłopak. Ten sam, który siedzi naprzeciwko mnie. To na pewno on. Wszędzie rozpoznam te kruczo czarne włosy i tej samej barwy oczy. Wtedy gdy go znalazłam obficie krwawił z boku i był cały przemarznięty. W dłoniach, przy sercu trzymał to samo zdjęcie, które pokazał mi przed momentem. Zawlokłam go do mojej tajnej kryjówki, gdzie chowałam się przed rodzicami i siostrą. Opatrzyłam jego ranę i zabrałam się za udzielenie pierwszej pomocy.( Magowie wody mają zdolność do uzdrawiania innych. Robią to poprzez wylanie wody na ranę chorego. Ciecz błyszczy wtedy na błękitno i naprawia uszkodzone mięśnie, ścięgna, żyły, rany i wiele innych dolegliwości.) Gdy skończyłam zabieg, obudził się. Przez jakiś czas nie był w stanie nic mówić. Podałam mu zupę. Na migi pokazał mi, że nie da rady sam zjeść, więc go nakarmiłam.
-Dziękuje. – usłyszałam po upływie kilku godzin.- Nie rozumiem czemu mi pomagasz. Przecież najechaliśmy twój kraj, twoje miasto, twój dom.
-Nie robisz tego z własnej woli, tylko dlatego, że masz takie rozkazy, ale to nie powód żebyś umierał braciszku, prawda?- wtedy jeszcze potrafiłam prawdziwie się uśmiechać i miałam wiarę we własne słowa.
-Ale kochane z ciebie dziecko.- chciał podnieść się z prowizorycznie skleconego łóżka lecz zaraz ponownie na nie opadał.
- Nie ruszaj się! Rana może się otworzyć! – krzyknęłam z przerażeniem.
-Hej mała jak się nazywasz?- wysapał.
-Nadia Wróblewska. – popatrzyłam na nie go. Gwizdną z podziwu.
-Wow! Ale szycha mnie uratowała.- zamilkł. Najwyraźniej ból był nie do zniesienia. Leczyłam go przez całą noc. Doprowadziłam do tego, że następnego dnia stał już o  własnych siłach.
-Jeszcze raz bardzo dziękuję. Muszę już ruszać. Nigdy nie zapomnę tego co dla mnie zrobiłaś.- przytulił mnie na odchodne.
-Żegnaj braciszku. Do zobaczenia. – jeszcze długo stałam i machałam chociaż Jackob Ken już dawno odszedł. To on braciszek powrócił. Siedział przede mną cały i zdrowy. Z tym swoim bezczelnym uśmiechem. Muszę uciekać. Teraz jestem jego wrogiem. Chciałam zastosować taktyczny odwrót, ale Ken przewidział mój ruch i złapał mnie za nadgarstek tak gwałtownie, że czapka spadła mi z głowy a gumka, która podtrzymywała kucyka, pękła. Włosy opadły mi na ramiona. Chłopak zarzucił mi kurtkę na głowę i wyprowadził z sali.
-Hej. Musisz trochę bardziej uważać. Niedługo padnę przez ciebie na zawał. – on mnie uratował?
-Czemu mi pomogłeś?- spytałam. Uchylił nieco marynarkę i popatrzył mi głęboko w oczy.
-Ponieważ, ty uratowałaś kiedyś mnie, siostrzyczko. Też jestem ci coś winien. – rzekł. – A w ogóle, co tu robisz?
-Nie mogę ci tego powiedzieć.
-Okej, to nie nalegam, czy jest coś w czym mógłby ci pomóc? Zrobię wszystko.
-Tak?- zaśmiałam się. Zaczęłam wymieniać rzeczy, których, jak myślałam, nie był w stanie załatwić.- Załatw mi identyfikator z jakimiś normalnymi danymi oraz listę „gości zaproszonych na dzisiejszą imprezę”. O, zapomniałabym. Wkręć minie także do głównej straży generała Montrosa.
- Nie ma sprawy. Tylko tyle?
- Co?!- szczęka mi opadła.
-Nie dziw się tak. Zaczekaj na mnie na ławce pod zegarem. Wrócę za niecałą godzinę.- zaśmiał się. Pozostawił mnie samej sobie. Wyszłam na zewnątrz. Dostrzegłam ławkę. Na szczęście była wolna. Zajęłam miejsce wyznaczone przez bruneta. Minuty mijały i mijały. Dzwony wybiły jedenastą. Z nudów obserwowałam życie na rynku . Plac targowy zapełniony był ludźmi różnego pochodzenia i  statusu majątkowego. Wszyscy wydawali się być dla siebie nawzajem miłymi i życzliwymi. Z rozbawieniem i uśmiechem na twarzach rozmawiali tylko na sobie znane tematy. Panowała tu pełna harmonia, którą można przyrównać do czterech żywiołów jakimi się posługujemy. Kiedy jesteście magami wody, potraficie leczyć rany oraz zmieniać stany skupienia wody. Ale nie tylko. Zawsze istnieją sekretne techniki np. magia krwi. Dzięki niej możecie kontrolować ruch wszystkich ciał zawierających w sobie ciecz. Ale to wyższa szkoła jazdy. Czarodziej na najniższym poziomie potrafi wykorzystywać wodę z najbliższego otoczenia i leczyć nią rozmaite rany. Drugi poziom to przedstawiona powyżej manipulacja ciałem. Ostatni etap polega na wyrywaniu H2O z przedmiotów i używać jej do własnych celów. Ta umiejętność jest bardzo przydatna kiedy np. nie masz nic do picia na pustyni a na swojej drodze mijasz nabijającego się z ciebie kaktusa. Tkanie ognia również ma swoje wady jak i zalety. Jak w każdym  