Mężczyzna natychmiast zatrzasnął drzwi. Kaspian podszedł do
nich. Zapukał ostrzegawczo kilka razy. Ciekawe u kogo podpatrzył ten trik.
Chwilę później staliśmy w mieszkaniu chłopaka. Było nieco zaniedbane. Pudełka i
torebki po chińskich zupkach, walały się po podłodze, ubrania wystawały z
szafek i szuflad. Worki z niewyniesionymi śmieciami zagradzały nam drogę do
jego sypialni. Ale nawet one nie potrafiły powstrzymać rozwścieczonej Kai.
Dziewczyna pokonała przeszkody w zaskakującym tempie i wykopała z zawiasów
wrota prowadzące do pokoju jej brata.
- Jonathan!- wrzasnęła. Zero odpowiedzi. Mężczyzna stał
oparty o blat biurka z założonymi rękami. Spoglądał przez okno. Całkowicie
ignorując naszą obecność.
-Mówię coś do ciebie!- wykrzyczała przez łzy. Nikt z nas nie
widział jego twarzy.- Jak możesz mieszkać z Christopherem w takiej dziurze?!-
John drgnął. Kaja kontynuowała.- Gdzie jest Chris. Tyle czekałam, żeby go
zobaczyć! Chris, Chris! Gdzie je…- niebieskooki zatkał jej usta. W jego czach
stanęły łzy.
-Ja, ja…- wyjąkał.- Nie dam rady ci o tym powiedzieć.-mocno
ją przytulił.
-Czekaj, bo ja chyba czegoś nie rozumiem.- powiedziała.-
Gdzie jest nasz braciszek?- do niej chyba dalej nie dotarło, że Misiael nie ma
dla niej dobrych wiadomości. A może stara się tego nie rozumieć? Wyrwała się z
jego objęć.- Natychmiast, powiedź mi GDZIE ON JEST?!- warknęła.
-Nie żyje.- spuścił wzrok. Dziewczyna opadła na podłogę.
-Żartujesz, prawda? Powiedz, że tak.- w jej głosie nie było
żadnych uczuć.
-Nie. To stało nie tak szyb…
-Pamiętam ten dzień.- Wszystkie oczy zwróciły się w stronę
Kaspiana. To on wypowiedział te słowa.-
Pamiętam, tak jakby to było wczoraj. Zapowiadał się kolejny nudny dzień
w pracy. Jechaliśmy pociągiem na jakieś ważne spotkanie, już nie pamiętam z kim.
Akurat pech chciał, że naszą uwagę przyciągnęło zamieszanie w jednej z wiosek.
Moi kumple postanowili się tam zatrzymać i pognębić tamtejszą ludność. Ja
odmówiłem i zostałem w przedziale. Zacne zajście oglądałem z wagonu. Widziałem
jak was katują jak pokazują zwłoki waszych rodziców, mimo to nic z tym nie
zrobiłem. Do dziś nie wiem czemu. W końcu dali wam spokój. Ciebie Kaja,
zostawili na postawę losu, za to twoich braci zamknęli w moim przedziale. Tam
zaprzyjaźniłem się z Jonathanem. Razem obmyśliliśmy plan jak pomóc jemu i temu
małemu. Kiedy ten mały chłopczyk się obudził, zaczął strasznie krzyczeć.
Zwrócił na siebie uwagę wszystkich…
-Kaspian, mogę mówić dalej?- spytał szarowłosy.
-Tak.
- Tak więc postawił na nogi kilka przedziałów. Ludzie się
zbiegli i oglądali szopkę z nim w roli głównej. Christopher otworzył drzwi
wagonu. Zaczął wrzeszczeć, że mnie nienawidzi, że wróci do ciebie. Spytał się,
czy idę z nim czy zostaje z tymi psami. Powiedziałem, że zostaje. Wtedy pociąg
jechał torami położonymi na brzegu ogromnej półki skalnej. W dole dało się
słyszeć huk morza. On popatrzył na mnie z wyrzutem i po prostu skoczył. Tyle
mam do powiedzenia.- Kaja bez słowa wstała z podłogi i wyszła z mieszkania.
