Translate

sobota, 29 sierpnia 2015

Rozdział XXI



Cały dany nam czas poświęciliśmy na rozmowę.
-Kim on jest?- spytałam rozglądając się po zatłoczonych trybunach. Moją klęskę będzie oglądać całe stacjonujące w tym mieście wojsko? Serio?
-Generałem.- mruknął.
-Coś więcej?- zachęciłam go dalszego opisu życia mojego przeciwnika. Kaspian podszedł do mnie z workiem wypchanym ochraniaczami. Podczas zakładania ich, udzielił mi kilku informacji.
-Jest magiem wody tak jak ty, ale masz nad nim przewagę.
-Jaką?- spytałam ucieszona.
-Drugi poziom. Potocznie zwany magią krwi.
-Okey, mów dalej.
-W taki sposób możesz pokonać go w ostatniej części egzaminu.
-Ostatniej?- mój głos zawahał się.
-Są cztery: celność, sprawność, wytrzymałość i najgorsza według wielu walka.
-Czyli podsumowując mam wykazać się sprawnym okiem, kocimi ruchami. Przynajmniej dwóch pierwszych nie powinnam oblać.
-Nie ciesz się na zapas. Chybiony strzał podczas pierwszej części, albo ryska na twoim ciele lub ubraniu w części drugiej i gra skończona.- westchnął. Stanęłam na przeciw chłopaka zaciskając pięści. Popatrzyłam głęboko w jego oczy.
-Czy to prawa, że jeżeli przegram to twoim zastępcą będzie Niklaus?- spuścił wzrok.
-Tak.- powiedział.
- W takim razie dam z siebie wszystko. Ostatnio trochę ćwiczyłam i…
-Nie kochanie, u nas wytrzymałość nie oznacza podniesienia kilku ciężarów czy przesunięcia ciężarówki siłą własnych mięśni. To jest najprawdziwsza walka z użyciem broni. Według mnie to właśnie ona jest najgorsza.- załapał mnie za ramiona – Słuchaj uważnie. Kiedy zacznę się wspomniana walka, dostaniesz prawo wyboru broni. Weź dwa miecze. Te same, którymi walczyłaś z Aazamem. Obiecaj mi.
-Obiecuję. A co on wybiera?- przejechał językiem po zębach. Puścił moje ręce.
-Topór.-oznajmił.
-Naprawdę?! Szczerze mówiąc nigdy nie wiedziałam maga wody walczącego za pomocą toporu.
-Nie myśl teraz o tym. Lepiej rozglądnij się po ringu i zobacz w jaki sposób mogłabyś wykorzystać otoczenie na swoją korzyść.
-Stoję na ubitej glebie i nie wyczuwam żądnych wód gruntowych, pole ma wielkość boiska do piłki nożnej. Na około znajduję się trybuny zakryte zardzewiałą siatką dla bezpieczeństwa tłumu znajdującego się za nią. Przed drutem znajdują się kanały wypełnione wodą, jedynym źródłem naszego wspólnego żywiołu. Jeżeli bym je zniszczyła to odetnę sobie dostęp do elementu.
-Ale pozostaje ci magia krwi.- mrugnął.
-Użyłam jej tyko raz. I to całkiem przypadkiem.- poskarżyłam się. Zaśmiał się. Poklepał mnie po ramieniu.
-Trzymam kciuki i …- zachwiał się i upadł na jedno kolano.
-Kaspian!- krzyknęłam. Uspokoił mnie ruchem ręki. Wstał otrzepując spodnie.
-To tylko rozdwojenie jaźni. Druga osobowość czeka, żeby wydostać się na zewnątrz. W takich chwilach zapominam niektórych słów. Co ja miałem ci powiedzieć?- wzruszyłam ramionami. Podrapał się po głowie. Pstryknął w palce.
-Już wiem. Wystarczy, że po zakończeniu testu ustoisz na nogach dziesięć sekund.
-Czy komuś cie to już udało?
-Tak, tylko jednej osobie.- odwrócił się od mnie plecami.
-Komu?- spytałam.
