Nie mogłam krzyczeć, ponieważ napastnik zatkał mi dłonią
usta. Usiłowałam wyrwać się z jego żelaznego uchwytu, ale moje starania poszły
na marne.
-Przestań!- zawołał. Puścił mnie. Natychmiast obróciłam się
w jego kierunku wyciągając nóż z rękawa i momentalnie przyłożyłam mu go do szyi. Otworzyłam szeroko oczy ze
zdumienia. Nie zgadniecie kto przede mną stał. Jonathan Omari. Prawa ręka
Kaspiana. Rozluźniłam się nieco, ale dalej trzymałam gardę.
-Czego chcesz?- wysyczałam.
-Mam do ciebie interes.- zaśmiał się.- więc proszę odłóż tę
zabaweczkę i porozmawiajmy jak cywilizowani ludzie.- schowałam sztylet.
-O ile to możliwe w ślepym zaułku za jakimś sklepem.-
mruknęłam.
-Po rozmowie z moją siostrą uświadomiłem sobie, że chcę
zmienić swoje życie…
-A co ja mam z tym wspólnego?- uniosłam brew. Uśmiechnął
się.
-Odchodzę z wojska.- wypalił.
-Ciekawe, ale to w dalszym ciągu nie moja sprawa. Będę się
zbierać.- ruszyłam w kierunku głównej ulicy. Nastolatek złapał mnie za
nadgarstek.
-Kaspian powiedział, że mogę odejść, ale pod pewnym
warunkiem.- dodał cicho.
-Jakim?- zaciekawiłam się.
-Jeżeli znajdę kogoś odpowiedniego na swoje miejsce.
-Nie rozumiem do czego zmierzasz.- udawałam głupią. On
kontynuował.
-Jeśli tego nie zrobię moje stanowisko obejmie dobrze ci
znany Niklaus Aazam. Słyszałem, że po prostu przepadacie za swoim
towarzystwem.- cholera. Niklaus miałby być zaufanym doradcą Kaspiana! Przecież
on go nienawidzi i przy pierwszej sposobności wbiłby mu nóż w plecy. – na nasze
szczęcie znalazłem idealną osobę. - wskazał palcem na mnie-ciebie.- w głowie
miałam mętlik. Ja do wojska. I to jeszcze miałabym zostać prawą ręką generała,
ot tak z marszu? Ale jeżeli odrzucę propozycję to wszystko pozamiatane i ten
wredny dupek Niklaus dostanie głowę generała na talerzu.
-Muszę to przemyśleć.
-Nie masz czasu.- nalegał. – muszę mieć odpowiedź już dziś.-
wkurzył się. W kieszeni zadzwonił mi telefon. Wyjęłam go i spojrzałam na wyświetlacz. Kaspian. Bez wahania
odebrałam.
-Co robisz stó…- uciszyłam Johna ruchem ręki.
-Gdzie jesteś?- w słuchawce rozległ się głos generała.
-W sklepie z butami.- skłamałam odruchowo. Nie wiem jakby
zareagował widząc mnie z tym gościem.
-Tak?- spytał podejrzliwe.
-Oczywiście.- zaśmiałam się histerycznie. Pech chciał, że w
tym momencie ulicą przejeżdżał samochód z urwanym tłumikiem.
-Gdzie jesteś!- ponowił pytanie tym razem krzycząc.
Spojrzałam na brata Kai. Miał bardzo dziwny wyraz twarzy. Wyglądał tak jakby
miał zaraz… kichnąć.
-Idź!- tak właśnie brzmi jego bardzo specyficzne kichnięcie,
po którym został natychmiast zdemaskowany.
-Cholera jasna. Rozmawiasz z Misiaelem?!
-Nie.- broniłam się.
-Nie kłam. Siedź tak gdzie jesteś zaraz cię znajdę.-
rozłączył się. Popatrzyłam na nastolatka.
-Co teraz zrobimy?- zadałam pytanie, ale on chyba mnie nie
słuchał, ponieważ gorączkowo grzebał w kieszeniach spodni. W końcu wyciągnął z
nich zmiętą kartkę i długopis. Podał mi obydwie rzeczy.
-Co to?- uniosłam brew.
-Umowa o pracę. Podpisz i po sprawie. Szybko!- aż
podskoczyłam. Wystraszył mnie tym zawołaniem. Bez namysłu oraz porad prawnika
podpisałam świstek.
-Nadia!- jeszcze bardziej przestraszył mnie głos bruneta.
Był już tak niedaleko. Chłopak wstał i uśmiechnął się.
-Miło robi się z panią interesy, panno Julio Hunter.-
przekręciłam głowę.
-Proszę co?- rzucił mi teczkę.
-Twoje nowe dane osobowe.- kiedy złapałam dokumenty, na
horyzoncie pojawił się zielonooki.
