Translate

sobota, 27 czerwca 2015

Rozdział XII



Mężczyzna natychmiast zatrzasnął drzwi. Kaspian podszedł do nich. Zapukał ostrzegawczo kilka razy. Ciekawe u kogo podpatrzył ten trik. Chwilę później staliśmy w mieszkaniu chłopaka. Było nieco zaniedbane. Pudełka i torebki po chińskich zupkach, walały się po podłodze, ubrania wystawały z szafek i szuflad. Worki z niewyniesionymi śmieciami zagradzały nam drogę do jego sypialni. Ale nawet one nie potrafiły powstrzymać rozwścieczonej Kai. Dziewczyna pokonała przeszkody w zaskakującym tempie i wykopała z zawiasów wrota prowadzące do pokoju jej brata.
- Jonathan!- wrzasnęła. Zero odpowiedzi. Mężczyzna stał oparty o blat biurka z założonymi rękami. Spoglądał przez okno. Całkowicie ignorując naszą obecność.
-Mówię coś do ciebie!- wykrzyczała przez łzy. Nikt z nas nie widział jego twarzy.- Jak możesz mieszkać z Christopherem w takiej dziurze?!- John drgnął. Kaja kontynuowała.- Gdzie jest Chris. Tyle czekałam, żeby go zobaczyć! Chris, Chris! Gdzie je…- niebieskooki zatkał jej usta. W jego czach stanęły łzy.
-Ja, ja…- wyjąkał.- Nie dam rady ci o tym powiedzieć.-mocno ją przytulił.
-Czekaj, bo ja chyba czegoś nie rozumiem.- powiedziała.- Gdzie jest nasz braciszek?- do niej chyba dalej nie dotarło, że Misiael nie ma dla niej dobrych wiadomości. A może stara się tego nie rozumieć? Wyrwała się z jego objęć.- Natychmiast, powiedź mi GDZIE ON JEST?!- warknęła.
-Nie żyje.- spuścił wzrok. Dziewczyna opadła na podłogę.
-Żartujesz, prawda? Powiedz, że tak.- w jej głosie nie było żadnych uczuć.
-Nie. To stało nie tak szyb…
-Pamiętam ten dzień.- Wszystkie oczy zwróciły się w stronę Kaspiana. To on wypowiedział te słowa.-  Pamiętam, tak jakby to było wczoraj. Zapowiadał się kolejny nudny dzień w pracy. Jechaliśmy pociągiem na jakieś ważne spotkanie, już nie pamiętam z kim. Akurat pech chciał, że naszą uwagę przyciągnęło zamieszanie w jednej z wiosek. Moi kumple postanowili się tam zatrzymać i pognębić tamtejszą ludność. Ja odmówiłem i zostałem w przedziale. Zacne zajście oglądałem z wagonu. Widziałem jak was katują jak pokazują zwłoki waszych rodziców, mimo to nic z tym nie zrobiłem. Do dziś nie wiem czemu. W końcu dali wam spokój. Ciebie Kaja, zostawili na postawę losu, za to twoich braci zamknęli w moim przedziale. Tam zaprzyjaźniłem się z Jonathanem. Razem obmyśliliśmy plan jak pomóc jemu i temu małemu. Kiedy ten mały chłopczyk się obudził, zaczął strasznie krzyczeć. Zwrócił na siebie uwagę wszystkich…
-Kaspian, mogę mówić dalej?- spytał szarowłosy.
-Tak.
- Tak więc postawił na nogi kilka przedziałów. Ludzie się zbiegli i oglądali szopkę z nim w roli głównej. Christopher otworzył drzwi wagonu. Zaczął wrzeszczeć, że mnie nienawidzi, że wróci do ciebie. Spytał się, czy idę z nim czy zostaje z tymi psami. Powiedziałem, że zostaje. Wtedy pociąg jechał torami położonymi na brzegu ogromnej półki skalnej. W dole dało się słyszeć huk morza. On popatrzył na mnie z wyrzutem i po prostu skoczył. Tyle mam do powiedzenia.- Kaja bez słowa wstała z podłogi i wyszła z mieszkania.
-Kaja!- przerażony Feliks natychmiast pobiegł za nią. Z resztą nie dziwię się mu. Nastolatka jest zrozpaczona. Dowiedziała się o śmierci osoby dla, której w zasadzie żyła. Nie wiadomo do czego jest teraz zdolna. Skrzyżowałam spojrzenia z Kaspianem.
-Od początku o wszystkim wiedziałeś?- zadałam pytanie.
-Nie, to był taki nagły przebłysk. To wspomnienie było znaczenie świeższe. Nie mam pojęcia czemu ono też zanikło.- wzruszył ramionami. Nie skomentowałam. Nie miałam już siły.
-Lepiej, żebyście już sobie poszli.- wzrok chłopaka był pusty. Już chciałam coś powiedzieć, lecz zielonooki powstrzymał mnie ruchem ręki.
-Nie będziemy się już narzucać. Dobranoc.- przyjaciel wypchnął mnie na korytarz.
-Ale ja miałam jeszcze tyle pytań do niego.- broiłam się.
-Zadasz je kiedy indziej.- westchnął, holując mnie na zewnątrz budynku. Droga powrotna zajęła nam niewiele czasu. Szybki prysznic i nareszcie znalazłam się w swoim łóżku. Wszystko mnie bolało. Jak ja nie lubię walczyć. Gdy tylko zamknęłam oczy, widziałam zapłakaną Kaję. Nastolatka jeszcze nie wróciła do domu. Na szczęście jest z nią Feliks.
-Puk, puk.- moje rozmyślenia przerwało pukanie do drzwi.
-Proszę.- w progu stanęła Elizabeth w koszuli i kapciach. Włosy luźno opadały jej na ramiona.
-Jak minął dzisiejszy dzień?- spytała. Tym razem uśmiech nie był wymuszony. Odniosłam wrażenie, że to ją naprawdę interesuje.
-Nie mam pojęcia jak jutro wstanę z łóżka.- zaśmiałam się. Popatrzyła na mnie.
-Jutro jest miejski festiwal tańca i czegoś tam jaszcze. Mam nadzieję, że się wybieracie.
-„Wybieracie”? Niby ja i Kaspian?!- wrzasnęłam.
