Cały dany nam czas poświęciliśmy na rozmowę.
-Kim on jest?- spytałam rozglądając się po zatłoczonych
trybunach. Moją klęskę będzie oglądać całe stacjonujące w tym mieście wojsko?
Serio?
-Generałem.- mruknął.
-Coś więcej?- zachęciłam go dalszego opisu życia mojego
przeciwnika. Kaspian podszedł do mnie z workiem wypchanym ochraniaczami.
Podczas zakładania ich, udzielił mi kilku informacji.
-Jest magiem wody tak jak ty, ale masz nad nim przewagę.
-Jaką?- spytałam ucieszona.
-Drugi poziom. Potocznie zwany magią krwi.
-Okey, mów dalej.
-W taki sposób możesz pokonać go w ostatniej części
egzaminu.
-Ostatniej?- mój głos zawahał się.
-Są cztery: celność, sprawność, wytrzymałość i najgorsza
według wielu walka.
-Czyli podsumowując mam wykazać się sprawnym okiem, kocimi
ruchami. Przynajmniej dwóch pierwszych nie powinnam oblać.
-Nie ciesz się na zapas. Chybiony strzał podczas pierwszej
części, albo ryska na twoim ciele lub ubraniu w części drugiej i gra
skończona.- westchnął. Stanęłam na przeciw chłopaka zaciskając pięści.
Popatrzyłam głęboko w jego oczy.
-Czy to prawa, że jeżeli przegram to twoim zastępcą będzie
Niklaus?- spuścił wzrok.
-Tak.- powiedział.
- W takim razie dam z siebie wszystko. Ostatnio trochę
ćwiczyłam i…
-Nie kochanie, u nas wytrzymałość nie oznacza podniesienia
kilku ciężarów czy przesunięcia ciężarówki siłą własnych mięśni. To jest
najprawdziwsza walka z użyciem broni. Według mnie to właśnie ona jest
najgorsza.- załapał mnie za ramiona – Słuchaj uważnie. Kiedy zacznę się wspomniana
walka, dostaniesz prawo wyboru broni. Weź dwa miecze. Te same, którymi
walczyłaś z Aazamem. Obiecaj mi.
-Obiecuję. A co on wybiera?- przejechał językiem po zębach.
Puścił moje ręce.
-Topór.-oznajmił.
-Naprawdę?! Szczerze mówiąc nigdy nie wiedziałam maga wody
walczącego za pomocą toporu.
-Nie myśl teraz o tym. Lepiej rozglądnij się po ringu i
zobacz w jaki sposób mogłabyś wykorzystać otoczenie na swoją korzyść.
-Stoję na ubitej glebie i nie wyczuwam żądnych wód
gruntowych, pole ma wielkość boiska do piłki nożnej. Na około znajduję się
trybuny zakryte zardzewiałą siatką dla bezpieczeństwa tłumu znajdującego się za
nią. Przed drutem znajdują się kanały wypełnione wodą, jedynym źródłem naszego
wspólnego żywiołu. Jeżeli bym je zniszczyła to odetnę sobie dostęp do
elementu.
-Ale pozostaje ci magia krwi.- mrugnął.
-Użyłam jej tyko raz. I to całkiem przypadkiem.- poskarżyłam
się. Zaśmiał się. Poklepał mnie po ramieniu.
-Trzymam kciuki i …- zachwiał się i upadł na jedno kolano.
-Kaspian!- krzyknęłam. Uspokoił mnie ruchem ręki. Wstał
otrzepując spodnie.
-To tylko rozdwojenie jaźni. Druga osobowość czeka, żeby
wydostać się na zewnątrz. W takich chwilach zapominam niektórych słów. Co ja
miałem ci powiedzieć?- wzruszyłam ramionami. Podrapał się po głowie. Pstryknął
w palce.
-Już wiem. Wystarczy, że po zakończeniu testu ustoisz na
nogach dziesięć sekund.
-Czy komuś cie to już udało?
-Tak, tylko jednej osobie.- odwrócił się od mnie plecami.
-Komu?- spytałam.
-Powiem ci jak wygrasz. Na razie.- poszedł sobie. Chciałam
za nim krzyknąć, ale światła nagle zgasły i wszystkie głosy umilkły. Mrok
rozświetlił blask reflektorów skierowanych na „sędziego” stojący na skalnym
podeście, którego wcześniej tam nie było.