-Powiem ci jak wygrasz. Na razie.- poszedł sobie. Chciałam za nim krzyknąć, ale światła nagle zgasły i wszystkie głosy umilkły. Mrok rozświetlił blask reflektorów skierowanych na „sędziego” stojący na skalnym podeście, którego wcześniej tam nie było.
-Panie i panowie, witam was serdecznie na Arnie Żywiołów. Dziś każdy z nas będzie świadkiem starcia tytanów. Walkę stoczą dobrze wam znany i uwielbiany siedemnastoletni generał Carter Sheridan- bardzo głośny aplauz i na scenie pojawia się triumfalnie wymachujący rękami Carter. Zlekceważył mnie nie zakładając żadnych ochraniaczy. Na sobie miał tylko czarne, dresowe spodnie. Nawet nie wiecie jak mnie to zeźliło. Światła padły na mnie. Rozległ się głos rozpoczynającego.
-Oraz wschodząca gwiazda, chluba generała Kaspiana Montrosa, Julia Hunter!- powinnam była pomachać widzom, ale złość zaślepiła mnie do tego poziomu, że zaczęłam zdzierać z siebie ochraniacze. Zignorowałam karcące spojrzenie „szefa” i odrzuciłam pancerz jak najdalej. Widownia aż gwizdała z zachwytu. To wszystko mnie nie obchodziło. Teraz liczyła się tylko wygrana.
-Haaaa…- zdziwił się- walczysz bez osłony?
-Skoro ty możesz to ja też.- skwitowałam i przyjęłam pozycję do walki.
-Już nie mogę się doczekać naszej wspólnej kawy. Życzę ci abyś przegrała. To nie jest miejsce dla takich jak ty, Julio.
-Gotowi na miejsca start! Pierwszy test celność!- przede mną pojawił się kamienny stoliczek, a na nim łuk i strzały. Natychmiast je chwyciłam. Usłyszałam dźwięk nowo powstającej platformy i odwróciłam się. Trzydzieści metrów ode mnie wyrosła ogromna tablica do rzutek. Dosłownie tak wyglądała.
-Masz dziesięć trafień. Nie możesz ani raz spudłować.- uśmiechnęłam się kpiąco i nałożyłam wszystkie strzały na cięciwę. Odetchnęłam głęboko. Napięłam łuk, aż zatrzeszczał.
-Nie ryzykuj zbytnio.
- Zamknij się! – powiedziałam i wypuściłam pociski. Widownia wstrzymała oddech, a Kaspian chyba zaczął się modlić. Całkiem nie potrzebie, bo jak wcześniej wspomniałam jestem strzelcem wyborowym. Dowód na to znajduje się tam. Oto wszystkie groty utkwiły na amen w samym środku tarczy. Tłum wiwatował, a mężczyzna za moimi plecami przeklął pod nosem.
-Świetnie, ciekawe jak poradzisz sobie z tym!- w moim kierunku z prędkością światła zbliżał się prawdziwy deszcz noży. Odrzuciłam łuk i pozwoliłam pochłonąć się niebezpiecznej ulewie. Moim uszom dobiegł głos spikera.
-Proszę państwa, tego nie dało się przeżyć.- wszyscy spuścili głowy. Oni mają żałobę a ja prawdopodobnie wyjdę z tego cało. Mam na sobie kurtkę Naito przekształconą w płaszcz. Sztylety opadły na ziemię. Ja stałam w samym centrum bez żadnego zadrapania triumfalnie uśmiechając się.
Jak?-wysyczał- Błagam cie na wszystkie świętości przegraj.
-Nie mam zamiaru.- powiedziałam. Machnął dłonią w akcie zakończenia dyskusji. Zdjęłam płaszcz, który ponownie zmienił się w kurtkę. Dzięki Naito. Uśmiechnęłam się.
-Ah.- coś drasnęło mój policzek i polała się krew. Szybko za niego chwyciłam. Otarłam ciecz. Po ranie ani śladu. Jak to?
-Już zdążyłaś się uleczyć? Ale i tak za późno. Wszyscy widzieli twoją ranę. Jeden-jeden. Grasz dalej?- jego łajdacki uśmiech działał na mnie jak płachta na byka, więc bez namysłu zawołałam
-Tak!