-Nie krzycz tak, bo cię usłyszy.- zaśmiała się. Nagle spoważniała- powiedz mi, jak Kaja zareagowała, gdy dowiedziała się o śmierci swojego brata.
-Wiadomo była w szoku. Dokładnie nie wiem, bo jeszcze nie wróciła do domu.- westchnęłam.
-Więc dobrze ja wracam do siebie. Dobranoc.- wstała.
-Miłych snów.- zatrzasnęła drzwi. Po jej wizycie poczułam się senna. Przyłożyłam głowę do poduszki i zasnęłam. Obudziłam się wypoczęta i wesoła. Jednak natychmiast przypomniałam sobie o wydarzeniach z tamtego dnia. Wyskoczyłam na balkon, aby sprawdzić jak jest pogoda. Uderzyło we mnie rześkie, ciepłe powietrze. Po niebie leniwie sunęły białe obłoczki. Wyglądały jak wata cukrowa. Na samą myśl zrobiłam się głodna. Z szafy wyciągnęłam białą bluzkę z odkrytymi ramionami oraz czarne, krótkie spodenki. Wyjechałam widną na łazienkowe piętro. Higiena osobista przede wszystkim. Spięłam włosy w koka. Po obu stronach twarzy wypuściłam kosmyki włosów. Następnym miejscem, które odwiedziłam była jadalnia. Rzuciłam torebkę na stół i podbiegłam do lodówki. Z niej wyciągnęłam ser żółty, sałatę i pomidora. Nie przepadam zbytnio za mięsem. Zamknęłam skrzydła lodówki. Serce podskoczyło mi do gardła. Za jednymi z drzwiczek stał Kaspian.
-Dzień dobry.- powiedział.
-Czy ty chcesz, żebym padła na zawał?!- wrzasnęłam.
-Czemu się tak wyszykowałaś? Do kościoła idziesz, czy co?- zaczerwiłam się. W sumie nie wiem czemu się tak ubrałam. Zrobiłam to podświadomie. Mimo woli zlustrowałam chłopaka. Niesamowite. Uczesał włosy! Ubrał czarną, obcisłą bluzkę z krótkim rękawkiem. Była tak obcisła, że widziałam jego kaloryfer. Do tego założył czarne spodnie z łańcuchem, naprawdę nie rozumiem mody u magów ziemi. Nogawki spodni włożył, tym razem, do zasznurowanych glanów.
-Nie zadawaj mi głupich pytań i sam zobacz na siebie!- pisnęłam.
-Ja mam powód. Idę na śniadanie do restauracji.- uśmiechnął się.- z okazji, że dalej odbywają się wspólne dni, ty idziesz ze mną, kochanie.- zaraz rzygnę. Nawet śniadania nie mogę sama zjeść. Czyżby realizował swój chory plan?
-Masz zamiar nauczyć mnię ludzkich uczuć?- spytałam. Spojrzałam na niego uważnie.- tak jak wczoraj Feliks?
-Chodzi ci o tą wypuchę z pocałunkiem?- zaczął się śmiać. Na pewno było go słychać w całym zamku. Zaczerwieniłam się.
-Czemu kazałeś mu to zrobić?!- krzyknęłam. Momentalnie znalazł się obok mnie. Pochylił się nade mną. Szepnął mi do ucha.
-Bo ja bym się nie powstrzymał.- na chwilę wstrzymałam oddech. Nie wiedziałam co mu odpowiedzieć. Na szczęście sam przerwał tę niezręczną chwilę.- pora się ruszyć. Wyszliśmy na zewnątrz.
-Co ty na to, żeby pożyczyć motor Feliksa?- spytał z łobuzerskim uśmieszkiem na ustach.
-Myślę, że to nie jest dobry pomysł.- odparłam.
-Dlaczego?- zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, złapał mnie w pasie i posadził na maszynie. Założył mi kask, nawet nie wiedziałam, że profesor ich używa, i ruszyliśmy z kopyta. Oczywiście musiałam załapać się Kaspiana, żeby  nie zaryć twarzą o beton. Chłopak pachniał szamponem i mleczkiem po goleniu.
-Możesz mnie nie wąchać.- poprosił.
-Przepraszam.- znowu się zarumieniłam. Widać, że prowadzenie motocykla nie jest mu obce. Jechał wolniej niż mag ognia ale wystarczająco szybko, żebym mogła dostać zawrotu głowy od patrzenia przechodniów, ulice czy drzewa. Zaparkował przed dobrze mi znanym i mało lubianym barem. „Dark Rose”.
-Ja tam nie wchodzę.- założyłam ręce na piersi.
-Nie masz wyjścia.- szlak jaki on silny. Przełożył mnie sobie przez ramię i wniósł do lokalu.
-Puszczaj! To nie jest śmieszne!
-Dzień dobry, stolik dla dwojga.- jak się cieszę, że barman nie widzi mojej twarzy.
-Kaspian, witaj stary!- przybili sobie męską piątkę.
-Cześć Jason. Co tam?- spytał.
-Wiesz ostatnio napadli mnie ludzie z Czarnych Kruków. Chcieli mnie zabić.- przełknęłam ślinę.- a z resztą pogadamy o tym później. Może mi przedstawisz wiszącą na twoich plecach?
-Jasne.- zanim jego słowa dotarły do mojego mózgu, znalazłam się kilka centymetrów od blondyna. Dzielił nas zaledwie blat. Dziś na nosie miał okulary. Jego blond włosy (celowo ułożone)  sterczały w każdą stronę świata. Odziany był w białą koszulę zapiętą na guziki. Włożył ją do czarnych spodni z szelkami, oczywiście z łańcuchem przy szlufkach. Do tego eleganckie buty. Muszka w czerwone kropki pod szyją dopełniły widoku nastolatka.
-Szefie, to jedna z tych ludzi, którzy chcieli mnie zabić!- wykrzyczał i rzucił się na mnie. W życiu nie zdążę zrobić uniku. Jak spod ziemi przede mną wyrósł Kaspian. Chwycił chłopaka za szelki i rzucił nim o ścianę. Posypał się tynk. Podbiegłam do barmana. Sprawdziłam jego puls. Żyje nic mu nie jest. Odwróciłam się w stronę bruneta. Jak ja mu to wszystko wytłumaczę?
-Kaja mi wszystko wczoraj opowiedziała. Nie musisz się już martwić.- ulżyło mi. Zielonooki masował prawą rękę.