-Panie i panowie, witam was serdecznie na Arnie Żywiołów.
Dziś każdy z nas będzie świadkiem starcia tytanów. Walkę stoczą dobrze wam
znany i uwielbiany siedemnastoletni generał Carter Sheridan- bardzo głośny
aplauz i na scenie pojawia się triumfalnie wymachujący rękami Carter.
Zlekceważył mnie nie zakładając żadnych ochraniaczy. Na sobie miał tylko
czarne, dresowe spodnie. Nawet nie wiecie jak mnie to zeźliło. Światła padły na
mnie. Rozległ się głos rozpoczynającego.
-Oraz wschodząca gwiazda, chluba generała Kaspiana Montrosa,
Julia Hunter!- powinnam była pomachać widzom, ale złość zaślepiła mnie do tego
poziomu, że zaczęłam zdzierać z siebie ochraniacze. Zignorowałam karcące
spojrzenie „szefa” i odrzuciłam pancerz jak najdalej. Widownia aż gwizdała z
zachwytu. To wszystko mnie nie obchodziło. Teraz liczyła się tylko wygrana.
-Haaaa…- zdziwił się- walczysz bez osłony?
-Skoro ty możesz to ja też.- skwitowałam i przyjęłam pozycję
do walki.
-Już nie mogę się doczekać naszej wspólnej kawy. Życzę ci
abyś przegrała. To nie jest miejsce dla takich jak ty, Julio.
-Gotowi na miejsca start! Pierwszy test celność!- przede mną
pojawił się kamienny stoliczek, a na nim łuk i strzały. Natychmiast je
chwyciłam. Usłyszałam dźwięk nowo powstającej platformy i odwróciłam się.
Trzydzieści metrów ode mnie wyrosła ogromna tablica do rzutek. Dosłownie tak
wyglądała.
-Masz dziesięć trafień. Nie możesz ani raz spudłować.-
uśmiechnęłam się kpiąco i nałożyłam wszystkie strzały na cięciwę. Odetchnęłam
głęboko. Napięłam łuk, aż zatrzeszczał.
-Nie ryzykuj zbytnio.
- Zamknij się! – powiedziałam i wypuściłam pociski. Widownia
wstrzymała oddech, a Kaspian chyba zaczął się modlić. Całkiem nie potrzebie, bo
jak wcześniej wspomniałam jestem strzelcem wyborowym. Dowód na to znajduje się
tam. Oto wszystkie groty utkwiły na amen w samym środku tarczy. Tłum wiwatował,
a mężczyzna za moimi plecami przeklął pod nosem.
-Świetnie, ciekawe jak poradzisz sobie z tym!- w moim
kierunku z prędkością światła zbliżał się prawdziwy deszcz noży. Odrzuciłam
łuk i pozwoliłam pochłonąć się niebezpiecznej ulewie. Moim uszom dobiegł głos
spikera.
-Proszę państwa, tego nie dało się przeżyć.- wszyscy
spuścili głowy. Oni mają żałobę a ja prawdopodobnie wyjdę z tego cało. Mam na
sobie kurtkę Naito przekształconą w płaszcz. Sztylety opadły na ziemię. Ja
stałam w samym centrum bez żadnego zadrapania triumfalnie uśmiechając się.
Jak?-wysyczał- Błagam cie na wszystkie świętości przegraj.
-Nie mam zamiaru.- powiedziałam. Machnął dłonią w akcie
zakończenia dyskusji. Zdjęłam płaszcz, który ponownie zmienił się w kurtkę.
Dzięki Naito. Uśmiechnęłam się.
-Ah.- coś drasnęło mój policzek i polała się krew. Szybko za
niego chwyciłam. Otarłam ciecz. Po ranie ani śladu. Jak to?
-Już zdążyłaś się uleczyć? Ale i tak za późno. Wszyscy
widzieli twoją ranę. Jeden-jeden. Grasz dalej?- jego łajdacki uśmiech działał
na mnie jak płachta na byka, więc bez namysłu zawołałam
-Tak!
-Wybierz broń.- kolejny skalny stoliczek. Jego zawartość
ucieszyła by każdego płatnego mordercę. Począwszy od noży, gołych ostrzy, łuków
i strzał, mieczy, toporów skończywszy na włóczniach i lancach.
