Elizabeth przejrzała mój plan na wskroś, ale jedyne co
zrobiła to zatkała zlew kurkiem i odkręciła kran.
-Dzięki.- bąknęłam sarkastycznie.
– Nie ma za co.-
uśmiechnęła się. Dalej stała w tym samym miejscu gdzie wcześniej.
- Panie pozwolą z nami.- jeden z facetów ruszył w naszym
kierunku. Zaatakowałam go. Przywołałam lodowe igły na długość około piętnastu
centymetrów. Rzuciłam je trafiając w punkty witalne bruneta. Teraz obie ręce mężczyzny zwisały bezwładnie.
To go osłabi tylko na moment. Zaraz odzyska pełną sprawność. Na środku mojej
pięknej kuchni wyrósł metrowy słup litej skały. Wykonując w powietrzu figury akrobatyczne
(nawet nie wiem jakie) miotał we mnie kawałkami skały. Woda z umywalki zalała
płytki. Gdy mundurowy opadł na stały grunt został obezwładniony. Do akcji
ruszył drugi mag, który cały czas obserwował moje ruchy i szukał słabych
punktów.
-Dość!- krzyknęła Elizabeth. Odłożyła szklankę.- Tego zostaw
mi.- spojrzała na blondyna. Okiennice rozwarły się z hukiem. Masa świeżego
powietrza wpadła do środka i wymiotła obu żołnierzy na klatkę schodową.
-Idź i zabierz mundur jednemu z nic. Polecam ubranie tego
mniej zmasakrowanego.
-Ok.- strój wojska Ziemi wygląda następująco: płaska czapka z daszkiem, biały podkoszulek z
krótkim rękawkiem, długie, dopasowane spodnie oraz marynarka. Wszystko w kolorze
zgniłej zieleni. Obuwie jest dowolne, ale aktualnie panowała moda na glany.
-Siadaj na krześle trzeba ukryć twoje włosy.- na polecenie
blondynki przyniosłam grzebień, stołek, lusterko a także masę spinek i wsuwek.
Dziewczyna starała się spiąć moje jasnoniebieskie włosy w koński ogon. Za
każdym razem wypadał jej z dłoni jakiś
niesforny kosmyk. Spojrzałam na swoje odbicie. Jestem łudząco podobna do mojej
starszej siostry Katherine. Ten sam szyderczy wyraz twarzy, oczy lodowatej
barwy i usta zawsze wykrzywione grymasem niezadowolenia. Już zapomniałam jak to
jest być naprawdę szczęśliwą.
-Gotowe!- uradowana nastolatka biegała wokół mnie z
lusterkiem abym lepiej mogła zobaczyć jej „arcydzieło”.
-Dziękuje.
-Zanim wyruszysz, opowiem ci na czym polega „egzekucja”.-
ostatnie słowo ujęła w migowy cudzysłów. – gdy dostaniesz się na plac,
zobaczysz furgonetki. Dokładnie trzy. W każdej z nich jest ok. trzydziestu
więźniów. Punkt dwunasta zostają wypuszczeni na rynek i ustawieni w równym
rzędzie. Generał, w naszym wypadku Kaspian, dokonuje dziesiątkowania, czyli
zabija co dziesiątą osobę w kolejce. Następnie bierze dwie osoby ze swojej
straży, dobrze by było gdybyś znalazła się w śród nich, i wyjeżdżają głęboko w
las gdzie zabijają wszystkich więźniów. Twoim zadaniem jest z rekrutować mojego
brata i powstrzymać masowy mord. Rozumiesz?- spytała.
-Tak.- złapałam czapkę i wybiegłam z mieszkania. Naprawdę
nie rozumiem jego postępowania. Dlaczego on to robi? Po prostu nie wiem. Mam mętlik
w głowie. Przed blokiem czekała na mnie
pani Gabriela.
- W czym mogę pomocy?- zadałam pytanie. Przerażona kobieta
nie rozpoznała mnie i zdzieliła po głowie.- To ja! Nadia!
-Przepraszam cię kochana. Nie ładnie tak przebierać się za
wrogów naszego narodu. Stoję tu od dłuższego czasu i całkiem przypadkiem
podsłuchałam waszą rozmowę.-jej głos załamał się. Złapała mnie za marynarkę.