-Wybierz broń.- kolejny skalny stoliczek. Jego zawartość ucieszyła by każdego płatnego mordercę. Począwszy od noży, gołych ostrzy, łuków i strzał, mieczy, toporów skończywszy na włóczniach i lancach.
-Wow! Jaki wybór!- powiedziałam.
-Wybierz mądrze.- szepnął mi do ucha. Odskoczyłam na metr dalej. Gdyby wzrok mógł zabijać, to ten chłopak dawno byłby martwy. Spojrzałam na Kaspiana. Kiwnął głową. Uśmiechnęłam się do niego. Z ruchu jego warg dało się wyczytać „ Dawaj kotku”, dlatego pokazałam mu język i chwyciłam dwa miecze. Wyposażenie znikło. Nie ma już odwrotu.
-Zaczynajmy.- spojrzałam na chłopaka. Podpierał się na ogromnym, dwusiecznym toporze. Jedno uderzenie i mogę żegnać się z tym światem. Przełknęłam ślinę. Moje rozmyślania przerwał głos spikera.
-Zasady są następujące- wszystkie chwyty dozwolone. W tej rundzie zabronione jest jedynie tkanie żywiołów. Jasne?
-Tak.- przytaknęliśmy jednocześnie.
-W takim razie do startu gotowi- machnął ręką i pojedynek oficjalnie się rozpoczął. Tłum wstrzymał oddech. Żadne z nas nie poruszyło się nawet o milimetr. Staliśmy patrząc na siebie. Czekaliśmy na pierwszy ruch przeciwnika, który zdawał się nigdy nie nadejść.
-Zapuszczasz korzenie?!- krzyknął abym mogła go usłyszeć.
- Możliwe!- zawołałam- w moim kraju to mężczyzna czyni pierwszy krok!
-W takim razie…- znikł mi z oczu. Cholera używa przyspieszenia. Reguły tego nie zabraniają. Ciekawe z której strony zaatakuje. Z tyłu, przodu, może z prawej strony lub z lewej… szlak góra! W ostatniej chwili zdążyłam umknąć przed siekierą. Widownia zawyła z radości. Nieco przystrzygł mi włosy. Zacisnęłam pięści na mieczach i również przyspieszyłam tempa. Udało mi się drasnąć główną żyłę chłopaka znajdującą się pod kolanem. Złapał się za nie jedną ręką.
-Widać, że jesteś medykiem. Twoje ruchy są dokładne i przemyślane. Jeżeli będziemy dalej tak walczyć to masz szansę wygrać. – czy z nim jest wszystko w porządku? Nie. Znowu go nie widzę. Instynktownie uniosłam miecze nad głowę i skrzyżowałam je. W samą porę. Zatrzymałam topór. Uderzenie było tak potężne, że stoję w kraterze. Spojrzałam na ostrza. Jedno z nich zaraz pęknie. Kurde jak będę się bron… auuuu. Dostałam cios w brzuch i przeleciałam jak szmaciana lalka kilkanaście metrów uderzając z impetem w skalną tarczę. Na głowę posypały mi się strzały oraz pył. Przyłożyłam dłoń do ust. Zakaszlałam. Na mojej ręce pojawiła się krew. Nie dobrze. Energicznie wstałam, ale zachwiałam się i upadłam na kolano. W całym tym nieszczęściu miałam farta pod jednym względem- dostałam po żebrach drzewcem siekiery. Chwyciłam sztylety. Jeden z nich pękł. Bardzo źle. Przeniosłam wzrok na przeciwnika. Zbliża się do mnie powoli, z triumfalnym uśmiechem na ustach. Stanęłam ponownie na nogach. Tym razem nieco pewniej. Cofnęłam się kilka kroków dla bezpieczeństwa. Nadepnęłam na coś. To łuk! Mam plan. Jeden celny strzał i wygram! Złapałam się za brzuch. Zwymiotowałam krwią. Szlak. Uderzenie było za mocne. Obraz mi się rozmazuje. Nastolatek jest coraz bliżej. Musze się wziąć w garść. Nadia to tylko jeden strzał. Dasz radę. Odczekałam, aż zbliży się na odpowiednią odległość i nie będzie w stanie uniknąć ataku. Natychmiast podniosłam łuk i nałożyłam strzałę na cięciwę. Na jego twarzy zagościło zdziwienie, które zmieniło się w szacunek. Grot utkwił w jego ramieniu. Upadł na kolana. Rzuciłam się na niego i przewróciłam własnym ciałem. Złapałam go za włosy. Przyłożyłam mu miecz do gardła i szepnęłam do ucha