-Bardzo boli?- wskazałam na jego dłoń.
-Nie…
-Pokaż.- podbiegłam.- złamana- oznajmiłam.
-Co?!- mocno się zdziwił. –Kiedy ja to…
-Raz…
-Czemu liczysz?
-Dwa…
-Zadałem ci pytanie!
-Trzy!- do naszych uszu dobiegł odgłos łamanej kości.
-Cholera! Co ty robisz?!- ryknął.
-Źle się zrosła.- poinformowałam go.- daj to ją nastawię i wyleczę.- popatrzył na mnie uważnie. Po dłuższych namysłach pozwolił mi na zabieg.
-Gotowe.- zadowolona podeszłam do leżącego na podłodze mężczyzny.
-Co ty robisz?
-Jak mu nie pomogę, to kto zrobi nam śniadanie?- spytałam sarkastycznie.
-Co racja to racja.- gdy niebieskooki się ocknął, wszystko mu wytłumaczyliśmy. Po obfitym posiłku, ruszyliśmy na spacer ulicami Sory. Humory nam dopisywały. Było nawet znośnie, do czasu gdy na horyzoncie nie dostrzegłam dwóch osób, których dziś naprawdę nie chciałam spotkać.
-Kaspian, błagam zawrócimy.- poprosiłam. Popatrzył na mnie, później na kobiety zmierzające znad przeciwka, znowu na mnie.
-Twoje znajome.- pokiwałam głową. Objął mnie ramieniem i pewnym krokiem ruszył przed siebie.
-Co ty robisz?! To moje przełożone. Jak nas razem zobaczą…
-Ho, ho. Zobacz Anno czy to nie Nadia?- Karolina wredna suka z pracy. Moja szefowa. Gruba, głupia i do tego ohydna jędza.
-Dzień dobry. Jak się pani miewa w tak piękny upalny dzień?- starałam się aby mój uśmiech wyglądał jak najbardziej naturalnie.
-Wybornie moje dziecko.- Anna to prawa ręka tej żmiji. Ona jest straszenie dziwna. Twarz ma osłoniętą welonem. Chodzi w czapkach, a ubiera na siebie jedynie całkowicie zabudowane suknie. Nawet na dłoniach ma rękawiczki. Preferuje raczej  kolor czarny i odcienie szarości. Nikt, oprócz Karoliny nigdy nie słyszał jej głosu.
-Anna pyta się, kim jest ten przystojny mężczyzna z tobą?- z jej świńskich oczu biła ciekawość. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Muszę wymyślić jakąś tożsamość dla mojego towarzysza. Jednak zanim zdążyłam to zrobić, chłopak z gracją ujął dłoń tej pomarszczonej staruchy i ją ucałował.
-Nazywam się Kaspian Montrose. Generał generałów.- kobiecie mina zrzedła.
-Diabelskie nasienie, morderca. Nie dotykaj mnie.- splunęła na chłopaka. Obydwie uciekły.
-Strasznie cię za nie przepraszam.- wyjąkałam.
-Nie martw się. Należało mi się to. Gdzie teraz idziemy?- spytał z uśmiechem. Odniosłam wrażenie, że jeżeli by mnie tutaj nie było, ich wspólne spotkanie zakończyło by się tragedią.
-A gdzie ty chcesz iść?- rozglądnął się wokoło. Jego wzrok przykuł plakat. Zerwał go ze słupa.
-Tam.- podał mi afisz. Oczywiście, że reklamował on festiwal tańca i kultury.

sobota, 20 czerwca 2015

Rozdział XI



Co z tego, że razem z Feliksem byliśmy cali pobrudzeni i lekko poranieni. Dosiedliśmy skradziony motocykl i ruszyliśmy w kierunku miasta, na uniwersytet, gdzie mój przyjaciel wykładał filozofię. Szczerze mówiąc mam zamiar przespać się na jego zajęciach. Właśnie minęliśmy tabliczkę z napisem „Witamy w Sorze”. Jakie to sztuczne. Podróż ulepszonym pojazdem zajmuje bardzo mało czasu. Ciekawe czemu są niedozwolone. Usłyszeliśmy dźwięk syren policyjnych. Kierowca przeklął pod nosem. Nieco zwolnił. Pokiwał dłonią na policjantów, żeby ci dali mu spokój. Nic z tego. Musieliśmy się zatrzymać. Akurat w takiej chwili. Jesteśmy już tak niedaleko uczelni.
-Dzień dobry panu.- powitał nas sympatycznie wyglądający chłopak. Jak większość mieszkańców Kraju Powietrza miał szare włosy i niebieskie oczy. Z rysów przypominał dziewczynę, ale nie będę się czepiać szczegółów.
-Dobry.- bąknął nastolatek.
-Proszę pański dowód.- przeczytał dane.- Mam nadzieję, panie Kiear, że będzie pan skłonny do współpracy.- facet był miły, lecz jego napięte mięśnie i nachalne spojrzenia mówiły coś innego. W radiowozie siedział jeszcze jeden funkcjonariusz. On nie zaszczycił nas swoją obecnością. Niebieskooki pokazał dokumenty profesora swojemu kumplowi przebywającemu w pojeździe. Dzięki temu, że okno było otwarte, dostrzegłam twarz drugiego mężczyzny. wyglądał na gościa, z którym nikt nie miałby zamiaru zaczynać. Jego policzki pokryte były zarostem, który, jeżeli ktoś się bardziej przyglądnął, ukrywały liczne blizny i poparzenia. Jego oczy są koloru nieba a włosy dopiero co ściętej pszenicy. Nieznajomy szepnął coś na ucho grożącemu nam policjantowi. Ten pokiwał głową na znak, że rozumie i wrócił do nas.
-I jak? Mogę już jechać?- spytał zirytowany rudzielec.
-Niestety, panie Kiear jest pan aresztowany. Popełnił pan dwa wykroczenia w ciągu dwóch dni. Pojedzie pan z nami.
-Nie…
-A co jeśli odmówi?- wcięłam się w wypowiedź Feliksa. Mężczyzna spojrzał na mnie krzywo.
-Wtedy panienko, będę zmuszony użyć siły.- uśmiechnął się krzywo. Nienawidzę takich typków. Jakby go tu załatwić? Jest jednym z policjantów, których nigdy nie ma gdy są potrzebni. Już wiem czas na przedstawienie i tak nie możemy pogorszyć swojej sytuacji.