elemencie wyróżniamy trzy poziomy: po pierwsze używanie ognia już sztucznie wskrzeszonego np. zapałka, zapalniczka, ognisko itp. Drugi to bazowanie na sile słońca, ponieważ to stąd wywodzi się magia ognia. Trzecia i najdoskonalsza to uzyskanie płomienia ze swojego wnętrza. Rzadko kiedy spotykana. Zapominałam dodać, że umieją władać elektrycznością wiec z powodzeniem mogą zastąpić piorunochron podczas burzy. Czarodzieje ziemi również kierują się wyznaczonymi etapami. Najpierw walczą za pomocą ziemi w najprostszej postaci, ewentualnie tkają skałę. Później przerzucają się na metale. Najdoskonalszy poziom to posługiwanie się sypkim i ulotnym piaskiem. Na koniec zostawiłam magów powietrza. Wydawałby się mogło, że oni nie robią nic innego jak tylko marne przeciągi. To początek. Kiedy zaangażują się bardziej potrafią oszukać nasze zmysły. To zjawisko nazywane jest iluzją. Umieją sprawić, że twoja ulubiona potrawa będzie smakowała jak błoto, ukochana piosenka przekształci się w dźwięk tarcia paznokciami o tablicę, zapach kwiatów zmienia się w oddech kogoś, kto prze całe życie nie mył zębów, oczy ujrzą w kącie pokoju jednorożca rzygającego tęczą. To jeszcze nie jest najgorsze. Prawdziwa jazda bez trzymaki zaczyna się wtedy, gdy potrafią manipulować dźwiękiem. Zmieniają natężenie głosu tak, że albo mózg wypłynie ci nosem, albo zaśniesz jak niemowlę.  Ekstra bonus. Jednym kiwnięciem palca mogą cie udusić. No. To już znacie tajemnicę sił przyrody, którymi posługujemy się na co dzień. Znajoma postać wyłoniła się za rogu ulicy. To Jackob.
-Wróciłem!- rozradowany chłopak podał mi przepustkę oraz listę skazańców. Przeglądnęłam ją uważnie. Jest. Liam Żeliński.
-Dziękuje ci. Bardzo mi pomogłeś.
-Nie ma sprawy. Musimy tu poczekać na Kaspiana.- usiadł obok mnie. Czekaliśmy aż do przyjścia piętnastolatka. Dla zabicia czasu graliśmy w grę „Przedmiot o którym myślę to…” . W końcu na horyzoncie pokazały się trzy ciężarówki. Z piskiem opon wjechały na rynek. Wysiedli z nich trzej mężczyźni. Następnie wypuścili  z wnętrza furgonetek więźniów skutych łańcuchami i odzianych w jutowe worki.  Ustawili ich w równym rzędzie.
-Musimy już iść.- chwycił mnie za rękę i zaprowadził na miejsce egzekucji. Zegar wybił południe. Zebranych zaszczycił swoją obecnością generał wszystkich sił zbrojnych, Kaspian Montrose.
-Witajcie moi drodzy. Rzadko kiedy widzę taką zbieraninę zdrajców i wyrzutków społeczeństwa w jednym miejscu. Dziś zastanie wam wymierzona sprawiedliwość. Jackob,- zielonooki skinął na braciszka, który podał mu karabin. Ten bez żadnych wyrzutów sumienia odliczał co dziesiątą osobę w kolejce i zabijał ją. Ptaki zlękły się i odleciały. Na ziemię opadły czarne pióra niby żałobny deszcze na cześć poległych. Odwróciłam wzrok. Strzały padały jeden za drugim. Naliczyłam ich osiem.
- To by było na tyle.- odłożył pistolet.- Pakować się do samochodów.-ciszej dodał- Prowadzisz ty i twoja koleżaneczka. Pokaż się no skarbie.
-Nie.- wyszeptałam. Zakryłam twarz czapką jak najbardziej mogłam.
-Nie wstydź się.- zachęcał spokojnym głosem.
-Nie!- krzyknęłam.
-Okej! Jak nie to nie! –ryknął.- Wsiadajcie pora jechać.- coraz bardziej oddalaliśmy się od Sory. Jechaliśmy specjalnie przygotowanym na tę okazję szlakiem. Okropne. Ci ludzie są święcie przekonani, że trafią do obozu. Gdy dojechaliśmy na miejsce wypuściliśmy więźniów z karetek. Na ich twarzach malowało się zdziwienie. Gdzie nie gdzie dobiegały mnie szepty. Młodzieniec staną naprzeciwko tłumu.
- Witam was. Oto ostatni punkt wycieczki. Powiem wam całą prawdę obozie. Nie istnieje! Ha! Ale was nabrałem.- przez chwile śmiał się jak obłąkany. – Przepraszam już się uspokoiłem. Ze względu na zaistniałą sytuację jestem zmuszony was zabić.- ledwo powstrzymywał salwy śmiechu.
-Proszę, list do pana.- podałam mu pismo.
- Teraz to nieistotne. – nachmurzył się.
-Proszę zerknąć.
-Dobrze.- wyrwał mi z ręki kopertę i podarł ją. Wyjął z wnętrza nieco zmiętą kartkę. Zaczął czytać.- Co to jest?!- zapienił się. – Jak śmiesz… Skąd to masz?!
-Od dobrej wróżki. –odpysknęłam. 
-Jak „dobra wróżka” daje komukolwiek wyrok śmierci oprawiony w złoty papierek?! Kim ty w ogóle jesteś?! Przecież mówię do ciebie! Odezwij się!- nie wytrzymałam. Nerwy mi puściły. Szybkim ruchem zdjęłam czapkę, kurtkę i rozpuściłam włosy. Rzuciłam rzeczami w Kaspiana.
-Nadia? – był zszokowany.
-Tak to ja, kochanie!

Brak komentarzy: