Translate

sobota, 20 czerwca 2015

Rozdział XI



Co z tego, że razem z Feliksem byliśmy cali pobrudzeni i lekko poranieni. Dosiedliśmy skradziony motocykl i ruszyliśmy w kierunku miasta, na uniwersytet, gdzie mój przyjaciel wykładał filozofię. Szczerze mówiąc mam zamiar przespać się na jego zajęciach. Właśnie minęliśmy tabliczkę z napisem „Witamy w Sorze”. Jakie to sztuczne. Podróż ulepszonym pojazdem zajmuje bardzo mało czasu. Ciekawe czemu są niedozwolone. Usłyszeliśmy dźwięk syren policyjnych. Kierowca przeklął pod nosem. Nieco zwolnił. Pokiwał dłonią na policjantów, żeby ci dali mu spokój. Nic z tego. Musieliśmy się zatrzymać. Akurat w takiej chwili. Jesteśmy już tak niedaleko uczelni.
-Dzień dobry panu.- powitał nas sympatycznie wyglądający chłopak. Jak większość mieszkańców Kraju Powietrza miał szare włosy i niebieskie oczy. Z rysów przypominał dziewczynę, ale nie będę się czepiać szczegółów.
-Dobry.- bąknął nastolatek.
-Proszę pański dowód.- przeczytał dane.- Mam nadzieję, panie Kiear, że będzie pan skłonny do współpracy.- facet był miły, lecz jego napięte mięśnie i nachalne spojrzenia mówiły coś innego. W radiowozie siedział jeszcze jeden funkcjonariusz. On nie zaszczycił nas swoją obecnością. Niebieskooki pokazał dokumenty profesora swojemu kumplowi przebywającemu w pojeździe. Dzięki temu, że okno było otwarte, dostrzegłam twarz drugiego mężczyzny. wyglądał na gościa, z którym nikt nie miałby zamiaru zaczynać. Jego policzki pokryte były zarostem, który, jeżeli ktoś się bardziej przyglądnął, ukrywały liczne blizny i poparzenia. Jego oczy są koloru nieba a włosy dopiero co ściętej pszenicy. Nieznajomy szepnął coś na ucho grożącemu nam policjantowi. Ten pokiwał głową na znak, że rozumie i wrócił do nas.
-I jak? Mogę już jechać?- spytał zirytowany rudzielec.
-Niestety, panie Kiear jest pan aresztowany. Popełnił pan dwa wykroczenia w ciągu dwóch dni. Pojedzie pan z nami.
-Nie…
-A co jeśli odmówi?- wcięłam się w wypowiedź Feliksa. Mężczyzna spojrzał na mnie krzywo.
-Wtedy panienko, będę zmuszony użyć siły.- uśmiechnął się krzywo. Nienawidzę takich typków. Jakby go tu załatwić? Jest jednym z policjantów, których nigdy nie ma gdy są potrzebni. Już wiem czas na przedstawienie i tak nie możemy pogorszyć swojej sytuacji.
-Czy ty wiesz do kogo się tak zwracasz?!- zadałam pytanie w taki sposób jaki robiła to moja siostra, kiedy ktoś powiedział jej coś, czego nie chciała usłyszeć. Uśmiechnęłam się wyniośle.
-Smarkulo, za kogo się niby uważasz?!- wysyczał lekko podenerwowany gliniarz. Musze go jeszcze trochę wyprowadzić z równowagi.
-Zgadnij, z kim masz przyjemność.- zaśmiałam się. Tak na prawdę wcale nie było mi do śmiechu. Co jeśli plan się nie uda i mężczyzna wyczuje podstęp? Nie, nie wygląda na zbyt ogarniętego. Nie wiem, jak z tym drugim.
-Gadaj!- ale tych magów powietrza łatwo zdenerwować. Przyjaciel popatrzył na mnie pytająco. Mam nadzieję, że nie zawoła mnie po imieniu.
-Nazywam się… Katherine Wróblewska.- facet nieco zbladł.
-Ja, ja… nie wiedziałem. Wybacz proszę szanowana pani.- ukląkł.- Faktycznie, tyle razy widziałem panią na okładkach gazet, ale jak przyszło co do czego to pani nie poznałem. Proszę mi wybaczyć!- pochylił głowę.
-Będę wspaniałomyślna i zapomnę o całej sprawie, jeżeli anulujesz wszystkie wykroczenia tego oto człowieka, puścisz nas wolno, oraz zapomnisz, że mnie tutaj widziałeś. Mój pobyt w tym kraju jest tajny, więc proszę o dyskrecję.- mrugnęłam.