-Czy ty wiesz do kogo się tak zwracasz?!- zadałam pytanie w taki sposób jaki robiła to moja siostra, kiedy ktoś powiedział jej coś, czego nie chciała usłyszeć. Uśmiechnęłam się wyniośle.
-Smarkulo, za kogo się niby uważasz?!- wysyczał lekko podenerwowany gliniarz. Musze go jeszcze trochę wyprowadzić z równowagi.
-Zgadnij, z kim masz przyjemność.- zaśmiałam się. Tak na prawdę wcale nie było mi do śmiechu. Co jeśli plan się nie uda i mężczyzna wyczuje podstęp? Nie, nie wygląda na zbyt ogarniętego. Nie wiem, jak z tym drugim.
-Gadaj!- ale tych magów powietrza łatwo zdenerwować. Przyjaciel popatrzył na mnie pytająco. Mam nadzieję, że nie zawoła mnie po imieniu.
-Nazywam się… Katherine Wróblewska.- facet nieco zbladł.
-Ja, ja… nie wiedziałem. Wybacz proszę szanowana pani.- ukląkł.- Faktycznie, tyle razy widziałem panią na okładkach gazet, ale jak przyszło co do czego to pani nie poznałem. Proszę mi wybaczyć!- pochylił głowę.
-Będę wspaniałomyślna i zapomnę o całej sprawie, jeżeli anulujesz wszystkie wykroczenia tego oto człowieka, puścisz nas wolno, oraz zapomnisz, że mnie tutaj widziałeś. Mój pobyt w tym kraju jest tajny, więc proszę o dyskrecję.- mrugnęłam.
-Tak jest wasza wysokość.- facet bił takie pokłony jakby stanął przed Bogiem. Cóż pora wykorzystać jego tymczasowy szok i jechać w dalszą podróż.
-Dziękuję za owocną współpracę. Życzę miłego dnia.- złapałam za kołnierz oniemiałego chłopaka, usadowiłam do na siedzeniu motocyklu i po chwili znowu czułam przyjemny wiatr we włosach.
-Wasza wysokość.-zaśmiał się, -Dobrze, że nie wasza ekscelencjo.
-Jakby nie ja, teraz gnilibyśmy na posterunku lokalnej policji.- odpysknęłam. W zawrotnym tempie mijaliśmy budynki, drzewa, ludzi. Wszystko zlało się w jeden obraz. Nie mogłam odróżnić dużego szczura od małego szczeniaczka. Płomień nagle zahamował. Prawie przeleciałam przez kierownicę pojazdu.
-Jesteśmy.- dumny pomógł mi zejść z maszyny i obydwoje wbiegliśmy do budynku uczelni. Jak większość budynków w tym kraju wykonany został ze szkła i stali. Więc wbiegliśmy po szerokich, metalowych schodach centralnie pod szklane wrota. Jak w każdej placówce publicznej nad klamką widniały nalepki z napisem „ciągnąć” i „pchać”. Nad naszymi głowami uprzednio zauważyłam ogromny napis. Chyba motto tej szkoły „Ucz się i pracuj”. Bardzo krótkie i oszczędne. Po otworzeniu drzwi, wpadliśmy do dużego przedsionka. Tak siedział portier sprawdzający legitymacje studenckie. Feliks podbiegł do niego. Pokazał dokument.
-A ona?- zaciekawił się brunet.
-Ona jest ze mną.- oświadczył pedagog. Odźwierny spojrzał na mnie bacznie.
-Przechodzicie.- oznajmił. Chwała Bogu. Zaleźliśmy się w holu. Na ścianach wisiało mnóstwo tablic dekoracyjnych, plakatów oraz obrazów uzdolnionych uczniów. Pobiegliśmy wzdłuż korytarza. Nastolatek zatrzymał się przed dwuskrzydłowymi drzwiami. Wciągnął głęboko powietrze. Położył dłoń na klamce. Ta ustąpiła. Zanim jednak przestąpił próg sali powiedział:
-To nie jest zwyczajna klasa. Przekonasz się o tym w czasie lekcji. Niektórzy naprawdę są niesamowici.
-Rozumiem. Zajmę miejsce z tyłu i nie będę ci przeszkadzać.- powiedziałam ziewając.
-Nie to miałem na myśli…
-Hej, panie profesorze! Czy pan i pańska dziewczyna wejdziecie już?!- rozwścieczona automatycznie odwróciłam głowę w stronę krzyczącej osoby. Był to nastolatek o zadziwiająco delikatnych a zarazem mocnych rysach twarzy. Oliwkowa cera nieźle pasowała do rudych, powywijanych w  każdą stronę włosów. Spokojne, niebieskie oczy spoglądały na nas z rozbawieniem a zarazem z zainteresowaniem. Poczułam się tak, jakby ten niepozorny chłopak odziany w czarną koszulę i jeansy umiał czytać mi w myślach. Ale to nie możliwe. Po jego wyglądzie z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że jest magiem ognia. Feliks kaszlnął.
-Mój drogi. To nasza nowa koleżanka więc mógłbyś być nieco bardziej uprzejmy.
-Spróbuję, ale nic nie obiecuję.- mruknął.
-No to wspaniale. Cieszę się słysząc te słowa. Choć Nadia pora zaczynać.- mówiąc to wprowadził mnie do ogromnej auli wykładowej mogącej pomieści pięćset osób. Uczniów co prawda było miej więcej pięćdziesięciu, a w dodatku rozsiedli się tak, że odniosłam wrażenie, że sala jest niemal pusta. Na środku jak w każdej uczelni stała mównica, biurko, a za nim tablica oraz gigantyczne tło, na którym można oglądać filmy lub prezentacje multimedialne uczniów za pomocą przymontowanego do sufitu rzutnika. Zajęłam miejsce z tyłu, aby nikomu nie przeszkadzać. Ławki stanowią bardzo długie blaty o owalnym kształcie, ciągną się od początku auli, aż po jej koniec. Rzędów było dziesięć.
-Witajcie moi drodzy! Przepraszam za spóźnienie, ale coś mi wypadło.- powiedział radośnie. Rękę do góry podniosła jakaś dziewczyna o włosach koloru trawy. Na nosie miała okulary. Jej warkocz dorównywał długością swetrowi, który naprawdę był długi. Trochę śmiesznie to wyglądało, ponieważ pod spodem miała krótkie spodenki i bluzkę na ramiączkach.
