Co z tego, że razem z Feliksem byliśmy cali pobrudzeni i
lekko poranieni. Dosiedliśmy skradziony motocykl i ruszyliśmy w kierunku
miasta, na uniwersytet, gdzie mój przyjaciel wykładał filozofię. Szczerze
mówiąc mam zamiar przespać się na jego zajęciach. Właśnie minęliśmy tabliczkę z
napisem „Witamy w Sorze”. Jakie to sztuczne. Podróż ulepszonym pojazdem zajmuje
bardzo mało czasu. Ciekawe czemu są niedozwolone. Usłyszeliśmy dźwięk syren
policyjnych. Kierowca przeklął pod nosem. Nieco zwolnił. Pokiwał dłonią na
policjantów, żeby ci dali mu spokój. Nic z tego. Musieliśmy się zatrzymać.
Akurat w takiej chwili. Jesteśmy już tak niedaleko uczelni.
-Dzień dobry panu.- powitał nas sympatycznie wyglądający
chłopak. Jak większość mieszkańców Kraju Powietrza miał szare włosy i
niebieskie oczy. Z rysów przypominał dziewczynę, ale nie będę się czepiać
szczegółów.
-Dobry.- bąknął nastolatek.
-Proszę pański dowód.- przeczytał dane.- Mam nadzieję, panie
Kiear, że będzie pan skłonny do współpracy.- facet był miły, lecz jego napięte
mięśnie i nachalne spojrzenia mówiły coś innego. W radiowozie siedział jeszcze
jeden funkcjonariusz. On nie zaszczycił nas swoją obecnością. Niebieskooki
pokazał dokumenty profesora swojemu kumplowi przebywającemu w pojeździe. Dzięki
temu, że okno było otwarte, dostrzegłam twarz drugiego mężczyzny. wyglądał na
gościa, z którym nikt nie miałby zamiaru zaczynać. Jego policzki pokryte były zarostem,
który, jeżeli ktoś się bardziej przyglądnął, ukrywały liczne blizny i
poparzenia. Jego oczy są koloru nieba a włosy dopiero co ściętej pszenicy.
Nieznajomy szepnął coś na ucho grożącemu nam policjantowi. Ten pokiwał głową na
znak, że rozumie i wrócił do nas.
-I jak? Mogę już jechać?- spytał zirytowany rudzielec.
-Niestety, panie Kiear jest pan aresztowany. Popełnił pan
dwa wykroczenia w ciągu dwóch dni. Pojedzie pan z nami.
-Nie…
-A co jeśli odmówi?- wcięłam się w wypowiedź Feliksa.
Mężczyzna spojrzał na mnie krzywo.
-Wtedy panienko, będę zmuszony użyć siły.- uśmiechnął się
krzywo. Nienawidzę takich typków. Jakby go tu załatwić? Jest jednym z
policjantów, których nigdy nie ma gdy są potrzebni. Już wiem czas na
przedstawienie i tak nie możemy pogorszyć swojej sytuacji.
-Czy ty wiesz do kogo się tak zwracasz?!- zadałam pytanie w
taki sposób jaki robiła to moja siostra, kiedy ktoś powiedział jej coś, czego
nie chciała usłyszeć. Uśmiechnęłam się wyniośle.
-Smarkulo, za kogo się niby uważasz?!- wysyczał lekko podenerwowany
gliniarz. Musze go jeszcze trochę wyprowadzić z równowagi.
-Zgadnij, z kim masz przyjemność.- zaśmiałam się. Tak na
prawdę wcale nie było mi do śmiechu. Co jeśli plan się nie uda i mężczyzna
wyczuje podstęp? Nie, nie wygląda na zbyt ogarniętego. Nie wiem, jak z tym
drugim.
-Gadaj!- ale tych magów powietrza łatwo zdenerwować. Przyjaciel
popatrzył na mnie pytająco. Mam nadzieję, że nie zawoła mnie po imieniu.
-Nazywam się… Katherine Wróblewska.- facet nieco zbladł.
-Ja, ja… nie wiedziałem. Wybacz proszę szanowana pani.-
ukląkł.- Faktycznie, tyle razy widziałem panią na okładkach gazet, ale jak
przyszło co do czego to pani nie poznałem. Proszę mi wybaczyć!- pochylił głowę.
-Będę wspaniałomyślna i zapomnę o całej sprawie, jeżeli
anulujesz wszystkie wykroczenia tego oto człowieka, puścisz nas wolno, oraz
zapomnisz, że mnie tutaj widziałeś. Mój pobyt w tym kraju jest tajny, więc
proszę o dyskrecję.- mrugnęłam.
-Tak jest wasza wysokość.- facet bił takie pokłony jakby
stanął przed Bogiem. Cóż pora wykorzystać jego tymczasowy szok i jechać w
dalszą podróż.
-Dziękuję za owocną współpracę. Życzę miłego dnia.- złapałam
za kołnierz oniemiałego chłopaka, usadowiłam do na siedzeniu motocyklu i po
chwili znowu czułam przyjemny wiatr we włosach.
-Wasza wysokość.-zaśmiał się, -Dobrze, że nie wasza
ekscelencjo.
-Jakby nie ja, teraz gnilibyśmy na posterunku lokalnej
policji.- odpysknęłam. W zawrotnym tempie mijaliśmy budynki, drzewa, ludzi.
Wszystko zlało się w jeden obraz. Nie mogłam odróżnić dużego szczura od małego
szczeniaczka. Płomień nagle zahamował. Prawie przeleciałam przez
kierownicę pojazdu.
-Jesteśmy.- dumny pomógł mi zejść z maszyny i obydwoje
wbiegliśmy do budynku uczelni. Jak większość budynków w tym kraju wykonany
został ze szkła i stali. Więc wbiegliśmy po szerokich, metalowych schodach
centralnie pod szklane wrota. Jak w każdej placówce publicznej nad klamką
widniały nalepki z napisem „ciągnąć” i „pchać”. Nad naszymi głowami uprzednio
zauważyłam ogromny napis. Chyba motto tej szkoły „Ucz się i pracuj”. Bardzo
krótkie i oszczędne. Po otworzeniu drzwi, wpadliśmy do dużego przedsionka. Tak
siedział portier sprawdzający legitymacje studenckie. Feliks podbiegł do niego.
Pokazał dokument.
-A ona?- zaciekawił się brunet.
-Ona jest ze mną.- oświadczył pedagog. Odźwierny spojrzał na
mnie bacznie.
-Przechodzicie.- oznajmił. Chwała Bogu. Zaleźliśmy się w
holu. Na ścianach wisiało mnóstwo tablic dekoracyjnych, plakatów oraz obrazów
uzdolnionych uczniów. Pobiegliśmy wzdłuż korytarza. Nastolatek zatrzymał się
przed dwuskrzydłowymi drzwiami. Wciągnął głęboko powietrze. Położył dłoń na
klamce. Ta ustąpiła. Zanim jednak przestąpił próg sali powiedział:
-To nie jest zwyczajna klasa. Przekonasz się o tym w czasie
lekcji. Niektórzy naprawdę są niesamowici.
-Rozumiem. Zajmę miejsce z tyłu i nie będę ci przeszkadzać.-
powiedziałam ziewając.
-Nie to miałem na myśli…
-Hej, panie profesorze! Czy pan i pańska dziewczyna
wejdziecie już?!- rozwścieczona automatycznie odwróciłam głowę w stronę
krzyczącej osoby. Był to nastolatek o zadziwiająco delikatnych a zarazem
mocnych rysach twarzy. Oliwkowa cera nieźle pasowała do rudych, powywijanych
w każdą stronę włosów. Spokojne,
niebieskie oczy spoglądały na nas z rozbawieniem a zarazem z zainteresowaniem.
Poczułam się tak, jakby ten niepozorny chłopak odziany w czarną koszulę i
jeansy umiał czytać mi w myślach. Ale to nie możliwe. Po jego wyglądzie z
czystym sumieniem mogę stwierdzić, że jest magiem ognia. Feliks kaszlnął.
-Mój drogi. To nasza nowa koleżanka więc mógłbyś być nieco
bardziej uprzejmy.
-Spróbuję, ale nic nie obiecuję.- mruknął.
-No to wspaniale. Cieszę się słysząc te słowa. Choć Nadia
pora zaczynać.- mówiąc to wprowadził mnie do ogromnej auli wykładowej mogącej
pomieści pięćset osób. Uczniów co prawda było miej więcej pięćdziesięciu, a w dodatku
rozsiedli się tak, że odniosłam wrażenie, że sala jest niemal pusta. Na środku jak
w każdej uczelni stała mównica, biurko, a za nim tablica oraz gigantyczne tło,
na którym można oglądać filmy lub prezentacje multimedialne uczniów za pomocą
przymontowanego do sufitu rzutnika. Zajęłam miejsce z tyłu, aby nikomu nie
przeszkadzać. Ławki stanowią bardzo długie blaty o owalnym kształcie, ciągną
się od początku auli, aż po jej koniec. Rzędów było dziesięć.
-Witajcie moi drodzy! Przepraszam za spóźnienie, ale coś mi
wypadło.- powiedział radośnie. Rękę do góry podniosła jakaś dziewczyna o włosach
koloru trawy. Na nosie miała okulary. Jej warkocz dorównywał długością
swetrowi, który naprawdę był długi. Trochę śmiesznie to wyglądało, ponieważ pod
spodem miała krótkie spodenki i bluzkę na ramiączkach.
-Słucham?- odpowiedział profesor.
-Czy słyszał pan o dzisiejszym napadzie na Zakon św. Urszuli
nieopodal Sory.- obydwoje popatrzyliśmy po sobie. Pokręciłam przecząco głową.
On zrobił to samo.- A wie pan, że podczas tego napadu w jednej chwili ujawnili
się tkacz i wróżbita. Niesamowite, prawda?- jej wyczekujący uśmiech był
okropny. Zachowywała się tak, jakby o wszystkim dobrze wiedziała i czekała tylko na potwierdzenie swoich słów. Chłopak, ten rudzielec przyglądał się
badawczo Feliksowi. Wydawało się, że nieźle wpadliśmy. Momentalnie podniosłam
rękę do góry. Przyjaciel przełknął ślinę.
-Słucham, Nadia?- popatrzył na mnie z wdzięcznością.
Wszystkie spojrzenia spoczęły na mnie. Udawałam, że mnie to nie obchodzi.
-Panie profesorze, jaki jest temat dzisiejszych zajęć?-
najzwyklejsze pytanie pod słońcem. Westchnął uspokojony.
-Czym według was jest życie?- natychmiast, bez pozwolenia
głos zabrała dziewczyna z wcześniej.
-W sensie biologicznym czy filozoficznym?- spytała.
-Zaciekawiłaś mnie rozwiń swoją wypowiedź.- właśnie nadarzył
się idealny moment na drzemkę. Schowałam głowę w ramionach i zasnęłam. Nie
miałam, żadnego snu. Czułam się obserwowana. Tak jakby ktoś grzebał w moich
wspomnieniach. Szybko podniosłam głowę. Ten głupi mag ognia cały czas mi się
przyglądał. Przecież oni nie mają takich zdolności. Uśmiechnął się kpiąco. Na
mojej ławce leżała kulka papieru. Rozwinęłam ją. Jest napis.
Jesteś słaba.
Co to ma być?! W ogóle tego nie rozumiem.
-Nadia, a może ty powiesz, czym według ciebie jest życie?-
pytanie Feliksa było okropnie naiwne. Westchnęłam.
-Życie jest jak scena. Rodzisz się z napisanym przez życie
scenariuszem i grasz według niego. Takie jest moje zdanie.- wzruszyłam
ramionami. Nastolatek w czarnej koszuli podniósł rękę.
-Tak?- zrezygnowany nauczyciel udzielił mu głosu.
Młodzieniec specjalnie wstał, żeby wszyscy go widzieli. Gdy wygłaszał przemowę
patrzył prosto w moje oczy.
-Uważam, że wcześniej wspomniane życie to jedna wieka gra.
Na starcie otrzymujesz instrukcje jak masz się zachowywać, czego nie robić.
Schronienie i radą służą ci ludzie, którzy grają od dłuższego czasu. Słyszysz o
królu. On jest czymś w rodzaju bosa. Możesz być kim tylko chcesz i możesz robić
co tylko chcesz i z kim chcesz. Jest jeden problem. Masz jadano życie. Grasz?
PS. Obróć kartkę.
-Słucham?- spytała zdezorientowany pedagog.
-Nie, to nie było już do pana.- zajął swoje miejsce.
Zrobiłam jak polecił. Obróciłam papierek.
Życie jest jak
scena. Rodzisz się z napisanym przez życie scenariuszem i grasz według niego.
Takie jest moje zdanie.
Nadia Wróblewska
Jak to możliwe?! Kim jest ten facet?! Po wykładach
natychmiast poszłam porozmawiać z Płomieniem.
-Jak się nazywa ten chłopak, który jako ostatni zabrał
głos?- wstrzymałam oddech.
-Jaki chłopak?- spytał.
-No ten w czarnej koszuli i rudymi włosami. Wydawało się, że
go znasz.- powiedziałam z wyrzutem.
-Nie, na moje zajęcia nikt taki nie chodzi.- lekko się
zdziwił.
-Dobra wracajmy do domu.- zrezygnowana udałam się w stronę
drzwi.
-Zaczekaj na mnie przed uczelnią. Muszę odebrać wypłatę.
-Nie ma sprawy.- wyszłam na zewnątrz. W garści ściskałam
liścik. Nie miałam odwagi na niego spojrzeć. W końcu przecież to tylko skrawek
papieru. Rozluźniłam uścisk. Zamiast wiadomości widniał tam złoty pył! Taki sam
jak z drzewa przeznaczenia! Tylko on nie znika. Czemu?