-Tak jest wasza wysokość.- facet bił takie pokłony jakby stanął przed Bogiem. Cóż pora wykorzystać jego tymczasowy szok i jechać w dalszą podróż.
-Dziękuję za owocną współpracę. Życzę miłego dnia.- złapałam za kołnierz oniemiałego chłopaka, usadowiłam do na siedzeniu motocyklu i po chwili znowu czułam przyjemny wiatr we włosach.
-Wasza wysokość.-zaśmiał się, -Dobrze, że nie wasza ekscelencjo.
-Jakby nie ja, teraz gnilibyśmy na posterunku lokalnej policji.- odpysknęłam. W zawrotnym tempie mijaliśmy budynki, drzewa, ludzi. Wszystko zlało się w jeden obraz. Nie mogłam odróżnić dużego szczura od małego szczeniaczka. Płomień nagle zahamował. Prawie przeleciałam przez kierownicę pojazdu.
-Jesteśmy.- dumny pomógł mi zejść z maszyny i obydwoje wbiegliśmy do budynku uczelni. Jak większość budynków w tym kraju wykonany został ze szkła i stali. Więc wbiegliśmy po szerokich, metalowych schodach centralnie pod szklane wrota. Jak w każdej placówce publicznej nad klamką widniały nalepki z napisem „ciągnąć” i „pchać”. Nad naszymi głowami uprzednio zauważyłam ogromny napis. Chyba motto tej szkoły „Ucz się i pracuj”. Bardzo krótkie i oszczędne. Po otworzeniu drzwi, wpadliśmy do dużego przedsionka. Tak siedział portier sprawdzający legitymacje studenckie. Feliks podbiegł do niego. Pokazał dokument.
-A ona?- zaciekawił się brunet.
-Ona jest ze mną.- oświadczył pedagog. Odźwierny spojrzał na mnie bacznie.
-Przechodzicie.- oznajmił. Chwała Bogu. Zaleźliśmy się w holu. Na ścianach wisiało mnóstwo tablic dekoracyjnych, plakatów oraz obrazów uzdolnionych uczniów. Pobiegliśmy wzdłuż korytarza. Nastolatek zatrzymał się przed dwuskrzydłowymi drzwiami. Wciągnął głęboko powietrze. Położył dłoń na klamce. Ta ustąpiła. Zanim jednak przestąpił próg sali powiedział:
-To nie jest zwyczajna klasa. Przekonasz się o tym w czasie lekcji. Niektórzy naprawdę są niesamowici.
-Rozumiem. Zajmę miejsce z tyłu i nie będę ci przeszkadzać.- powiedziałam ziewając.
-Nie to miałem na myśli…
-Hej, panie profesorze! Czy pan i pańska dziewczyna wejdziecie już?!- rozwścieczona automatycznie odwróciłam głowę w stronę krzyczącej osoby. Był to nastolatek o zadziwiająco delikatnych a zarazem mocnych rysach twarzy. Oliwkowa cera nieźle pasowała do rudych, powywijanych w  każdą stronę włosów. Spokojne, niebieskie oczy spoglądały na nas z rozbawieniem a zarazem z zainteresowaniem. Poczułam się tak, jakby ten niepozorny chłopak odziany w czarną koszulę i jeansy umiał czytać mi w myślach. Ale to nie możliwe. Po jego wyglądzie z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że jest magiem ognia. Feliks kaszlnął.
-Mój drogi. To nasza nowa koleżanka więc mógłbyś być nieco bardziej uprzejmy.
-Spróbuję, ale nic nie obiecuję.- mruknął.
-No to wspaniale. Cieszę się słysząc te słowa. Choć Nadia pora zaczynać.- mówiąc to wprowadził mnie do ogromnej auli wykładowej mogącej pomieści pięćset osób. Uczniów co prawda było miej więcej pięćdziesięciu, a w dodatku rozsiedli się tak, że odniosłam wrażenie, że sala jest niemal pusta. Na środku jak w każdej uczelni stała mównica, biurko, a za nim tablica oraz gigantyczne tło, na którym można oglądać filmy lub prezentacje multimedialne uczniów za pomocą przymontowanego do sufitu rzutnika. Zajęłam miejsce z tyłu, aby nikomu nie przeszkadzać. Ławki stanowią bardzo długie blaty o owalnym kształcie, ciągną się od początku auli, aż po jej koniec. Rzędów było dziesięć.