-Słucham?- odpowiedział profesor.
-Czy słyszał pan o dzisiejszym napadzie na Zakon św. Urszuli nieopodal Sory.- obydwoje popatrzyliśmy po sobie. Pokręciłam przecząco głową. On zrobił to samo.- A wie pan, że podczas tego napadu w jednej chwili ujawnili się tkacz i wróżbita. Niesamowite, prawda?- jej wyczekujący uśmiech był okropny. Zachowywała się tak, jakby o wszystkim dobrze wiedziała i czekała tylko na potwierdzenie swoich słów. Chłopak, ten rudzielec przyglądał się badawczo Feliksowi. Wydawało się, że nieźle wpadliśmy. Momentalnie podniosłam rękę do góry. Przyjaciel przełknął ślinę.
-Słucham, Nadia?- popatrzył na mnie z wdzięcznością. Wszystkie spojrzenia spoczęły na mnie. Udawałam, że mnie to nie obchodzi.
-Panie profesorze, jaki jest temat dzisiejszych zajęć?- najzwyklejsze pytanie pod słońcem. Westchnął uspokojony.
-Czym według was jest życie?- natychmiast, bez pozwolenia głos zabrała dziewczyna z wcześniej.
-W sensie biologicznym czy filozoficznym?- spytała.
-Zaciekawiłaś mnie rozwiń swoją wypowiedź.- właśnie nadarzył się idealny moment na drzemkę. Schowałam głowę w ramionach i zasnęłam. Nie miałam, żadnego snu. Czułam się obserwowana. Tak jakby ktoś grzebał w moich wspomnieniach. Szybko podniosłam głowę. Ten głupi mag ognia cały czas mi się przyglądał. Przecież oni nie mają takich zdolności. Uśmiechnął się kpiąco. Na mojej ławce leżała kulka papieru. Rozwinęłam ją. Jest napis.
Jesteś słaba.
Co to ma być?! W ogóle tego nie rozumiem.
-Nadia, a może ty powiesz, czym według ciebie jest życie?- pytanie Feliksa było okropnie naiwne. Westchnęłam.
-Życie jest jak scena. Rodzisz się z napisanym przez życie scenariuszem i grasz według niego. Takie jest moje zdanie.- wzruszyłam ramionami. Nastolatek w czarnej koszuli podniósł rękę.
-Tak?- zrezygnowany nauczyciel udzielił mu głosu. Młodzieniec specjalnie wstał, żeby wszyscy go widzieli. Gdy wygłaszał przemowę patrzył prosto w moje oczy.
-Uważam, że wcześniej wspomniane życie to jedna wieka gra. Na starcie otrzymujesz instrukcje jak masz się zachowywać, czego nie robić. Schronienie i radą służą ci ludzie, którzy grają od dłuższego czasu. Słyszysz o królu. On jest czymś w rodzaju bosa. Możesz być kim tylko chcesz i możesz robić co tylko chcesz i z kim chcesz. Jest jeden problem. Masz jadano życie. Grasz? PS. Obróć kartkę.
-Słucham?- spytała zdezorientowany pedagog.
-Nie, to nie było już do pana.- zajął swoje miejsce. Zrobiłam jak polecił. Obróciłam papierek.
Życie jest jak scena. Rodzisz się z napisanym przez życie scenariuszem i grasz według niego. Takie jest moje zdanie.
                                                                                                                                                             Nadia Wróblewska
Jak to możliwe?! Kim jest ten facet?! Po wykładach natychmiast poszłam porozmawiać z Płomieniem.
-Jak się nazywa ten chłopak, który jako ostatni zabrał głos?- wstrzymałam oddech.
-Jaki chłopak?- spytał.
-No ten w czarnej koszuli i rudymi włosami. Wydawało się, że go znasz.- powiedziałam z wyrzutem.
-Nie, na moje zajęcia nikt taki nie chodzi.- lekko się zdziwił.
-Dobra wracajmy do domu.- zrezygnowana udałam się w stronę drzwi.
-Zaczekaj na mnie przed uczelnią. Muszę odebrać wypłatę.
-Nie ma sprawy.- wyszłam na zewnątrz. W garści ściskałam liścik. Nie miałam odwagi na niego spojrzeć. W końcu przecież to tylko skrawek papieru. Rozluźniłam uścisk. Zamiast wiadomości widniał tam złoty pył! Taki sam jak z drzewa przeznaczenia! Tylko on nie znika. Czemu?
-No już możemy jechać. Wstąpimy jeszcze w jedno miejsce. Nie przeszkadza ci to?- chłopak wrócił z dwoma sakiewkami. Jedna była wypchana po brzegi monetami, a drugiej znajdowało się ich znacznie mniej.  
-Jasne.- wsypałam proszek do kieszeni. Później będę się tym martwić. Znowu ruszyliśmy w trasę.
-Gdzie jedziemy?- zadałam pytanie.
-Zobaczysz.- przejeżdżaliśmy obok kawiarenek, sklepów oraz domków mniejszych i większych. W końcu ujrzeliśmy slumsy. Feliks zatrzymał się przed jednym z domków. Zapukał do drzwi. Otworzył mu mały, drobny i wychudzony chłopczyk o bardzo mądrych, brązowych oczach. Płomień natychmiast złagodniał na jego widok.
-Witaj przyjacielu!- przytulił małego.
-Hej! Ludzie! Feliks wrócił!- zakrzyknął. Z chatki wysypała się gromadka dzieciaków. Zaczęły go tulić. Przywitał się z każdym z osobna. Później odciągnął najstarszego, czyli tego co otworzył drzwi, na bok, powiedział coś do niego i podał mu worek. Ten po brzegi wypchany pieniędzmi. Pożegnał się z nimi i wrócił do mnie.
-Choć jedziemy.- w oczach miał łzy. Nie mogłam znieść tej niezręcznej ciszy. Towarzystwa dotrzymywał mi jedynie warkot silnika. Nie wytrzymałam. W końcu wybuchałam.
-Wisiałeś temu chłopakowi kasę?!- chwila milczenia.