-Gra skończona.- widzowie bili brawo na stojąco, gwizdali i skandowali moje imię. Nawet zrobili falę. Byłam z siebie dumna. Cała, trudem zebrana siła na ten heroiczny wysiłek opuściła moje ciało. Poczułam się jak worek ziemniaków i zapewne runęłabym na ziemię rozwalając sobie przy tym głowę, ale w ostatniej chwili załapał mnie mój przeciwnik.
-Gratulację. Jesteś bardzo silna.- pochwalił mnie.
-Dzięki. Puść mnie, znowu mi nie dobrze. – postawił mnie na glebę, a ja kolejny raz rzygnęłam na oczach tych wszystkich ludzi.
-Ogłaszam dziesięciominutową przerwę na reklamy.- reklamy? Nie mam czasu się teraz tym przejmować. Muszę się jakoś ogarnąć.
-Julia!- Kaspian biegnie w moją stronę. Pewnie cholernie się martwił. Szybko otarłam krew z kącików ust, ale i tak widział, że nie jest ze mną za dobrze. Ścisnął mnie.
-Spokojnie, bo mnie udusisz.- zaśmiałam się.
-W jaki sposób mogę ci pomóc?- spytał troskliwie.
-Czuję się już lepiej. Naprawdę. – oznajmiłam.
-Jak złapię tego skurwiela to mu nogi z dupy powyrywam!- krzyknął.
-Uspokój się, taką ma pracę. Nic na to nie poradzimy.
-Mógłby być bardziej delikatny. Widzi, że walczy z dziewczyną.
-Wow jaki obrońca uciśnionych. Poradzę sobie. Jeszcze tylko jedna walka.- pocieszyłam go.
-Mam nadzieję, że wygrasz. Przygotowałem dla ciebie biurko w moim gabinecie. I opróżniłem szafki. Kupiłem też taki kubek z napisem „ najlepsza asystentka”.
-Dzięki to ostatnie bardzo mnie pocieszyło. A teraz przepraszam, ale muszę iść się uzdrowić.
-Rozumiem, czekam na ciebie. – zostawiłam go samego i poszłam w kierunku przebierali, która jest mała jak kurnik. W środku po obu stronach znajdują się szafki, a pod nim ławeczki. Zaraz przy wejściu stoją butelki z wodą. Tego mi brakowało. Otworzyłam jedną i wylałam na dłoń. Ta natychmiast rozbłysła błękitnym światłem. Uniosłam koszulkę do góry i przyłożyłam rękę go brzucha. Przyjemne uczucie. To dziwne. Niektóre obrażenia same zniknęły. Co się dzieję z moim organizmem? To nie pierwsza taka sytuacja. To tak jakbym zyskała wraz z drugim poziomem zdolność do samo regeneracji. Ale odjazd. Ciekawe czy to prawda. Zajrzałam pod ławkę. Jest. Znalazłam zardzewiały gwóźdź. Przecięłam dłoń od wewnętrznej strony. Rana momentalnie zagoiła się na moich oczach. Moment po tym zdarzeniu do szatni wszedł Carter.
-Możemy kontynuować?- zadał pytanie.
-Jasne. – powiedziałam. Teraz przynajmniej mam pewność, że trudno będzie mu mnie zabić. Ponownie stanęliśmy na przeciwko siebie. Tym razem siedemnastolatek od razu otoczył się zapasem wody i przyjął obronną pozycję.
-Czyżbyś czuł zagrożenie?- zakpiłam.
-Przezorny zawsze ubezpieczony.- skwitował. Spiker przemówił
-Zasady są następujące. Nie ma zasad. Gdy zegar odliczy piętnaście minut bitwa zostaje przerwana i egzaminowana ma stać o własnych siłach co najmniej dziesięć sekund. Zrozumiałe?- kiwnęliśmy głowami na znak zgody. Publiczność zaczęła odliczać.
