Translate

sobota, 27 czerwca 2015

Rozdział XII



Mężczyzna natychmiast zatrzasnął drzwi. Kaspian podszedł do nich. Zapukał ostrzegawczo kilka razy. Ciekawe u kogo podpatrzył ten trik. Chwilę później staliśmy w mieszkaniu chłopaka. Było nieco zaniedbane. Pudełka i torebki po chińskich zupkach, walały się po podłodze, ubrania wystawały z szafek i szuflad. Worki z niewyniesionymi śmieciami zagradzały nam drogę do jego sypialni. Ale nawet one nie potrafiły powstrzymać rozwścieczonej Kai. Dziewczyna pokonała przeszkody w zaskakującym tempie i wykopała z zawiasów wrota prowadzące do pokoju jej brata.
- Jonathan!- wrzasnęła. Zero odpowiedzi. Mężczyzna stał oparty o blat biurka z założonymi rękami. Spoglądał przez okno. Całkowicie ignorując naszą obecność.
-Mówię coś do ciebie!- wykrzyczała przez łzy. Nikt z nas nie widział jego twarzy.- Jak możesz mieszkać z Christopherem w takiej dziurze?!- John drgnął. Kaja kontynuowała.- Gdzie jest Chris. Tyle czekałam, żeby go zobaczyć! Chris, Chris! Gdzie je…- niebieskooki zatkał jej usta. W jego czach stanęły łzy.
-Ja, ja…- wyjąkał.- Nie dam rady ci o tym powiedzieć.-mocno ją przytulił.
-Czekaj, bo ja chyba czegoś nie rozumiem.- powiedziała.- Gdzie jest nasz braciszek?- do niej chyba dalej nie dotarło, że Misiael nie ma dla niej dobrych wiadomości. A może stara się tego nie rozumieć? Wyrwała się z jego objęć.- Natychmiast, powiedź mi GDZIE ON JEST?!- warknęła.
-Nie żyje.- spuścił wzrok. Dziewczyna opadła na podłogę.
-Żartujesz, prawda? Powiedz, że tak.- w jej głosie nie było żadnych uczuć.
-Nie. To stało nie tak szyb…
-Pamiętam ten dzień.- Wszystkie oczy zwróciły się w stronę Kaspiana. To on wypowiedział te słowa.-  Pamiętam, tak jakby to było wczoraj. Zapowiadał się kolejny nudny dzień w pracy. Jechaliśmy pociągiem na jakieś ważne spotkanie, już nie pamiętam z kim. Akurat pech chciał, że naszą uwagę przyciągnęło zamieszanie w jednej z wiosek. Moi kumple postanowili się tam zatrzymać i pognębić tamtejszą ludność. Ja odmówiłem i zostałem w przedziale. Zacne zajście oglądałem z wagonu. Widziałem jak was katują jak pokazują zwłoki waszych rodziców, mimo to nic z tym nie zrobiłem. Do dziś nie wiem czemu. W końcu dali wam spokój. Ciebie Kaja, zostawili na postawę losu, za to twoich braci zamknęli w moim przedziale. Tam zaprzyjaźniłem się z Jonathanem. Razem obmyśliliśmy plan jak pomóc jemu i temu małemu. Kiedy ten mały chłopczyk się obudził, zaczął strasznie krzyczeć. Zwrócił na siebie uwagę wszystkich…
-Kaspian, mogę mówić dalej?- spytał szarowłosy.
-Tak.
- Tak więc postawił na nogi kilka przedziałów. Ludzie się zbiegli i oglądali szopkę z nim w roli głównej. Christopher otworzył drzwi wagonu. Zaczął wrzeszczeć, że mnie nienawidzi, że wróci do ciebie. Spytał się, czy idę z nim czy zostaje z tymi psami. Powiedziałem, że zostaje. Wtedy pociąg jechał torami położonymi na brzegu ogromnej półki skalnej. W dole dało się słyszeć huk morza. On popatrzył na mnie z wyrzutem i po prostu skoczył. Tyle mam do powiedzenia.- Kaja bez słowa wstała z podłogi i wyszła z mieszkania.