-Kaja!- przerażony Feliks natychmiast pobiegł za nią. Z
resztą nie dziwię się mu. Nastolatka jest zrozpaczona. Dowiedziała się o
śmierci osoby dla, której w zasadzie żyła. Nie wiadomo do czego jest teraz
zdolna. Skrzyżowałam spojrzenia z Kaspianem.
-Od początku o wszystkim wiedziałeś?- zadałam pytanie.
-Nie, to był taki nagły przebłysk. To wspomnienie było
znaczenie świeższe. Nie mam pojęcia czemu ono też zanikło.- wzruszył ramionami.
Nie skomentowałam. Nie miałam już siły.
-Lepiej, żebyście już sobie poszli.- wzrok chłopaka był
pusty. Już chciałam coś powiedzieć, lecz zielonooki powstrzymał mnie ruchem
ręki.
-Nie będziemy się już narzucać. Dobranoc.- przyjaciel
wypchnął mnie na korytarz.
-Ale ja miałam jeszcze tyle pytań do niego.- broiłam się.
-Zadasz je kiedy indziej.- westchnął, holując mnie na
zewnątrz budynku. Droga powrotna zajęła nam niewiele czasu. Szybki prysznic i
nareszcie znalazłam się w swoim łóżku. Wszystko mnie bolało. Jak ja nie lubię
walczyć. Gdy tylko zamknęłam oczy, widziałam zapłakaną Kaję. Nastolatka jeszcze
nie wróciła do domu. Na szczęście jest z nią Feliks.
-Puk, puk.- moje rozmyślenia przerwało pukanie do drzwi.
-Proszę.- w progu stanęła Elizabeth w koszuli i kapciach. Włosy
luźno opadały jej na ramiona.
-Jak minął dzisiejszy dzień?- spytała. Tym razem uśmiech nie
był wymuszony. Odniosłam wrażenie, że to ją naprawdę interesuje.
-Nie mam pojęcia jak jutro wstanę z łóżka.- zaśmiałam się. Popatrzyła
na mnie.
-Jutro jest miejski festiwal tańca i czegoś tam jaszcze. Mam
nadzieję, że się wybieracie.
-„Wybieracie”? Niby ja i Kaspian?!- wrzasnęłam.
-Nie krzycz tak, bo cię usłyszy.- zaśmiała się. Nagle spoważniała-
powiedz mi, jak Kaja zareagowała, gdy dowiedziała się o śmierci swojego brata.
-Wiadomo była w szoku. Dokładnie nie wiem, bo jeszcze nie
wróciła do domu.- westchnęłam.
-Więc dobrze ja wracam do siebie. Dobranoc.- wstała.
-Miłych snów.- zatrzasnęła drzwi. Po jej wizycie poczułam się
senna. Przyłożyłam głowę do poduszki i zasnęłam. Obudziłam się wypoczęta i
wesoła. Jednak natychmiast przypomniałam sobie o wydarzeniach z tamtego dnia. Wyskoczyłam
na balkon, aby sprawdzić jak jest pogoda. Uderzyło we mnie rześkie, ciepłe
powietrze. Po niebie leniwie sunęły białe obłoczki. Wyglądały jak wata cukrowa.
Na samą myśl zrobiłam się głodna. Z szafy wyciągnęłam białą bluzkę z odkrytymi ramionami
oraz czarne, krótkie spodenki. Wyjechałam widną na łazienkowe piętro. Higiena osobista
przede wszystkim. Spięłam włosy w koka. Po obu stronach twarzy wypuściłam kosmyki
włosów. Następnym miejscem, które odwiedziłam była jadalnia. Rzuciłam torebkę na
stół i podbiegłam do lodówki. Z niej wyciągnęłam ser żółty, sałatę i pomidora. Nie
przepadam zbytnio za mięsem. Zamknęłam skrzydła lodówki. Serce podskoczyło mi
do gardła. Za jednymi z drzwiczek stał Kaspian.
-Dzień dobry.- powiedział.
-Czy ty chcesz, żebym padła na zawał?!- wrzasnęłam.