-Nie, po prostu wychowałem się z nimi. Jak po raz pierwszy znalazłem się w stolicy, nie miałem się gdzie znaleźć. Udałem się więc do slumsów. Myślałem, że tam zastraszę jakąś rodzinę i zdobędę mieszkanie. Los chciał, że trafiłem na ten dom. Spotkałem  te dzieci i zająłem się nimi. Teraz mam bardzo dobrze płatną pracę, więc oddaję im czterysta monet z każdej wypłaty za wykłady, a sobie zostawiam sto. Tyle mi wystarcza.
-Czekaj, ty masz pięćset monet za wykład?
-No. Mam ich kilka w tygodniu. I jeszcze praca u Elizabeth, więc naprawdę nie mogę zarzekać. Spokojnie utrzymam siebie i ich.- wzruszył ramionami, powiedział to tak, jakby każdy nastolatek potrafił zająć się gromadką dzieciaków i łożyć na ich utrzymanie. Gdy wchodziłam po schodach do naszego zamku, miałam nadzieję, że oglądnie jakiś film i będę mieć chwilę dla siebie. Otworzyłam wrota i stanęłam w progu. Ktoś siedział na kanapie. Podeszłam nieco bliżej aby zobaczyć, z kim za moment będę walczyć o pilota. Na sofie z głową w kolanach siedziała Kaja. Przed nią kucał Kaspian.
-Choć, to już ostatni dom na liście.- zapewnił żarliwie.
-Straciłam nadzieję, że kiedyś go znajdziemy.- bąknęła. Och zapomniałam! Kaja i Kaspian poświęcili cały dzień na szukanie brata dziewczyny. Płomień podszedł do dziewczyny. Coś szepnął jej do ucha.
-Naprawdę?- spytała z nadzieją. Nie mam pojęcia co jej powiedział, ale po tych słowach wstąpiła w nią nowa siła. Wstała z kanapy.
-Idziemy.- w taki to sposób  pożegnałam się z oglądaniem filmu i stanęłam przed drzwiami Misiaela.
-Nie pomyślałem o tym, że moja prawa ręka może być bratem Kai. – brunet pokiwał głową.
-Spokojnie, jeszcze nie mamy pewności.- uspokajał Feliks.
-Ja nie mam już siły. Nadia, zapukaj za mnie. Proszę.- nie mogłam jej odmówić. Wykonałam jej prośbę bez zbędnego protestu. Drzwi do mieszkania otworzył młody mężczyzna z lekkim zarostem. Na nasz widok nieco się zdziwił.
-W czym mogę wam pomóc?- spojrzałam na Kaję. Po jej policzkach spływały łzy.
- Jonathan!- krzyknęła.

sobota, 13 czerwca 2015

Rozdział X



Spojrzeliśmy po sobie. Chłopak po odczytaniu wiadomości tekstowej, natychmiast zerwał się z miejsca. Pobiegł przed siebie. Ja nie miałam siły. Nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Dalej odczuwałam skutki… no właśnie czego? Feliks skruszony zaraz wrócił.
-Przepraszam, zapomniałem w jakim stanie jesteś. Dasz radę chociaż wstać?- przykucnął przede mną.
-Chyba tak, ale musisz mnie podtrzymać.- odpowiedziałam.
-Nie ma sprawy.- otoczył mnie ramieniem i obydwoje ruszyliśmy w kierunku zakonu Kai. Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że możemy nie zdążyć na czas. Spuściłam głowę.
-Zostaw mnie tutaj i idź dalej sam. Lepiej żebyś chociaż ty dotarł. Niańcząc mnie nie dasz rady pomóc Kai.- powiedziałam cicho.
-Chyba sobie żartujesz! Nie zostawię cię. Przecież gramy w tej samej drużynie, a poza tym ty również byłaś w tej wizji. Teraz się już nie wykręcisz.- uśmiechnął się.
-Zacznę proces jako takiego uleczania.- powiedziałam. – Jest jeden minus. Wtedy nie dam rady się ruszać.
-To żaden problem. Wezmę cie na barana.
-Co?!- zakrztusiłam się.
-No co. Skoro nie dasz rady sama iść to cie poniosę. Później ukradnę komuś motor i pojedziemy. Co ty na to?- spojrzał pytająco.
-Chyba nie mamy wyjścia.- wziął mnie na barana.
-Jesteś lekka. Spokojnie mogę biec.- oznajmił i jak szalony pogalopował mostem, potem ulicami zatłoczonego miasta.
-Co z twoją pracą?- spytałam.
-Nic. Uczniowie przyzwyczaili się do tego, że się spóźniam. Pewnie przyjdą na wykład dopiero za dwie godziny.-zatrzymał się.- Patrz, motocykl!- ucieszył się.
-Fajnie. Ja zaraz skończę. Daj mi jeszcze pięć minut. Ok?
-Nie ma sprawy.- oparł mnie o ścianę jakiejś kawiarenki. Usiadł obok mnie. Spoważniał – Słuchaj, nie możemy dopuścić do śmierci kogoś z naszej paczki. Rozumiesz? Nasze życie ponad innych.- szczęka mi opadła. Nie spodziewałam się usłyszeć takich słów z ust Feliksa.
-Co?! Jak możesz coś takiego mówić?!-krzyknęłam.
-Normalnie. Może właśnie taki jestem na co dzień. Przecież mnie nie znasz.- pochylił się nade mną. Ujął mój podbródek. Nachylił się. Coś zakuło mnie w żołądku. Wiecie co jest najgorsze. Nie mogłam się ruszać!
-Puść mnie.- wychrypiałam. Przybliżał się coraz szybciej. Jego twarz była centymetr od mojej. Wstrzymałam oddech. Przyjrzał mi się uważnie.
-Żartowałem.- jego chwyt zelżał- Właśnie udowodniłem ci, że jednak nie wyzbyłaś się wszystkich uczuć.- moje mięśnie rozluźniły się. W końcu mogę się ruszać. Uśmiechnęłam się. Uderzyłam go w twarz.
-Jesteśmy kwita.- skomentowałam.
-Ho, ho. Widzę, że już minęła ci bezwładność.- uśmiechnął się półgębkiem. Porwał mnie z miejsca. Usadził za sobą na motocyklu. –Trzymaj się mocno. Ruszamy.- wcisnął gaz do dechy. Opony zostawiły ognisty ślad na ulicy. Oczywiście, że użył żywiołu żeby zwiększyć swoją prędkość. Wtuliłam się w koszulkę nastolatka. Pachniał perfumami. Jak miło. –Tylko nie zaśnij!- zawołał. Speszyłam się.