-Tak?- spytałam sucho.
-Mam prośbę.
-Jaką?- podniosła wzrok. Masze spojrzenia skrzyżowały się.
Jej oczy były zaszklone.
-Sprowadź mojego męża do domu. –pękła. Łzy pani Gabrieli
zmoczyły moją bluzkę. Co mam zrobić? Pocieszyć ją? Może przytulić? Jedyne na co
się teraz zdobyłam to oschłe
- Nie ma sprawy.- odsunęłam ja od siebie.
-Zaczekaj!
-Tak?
-Proszę. To zdjęcie mojego męża. Z tyłu jest podpisane.- na
fotografii zobaczyłam wysokiego, opalonego i dobrze zbudowanego bruneta o
ładnej buzi i czarującym uśmiechu. Stał oparty o pień starego drzewa. Odziany
był w luźną, lnianą koszule i jeansy. Na rękach trzymał niemowlę. Zapewne była
to Kornelka. Odwróciłam kartkę. Po drugiej stornie widniał napis:
Liam Żeliński
30 lat
15.07.2010r
Sora
To zdjęcie zostało
wykonane jakieś pięć lat temu.
-Zobaczę co da się zrobić. – po upływie pięciu minut
znalazłam się na miejscu. Rynek został zbudowany na prawie magdeburskim, które
cechuje się prostokątnym placem i prostopadle padającymi do nie go uliczkami.
Na środku stał ogromny zegar wskazówkowy, a zaraz nie opodal wybudowano
kościół. Naprzeciwko gotyckiej budowli wzniesiono ratusz. Niegdyś siedziba rady
miasta, teraz główna siedziba okupantów. Przed wejściem stały szubienice, pale
i Bóg wie co jeszcze. Weszłam do środka. Mijałam sypialnie, pokoje i sale
konferencyjne. W końcu zdecydowałam zatrzymać się w jadalni. Stołówka była
gigantyczna. Wszędzie stały czteroosobowe ławki na dodatek wszystkie zajęte.
Nie, jednak nie. Postanowiłam usiąść przy niej. Życie tu tętniło. Masa ludzi
wchodziła i wychodziła. Żołnierze zamawiali i odbierali posiłki, zmieniali
swoje miejsca beztrosko gaworząc z innymi. Nikt nie zwrócił na mnie większej
uwagi. Była kolejną osobą, która stanowiła otaczający ich tłum. Ciekawe, gdzie
jest Kaspian.
-Hej, mógłbym się przysiąść?- nade mną stał brunet z szerokim uśmiechem na twarzy. W rękach
trzymał tackę z jedzeniem.
-Oczywiście.- odwzajemniłam uśmiech, który w moim wykonaniu
wyglądał bardziej na szczękościsk. Zgodziłam się na to aby nie ściągnąć na
siebie zbędnych podejrzeń. I coś jeszcze. W jego twarzy było coś boleśnie
znajomego. Ale co?
- Skąd jesteś?- zagadał. Zakrztusiłam się.- Wszystko w
porządku?- zadał pytanie.
-Tak.- wykrztusiłam. Przecież nie powiem „Hej jestem Nadia
Wróblewska następczyni tronu Kraju Wody. Pochodzę z miasta Mizu.” Muszę szybko
wymyślić jakieś wiarygodne kłamstwo. Już wiem.
-Pochodzę z miasta Ur.
-O! To tak jak moja dziewczyna. Oto ona. – podłożył mi pod
nos telefon komórkowy. Na tapecie ustawione miał zdjęcie młodej dziewczyny o
srebrnych włosach, twarzy w kształcie serca oraz piwnych oczach.
-Piękna. -
skomentowałam.
- Ma na imię Sara.- chłopak tęsknie spojrzała na fotografię.
– Ostatni raz tak długo jej nie widziałem, kiedy zostałem przydzielony do walki
pod Mizu. – nasze spojrzenia spotkały się. Wspomnienia wróciły. Przeraziłam
się. Już wiem skąd go kojarzę. Kiedyś, gdy miałam dziewięć lat, magowie ziemi
po raz pierwszy najechali nasz kraj. Mała ja doglądałam bitwy z ukrycia.