-Mam was!- zawołał w taki sposób jakby przyłapał nas na
czymś nielegalnym.
-Matko, Kaspian.- szarowłosy zaczął się jąkać. – Ja ja jej
nic nie zzzrobiłem. Prz…przysięgam.- cofnął się parę kroków dla bezpieczeństwa.
-Ty paskudny oszuście! Co od niej chcesz?! – wyraz twarzy
nastolatka zmienił się diametralnie. Zagościł na niej łajdacki uśmieszek.
Rozłożył ręce w geście skruchy.
-Spóźniłeś się mój drogi. Już mam co chciałem. – za jego
plecami, nie wiadomo jak i kiedy zmaterializował się mój wściekły towarzysz.
Omari wcale się tym nie przejął, musiał już wcześniej widzieć ten trik i
zdzielił go po żebrach. Mag ziemi upadł na jedno kolano. Niebieskooki pomachał
mu przed nosem kartką papieru, na której widniał mój podpis. – Proszę bardzo,
kopia do zatwierdzenia dla pana generała. Liczę, że wasza współpraca będzie
owocna.- zaśmiał się chytrze i zwinnie niczym wiewiórka wskoczył na dach
pobliskiego budynku i tyle go widzieliśmy. Kaspian podniósł się z betonu. Podbiegłam do niego.
-Bardzo boli?- spytałam.
-Nie.- wyjąkał. -Czemu z nim rozmawiałaś? A zresztą, podaj
mi ten świstek.- przeczytał kilka pierwszych
linijek i wybuchł niepohamowanymi salwami śmiechu. Obrócił się do mnie.
-Będziemy razem pracować.- otarł łzy. Czytał dalej. Mina mu
zrzedła.
-Podpisałaś unieważnienie wyroku śmierci wydanego na
Jonatana Omari za zdradę stanu i korupcję.- teraz to ja zaczęłam się śmiać. Ale
mój śmiech stanowczo różnił się od tego śmiechu nastolatka. Brzmiałam jak
osioł, który pilnie potrzebował reanimacji.
-No nie przejmuj się. Skąd miałaś wiedzieć? Chodźmy już.- wsiedliśmy na motor i wróciliśmy do zamku. Na drzwiach
wisiała karteczka z napisem „ Zebranie w
stołówce”. Popatrzyliśmy na siebie. Weszliśmy do windy i znaleźliśmy się na
piątym piętrze. Przy stole czekała na nas nasza cała roześmiana gromadka. Przekrzykiwali
się i dokuczali sobie nawzajem. Momentalnie dołączyliśmy do nich. Zjedliśmy
obiad w miłej atmosferze. Nagle Elizabeth
wstała od ławy
-Proszę was o chwilę uwagi. Nie dawno „Odrodzenie” czyli my,
zostaliśmy zaproszeni na bal.
-Kto nas zaprosił?- spytałam. Takie imprezy są zawsze
podejrzane i niebezpieczne. Nastolatka głośno przełknęła ślinę.
-Kanclerz Kraju Ziemi.- wyjąkała bawiąc się kosmykiem
włosów. Generał zaczął kaszleć i bić się w klatkę piersiową. Zabójczyni
zagryzła wargę, a filozof zbladł. Milczenie przerwał Feliks.
-On nas pozabija!- wrzasnął – co mu powiedziałaś?- spojrzał
na przywódczynię.
-Że wszyscy się tam zjawimy, ale anonimowo.- uśmiechnęła
się.- Przyjęcie ma charakter otwartego, więc każdy może na nie wpaść.
-Pocieszające.- skwitowała Kaja.
-Musimy się jakoś przygotować.- blondynka westchnęła-
rozdzielę pomiędzy was zadania. Zgadzacie się?- kiwnęliśmy głowami. I tak nie
mamy wyjścia. – dobrze, myślałam już trochę nad tym i doszłam do wniosku, że
Kaspian zaprojektuje suknie balowe i garnitury oraz je uzbroi. Podczas imprezy
nie możemy zapomnieć, iż znajdujemy się na talerzu przeciwników.
-Skąd kanclerz wie o naszej organizacji?- to pytanie musiało
kiedyś paść, a zadał je nikt inny jak brunet.
-Ktoś puścił famę i nas wkopał. Z tej okazji dostałam
telefon od samego kanclerza, który rad będzie nas tam gościć.- ciekawe czemu
atmosfera przy stole tak nagle się zepsuła. Jak myślicie dlaczego?- Ale
pocieszające jest to, że ta osoba nie podała waszych danych osobowych tylko
moje, a mi nie wiele mogą zrobić.- uśmiechnęła się podle. – więc musimy być
przygotowani do ewentualnej wymiany zdań na tle politycznym.