-Kaja!- przerażony Feliks natychmiast pobiegł za nią. Z resztą nie dziwię się mu. Nastolatka jest zrozpaczona. Dowiedziała się o śmierci osoby dla, której w zasadzie żyła. Nie wiadomo do czego jest teraz zdolna. Skrzyżowałam spojrzenia z Kaspianem.
-Od początku o wszystkim wiedziałeś?- zadałam pytanie.
-Nie, to był taki nagły przebłysk. To wspomnienie było znaczenie świeższe. Nie mam pojęcia czemu ono też zanikło.- wzruszył ramionami. Nie skomentowałam. Nie miałam już siły.
-Lepiej, żebyście już sobie poszli.- wzrok chłopaka był pusty. Już chciałam coś powiedzieć, lecz zielonooki powstrzymał mnie ruchem ręki.
-Nie będziemy się już narzucać. Dobranoc.- przyjaciel wypchnął mnie na korytarz.
-Ale ja miałam jeszcze tyle pytań do niego.- broiłam się.
-Zadasz je kiedy indziej.- westchnął, holując mnie na zewnątrz budynku. Droga powrotna zajęła nam niewiele czasu. Szybki prysznic i nareszcie znalazłam się w swoim łóżku. Wszystko mnie bolało. Jak ja nie lubię walczyć. Gdy tylko zamknęłam oczy, widziałam zapłakaną Kaję. Nastolatka jeszcze nie wróciła do domu. Na szczęście jest z nią Feliks.
-Puk, puk.- moje rozmyślenia przerwało pukanie do drzwi.
-Proszę.- w progu stanęła Elizabeth w koszuli i kapciach. Włosy luźno opadały jej na ramiona.
-Jak minął dzisiejszy dzień?- spytała. Tym razem uśmiech nie był wymuszony. Odniosłam wrażenie, że to ją naprawdę interesuje.
-Nie mam pojęcia jak jutro wstanę z łóżka.- zaśmiałam się. Popatrzyła na mnie.
-Jutro jest miejski festiwal tańca i czegoś tam jaszcze. Mam nadzieję, że się wybieracie.
-„Wybieracie”? Niby ja i Kaspian?!- wrzasnęłam.
-Nie krzycz tak, bo cię usłyszy.- zaśmiała się. Nagle spoważniała- powiedz mi, jak Kaja zareagowała, gdy dowiedziała się o śmierci swojego brata.
-Wiadomo była w szoku. Dokładnie nie wiem, bo jeszcze nie wróciła do domu.- westchnęłam.
-Więc dobrze ja wracam do siebie. Dobranoc.- wstała.
-Miłych snów.- zatrzasnęła drzwi. Po jej wizycie poczułam się senna. Przyłożyłam głowę do poduszki i zasnęłam. Obudziłam się wypoczęta i wesoła. Jednak natychmiast przypomniałam sobie o wydarzeniach z tamtego dnia. Wyskoczyłam na balkon, aby sprawdzić jak jest pogoda. Uderzyło we mnie rześkie, ciepłe powietrze. Po niebie leniwie sunęły białe obłoczki. Wyglądały jak wata cukrowa. Na samą myśl zrobiłam się głodna. Z szafy wyciągnęłam białą bluzkę z odkrytymi ramionami oraz czarne, krótkie spodenki. Wyjechałam widną na łazienkowe piętro. Higiena osobista przede wszystkim. Spięłam włosy w koka. Po obu stronach twarzy wypuściłam kosmyki włosów. Następnym miejscem, które odwiedziłam była jadalnia. Rzuciłam torebkę na stół i podbiegłam do lodówki. Z niej wyciągnęłam ser żółty, sałatę i pomidora. Nie przepadam zbytnio za mięsem. Zamknęłam skrzydła lodówki. Serce podskoczyło mi do gardła. Za jednymi z drzwiczek stał Kaspian.
-Dzień dobry.- powiedział.
-Czy ty chcesz, żebym padła na zawał?!- wrzasnęłam.