-Witajcie moi drodzy! Przepraszam za spóźnienie, ale coś mi wypadło.- powiedział radośnie. Rękę do góry podniosła jakaś dziewczyna o włosach koloru trawy. Na nosie miała okulary. Jej warkocz dorównywał długością swetrowi, który naprawdę był długi. Trochę śmiesznie to wyglądało, ponieważ pod spodem miała krótkie spodenki i bluzkę na ramiączkach.
-Słucham?- odpowiedział profesor.
-Czy słyszał pan o dzisiejszym napadzie na Zakon św. Urszuli nieopodal Sory.- obydwoje popatrzyliśmy po sobie. Pokręciłam przecząco głową. On zrobił to samo.- A wie pan, że podczas tego napadu w jednej chwili ujawnili się tkacz i wróżbita. Niesamowite, prawda?- jej wyczekujący uśmiech był okropny. Zachowywała się tak, jakby o wszystkim dobrze wiedziała i czekała tylko na potwierdzenie swoich słów. Chłopak, ten rudzielec przyglądał się badawczo Feliksowi. Wydawało się, że nieźle wpadliśmy. Momentalnie podniosłam rękę do góry. Przyjaciel przełknął ślinę.
-Słucham, Nadia?- popatrzył na mnie z wdzięcznością. Wszystkie spojrzenia spoczęły na mnie. Udawałam, że mnie to nie obchodzi.
-Panie profesorze, jaki jest temat dzisiejszych zajęć?- najzwyklejsze pytanie pod słońcem. Westchnął uspokojony.
-Czym według was jest życie?- natychmiast, bez pozwolenia głos zabrała dziewczyna z wcześniej.
-W sensie biologicznym czy filozoficznym?- spytała.
-Zaciekawiłaś mnie rozwiń swoją wypowiedź.- właśnie nadarzył się idealny moment na drzemkę. Schowałam głowę w ramionach i zasnęłam. Nie miałam, żadnego snu. Czułam się obserwowana. Tak jakby ktoś grzebał w moich wspomnieniach. Szybko podniosłam głowę. Ten głupi mag ognia cały czas mi się przyglądał. Przecież oni nie mają takich zdolności. Uśmiechnął się kpiąco. Na mojej ławce leżała kulka papieru. Rozwinęłam ją. Jest napis.
Jesteś słaba.
Co to ma być?! W ogóle tego nie rozumiem.
-Nadia, a może ty powiesz, czym według ciebie jest życie?- pytanie Feliksa było okropnie naiwne. Westchnęłam.
-Życie jest jak scena. Rodzisz się z napisanym przez życie scenariuszem i grasz według niego. Takie jest moje zdanie.- wzruszyłam ramionami. Nastolatek w czarnej koszuli podniósł rękę.
-Tak?- zrezygnowany nauczyciel udzielił mu głosu. Młodzieniec specjalnie wstał, żeby wszyscy go widzieli. Gdy wygłaszał przemowę patrzył prosto w moje oczy.
-Uważam, że wcześniej wspomniane życie to jedna wieka gra. Na starcie otrzymujesz instrukcje jak masz się zachowywać, czego nie robić. Schronienie i radą służą ci ludzie, którzy grają od dłuższego czasu. Słyszysz o królu. On jest czymś w rodzaju bosa. Możesz być kim tylko chcesz i możesz robić co tylko chcesz i z kim chcesz. Jest jeden problem. Masz jadano życie. Grasz? PS. Obróć kartkę.
-Słucham?- spytała zdezorientowany pedagog.
-Nie, to nie było już do pana.- zajął swoje miejsce. Zrobiłam jak polecił. Obróciłam papierek.
Życie jest jak scena. Rodzisz się z napisanym przez życie scenariuszem i grasz według niego. Takie jest moje zdanie.
                                                                                                                                                             Nadia Wróblewska
Jak to możliwe?! Kim jest ten facet?! Po wykładach natychmiast poszłam porozmawiać z Płomieniem.
-Jak się nazywa ten chłopak, który jako ostatni zabrał głos?- wstrzymałam oddech.
-Jaki chłopak?- spytał.
-No ten w czarnej koszuli i rudymi włosami. Wydawało się, że go znasz.- powiedziałam z wyrzutem.
-Nie, na moje zajęcia nikt taki nie chodzi.- lekko się zdziwił.
-Dobra wracajmy do domu.- zrezygnowana udałam się w stronę drzwi.
-Zaczekaj na mnie przed uczelnią. Muszę odebrać wypłatę.
-Nie ma sprawy.- wyszłam na zewnątrz. W garści ściskałam liścik. Nie miałam odwagi na niego spojrzeć. W końcu przecież to tylko skrawek papieru. Rozluźniłam uścisk. Zamiast wiadomości widniał tam złoty pył! Taki sam jak z drzewa przeznaczenia! Tylko on nie znika. Czemu?