-Kiedy dojedziemy?!- odkrzyknęłam.
-Jeszcze pięć minut.
-Niesamowite. Magia ognia jest czasem użyteczna.- zaśmiał się.
-Czasem tak, ale niekiedy odbiera ludziom życie. Pamiętasz wojnę dziesięcioletnią? Wtedy to Ogień okupował świat. To była prawdziwa rzeź. To już Nathaniel jest łagodniejszy. Ja i moja siostra bliźniaczka urodziliśmy się w okresie międzywojennym. Na początku w naszym domu było całkiem spokojnie. Stanowiliśmy normalną rodzinę. Przynajmniej w oczach innych ludzi. Nasz ojciec nie poświęcał nam za wiele uwagi, ale gdy to robił nieźle się bawiliśmy. Niestety, zazwyczaj bardziej interesował go alkohol. Na początku tylko pił. Później zaczął nas bić. Wszyscy w szkole wytykali mnie palcami. Mówili „Ej to ten chłopak, prawda?”. Byłem załamany, ale dalej kochałem swojego tatę. Mimo tego, że pił, gdy trzeźwiał był spoko. Wolałem go od matki. Moja siostra, Genevieve, szczerze go nienawidziła. Czepiała się go na każdym kroku. W końcu kiedy doszło do pierwszych rękoczynów, mama postanowiła, że wraz z nami wyprowadzi się z domu. Mnie zrobiło się żal ojca i zostałem z nim, mimo wywodów zaserwowanych mi przez matkę. Przez jakiś czas nie tknął alkoholu. wtedy poznałem Susan. Stała się moją najlepszą przyjaciółką. Spędzaliśmy ze sobą każdą wolną chwilę. Pewnego dnia wróciłem do domu. W progu doznałem pierwszej w swoim życiu wizji. Ojciec pogrążony w nałogu, Susan cała we krwi, tata popełniający samobójstwo. To było straszne. W ogóle nie wiedziałem o co chodzi. Na drugi dzień nocowałem u znajomego. Gdy rano wróciłem do mieszkania, drzwi były otwarte. Niepewnie wszedłem do środka. Na podłodze z rozbitą głową leżała Susan. Obok widniała rozbita butelka. Nie trudno było dodać dwa do dwóch. Natychmiast udałem się do salonu. Za późno. Tata już wisiał na stryczku. Do dziś nie jestem pewny co się tam tak naprawdę wydarzyło.-westchnął.
-Ciekawa historia. Czemu przeprowadziłeś się do Kraju Powietrza?
-Pytasz czemu? Byłem taki jak Kaja, ale ona zabija żeby czynić świat lepszym, chociaż się do tego nie przyznaje, ja zabijałem dla przyjemności ludzi, którzy się kiedyś ze mnie śmiali i mną gardzili. Moim ostatnim dziełem było spalenie całej mojej wioski. Później uświadomiłem sobie co zrobiłem i jako pokutę zadałem sobie uczenie filozofii na uniwersytecie w Sorze.- zaśmiał się.- Wiesz, co w tym wszystkim jest najlepsze?  
-Nie?
-To, że to życie bardzo mi się podoba.- dojechaliśmy. Walka już dawno się rozpoczęła. W tłumie walczących co jakiś czas mignął nam Kaspian w chusteczce na twarzy. Blond włosy pani kapitan tańczyły wokół niej gdy tylko wbijała włócznię w napastnika. Nieprzyjaciół było około trzydziestu. Do walki stawiła się dziesiątka mnichów oraz nasza piątka. Niekiedy o uszy obił mi się dźwięk dzwoneczka Kai ostrzegającego napastnika przed zadanym ciosem.
-Przepraszam, za tamtą sytuację pod kawiarenką, ale to był pomysł Kaspiana. On mnie do tego namówił. Z moich obserwacji wynika, że powinnaś zaakceptować swoje człowieczeństwo, a nie udawać, że go nie masz. Tak naprawdę wiesz, że jesteś dobrą osobą i w głębi duszy liczysz, że poznasz kogoś, kto cię nie zawiedzie. Prawda?- spojrzałam na niego wymownie.
-Rozumiem.-bąknęłam. Nie lubię kiedy ktoś mnie poucza. Zwłaszcza on.
-My tu gadu gadu, a walka trwa.- podszedł do leżącego na ziemi nieprzytomnego żołnierza.
-Proszę twoja broń.- rzucił mi lekki obusieczny miecz. Idealny. Jakby wykuty specjalnie dla mnie. Sam wziął komicznie ogromny kord. Ja bym go w życiu nie uniosła, nie wspominając już o zamachu. Ruszyliśmy do walki ramię w ramię. Każdy z nas starał się nie dać się zabić. Jednym wychodziło to lepiej innym nieco gorzej. Moim pierwszym przeciwnikiem był wielki, spocony osiłek. Zamachnął się gigantycznym toporem. Uskoczyłam w bok. Tam gdzie wcześniej stałam w podłożu pojawiła się ogromna szczelina. W czasie gdy mężczyzna wyciągał siekierę z ziemi, natarłam. Zadałam jeden perfekcyjny cios w tors. Facet osunął się na trawę. Po tej walce stwierdziłam, że naprawdę nie nadaję się do walki wręcz. Postanowiłam znaleźć Kaspiana. Jak tylko do niego dotarłam, w oddali usłyszałam wybuch. Jakiś nathanielowski pies podłożył bombę pod zachodnie skrzydło. Wszystko momentalnie zajęło się ogniem. Natomiast działania naszej drużyny były okropnie niezsynchronizowane. Totalna samowolka.
-Kaspian!- zawołałam jednocześnie uchylając się przed uderzeniem maczugi.
-Co?!- odkrzyknął blokując klingę miecza swojego przeciwnika.
-Wybuduj namiot polowy!- rozkazałam.
-Zaczekaj, prawie go unieszkodliwiłem!- wróg padł jak długi.- Jest jeden warunek!
-Jaki?!- spytałam.
-Musisz mnie osłaniać!