-Tak nazywają reporterzy krwawą rzeź na pałacowym balu?-
spytałam oschle. Dokładnie pamiętam bal w moim kraju. Też miał charakter
pokojowy. Nastolatka zignorowała moje pytanie
-Kaja ty zrealizujesz projekty Kaspiana.
-Mam szyć?- w jej głosie dało wyczuć się niedowierzanie.
-Dokładnie. Za to Feliks zajmie się konstrukcją broni
wymyślonych jak i również zaprojektowanych przez mojego brata.
-Nie ma sprawy.- wydukał. Dalej nie wyglądał za dobrze. Ej tylko
ja zostałam bez zadania.
-A czym ja mam się zająć?!- zawołałam. Elizabeth staksowała
mnie wzrokiem.
-Ty?- parsknęła. – ty nie masz talentu krawieckiego, nie
wspominając o projektowaniu czy składaniu broni. To nie twój świat. Lepiej skup
się na treningu. Tak będzie lepiej dla ciebie i nas wszystkich. Rozumiesz?- otworzyłam
usta ze zdziwienia. Nie spodziewałam się usłyszeć takich słów od królowej. Co to
miało znaczyć?!
-Co?!- wrzasnęłam.- uciszyła mnie ruchem ręki.
-Ale najpierw pomożesz mi skołować potrzebne im materiały. –
ulżyło mi przynajmniej będę mogła się czymś zająć.
-Brachu wyglądasz jakbyś już wiedział jak nas ubierzesz.
-Oczywiście, że wiem. Kartka i długopis. Napiszę wam co
macie kupić.- jego uśmiech mówił sam za siebie. Żadne zadanie nie sprawia mu
większej radości niż malowanie. Ewentualnie publiczna egzekucja. Siostra podała
mu przypory. Szybko napisał listę. Podał mi. Jej, jak on ładnie pisze!
-Piszesz jak baba.-oznajmiłam.
-Jesteś zwyczajnie zazdrosna!- uniósł się. Nie zdążyłam mu
odpysknąć, ponieważ przywódczyni złapała mnie za kołnierz i wyprowadziła z
pomieszczenia, a później na dwór. Tam czekał na nas wypasiony samochód. Cały czarny,
duży, błyszczący. Szyby miał przyciemniane i oczywiście kuloodporne tak jak
moja kurtka od Naito. Ciekawe co się teraz dzieje z tym gościem? Jakoś nie mogę
o nim zapomnieć. Wsiadłyśmy do chłodzonego przez klimatyzację środka. Od razu
przykleiłam się do skórzanego fotelu pasażera. Nastolatka zajęła miejsce
kierowcy. Odruchowo zapięłam pasy i chyba z dwadzieścia razy upewniłam się, że
w razie wypadku jestem w miarę bezpieczna, a takowy może się zdarzyć. To więcej
niż pewne, ponieważ moja przyjaciółka niedawno zdawała na prawo jazdy. Z wiarygodnego
źródła wyciekała informacja, że prowadzi jak pijana wiewiórka. Wcisnęła gaz do
dechy. Zamknęłam oczy. Słyszałam jak gałęzie szorują po drzwiach, szybach i
dachu zdzierając lakier. Nie wspominając o masce.
-Dojechałyśmy!- oznajmiła radośnie. Otworzyłam oczy. O matko!
Byłyśmy w środku pasmanterii. Wjechałyśmy tam przez drzwi, a raczej… no wiecie.
Już ich tam nie było. Wysiadałam z pojazdu. Trochę mnie zmuliło.
-Dzień dobry.- Beth uścisnęłam dłoń sprzedawczyni.
-Dzień… dobry.- wyjąkała. Jej oczy zwrócone były w kierunku dziury.
-Czy ma pani materiały z tej listy?- podała je zmięty świstek.
-Zobaczę- przeszła ostrożnie obok auta i
zanurzyła się w jeden z wielu rzędów ogromnych rolek z tkaninami. Cały sklep
był okropnie długi i kolorowy. Wyglądał jak tęcza. Ciekawe ile leprikonów
postanowiło ukryć tu swoje garnki ze złotem. Przedziałów było dziesięć. W każdym
dziale poustawiane zastały ogromne bele materiału. Jedwab, bawełna, polar,
jeans, i wiele innych. Po lewej stronie, zaraz koło wyrwy, stała lada, a obok niej
stojaki w wełną, muliną, szydełkami, drutami, kordonkami oraz wieloma innymi
rzeczami, których nazw nie ogarniam. Następnie klienta witała oszklona
gablotka, a w niej poukładano plastikowe koszyczki. Każdy taki pojemniczek
skrywał inne skarby. Ćwieki, cekiny, guziki, spinki, szpilki, frotki,
zatrzaski, zamki. Och! Brakło mi tchu, wszystko jest takie ładne i na dodatek
się błyszczy. Po upływie jakichś trzydziestu minut młoda kobieta wróciła. Przez przypadek
zahaczyła rękawem sweterka o boks ze ścinkami. Przewróciła się. Na szczęście
przygotowane przez nią materiały, które niosła w rękach zamortyzowały jej upadek.