-No już możemy jechać. Wstąpimy jeszcze w jedno miejsce. Nie przeszkadza ci to?- chłopak wrócił z dwoma sakiewkami. Jedna była wypchana po brzegi monetami, a drugiej znajdowało się ich znacznie mniej.  
-Jasne.- wsypałam proszek do kieszeni. Później będę się tym martwić. Znowu ruszyliśmy w trasę.
-Gdzie jedziemy?- zadałam pytanie.
-Zobaczysz.- przejeżdżaliśmy obok kawiarenek, sklepów oraz domków mniejszych i większych. W końcu ujrzeliśmy slumsy. Feliks zatrzymał się przed jednym z domków. Zapukał do drzwi. Otworzył mu mały, drobny i wychudzony chłopczyk o bardzo mądrych, brązowych oczach. Płomień natychmiast złagodniał na jego widok.
-Witaj przyjacielu!- przytulił małego.
-Hej! Ludzie! Feliks wrócił!- zakrzyknął. Z chatki wysypała się gromadka dzieciaków. Zaczęły go tulić. Przywitał się z każdym z osobna. Później odciągnął najstarszego, czyli tego co otworzył drzwi, na bok, powiedział coś do niego i podał mu worek. Ten po brzegi wypchany pieniędzmi. Pożegnał się z nimi i wrócił do mnie.
-Choć jedziemy.- w oczach miał łzy. Nie mogłam znieść tej niezręcznej ciszy. Towarzystwa dotrzymywał mi jedynie warkot silnika. Nie wytrzymałam. W końcu wybuchałam.
-Wisiałeś temu chłopakowi kasę?!- chwila milczenia.
-Nie, po prostu wychowałem się z nimi. Jak po raz pierwszy znalazłem się w stolicy, nie miałem się gdzie znaleźć. Udałem się więc do slumsów. Myślałem, że tam zastraszę jakąś rodzinę i zdobędę mieszkanie. Los chciał, że trafiłem na ten dom. Spotkałem  te dzieci i zająłem się nimi. Teraz mam bardzo dobrze płatną pracę, więc oddaję im czterysta monet z każdej wypłaty za wykłady, a sobie zostawiam sto. Tyle mi wystarcza.
-Czekaj, ty masz pięćset monet za wykład?
-No. Mam ich kilka w tygodniu. I jeszcze praca u Elizabeth, więc naprawdę nie mogę zarzekać. Spokojnie utrzymam siebie i ich.- wzruszył ramionami, powiedział to tak, jakby każdy nastolatek potrafił zająć się gromadką dzieciaków i łożyć na ich utrzymanie. Gdy wchodziłam po schodach do naszego zamku, miałam nadzieję, że oglądnie jakiś film i będę mieć chwilę dla siebie. Otworzyłam wrota i stanęłam w progu. Ktoś siedział na kanapie. Podeszłam nieco bliżej aby zobaczyć, z kim za moment będę walczyć o pilota. Na sofie z głową w kolanach siedziała Kaja. Przed nią kucał Kaspian.
-Choć, to już ostatni dom na liście.- zapewnił żarliwie.
-Straciłam nadzieję, że kiedyś go znajdziemy.- bąknęła. Och zapomniałam! Kaja i Kaspian poświęcili cały dzień na szukanie brata dziewczyny. Płomień podszedł do dziewczyny. Coś szepnął jej do ucha.
-Naprawdę?- spytała z nadzieją. Nie mam pojęcia co jej powiedział, ale po tych słowach wstąpiła w nią nowa siła. Wstała z kanapy.
-Idziemy.- w taki to sposób  pożegnałam się z oglądaniem filmu i stanęłam przed drzwiami Misiaela.
-Nie pomyślałem o tym, że moja prawa ręka może być bratem Kai. – brunet pokiwał głową.
-Spokojnie, jeszcze nie mamy pewności.- uspokajał Feliks.
-Ja nie mam już siły. Nadia, zapukaj za mnie. Proszę.- nie mogłam jej odmówić. Wykonałam jej prośbę bez zbędnego protestu. Drzwi do mieszkania otworzył młody mężczyzna z lekkim zarostem. Na nasz widok nieco się zdziwił.
-W czym mogę wam pomóc?- spojrzałam na Kaję. Po jej policzkach spływały łzy.
- Jonathan!- krzyknęła.

1 komentarz:

Unknown pisze...

Mega rozdział mordko (^.^)