-Wow! Jaki wybór!- powiedziałam.
-Wybierz mądrze.- szepnął mi do ucha. Odskoczyłam na metr
dalej. Gdyby wzrok mógł zabijać, to ten chłopak dawno byłby martwy. Spojrzałam
na Kaspiana. Kiwnął głową. Uśmiechnęłam się do niego. Z ruchu jego warg dało się
wyczytać „ Dawaj kotku”, dlatego pokazałam mu język i chwyciłam dwa miecze.
Wyposażenie znikło. Nie ma już odwrotu.
-Zaczynajmy.- spojrzałam na chłopaka. Podpierał się na
ogromnym, dwusiecznym toporze. Jedno uderzenie i mogę żegnać się z tym światem.
Przełknęłam ślinę. Moje rozmyślania przerwał głos spikera.
-Zasady są następujące- wszystkie chwyty dozwolone. W tej
rundzie zabronione jest jedynie tkanie żywiołów. Jasne?
-Tak.- przytaknęliśmy jednocześnie.
-W takim razie do startu gotowi- machnął ręką i pojedynek
oficjalnie się rozpoczął. Tłum wstrzymał oddech. Żadne z nas nie poruszyło się
nawet o milimetr. Staliśmy patrząc na siebie. Czekaliśmy na pierwszy ruch
przeciwnika, który zdawał się nigdy nie nadejść.
-Zapuszczasz korzenie?!- krzyknął abym mogła go usłyszeć.
- Możliwe!- zawołałam- w moim kraju to mężczyzna czyni
pierwszy krok!
-W takim razie…- znikł mi z oczu. Cholera używa
przyspieszenia. Reguły tego nie zabraniają. Ciekawe z której strony zaatakuje.
Z tyłu, przodu, może z prawej strony lub z lewej… szlak góra! W ostatniej
chwili zdążyłam umknąć przed siekierą. Widownia zawyła z radości. Nieco
przystrzygł mi włosy. Zacisnęłam pięści na mieczach i również przyspieszyłam
tempa. Udało mi się drasnąć główną żyłę chłopaka znajdującą się pod kolanem.
Złapał się za nie jedną ręką.
-Widać, że jesteś medykiem. Twoje ruchy są dokładne i przemyślane.
Jeżeli będziemy dalej tak walczyć to masz szansę wygrać. – czy z nim jest
wszystko w porządku? Nie. Znowu go nie widzę. Instynktownie uniosłam miecze nad
głowę i skrzyżowałam je. W samą porę. Zatrzymałam topór. Uderzenie było tak
potężne, że stoję w kraterze. Spojrzałam na ostrza. Jedno z nich zaraz pęknie.
Kurde jak będę się bron… auuuu. Dostałam cios w brzuch i przeleciałam jak
szmaciana lalka kilkanaście metrów uderzając z impetem w skalną tarczę. Na
głowę posypały mi się strzały oraz pył. Przyłożyłam dłoń do ust. Zakaszlałam.
Na mojej ręce pojawiła się krew. Nie dobrze. Energicznie wstałam, ale
zachwiałam się i upadłam na kolano. W całym tym nieszczęściu miałam farta pod
jednym względem- dostałam po żebrach drzewcem siekiery. Chwyciłam sztylety.
Jeden z nich pękł. Bardzo źle. Przeniosłam wzrok na przeciwnika. Zbliża się do
mnie powoli, z triumfalnym uśmiechem na ustach. Stanęłam ponownie na nogach.
Tym razem nieco pewniej. Cofnęłam się kilka kroków dla bezpieczeństwa.
Nadepnęłam na coś. To łuk! Mam plan. Jeden celny strzał i wygram! Złapałam się
za brzuch. Zwymiotowałam krwią. Szlak. Uderzenie było za mocne. Obraz mi się
rozmazuje. Nastolatek jest coraz bliżej. Musze się wziąć w garść. Nadia to
tylko jeden strzał. Dasz radę. Odczekałam, aż zbliży się na odpowiednią
odległość i nie będzie w stanie uniknąć ataku. Natychmiast podniosłam łuk i
nałożyłam strzałę na cięciwę. Na jego twarzy zagościło zdziwienie, które
zmieniło się w szacunek. Grot utkwił w jego ramieniu. Upadł na kolana. Rzuciłam
się na niego i przewróciłam własnym ciałem. Złapałam go za włosy. Przyłożyłam
mu miecz do gardła i szepnęłam do ucha
-Gra skończona.- widzowie bili brawo na stojąco, gwizdali i
skandowali moje imię. Nawet zrobili falę. Byłam z siebie dumna. Cała, trudem
zebrana siła na ten heroiczny wysiłek opuściła moje ciało. Poczułam się jak
worek ziemniaków i zapewne runęłabym na ziemię rozwalając sobie przy tym głowę,
ale w ostatniej chwili załapał mnie mój przeciwnik.