-Boże, nic się pani nie stało.- królowa pomogła wstać
blondynce. Krótkie włosy nastolatki były w nieładzie, a niebieskie oczy szukały
pomocy.
-Tak mi przykro. Przepraszam. Proszę nie mówić mojej
szefowej!- rozpłakała się.
-Spokojnie, o niczym się nie dowie.- poklepała ją po
ramieniu, ale nie tak jak klepała nas. Od razu przypomniał mi się ten ból w
łopatce. – słuchaj, chciałabym kupić jeszcze tą świetną spinkę z wystawy, o ile
jej nie przejechałam.-jej uśmiech był ciepły i miły. Dziewczyna otarła łzy i
skinęła głową na znak, że zrozumiała polecenie Elizy. Poszła za ladę i wydobyła
stamtąd zapinkę w kształcie łabędziego pióra.
-Doskonała. Taką jaką chciał Kaspian.- sprzedawczyni zamrugała
ze zdziwienia.
-Chłopak chciał taką spinkę?
-Tak, powiedział, że będzie pasowała idealnie do jego
sukienki.- Elizabeth w spokoju oglądała metalowe piórko z każdej strony.
-Sukienki?- kobieta nie mogła uwierzyć w to, co słyszy.
-Dokładnie. Proszę, to pieniądze za towar i na naprawę
dziury w ścianie. Życzę miłego dnia.- skłoniła się grzecznie. Gdy wsiadałam do
pojazdu, ostatni raz spojrzałam na niebieskooką. Widać, że była w szoku. Wydawało
mi się, że co jakiś czas mówi „ Dla chłopaka”? Ponownie upewniłam się, że moje
pasy nie odepną się w najmniej oczekiwanym momencie. Gdy tylko wjechałyśmy na
podjazd, od razu wyskoczyłam z samochodu. Wiecie co? Chyba mam chorobę lokomocyjną.
Kiedy stałam pochylona i ledwo łapałam powietrze, moja przyjaciółka rzuciła we
mnie torbami z zakupami.
-Znieś je Kaspianowi i spytaj czy mogą być.- i sobie poszła.
Zebrałam reklamówki z ziemi i całkiem sprawnie pokonałam te cholerne pięćset
schodów. Zdążyłam się do nich przyzwyczaić. W pokoju gier Feliks i Kaja grali
w jakąś grę wideo jedząc przy tym popcorn.
-Gdzie Kaspian?!- krzyknęłam, żeby przekrzyczeć rozwrzeszczanych
nastolatków.
-W pokoju!- wiecie co? Zabójczyni ma bardzo donośny głos. Zwłaszcza
kiedy krzyczy „ Pożegnaj się z życiem gnojku!” i rozwala kolejnego zombie. Kto liczył,
ile razy korzystałam dziś z windy? Łapka w górę. Nikt? Ale niespodzianka. Po tych
mozolnie mijających pięciu sekundach w metalowo- szklanej pułapce, znalazłam się
na pierwszym piętrze. Przeszłam kilka kroków przed siebie i zapukałam do drzwi
nastolatka. Usłyszałam tylko „yhy”, więc postanowiłam wejść. Wszędzie walały się
kartki. Podniosłam jedną z nich. Widniała na niej postać dziewczyny odzianej w
sukienkę. Nie dam rady jej opisać, ponieważ wkurzony artysta przejechał po
projekcie kilkanaście razy grafitem. Delikatnie ułożyłam tkaniny na staranie
pościelonym łóżku nastolatka.
-Przyniosłam ci materiały.- powiedziałam.
-Jasne, że możesz zrobić mi kawę.- spojrzałam na niego. Siedział
przy biurku i w zawrotnym tempie kreślił linie na papierze. W sypialni panował cisza,
którą przerywał tylko stukot rysika o papier. Doszłam go wniosku, że nie będę
mu przeszkadzać i wyszłam z pomieszczenia uprzednio zapalając lampę na suficie,
ponieważ na zewnątrz zmierzchało się, a jego jedynym źródłem światła, była stojąca
na biurku lampka.
-Dzięki.- mruknął.
-Nie ma za co.- odpowiedziałam i poszłam zrobić mu kawę.
***
Prezentuję wam poprawioną i znacznie ładniejszą Nadie <3

4 komentarze:
Świetnie opisujesz, moja wyobraźnia działa na pełnych obrotach <3 rozdział jak zawsze świetny, rysunek piękny :3
Świetny rozdział ! :3
Jak zawsze swietny rozdzial. Juz nie moge sie doczekac jak beda wygladaly ubrania zaprojektowane przez Kaspiana.
~Basia M
Prześlij komentarz