-Czemu się tak wyszykowałaś? Do kościoła idziesz, czy co?- zaczerwiłam
się. W sumie nie wiem czemu się tak ubrałam. Zrobiłam to podświadomie. Mimo woli
zlustrowałam chłopaka. Niesamowite. Uczesał włosy! Ubrał czarną, obcisłą bluzkę
z krótkim rękawkiem. Była tak obcisła, że widziałam jego kaloryfer. Do tego
założył czarne spodnie z łańcuchem, naprawdę nie rozumiem mody u magów ziemi. Nogawki
spodni włożył, tym razem, do zasznurowanych glanów.
-Nie zadawaj mi głupich pytań i sam zobacz na siebie!-
pisnęłam.
-Ja mam powód. Idę na śniadanie do restauracji.- uśmiechnął się.-
z okazji, że dalej odbywają się wspólne dni, ty idziesz ze mną, kochanie.-
zaraz rzygnę. Nawet śniadania nie mogę sama zjeść. Czyżby realizował swój chory
plan?
-Masz zamiar nauczyć mnię ludzkich uczuć?- spytałam. Spojrzałam
na niego uważnie.- tak jak wczoraj Feliks?
-Chodzi ci o tą wypuchę z pocałunkiem?- zaczął się śmiać. Na
pewno było go słychać w całym zamku. Zaczerwieniłam się.
-Czemu kazałeś mu to zrobić?!- krzyknęłam. Momentalnie znalazł
się obok mnie. Pochylił się nade mną. Szepnął mi do ucha.
-Bo ja bym się nie powstrzymał.- na chwilę wstrzymałam
oddech. Nie wiedziałam co mu odpowiedzieć. Na szczęście sam przerwał tę
niezręczną chwilę.- pora się ruszyć. Wyszliśmy na zewnątrz.
-Co ty na to, żeby pożyczyć motor Feliksa?- spytał z łobuzerskim
uśmieszkiem na ustach.
-Myślę, że to nie jest dobry pomysł.- odparłam.
-Dlaczego?- zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, złapał mnie
w pasie i posadził na maszynie. Założył mi kask, nawet nie wiedziałam, że
profesor ich używa, i ruszyliśmy z kopyta. Oczywiście musiałam załapać się Kaspiana,
żeby nie zaryć twarzą o beton. Chłopak
pachniał szamponem i mleczkiem po goleniu.
-Możesz mnie nie wąchać.- poprosił.
-Przepraszam.- znowu się zarumieniłam. Widać, że prowadzenie
motocykla nie jest mu obce. Jechał wolniej niż mag ognia ale wystarczająco
szybko, żebym mogła dostać zawrotu głowy od patrzenia przechodniów, ulice czy
drzewa. Zaparkował przed dobrze mi znanym i mało lubianym barem. „Dark Rose”.
-Ja tam nie wchodzę.- założyłam ręce na piersi.
-Nie masz wyjścia.- szlak jaki on silny. Przełożył mnie
sobie przez ramię i wniósł do lokalu.
-Puszczaj! To nie jest śmieszne!
-Dzień dobry, stolik dla dwojga.- jak się cieszę, że
barman nie widzi mojej twarzy.
-Kaspian, witaj stary!- przybili sobie męską piątkę.
-Cześć Jason. Co tam?- spytał.
-Wiesz ostatnio napadli mnie ludzie z Czarnych Kruków. Chcieli
mnie zabić.- przełknęłam ślinę.- a z resztą pogadamy o tym później. Może mi przedstawisz
wiszącą na twoich plecach?
-Jasne.- zanim jego słowa dotarły do mojego mózgu, znalazłam
się kilka centymetrów od blondyna. Dzielił nas zaledwie blat. Dziś na nosie miał
okulary. Jego blond włosy (celowo ułożone)
sterczały w każdą stronę świata. Odziany był w białą koszulę zapiętą na
guziki. Włożył ją do czarnych spodni z szelkami, oczywiście z łańcuchem przy
szlufkach. Do tego eleganckie buty. Muszka w czerwone kropki pod szyją
dopełniły widoku nastolatka.