-Gratulację. Jesteś bardzo silna.- pochwalił mnie.
-Dzięki. Puść mnie, znowu mi nie dobrze. – postawił mnie na
glebę, a ja kolejny raz rzygnęłam na oczach tych wszystkich ludzi.
-Ogłaszam dziesięciominutową przerwę na reklamy.- reklamy?
Nie mam czasu się teraz tym przejmować. Muszę się jakoś ogarnąć.
-Julia!- Kaspian biegnie w moją stronę. Pewnie cholernie się
martwił. Szybko otarłam krew z kącików ust, ale i tak widział, że nie jest ze
mną za dobrze. Ścisnął mnie.
-Spokojnie, bo mnie udusisz.- zaśmiałam się.
-W jaki sposób mogę ci pomóc?- spytał troskliwie.
-Czuję się już lepiej. Naprawdę. – oznajmiłam.
-Jak złapię tego skurwiela to mu nogi z dupy powyrywam!-
krzyknął.
-Uspokój się, taką ma pracę. Nic na to nie poradzimy.
-Mógłby być bardziej delikatny. Widzi, że walczy z
dziewczyną.
-Wow jaki obrońca uciśnionych. Poradzę sobie. Jeszcze tylko
jedna walka.- pocieszyłam go.
-Mam nadzieję, że wygrasz. Przygotowałem dla ciebie biurko w
moim gabinecie. I opróżniłem szafki. Kupiłem też taki kubek z napisem „
najlepsza asystentka”.
-Dzięki to ostatnie bardzo mnie pocieszyło. A teraz
przepraszam, ale muszę iść się uzdrowić.
-Rozumiem, czekam na ciebie. – zostawiłam go samego i
poszłam w kierunku przebierali, która jest mała jak kurnik. W środku po obu
stronach znajdują się szafki, a pod nim ławeczki. Zaraz przy wejściu stoją
butelki z wodą. Tego mi brakowało. Otworzyłam jedną i wylałam na dłoń. Ta
natychmiast rozbłysła błękitnym światłem. Uniosłam koszulkę do góry i
przyłożyłam rękę go brzucha. Przyjemne uczucie. To dziwne. Niektóre obrażenia
same zniknęły. Co się dzieję z moim organizmem? To nie pierwsza taka sytuacja.
To tak jakbym zyskała wraz z drugim poziomem zdolność do samo regeneracji. Ale
odjazd. Ciekawe czy to prawda. Zajrzałam pod ławkę. Jest. Znalazłam zardzewiały
gwóźdź. Przecięłam dłoń od wewnętrznej strony. Rana momentalnie zagoiła się na
moich oczach. Moment po tym zdarzeniu do szatni wszedł Carter.
-Możemy kontynuować?- zadał pytanie.
-Jasne. – powiedziałam. Teraz przynajmniej mam pewność, że
trudno będzie mu mnie zabić. Ponownie stanęliśmy na przeciwko siebie. Tym razem
siedemnastolatek od razu otoczył się zapasem wody i przyjął obronną pozycję.
-Czyżbyś czuł zagrożenie?- zakpiłam.
-Przezorny zawsze ubezpieczony.- skwitował. Spiker przemówił
-Zasady są następujące. Nie ma zasad. Gdy zegar odliczy
piętnaście minut bitwa zostaje przerwana i egzaminowana ma stać o własnych siłach
co najmniej dziesięć sekund. Zrozumiałe?- kiwnęliśmy głowami na znak zgody.
Publiczność zaczęła odliczać.