-Nie ma sprawy!.- oparliśmy się plecami. On stanął w rozkroku i zaczął ścinaka po ściance budować szpital polowy, ja natomiast odbijałam za pomocą magii wody strzały, a kordem odbierałam ataki żołnierzy. Powoli zaczęło brakować mi sił. Natychmiast zaczęłam odczuwać skutki dzisiejszej wizji. Zakręciło mi się w głowie. Na moment straciłam równowagę. Przeciwnik w mgnieniu oka spostrzegł moje zachwianie i zaatakował. Było by po mnie gdyby Kaspian gołą dłonią nie złapał ostrza tuż przed moja twarzą.
-Skończyłem.- oznajmił spokojnie. Głośniej dodał.- Przepraszam, ale tylko ja mogę jej dokuczać.- jego ręka przyciągnęła jak magnes kamienie, które utworzyły pewnego rodzaju pancerz. Mężczyzna stojący naprzeciwko mojego przyjaciela zamarł. Cóż już nie było czasu na ucieczkę. Wojownik dostał w brzuch specjalnym atakiem nastolatka. Nie ma mowy o przeżyciu. Zostawiłam bruneta samego. Z tego co wiem teraz bardziej przydam się Feliksowi. Mam nadzieję, że razem uda się nam ugasić ten pożar. Stanęłam przed płonącymi murami. Zmiennoki również się tutaj pojawił. Po tym co zobaczyłam, doszłam do wniosku, że jednak wcale nie byłam mu potrzebna. Lekko rozchylił nogi, ugiął kolana i z całą siłą wciągnął ogień trawiący fundamenty klasztoru. Niesamowite. Następnie zionął nim w grupkę oniemiałych magów ziemi. Nieopodal walczyli zakonnicy. Mimo woli krzyknęłam
- Wszyscy formacja obronna! Przenieść rannych do namiotu! Już, już!- o dziwo wszyscy posłuchali. Jurta wypełniła się rannymi, a nasz mały oddział zaczął skuteczniej przeganiać najeźdźców. Nagły błysk, wspomnienie, ale jednakowo ostrzeżenie. Mam wrażenie, że coś jednak przeoczyłam. Podbiegł do mnie Feliks.
-Natychmiast chodź ze mną.- pociągnął mnie w dół zbocza. Tutaj nie było nic oprócz trupów gnijących w majowy upalny dzień. Tak mogło się wydawać na  pierwszy rzut oka. Tak naprawdę była to iluzja stworzona przez Kaję jako kamuflaż. Nastolatka ściskała w ramionach pokiereszowanego chłopka. Od razu go poznałam. To Ksawery.
-Połóż go na ziemi.- poleciłam. Tak też uczyniła. Była w szoku. Musiała go niedawno znaleźć. Cały czas powtarzała jego imię i trzymała go za rękę. Przyłożyłam głowę do jego klatki piersiowej. Serce pracuje, choć słabo, płuca też nie są w najlepszym stanie. Wszystko przez nieszczęsne przekłucie mieczem. Dostał od tyłu. Nieczyste zagranie.
-Przed chwilą miałem wizję. Widziałem w niej jak ten gościu umiera. Nie dasz rady go uratować.- słowa nastolatka bardzo nas pokrzepiły.
-Zawsze jest jakieś wyjście. Ty nie możesz mu pomóc. A ja? W końcu jestem tym tkaczem, czyż nie?- uśmiechnęłam się blado. Zemdliło mnie na samą myśl o powtórce z rozrywki, ale jeżeli mam uratować czyjeś życie to zrobię to.
-Nie ma opcji. Jeśli powtórzysz wyczyn z dzisiejszego dnia drugi raz, nie tylko on umrze, ale i ty.-oznajmił.
-Mówi się trudno. Sam kazałeś mi zaakceptować człowieczeństwo, a ono nie pozwala mi zostawić tego biednego chłopaka na pewną śmierć.- odpysknęłam.
-Nawet jakbym chciał to nie wiem jak obudzić w tobie tą moc.- powiedział.
-Co?!- wykrzyknęłam.
-Nie krzycz, tylko pomyśl jak pierwszy raz doznałaś wizji.- bez namysłu chwyciłam dłoń mnicha, zamknęłam oczy i zanuciłam piosenkę Naito.
Tam, gdzie na wietrze opada liść,
Bez większego namysłu złapałam liść opadający z Drzewa Przeznaczenia.
Nidy nie wiem, gdzie mam iść…
Lekka dezorientacja, ale to już normalne. Do wszystkiego można się przyzwyczaić.
Na rozstaju dróg,
W końcu pojawiły się opcje do wyboru. Pierwsza z nich przedstawiał śmierć mężczyzny, która oczywiście nie wychodziła w grę. Druga pokazała mi całkiem realny sposób na ocalenie jego życia.
Stoi nasz wspólny wróg…
Jest nim czas,
Który wyniszcza nas.
Wróciłam do świata żywych. Czułam się nieco skołowana, ale znacznie lepiej niż po  pierwszej próbie. Odzyskałam przytomność w idealnym momencie. Akurat serce mężczyzny przestało bić a płuca samodzielnie pracować. Moi towarzysze byli przerażeni. Ja natomiast doskonale wiedziałam co mam robić. Otworzyłam dłoń, w której znajdował się liść. Zdmuchnęłam pozostały po nim pył.
-Czas zmienić los.- uśmiechnęłam się.- Kaja, przyłóż swoją dłoń do jego ust i pomóż mu oddychać. Feliks, ty natomiast użyj magii  elektryczność jako respirator, przez co pobudzisz pracę jego serca. Ja zatamuję krwotok. Po ciężkich próbach i niemałym wysiłku Eneasz otworzył oczy. Walka zakończyła się. Wszyscy byliśmy z siebie dumni, udało się nad obronić zakon. Szybko uleczyłam rannych. Po całym tym zdarzeniu podszedł do mnie Płomień.
-Zaimponowałaś mi. Zachowałaś zimną krew i uratowałaś życie temu chłopakowi. Gratulacje.
-Jakby na to nie spojrzeć, zabiłam kilku innych.- zaśmiałam się histerycznie.
-Pomyśl o tym tak. Gdybyś tego nie zrobiła, to oni zabili by ciebie lub twoich przyj…- naszą rozmowę przerwał jego dzwonek jego telefonu.- Halo? O w mordę! Zapomniałem! Będę za piętnaście minut.- rozłączył się. – Gotowa na wykład z filozofii?
-Ja? Zawsze!