-Szefie, to jedna z tych ludzi, którzy chcieli mnie zabić!-
wykrzyczał i rzucił się na mnie. W życiu nie zdążę zrobić uniku. Jak spod ziemi
przede mną wyrósł Kaspian. Chwycił chłopaka za szelki i rzucił nim o ścianę. Posypał
się tynk. Podbiegłam do barmana. Sprawdziłam jego puls. Żyje nic mu nie jest. Odwróciłam
się w stronę bruneta. Jak ja mu to wszystko wytłumaczę?
-Kaja mi wszystko wczoraj opowiedziała. Nie musisz się już martwić.-
ulżyło mi. Zielonooki masował prawą rękę.
-Bardzo boli?- wskazałam na jego dłoń.
-Nie…
-Pokaż.- podbiegłam.- złamana- oznajmiłam.
-Co?!- mocno się zdziwił. –Kiedy ja to…
-Raz…
-Czemu liczysz?
-Dwa…
-Zadałem ci pytanie!
-Trzy!- do naszych uszu dobiegł odgłos łamanej kości.
-Cholera! Co ty robisz?!- ryknął.
-Źle się zrosła.- poinformowałam go.- daj to ją nastawię i
wyleczę.- popatrzył na mnie uważnie. Po dłuższych namysłach pozwolił mi na
zabieg.
-Gotowe.- zadowolona podeszłam do leżącego na podłodze
mężczyzny.
-Co ty robisz?
-Jak mu nie pomogę, to kto zrobi nam śniadanie?- spytałam
sarkastycznie.
-Co racja to racja.- gdy niebieskooki się ocknął, wszystko
mu wytłumaczyliśmy. Po obfitym posiłku, ruszyliśmy na spacer ulicami Sory. Humory
nam dopisywały. Było nawet znośnie, do czasu gdy na horyzoncie nie dostrzegłam
dwóch osób, których dziś naprawdę nie chciałam spotkać.
-Kaspian, błagam zawrócimy.- poprosiłam. Popatrzył na mnie,
później na kobiety zmierzające znad przeciwka, znowu na mnie.
-Twoje znajome.- pokiwałam głową. Objął mnie ramieniem i
pewnym krokiem ruszył przed siebie.
-Co ty robisz?! To moje przełożone. Jak nas razem zobaczą…
-Ho, ho. Zobacz Anno czy to nie Nadia?- Karolina wredna suka
z pracy. Moja szefowa. Gruba, głupia i do tego ohydna jędza.
-Dzień dobry. Jak się pani miewa w tak piękny upalny dzień?-
starałam się aby mój uśmiech wyglądał jak najbardziej naturalnie.
-Wybornie moje dziecko.- Anna to prawa ręka tej żmiji. Ona jest
straszenie dziwna. Twarz ma osłoniętą welonem. Chodzi w czapkach, a ubiera na
siebie jedynie całkowicie zabudowane suknie. Nawet na dłoniach ma rękawiczki. Preferuje
raczej kolor czarny i odcienie szarości.
Nikt, oprócz Karoliny nigdy nie słyszał jej głosu.
-Anna pyta się, kim jest ten przystojny mężczyzna z tobą?- z
jej świńskich oczu biła ciekawość. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Muszę wymyślić
jakąś tożsamość dla mojego towarzysza. Jednak zanim zdążyłam to zrobić, chłopak
z gracją ujął dłoń tej pomarszczonej staruchy i ją ucałował.
-Nazywam się Kaspian Montrose. Generał generałów.- kobiecie mina
zrzedła.
-Diabelskie nasienie, morderca. Nie dotykaj mnie.- splunęła na
chłopaka. Obydwie uciekły.
-Strasznie cię za nie przepraszam.- wyjąkałam.
-Nie martw się. Należało mi się to. Gdzie teraz idziemy?-
spytał z uśmiechem. Odniosłam wrażenie, że jeżeli by mnie tutaj nie było, ich
wspólne spotkanie zakończyło by się tragedią.
-A gdzie ty chcesz iść?- rozglądnął się wokoło. Jego wzrok
przykuł plakat. Zerwał go ze słupa.
-Tam.- podał mi afisz. Oczywiście, że reklamował on festiwal
tańca i kultury.
1 komentarz:
Super rozdział ;*
Prześlij komentarz