-Trzy, dwa, jeden!- tym razem nie czekał. Od razu wypuścił salwę szpikulców. Zasłoniłam się lodową tarczą. Zamroziłam drogę i prześlizgnęłam się w jego kierunku atakując go wodnymi biczami. Drasnęłam go w klatkę piersiową. Kiedy to zrobiłam, on rozmroził lód pod moimi stopami. Oczywiście, że zaryłam mordą w błoto. Zanim zdążyłam się pozbierać on zmroził to bagno w którym leżałam. Nie mogłam się uwolnić. Złapał mnie za włosy i pociągnął do góry. Wyglądałam jak lodowy posąg. Nie jestem zbytnio zadowolona z mojej obecnej sytuacji. Nie mogę wykonać żadnego ruchu. Mogę jednie wodzić wzrokiem za tym popaprańcem. Wiecie co teraz robi? Tworzy sobie sztylety z lodu i wygładza je. Chyba ma zamiar zrobić ze mnie jeża. Nie mogę na to pozwolić. Ale jak go powstrzymam. Zaczęłam wertować w myślach rozmowę z Kaspianem. Tak. Przypomniałam sobie. Mimo to, że jest generałem, nie posiada władzy nad drugim poziomem. Ale to irytujące. On jest kimś tak wysoko postawionym mając zaledwie opanowany pierwszy etap, a jak jestem pomagierką Montrosa. Ten świat jest bardzo niesprawiedliwy. Skończył ostrzyć noże. Uwaga szykuje się przemowa.
-Myślałem, że mnie jakoś zabawisz, a ty okazałaś się kolejną, zwyczajną, nic nie umiejącą dziewczyną. Nie pozostawiasz mi wyboru. Akurat zostało trzydzieści sekund na mój ostateczny ruch.-  już miał rzucić jednym ze swoich sztyletów, kiedy jego ręka powędrowała w kierunku serca.
-Jak to możliwe?!- zawołał.
-Teraz pora na mój ruch! Natychmiast mnie rozmroź!- zaczął się śmiać.
-Znowu się pomyliłem co do ciebie Julio. Wyjście na kawę dalej aktualne.- machnął ręką i lód zmienił się w wodę. Czas właśnie dobiegł końca. Publiczność zaczęła odliczanie.
-Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem, sześć, pięć, cztery, trzy, dwa, jeden!- rozległy się owacje i brawa. Usiadłam na ziemi. Mam dość wrażeń jak na jeden dzień. Generał generałów biegnie w moją stronę. Jestem trochę zmęczona. Strasznie mi zimno i jestem cała mokra. Ubranie przyległo do mojego ciała. Nienawidzę tego uczucia. Kichnęłam. O nie znowu będę chora?
-Udało ci się. Wracajmy do domu. – podał mi rękę. Skorzystałam z jego pomocy i wstałam. Mimo brudu, potu, wody i krwi, czułam się szczęśliwa.
-Obiecałeś, że powiesz mi, kto jeszcze z nim wygrał.- powiedziałam radośnie.
-Jak myślisz, czemu mnie nienawidzi? – zamyśliłam się. Obrócił się do mnie plecami. – bo to byłem ja.- zamarłam. To Kaspian jest silniejszy od Cartera?!


***
Bardzo was przepraszam, ale dziś nie miałam możliwości spotkania się z Juki więc rysunki odbiorę jutro i wstawię na bloga. Dziękuje wam, że czytacie moje wypociny XD.
Oto obiecane rysunki:
- pierwsza należy do Nadii, a druga do Elizabeth


4 komentarze:

Unknown pisze...

Najlepsza asystentka <3 jakim cudem Nadia może być taka ślepa?! Nie dostrzega ze Kaspian ja kocha?! Dlaczego ona nie kocha jego?! Dlaczego?! Rozdział super, a Carterowi się należało xd dupek

Unknown pisze...

Dziękuję ^.^ Ps. Kto wie...?

Unknown pisze...

Bo tego nie potrzebuje ;D Super rozdzial!

Anonimowy pisze...

Ten rozdzial jest meega. Nadia jest na prawde ślepa, niech Kaspian powie jej co czuje. To bedzie piekne.
~Basia M