-Trzy, dwa, jeden!- tym razem nie czekał. Od razu wypuścił
salwę szpikulców. Zasłoniłam się lodową tarczą. Zamroziłam drogę i
prześlizgnęłam się w jego kierunku atakując go wodnymi biczami. Drasnęłam go w
klatkę piersiową. Kiedy to zrobiłam, on rozmroził lód pod moimi stopami.
Oczywiście, że zaryłam mordą w błoto. Zanim zdążyłam się pozbierać on zmroził
to bagno w którym leżałam. Nie mogłam się uwolnić. Złapał mnie za włosy i
pociągnął do góry. Wyglądałam jak lodowy posąg. Nie jestem zbytnio zadowolona z
mojej obecnej sytuacji. Nie mogę wykonać żadnego ruchu. Mogę jednie wodzić
wzrokiem za tym popaprańcem. Wiecie co teraz robi? Tworzy sobie sztylety z lodu
i wygładza je. Chyba ma zamiar zrobić ze mnie jeża. Nie mogę na to pozwolić.
Ale jak go powstrzymam. Zaczęłam wertować w myślach rozmowę z Kaspianem. Tak.
Przypomniałam sobie. Mimo to, że jest generałem, nie posiada władzy nad drugim
poziomem. Ale to irytujące. On jest kimś tak wysoko postawionym mając zaledwie
opanowany pierwszy etap, a jak jestem pomagierką Montrosa. Ten świat jest
bardzo niesprawiedliwy. Skończył ostrzyć noże. Uwaga szykuje się przemowa.
-Myślałem, że mnie jakoś zabawisz, a ty okazałaś się
kolejną, zwyczajną, nic nie umiejącą dziewczyną. Nie pozostawiasz mi wyboru.
Akurat zostało trzydzieści sekund na mój ostateczny ruch.- już miał rzucić jednym ze swoich sztyletów,
kiedy jego ręka powędrowała w kierunku serca.
-Jak to możliwe?!- zawołał.
-Teraz pora na mój ruch! Natychmiast mnie rozmroź!- zaczął
się śmiać.
-Znowu się pomyliłem co do ciebie Julio. Wyjście na kawę
dalej aktualne.- machnął ręką i lód zmienił się w wodę. Czas właśnie dobiegł
końca. Publiczność zaczęła odliczanie.
-Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem, sześć, pięć, cztery,
trzy, dwa, jeden!- rozległy się owacje i brawa. Usiadłam na ziemi. Mam dość
wrażeń jak na jeden dzień. Generał generałów biegnie w moją stronę. Jestem
trochę zmęczona. Strasznie mi zimno i jestem cała mokra. Ubranie przyległo do
mojego ciała. Nienawidzę tego uczucia. Kichnęłam. O nie znowu będę chora?
-Udało ci się. Wracajmy do domu. – podał mi rękę.
Skorzystałam z jego pomocy i wstałam. Mimo brudu, potu, wody i krwi, czułam się
szczęśliwa.
-Obiecałeś, że powiesz mi, kto jeszcze z nim wygrał.-
powiedziałam radośnie.
-Jak myślisz, czemu mnie nienawidzi? – zamyśliłam się. Obrócił się do mnie plecami. – bo to byłem ja.- zamarłam. To Kaspian jest
silniejszy od Cartera?!
***
Bardzo was przepraszam, ale dziś nie miałam możliwości spotkania się z Juki więc rysunki odbiorę jutro i wstawię na bloga. Dziękuje wam, że czytacie moje wypociny XD.
Oto obiecane rysunki:
- pierwsza należy do Nadii, a druga do Elizabeth
***
Bardzo was przepraszam, ale dziś nie miałam możliwości spotkania się z Juki więc rysunki odbiorę jutro i wstawię na bloga. Dziękuje wam, że czytacie moje wypociny XD.
Oto obiecane rysunki:
- pierwsza należy do Nadii, a druga do Elizabeth


4 komentarze:
Najlepsza asystentka <3 jakim cudem Nadia może być taka ślepa?! Nie dostrzega ze Kaspian ja kocha?! Dlaczego ona nie kocha jego?! Dlaczego?! Rozdział super, a Carterowi się należało xd dupek
Dziękuję ^.^ Ps. Kto wie...?
Bo tego nie potrzebuje ;D Super rozdzial!
Ten rozdzial jest meega. Nadia jest na prawde ślepa, niech Kaspian powie jej co czuje. To bedzie piekne.
~Basia M
Prześlij komentarz