-No już możemy jechać. Wstąpimy jeszcze w jedno miejsce. Nie
przeszkadza ci to?- chłopak wrócił z dwoma sakiewkami. Jedna była wypchana po
brzegi monetami, a drugiej znajdowało się ich znacznie mniej.
-Jasne.- wsypałam proszek do kieszeni. Później będę się tym
martwić. Znowu ruszyliśmy w trasę.
-Gdzie jedziemy?- zadałam pytanie.
-Zobaczysz.- przejeżdżaliśmy obok kawiarenek, sklepów oraz
domków mniejszych i większych. W końcu ujrzeliśmy slumsy. Feliks zatrzymał się przed
jednym z domków. Zapukał do drzwi. Otworzył mu mały, drobny i wychudzony
chłopczyk o bardzo mądrych, brązowych oczach. Płomień natychmiast złagodniał na
jego widok.
-Witaj przyjacielu!- przytulił małego.
-Hej! Ludzie! Feliks wrócił!- zakrzyknął. Z chatki wysypała się
gromadka dzieciaków. Zaczęły go tulić. Przywitał się z każdym z osobna. Później
odciągnął najstarszego, czyli tego co otworzył drzwi, na bok, powiedział coś do
niego i podał mu worek. Ten po brzegi wypchany pieniędzmi. Pożegnał się z nimi
i wrócił do mnie.
-Choć jedziemy.- w oczach miał łzy. Nie mogłam znieść tej
niezręcznej ciszy. Towarzystwa dotrzymywał mi jedynie warkot silnika. Nie wytrzymałam.
W końcu wybuchałam.
-Wisiałeś temu chłopakowi kasę?!- chwila milczenia.
-Nie, po prostu wychowałem się z nimi. Jak po raz pierwszy
znalazłem się w stolicy, nie miałem się gdzie znaleźć. Udałem się więc do
slumsów. Myślałem, że tam zastraszę jakąś rodzinę i zdobędę mieszkanie. Los chciał,
że trafiłem na ten dom. Spotkałem te
dzieci i zająłem się nimi. Teraz mam bardzo dobrze płatną pracę, więc oddaję im
czterysta monet z każdej wypłaty za wykłady, a sobie zostawiam sto. Tyle mi
wystarcza.
-Czekaj, ty masz pięćset monet za wykład?
-No. Mam ich kilka w tygodniu. I jeszcze praca u Elizabeth,
więc naprawdę nie mogę zarzekać. Spokojnie utrzymam siebie i ich.- wzruszył
ramionami, powiedział to tak, jakby każdy nastolatek potrafił zająć się gromadką
dzieciaków i łożyć na ich utrzymanie. Gdy wchodziłam po schodach do naszego
zamku, miałam nadzieję, że oglądnie jakiś film i będę mieć chwilę dla siebie. Otworzyłam
wrota i stanęłam w progu. Ktoś siedział na kanapie. Podeszłam nieco bliżej aby
zobaczyć, z kim za moment będę walczyć o pilota. Na sofie z głową w kolanach
siedziała Kaja. Przed nią kucał Kaspian.
-Choć, to już ostatni dom na liście.- zapewnił żarliwie.
-Straciłam nadzieję, że kiedyś go znajdziemy.- bąknęła. Och zapomniałam!
Kaja i Kaspian poświęcili cały dzień na szukanie brata dziewczyny. Płomień
podszedł do dziewczyny. Coś szepnął jej do ucha.
-Naprawdę?- spytała z nadzieją. Nie mam pojęcia co jej powiedział,
ale po tych słowach wstąpiła w nią nowa siła. Wstała z kanapy.
-Idziemy.- w taki to sposób
pożegnałam się z oglądaniem filmu i stanęłam przed drzwiami Misiaela.
-Nie pomyślałem o tym, że moja prawa ręka może być bratem
Kai. – brunet pokiwał głową.
-Spokojnie, jeszcze nie mamy pewności.- uspokajał Feliks.
-Ja nie mam już siły. Nadia, zapukaj za mnie. Proszę.- nie
mogłam jej odmówić. Wykonałam jej prośbę bez zbędnego protestu. Drzwi do
mieszkania otworzył młody mężczyzna z lekkim zarostem. Na nasz widok nieco się zdziwił.
-W czym mogę wam pomóc?- spojrzałam na Kaję. Po jej
policzkach spływały łzy.
- Jonathan!- krzyknęła.
1 komentarz:
Mega rozdział mordko (^.^)
Prześlij komentarz