-Czemu się tak wyszykowałaś? Do kościoła idziesz, czy co?- zaczerwiłam się. W sumie nie wiem czemu się tak ubrałam. Zrobiłam to podświadomie. Mimo woli zlustrowałam chłopaka. Niesamowite. Uczesał włosy! Ubrał czarną, obcisłą bluzkę z krótkim rękawkiem. Była tak obcisła, że widziałam jego kaloryfer. Do tego założył czarne spodnie z łańcuchem, naprawdę nie rozumiem mody u magów ziemi. Nogawki spodni włożył, tym razem, do zasznurowanych glanów.
-Nie zadawaj mi głupich pytań i sam zobacz na siebie!- pisnęłam.
-Ja mam powód. Idę na śniadanie do restauracji.- uśmiechnął się.- z okazji, że dalej odbywają się wspólne dni, ty idziesz ze mną, kochanie.- zaraz rzygnę. Nawet śniadania nie mogę sama zjeść. Czyżby realizował swój chory plan?
-Masz zamiar nauczyć mnię ludzkich uczuć?- spytałam. Spojrzałam na niego uważnie.- tak jak wczoraj Feliks?
-Chodzi ci o tą wypuchę z pocałunkiem?- zaczął się śmiać. Na pewno było go słychać w całym zamku. Zaczerwieniłam się.
-Czemu kazałeś mu to zrobić?!- krzyknęłam. Momentalnie znalazł się obok mnie. Pochylił się nade mną. Szepnął mi do ucha.
-Bo ja bym się nie powstrzymał.- na chwilę wstrzymałam oddech. Nie wiedziałam co mu odpowiedzieć. Na szczęście sam przerwał tę niezręczną chwilę.- pora się ruszyć. Wyszliśmy na zewnątrz.
-Co ty na to, żeby pożyczyć motor Feliksa?- spytał z łobuzerskim uśmieszkiem na ustach.
-Myślę, że to nie jest dobry pomysł.- odparłam.
-Dlaczego?- zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, złapał mnie w pasie i posadził na maszynie. Założył mi kask, nawet nie wiedziałam, że profesor ich używa, i ruszyliśmy z kopyta. Oczywiście musiałam załapać się Kaspiana, żeby  nie zaryć twarzą o beton. Chłopak pachniał szamponem i mleczkiem po goleniu.
-Możesz mnie nie wąchać.- poprosił.
-Przepraszam.- znowu się zarumieniłam. Widać, że prowadzenie motocykla nie jest mu obce. Jechał wolniej niż mag ognia ale wystarczająco szybko, żebym mogła dostać zawrotu głowy od patrzenia przechodniów, ulice czy drzewa. Zaparkował przed dobrze mi znanym i mało lubianym barem. „Dark Rose”.
-Ja tam nie wchodzę.- założyłam ręce na piersi.
-Nie masz wyjścia.- szlak jaki on silny. Przełożył mnie sobie przez ramię i wniósł do lokalu.
-Puszczaj! To nie jest śmieszne!
-Dzień dobry, stolik dla dwojga.- jak się cieszę, że barman nie widzi mojej twarzy.
-Kaspian, witaj stary!- przybili sobie męską piątkę.
-Cześć Jason. Co tam?- spytał.
-Wiesz ostatnio napadli mnie ludzie z Czarnych Kruków. Chcieli mnie zabić.- przełknęłam ślinę.- a z resztą pogadamy o tym później. Może mi przedstawisz wiszącą na twoich plecach?
-Jasne.- zanim jego słowa dotarły do mojego mózgu, znalazłam się kilka centymetrów od blondyna. Dzielił nas zaledwie blat. Dziś na nosie miał okulary. Jego blond włosy (celowo ułożone)  sterczały w każdą stronę świata. Odziany był w białą koszulę zapiętą na guziki. Włożył ją do czarnych spodni z szelkami, oczywiście z łańcuchem przy szlufkach. Do tego eleganckie buty. Muszka w czerwone kropki pod szyją dopełniły widoku nastolatka.