Oddział nieprzyjaciół nie był duży, ponieważ wielu z nich zapewne albo zginęło
podczas przeprawy tutaj( musieli pokonać Powietrze i Ogień aby się do bas
dostać) lub osiedlili się na podbitych terenach. Mogli przepłynąć morze ale
wiedzieli że to samobójstwo. Kraj wody położony jest na półwyspie, który w
większej części skuty lodem. Z
pozostałymi kontynentami połączony jest za pomocą wąskiego pasa ziemi
przypominającego gigantyczny most. Wrócimy do bitwy. Walka trwała w najlepsze,
gdy nieopodal mojej kryjówki usłyszałam cichy jęk. Oczywiście musiałam to
sprawdzić. Wiecie czysta ciekawość. Kilka zasp dalej, zakopany do połowy leżał
chłopak. Ten sam, który siedzi naprzeciwko mnie. To na pewno on. Wszędzie
rozpoznam te kruczo czarne włosy i tej samej barwy oczy. Wtedy gdy go znalazłam
obficie krwawił z boku i był cały przemarznięty. W dłoniach, przy sercu trzymał
to samo zdjęcie, które pokazał mi przed momentem. Zawlokłam go do mojej tajnej
kryjówki, gdzie chowałam się przed rodzicami i siostrą. Opatrzyłam jego ranę i
zabrałam się za udzielenie pierwszej pomocy.( Magowie wody mają zdolność do
uzdrawiania innych. Robią to poprzez wylanie wody na ranę chorego. Ciecz
błyszczy wtedy na błękitno i naprawia uszkodzone mięśnie, ścięgna, żyły, rany i
wiele innych dolegliwości.) Gdy skończyłam zabieg, obudził się. Przez jakiś
czas nie był w stanie nic mówić. Podałam mu zupę. Na migi pokazał mi, że nie da
rady sam zjeść, więc go nakarmiłam.
-Dziękuje. – usłyszałam po upływie kilku godzin.- Nie
rozumiem czemu mi pomagasz. Przecież najechaliśmy twój kraj, twoje miasto, twój
dom.
-Nie robisz tego z własnej woli, tylko dlatego, że masz
takie rozkazy, ale to nie powód żebyś umierał braciszku, prawda?- wtedy jeszcze
potrafiłam prawdziwie się uśmiechać i miałam wiarę we własne słowa.
-Ale kochane z ciebie dziecko.- chciał podnieść się z
prowizorycznie skleconego łóżka lecz zaraz ponownie na nie opadał.
- Nie ruszaj się! Rana może się otworzyć! – krzyknęłam z
przerażeniem.
-Hej mała jak się nazywasz?- wysapał.
-Nadia Wróblewska. – popatrzyłam na nie go. Gwizdną z
podziwu.
-Wow! Ale szycha mnie uratowała.- zamilkł. Najwyraźniej ból
był nie do zniesienia. Leczyłam go przez całą noc. Doprowadziłam do tego, że
następnego dnia stał już o własnych
siłach.
-Jeszcze raz bardzo dziękuję. Muszę już ruszać. Nigdy nie
zapomnę tego co dla mnie zrobiłaś.- przytulił mnie na odchodne.
-Żegnaj braciszku. Do zobaczenia. – jeszcze długo stałam i
machałam chociaż Jackob Ken już dawno odszedł. To on braciszek powrócił.
Siedział przede mną cały i zdrowy. Z tym swoim bezczelnym uśmiechem. Muszę uciekać.
Teraz jestem jego wrogiem. Chciałam zastosować taktyczny odwrót, ale Ken
przewidział mój ruch i złapał mnie za nadgarstek tak gwałtownie, że czapka
spadła mi z głowy a gumka, która podtrzymywała kucyka, pękła. Włosy opadły mi
na ramiona. Chłopak zarzucił mi kurtkę na głowę i wyprowadził z sali.
-Hej. Musisz trochę bardziej uważać. Niedługo padnę przez
ciebie na zawał. – on mnie uratował?
-Czemu mi pomogłeś?- spytałam. Uchylił nieco marynarkę i
popatrzył mi głęboko w oczy.