-Szefie, to jedna z tych ludzi, którzy chcieli mnie zabić!- wykrzyczał i rzucił się na mnie. W życiu nie zdążę zrobić uniku. Jak spod ziemi przede mną wyrósł Kaspian. Chwycił chłopaka za szelki i rzucił nim o ścianę. Posypał się tynk. Podbiegłam do barmana. Sprawdziłam jego puls. Żyje nic mu nie jest. Odwróciłam się w stronę bruneta. Jak ja mu to wszystko wytłumaczę?
-Kaja mi wszystko wczoraj opowiedziała. Nie musisz się już martwić.- ulżyło mi. Zielonooki masował prawą rękę.
-Bardzo boli?- wskazałam na jego dłoń.
-Nie…
-Pokaż.- podbiegłam.- złamana- oznajmiłam.
-Co?!- mocno się zdziwił. –Kiedy ja to…
-Raz…
-Czemu liczysz?
-Dwa…
-Zadałem ci pytanie!
-Trzy!- do naszych uszu dobiegł odgłos łamanej kości.
-Cholera! Co ty robisz?!- ryknął.
-Źle się zrosła.- poinformowałam go.- daj to ją nastawię i wyleczę.- popatrzył na mnie uważnie. Po dłuższych namysłach pozwolił mi na zabieg.
-Gotowe.- zadowolona podeszłam do leżącego na podłodze mężczyzny.
-Co ty robisz?
-Jak mu nie pomogę, to kto zrobi nam śniadanie?- spytałam sarkastycznie.
-Co racja to racja.- gdy niebieskooki się ocknął, wszystko mu wytłumaczyliśmy. Po obfitym posiłku, ruszyliśmy na spacer ulicami Sory. Humory nam dopisywały. Było nawet znośnie, do czasu gdy na horyzoncie nie dostrzegłam dwóch osób, których dziś naprawdę nie chciałam spotkać.
-Kaspian, błagam zawrócimy.- poprosiłam. Popatrzył na mnie, później na kobiety zmierzające znad przeciwka, znowu na mnie.
-Twoje znajome.- pokiwałam głową. Objął mnie ramieniem i pewnym krokiem ruszył przed siebie.
-Co ty robisz?! To moje przełożone. Jak nas razem zobaczą…
-Ho, ho. Zobacz Anno czy to nie Nadia?- Karolina wredna suka z pracy. Moja szefowa. Gruba, głupia i do tego ohydna jędza.
-Dzień dobry. Jak się pani miewa w tak piękny upalny dzień?- starałam się aby mój uśmiech wyglądał jak najbardziej naturalnie.
-Wybornie moje dziecko.- Anna to prawa ręka tej żmiji. Ona jest straszenie dziwna. Twarz ma osłoniętą welonem. Chodzi w czapkach, a ubiera na siebie jedynie całkowicie zabudowane suknie. Nawet na dłoniach ma rękawiczki. Preferuje raczej  kolor czarny i odcienie szarości. Nikt, oprócz Karoliny nigdy nie słyszał jej głosu.
-Anna pyta się, kim jest ten przystojny mężczyzna z tobą?- z jej świńskich oczu biła ciekawość. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Muszę wymyślić jakąś tożsamość dla mojego towarzysza. Jednak zanim zdążyłam to zrobić, chłopak z gracją ujął dłoń tej pomarszczonej staruchy i ją ucałował.
-Nazywam się Kaspian Montrose. Generał generałów.- kobiecie mina zrzedła.
-Diabelskie nasienie, morderca. Nie dotykaj mnie.- splunęła na chłopaka. Obydwie uciekły.
-Strasznie cię za nie przepraszam.- wyjąkałam.
-Nie martw się. Należało mi się to. Gdzie teraz idziemy?- spytał z uśmiechem. Odniosłam wrażenie, że jeżeli by mnie tutaj nie było, ich wspólne spotkanie zakończyło by się tragedią.
-A gdzie ty chcesz iść?- rozglądnął się wokoło. Jego wzrok przykuł plakat. Zerwał go ze słupa.
-Tam.- podał mi afisz. Oczywiście, że reklamował on festiwal tańca i kultury.

1 komentarz:

Unknown pisze...

Super rozdział ;*