-Ponieważ, ty uratowałaś kiedyś mnie, siostrzyczko. Też
jestem ci coś winien. – rzekł. – A w ogóle, co tu robisz?
-Nie mogę ci tego powiedzieć.
-Okej, to nie nalegam, czy jest coś w czym mógłby ci pomóc?
Zrobię wszystko.
-Tak?- zaśmiałam się. Zaczęłam wymieniać rzeczy, których, jak
myślałam, nie był w stanie załatwić.- Załatw mi identyfikator z jakimiś
normalnymi danymi oraz listę „gości zaproszonych na dzisiejszą imprezę”. O,
zapomniałabym. Wkręć minie także do głównej straży generała Montrosa.
- Nie ma sprawy. Tylko tyle?
- Co?!- szczęka mi opadła.
-Nie dziw się tak. Zaczekaj na mnie na ławce pod zegarem.
Wrócę za niecałą godzinę.- zaśmiał się. Pozostawił mnie samej sobie. Wyszłam na
zewnątrz. Dostrzegłam ławkę. Na szczęście była wolna. Zajęłam miejsce wyznaczone przez bruneta. Minuty mijały i mijały. Dzwony wybiły jedenastą. Z nudów
obserwowałam życie na rynku . Plac targowy zapełniony był ludźmi różnego
pochodzenia i statusu majątkowego.
Wszyscy wydawali się być dla siebie nawzajem miłymi i życzliwymi. Z
rozbawieniem i uśmiechem na twarzach rozmawiali tylko na sobie znane tematy.
Panowała tu pełna harmonia, którą można przyrównać do czterech żywiołów jakimi
się posługujemy. Kiedy jesteście magami wody, potraficie leczyć rany oraz
zmieniać stany skupienia wody. Ale nie tylko. Zawsze istnieją sekretne techniki
np. magia krwi. Dzięki niej możecie kontrolować ruch wszystkich ciał
zawierających w sobie ciecz. Ale to wyższa szkoła jazdy. Czarodziej na
najniższym poziomie potrafi wykorzystywać wodę z najbliższego otoczenia i
leczyć nią rozmaite rany. Drugi poziom to przedstawiona powyżej manipulacja
ciałem. Ostatni etap polega na wyrywaniu H2O z przedmiotów i używać
jej do własnych celów. Ta umiejętność jest bardzo przydatna kiedy np. nie masz
nic do picia na pustyni a na swojej drodze mijasz nabijającego się z ciebie
kaktusa. Tkanie ognia również ma swoje wady jak i zalety. Jak w każdym elemencie wyróżniamy trzy poziomy: po pierwsze
używanie ognia już sztucznie wskrzeszonego np. zapałka, zapalniczka, ognisko
itp. Drugi to bazowanie na sile słońca, ponieważ to stąd wywodzi się magia
ognia. Trzecia i najdoskonalsza to uzyskanie płomienia ze swojego wnętrza.
Rzadko kiedy spotykana. Zapominałam dodać, że umieją władać elektrycznością
wiec z powodzeniem mogą zastąpić piorunochron podczas burzy. Czarodzieje ziemi
również kierują się wyznaczonymi etapami. Najpierw walczą za pomocą ziemi w
najprostszej postaci, ewentualnie tkają skałę. Później przerzucają się na
metale. Najdoskonalszy poziom to posługiwanie się sypkim i ulotnym piaskiem. Na
koniec zostawiłam magów powietrza. Wydawałby się mogło, że oni nie robią nic
innego jak tylko marne przeciągi. To początek. Kiedy zaangażują się bardziej
potrafią oszukać nasze zmysły. To zjawisko nazywane jest iluzją. Umieją
sprawić, że twoja ulubiona potrawa będzie smakowała jak błoto, ukochana
piosenka przekształci się w dźwięk tarcia paznokciami o tablicę, zapach kwiatów
zmienia się w oddech kogoś, kto prze całe życie nie mył zębów, oczy ujrzą w
kącie pokoju jednorożca rzygającego tęczą. To jeszcze nie jest najgorsze. Prawdziwa
jazda bez trzymaki zaczyna się wtedy, gdy potrafią manipulować dźwiękiem.
Zmieniają natężenie głosu tak, że albo mózg wypłynie ci nosem, albo zaśniesz
jak niemowlę. Ekstra bonus. Jednym
kiwnięciem palca mogą cie udusić. No. To już znacie tajemnicę sił przyrody,
którymi posługujemy się na co dzień. Znajoma postać wyłoniła się za rogu ulicy.
To Jackob.
-Wróciłem!- rozradowany chłopak podał mi przepustkę oraz
listę skazańców. Przeglądnęłam ją uważnie. Jest. Liam Żeliński.
-Dziękuje ci. Bardzo mi pomogłeś.
-Nie ma sprawy. Musimy tu poczekać na Kaspiana.- usiadł obok
mnie. Czekaliśmy aż do przyjścia piętnastolatka. Dla zabicia czasu graliśmy w
grę „Przedmiot o którym myślę to…” . W końcu na horyzoncie pokazały się trzy
ciężarówki. Z piskiem opon wjechały na rynek. Wysiedli z nich trzej mężczyźni.
Następnie wypuścili z wnętrza furgonetek
więźniów skutych łańcuchami i odzianych w jutowe worki. Ustawili ich w równym rzędzie.
-Musimy już iść.- chwycił mnie za rękę i zaprowadził na
miejsce egzekucji. Zegar wybił południe. Zebranych zaszczycił swoją obecnością
generał wszystkich sił zbrojnych, Kaspian Montrose.
-Witajcie moi drodzy. Rzadko kiedy widzę taką zbieraninę
zdrajców i wyrzutków społeczeństwa w jednym miejscu. Dziś zastanie wam wymierzona
sprawiedliwość. Jackob,- zielonooki skinął na braciszka, który podał mu karabin.
Ten bez żadnych wyrzutów sumienia odliczał co dziesiątą osobę w kolejce i
zabijał ją. Ptaki zlękły się i odleciały. Na ziemię opadły czarne pióra niby
żałobny deszcze na cześć poległych. Odwróciłam wzrok. Strzały padały jeden za
drugim. Naliczyłam ich osiem.
- To by było na tyle.- odłożył pistolet.- Pakować się do
samochodów.-ciszej dodał- Prowadzisz ty i twoja koleżaneczka. Pokaż się no
skarbie.
-Nie.- wyszeptałam. Zakryłam twarz czapką jak najbardziej
mogłam.
-Nie wstydź się.- zachęcał spokojnym głosem.
-Nie!- krzyknęłam.
-Okej! Jak nie to nie! –ryknął.- Wsiadajcie pora jechać.-
coraz bardziej oddalaliśmy się od Sory. Jechaliśmy specjalnie przygotowanym na
tę okazję szlakiem. Okropne. Ci ludzie są święcie przekonani, że trafią do
obozu. Gdy dojechaliśmy na miejsce wypuściliśmy więźniów z karetek. Na ich
twarzach malowało się zdziwienie. Gdzie nie gdzie dobiegały mnie szepty.
Młodzieniec staną naprzeciwko tłumu.
- Witam was. Oto ostatni punkt wycieczki. Powiem wam całą
prawdę obozie. Nie istnieje! Ha! Ale was nabrałem.- przez chwile śmiał się jak
obłąkany. – Przepraszam już się uspokoiłem. Ze względu na zaistniałą sytuację
jestem zmuszony was zabić.- ledwo powstrzymywał salwy śmiechu.
-Proszę, list do pana.- podałam mu pismo.
- Teraz to nieistotne. – nachmurzył się.
-Proszę zerknąć.
-Dobrze.- wyrwał mi z ręki kopertę i podarł ją. Wyjął z
wnętrza nieco zmiętą kartkę. Zaczął czytać.- Co to jest?!- zapienił się. – Jak
śmiesz… Skąd to masz?!
-Od dobrej wróżki. –odpysknęłam.
-Jak „dobra wróżka” daje komukolwiek wyrok śmierci oprawiony
w złoty papierek?! Kim ty w ogóle jesteś?! Przecież mówię do ciebie! Odezwij
się!- nie wytrzymałam. Nerwy mi puściły. Szybkim ruchem zdjęłam czapkę, kurtkę
i rozpuściłam włosy. Rzuciłam rzeczami w Kaspiana.
-Nadia? – był zszokowany.
-Tak to ja, kochanie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz