Translate

sobota, 26 września 2015

Rozdział XXV



Elizabeth zaprowadziła mnie do pięknej altanki położonej w naszym sadzie. Budowla prezentowała się wspaniale. Sufit w kształcie ostrosłupa wspierały cztery marmurowe kolumny. Każda z nich wysadzana innym kolorem: białym, niebieskim, zielonym i czerwonym. Mam wrażenie, że prezentują cztery żywioły jakimi się posługujemy. Od nich odchodziły belki, na których powieszono dzwoneczki. Podczas łagodnego podmuchu poruszały się, a dźwięk wydobywający się z nich nadawał temu miejscu więcej uroku.
-Jak tu pięknie!- zawołałam.
-To nie czas na podziwianie cudów architektury.- skarciła mnie.
-Masz rację.- nastolatka usiała na podłodze.
-Siadaj!- rozkazała. Natychmiast do niej dołączyłam. – Słuchaj uważnei! Nie mam zamiaru mówić tego samego dwa razy.- kiwnęłam głową. – Pieczętowanie polega na zamykaniu lub więzieniu dowolnej rzeczy, zjawiska, uczuć, myśli, a nawet części ciała. Po prostu wszystkiego. Istnieją trzy wiązania: myślowe czyli rozumu, duchowe- duszy, fizyczne- ciała lub przedmiotu. Ciebie w tym momencie interesuje wiązanie myślowe, ponieważ to je zerwał mój brat i nie jest w stanie sam odzyskać równowagi. W jeden dzień dam radę nauczyć cię tylko tego rodzaju pieczęci. Cała nadzieja w tobie. Tylko ty możesz go uratować.- uśmiechnęła się krzywo.
-A Feliks i Kaja?- spytałam żałośnie. Nie odpowiedziała mi. Chyba nigdy się nie dowiem.
-Mniejsza z tym. Koniec teorii. Czas na praktykę. Wstań.- wykonałam jej polecenie. – Niedaleko stąd jest potoczek. Miły i przyjemny. Pływają w nim bardzo spokojne ryby. Proszę cie o przyniesienie kilku w tym wiadrze. – rzuciłam we mnie blaszanym pojemnikiem.
-Dzięki.- powiedziałam. Wstałam.
-Kieruj się na północ!- zawołała. Przeszłam kilka kroków, kiedy ponownie usłyszałam jej głos. – Wiesz chyba powinnaś iść na wschód. A może to było jednak południe?- zamyśliła się.
-Poradzę sobie. – oznajmiłam. Przyłożyłam dłoń do ziemi. Myślami przebiłam się przez powłoki Ziemi i dotarłam do wód gruntowych. One zaprowadziły mnie do rzeczki. Woda w niej była krystalicznie czysta. W słońcu połyskiwała jak najdroższe kamienie. Nie mogłam się powstrzymać tak jak wtedy nad rzeką Nyks. Koniecznie musiałam poczuć prąd cieczy. Dowiedzieć się gdzie ma swój początek, a gdzie koniec. Bez zastanowienia uklękłam na trawie i zanurzyłam dłoń. Uwielbiam to uczucie trwające zaledwie kilka sekund. Zapoznanie maga wody z historią rzeki. W głowie pojawia się tysiące obrazów, myśli, wspomnień. Czuje się obecność wszystkich organizmów w niej żyjących. Cholera! Coś ugryzło mnie w rękę! Natychmiast wyjęłam ją z źródełka. Z mojego serdecznego palca zwisała najprawdziwsza pirania! Zaczęłam wymachiwać rękami we wszystkie strony usiłując ją zwalić. W końcu się udało. Los chciał, że idealnie wpadła do mojego wiaderka.
-Ok. Mam jedną. Jeszcze z około pięć.- uformowałam H2O w coś na kształt harpuna i zamroziłam go. Weszłam do strumyczka po kostki i czekałam. Z nudów zajęłam się wyrywaniem alg z dna. W pewnym momencie zrobiłam krok w tył i zraniłam stopę o skałę. Krew zwabiła ryby. Zjawiła się ich ogromna chmara. Niektóre nabijałam na harpun, inne w całości za pomocą magii wody, pakowałam do wiara. Zebrałam ich więcej niż planowałam. Może Eliza mnie pochwali? Szczęśliwa wróciłam do królowej.
-Trochę czasu cię nie było.- oznajmiła. – Masz te ryby?
-Yhy.- wymruczałam i podałam jej pojemnik.
-Wow! Dużo ich nazbierałaś!
-Po co nam one?- załam pytanie.
-Zrobiłam się głodna.- powiedziała. Szczeka mi opadła.
-I dlatego miałam iść taki kawał drogi?! Chyba sobie kpisz!- krzyknęłam.
-Bądź cicho i siadaj na miejscu.- westchnęłam głęboko. Nie mam czasu na kłótnie. Zajęłam wyznaczone miejsce. – Powiedz mi, proszę co czujesz i widzisz, kiedy po raz pierwszy zapoznajesz się z rzeką?
-To tak jakbym poznawała nowego człowieka. Przed moimi oczami roztacza się niesamowity widok.
-Co na przykład?
-Zdarzenia jakie miały miejsce…
-Bingo. I to na tym się dziś skupmy. – zagwizdała. Z lasu wybiegło dobrze znane mi zwierze. To samo, które na rozkaz przewodniczącej usiłowało mnie zabić. – To jest Ren. Ostatnio był świadkiem makabrycznego wydarzenia. Jego mama zginęła na jego oczach. Chciałabym, żebyś zapieczętowała w nim to wspomnienie. Poradzisz sobie?
-Spróbuję. – powiedziałam.
-Cieszę się. najpierw połóż dłoń na jego głowie, o tak.- położyła rękę na czole zwierzęcia.- Następnie musisz wyobrazić sobie krąg, w którym zamykasz wspomnienie. Kiedy to zrobisz nie możesz pozwolić sobie na niepewność. Aby zapieczętować lub zagłuszyć wydarzenie drugiej osoby lub zwierzęcia, musisz nałożyć na nie swoje znacznie silniejsze przeżycie. Oto cała magia. Spróbuj. – zachęciła mnie. Podeszłam do stworzenia. Pogłaskałam go po chrapach. Położyłam roztrzęsioną dłoń na jego czole. Skupiłam się na jego myślach. Nagle, jak gram z jasnego nieba, przed moimi oczami ukazało się jego całe życie. Niczym rozwijająca się klisza z aparatu. Odszukałam właściwy obrazek. Skupiłam się na nim. Przedstawiał on scenę polowania, kiedy to jego mama została osaczona i zabita przez kłusowników. Nałożyłam na nie swoje własne przeżycie. To w którym przeszywam mieczem na wskroś zabójcę mojej mamy. Krąg zabłysnął na złoto. Po chwili było po wszystkim. Otworzyłam oczy. Odetchnęłam głęboko.
-Udało cie się. Biegnij ratować mojego brata! – już jej nie słyszałam. Pędziłam na złamanie karku do zamku, do Kaspiana. Momentalnie przebiegłam obok piesków, fontann i labiryntu. Szybko wbiegłam plac. Z całych sił rozwarłam zamkowe wrota. Skierowałam się do windy. Wsiadłam do niej. Wcisnęłam guzik. Rozległ się znajomy dzwonek. Wyskoczyłam z niej i kilka kroków później stałam w pokoju nastolatka. Dopiero teraz poczułam zmęczenie. Sapałam jak stara lokomotywa. Stanęłam koło jego łóżka. Objęłam dużą, silną dłoń chłopka swoimi małymi. Zamknęłam oczy. Wróciłam do Drzewa Przeznaczenia. Udałam się tą samą ścieżką, którą przeprawialiśmy się kilka godzin temu. Uprzednio zerwałam kilka listków. Nie wiadomo czy kiedyś się nie przydadzą. Szłam dobre paręnaście minut zanim dotarłam do miejsca, w którym leżała dusza bruneta. Położyłam mu dłoń na czole. Szlak! Zapomniałam, że nie jestem w stanie go dotknąć! Spokojnie Nadia myśl. Już wiem! Rytuał oczyszczenia! Taki sam jak wykonał Feliks na drodze. Może on pozwoli mi choć na kilka sekund połączyć się z umysłem Montrosa. Trzęsącymi się rękami wyjęłam pęd. Zamknęłam go w rękach i wyobraziłam sobie, że zmienna się w pył. I tak się stało. Posypałam nim piętnastolatka. Ponownie dotknęłam jego głowę. Tym razem moją doń napotkała opór. Skupiłam się na jego wspomnieniach. Większość z nich przedstawiały makabryczne widoki walk, egzekucji czy łapanek. Tylko nieliczne były przyjemne. Należały do nich śniadania z naszą paczką, wspólne wypady i odpały. Nawet ten kiedy wspólnie graliśmy karty przy stole w pokoju gier, czy to jak Feliks obwinął się kocem i udawał gąsienicę...Muszę cofnąć się jeszcze dalej. Już prawie jestem. Tak dotarłam. Ostanie czynne wspomnienie przedstawia jakiegoś faceta i Elizabeth. Najwyraźniej gdzieś wyjeżdżają, ponieważ obydwoje moją na ramionach torby. Dalej nic nie ma. Kompletna pustaka. Czerń. Przepaść. Czekajcie. Coś tam jednak widzę. To zerwane połączenie. Tak jest ich więcej. Na razie widzę tylko dwa. Moje oczy muszą przyzwyczaić się do ciemności. Teraz widzę kolejne. Ono utrzymuje się. Podeszłam bliżej i dotknęłam go. Znowu byłam świadkiem historii z przed kilku lat. Nie była za długa. Znalazłam się w samochodzie, w którym siedziała Eliza i Kaspian. Ich znacznie młodsze wersje.
-Tatusiu kiedy, dojedziemy?- dziecięcy, chłopięcy głosik przerwał moje rozmyślania.
-Wytrzymaj Kaspianku, już zbliżamy się do granicy.- oznajmił kierowca. Był nim pogodny brunet o czerwonych oczach i wyraźnie zarysowanej szczęce. Nawet przystojny.
-Czemu jedziemy do tego Kraju…- jakieś zakłócenia. Nie dosłyszałam nazwy kraju, do którego zmierzali.
-Kochanie to bardzo skomplikowane.- nie mam pojęcia czemu królowa tak bardzo chciała, żeby Kaspian zapomniał. Przecież to najzwyczajniejsza rodzinna wyprawa. Nagle coś uderzyło w auto, które dachowało. Pasażerowie utknęli przypięci pasami głowami w dół. Dzieci zaczęły krzyczeć. Do pojazdu zbliżała się jakaś kobieta. Koniec. Tyle. Nie ma więcej. Nic innego się nie dowiem, ale nie pozwolę mu o tym zapomnieć. Zapamiętam wszystko i na spokojnie mu opowiem jego wybudzeniu. Zamknęłam myśl w kręgu i nałożyłam własne wspomnienie. Tym razem dotyczyło ono śmierci Ponurego na naszych oczach. Połączenie ponownie się zerwało. Po moim policzku spłynęło kilka łez. Nie wiem dlaczego. Szybko je otarłam i wróciłam do chłopaka. Zorientowałam się, że już go nie ma. Pewnie się już obudził i na mnie czeka. Uśmiechnęłam się. Poszłam w jego ślady. Otworzyłam oczy. W dalszym ciągu kurczowo ściskałam jego dłoń, tak mocno, że aż kostki mi zbielały. Nastolatek ani drgnął. Jak spał tak spał. Coś jest nie tak. Przyłożyłam mu palce do szyi. Zbadałam jego tętno. Jest słabe, prawie niewyczuwalne! Wstałam od łóżka i pobiegłam po pomoc.
-Kaja, Feliks!- darłam się wniebogłosy. Na szczęście byli w swoich sypialniach.
-Co się dzieje?- spytał przejęty filozof.
-Kaspian umiera!- zawołałam.
-Nie traćmy czasu!- zabójczyni szybkim krokiem wtargnęła do pokoju rannego. – Mów nam co mamy robić. – powiedziała. – Pamiętasz jak zespołowo uratowaliśmy Eneasza?- pokiwałam głową.
-To i jego uratujemy. – uśmiechnęłam się słabo. Otarłam oczy.
-Kaja oddychaj z niego, a ty Feliks posłużysz jako defibrylator. Pobudzisz serce do życia wstrząsami elektrycznymi.
-Tak jest!- oboje zabrali się do pracy.
-Uwaga ładuję.- bruneta przeszyła spora dawka prądu. Pochyliłam się nad jego klatką piersiową.
-Nic z tego.- powiedziałam. –Jeszcze raz!- krzyknęłam. Uderzył. Odczekaliśmy chwilę nic. Zabieg powtórzyliśmy kilkakrotnie. Każde podejście kończyło się niewypałem. Schowałam twarz w dłoniach. Żadne z nasz nie było w stanie wypowiedzieć ani jednego słowa. Załamaliśmy się. Straciliśmy upierdliwego przyjaciela. Nie to niemożliwe. Ciszę przerwała Kaja
-Nadia…- dotknęła mojego ramienia.
-Czego!!!- krzyknęłam przez łzy. Puściła mnie.
-Nie poddawaj się. masz jeszcze nas.- powiedziała spokojnie.
-Wypad!- zawołałam. Wtedy byłam wstanie rozwalić ją na miejscu. – On nie umarł rozumiesz?!- wydarłam się.
-Nadia…- tym razem podszedł do mnie Feliks. Stałam się głucha na ich wołania. Zaczęłam ponownie go reanimować. Zdrowy rozsądek długo nie powracał. Dzięki rozpaczliwemu szukaniu wyjścia z opresji, przypomniałam sobie mały, pozornie nic nieznaczący szczegół. Jakiś czas temu, nie pamiętam już kto, podarował mi liść z Drzewa. Pył jest dalej w moim pokoju. Schowałam go na czarną godzinę, która teraz nadeszła. Bez zastanowienia wybiegłam z pokoju i wpadłam do swojego. Przetrząsnęłam całą szafę. Mam! Znalazłam go. Jeśli ten proszek go nie uratuje, to ja się poddaję. Razem z fiolką wróciłam do przyjaciół. Zwaliłam pościel na podłogę.
-Co robisz?- spytał Płomień.
-Mam pyłek.- oznajmiłam.
-Tez z rozdroży?- w jego głosie pobrzmiewało zwątpienie.
-Tak.- oznajmiłam rozentuzjazmowana. Wsypałam zawartość buteleczki do ust bruneta. Nic się nie stało.
-Widzisz mówiłem ci, że to na nic.- nie mogłam go słuchać. Przymroziłam mu usta. Jeszcze nic straconego. Podałam chłopakowi trochę wody do popicia. Czekałam z zapartym tchem na rezultaty. Proszę, niech on się obudzi. Chcę usłyszeć z jego ust kochanie lub kotku. Jakoś to przeżyję, tylko niech otworzy te cholerne oczy! Nie. Znowu zero odpowiedzi. Chciałam go ponownie reanimować, ale przyjaciele mnie powstrzymali.
-Zostaw go! On nie żyje.- słowa Kai tak cholernie bolą. Znowu zalałam się łzami. Opadłam na podłogę i zwinęłam się kłębek.
-Zos.. zostawcie mnie. –wyjąkałam. – Proszę. – popatrzyli na siebie i opuścili pomieszczenie. Kaspian był pierwszą osobą, po której stracie szczerze płakałam. Pozbierałam się z paneli i podeszłam do niego. Chciałam po raz ostatni na niego spojrzeć. Wtedy to prawie nie umarłam na zawał. Nagle nabrał powierza. Otworzył oczy i podniósł się do pionu. Zaczął energicznie kaszleć. Wyglądało to śmiesznie. Wraz z powietrzem z jego płuc wykasłał większość pyłu. Nie byłam  w stanie wypowiedzieć ani jednego słowa. Poczułam nieopisaną ulgę. Właśnie dokonał cudu. Wrócił z Krainy Umarłych.
-Co masz taką minę jakbyś zobaczyła trupa kotku?- ledwo mówił, ale już musiał mi dopiec. Otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale natychmiast zalałam się łzami. Tego dnia nieźle oczyściłam sobie oczy. – Zgłupiałaś, czemu płaczesz?- spytał troskliwie. Do pokoju ponownie wparowali nasi przyjaciele.
-Nadia udało ci się! – zawołała Kaja.
-To nie możliwe przecież on nie żył!- zawołał ucieszony osiemnastolatek.
-Hej, hej, spokój! Jak to nie żyłem?- spytała unosząc brew. Roześmialiśmy się.
-Pamiętasz jak spacerowaliśmy jedną z dróg w świecie tkaczy?
-Nom. Czemu pytasz?- zdziwił się.               
-Wtedy natrafiłeś na pieczęć, która zablokowała część twoich wspomnień. Ja przez moment miałam kontakt z ich namiastką. Jeśli chcesz to ci później opowiem. Przez to wydarzenie zawiesiłeś się miedzy światami i nie wiedzieliśmy jak cię ratować, więc poszliśmy po pomoc do twojej siostry. Ta z kolei wpadła na pomysł żeby ponownie uśpić twoje myśli. Nauczyła mnie tego. Przeniosłam się ponownie na dróżkę i zamknęłam dopływ wspomnień. Twoja świadomość zniknęła. Wtedy pomyślałam, że już się wybudziłeś i na mnie czkasz, ale tak się nie stało. Twoje serce przestało pracować i przez bardzo długi okres czasu cie reanimowaliśmy. Kaja i Feliks stwierdzili, że po tobie, ale ja przypomniałam sobie o pyle z Drzewa Przeznaczenia. Wpakowałam ci go na chama do ust. Dalej nic się nie działo. Dopiero po kilku minutach nabrałeś powietrza i się ocknąłeś. – przytulił mnie.
-Dziękuję.- wyszeptał.

******
Hejka :* Tak więc oto kolejny rozdział XD widzę, że coraz to nowsze osoby komentują mojego bloga :) serdecznie dziękuję wam za wszystkie opinie na temat mojego opowiadania <3 a oto (trochę spóźniony xD)
obrazek przedstawiający garnitur Feliksa na bal. Piszcie co myślicie o tym rozdziale i jak się wam wydaje, o co chodzi z zapieczętowanymi wspomnieniami Kaspiana? Do następnej soboty :D Pozdrawiam Soraja :P

sobota, 19 września 2015

Rozdział XXIV



Po dziesięciu minutach wróciłam do stolika. Przed moim przyjściem rozmowa zbytnio się nie kleiła. Kaspian bębnił palcami w blat i obserwował przechodniów. Margaret siedziała tak jakby połknęła kij, a Carter przeprowadzał sekcję kremówki. Zajęłam swoje miejsce z uśmiechem na ustach. Mam pomysł jak pokrzyżować plany generałowi.
-Hej, Margaret!- dziewczyna podskoczyła – Jaki jest twój typ faceta?- mag ziemi zakrztusił się. Rudowłosa zastanowiła się.
-Myślę, że taki jak Kaspian. Miły, czuły i opiekuńczy. Nigdy by nikogo nie skrzywdził.- niesamowite jak bardzo była pewna swoich słów! Odruchowo wybuchłam śmiechem. Dziwnie się na mnie popatrzyła.
-Powiedziałam coś nie tak?- spytała zbita z tropu.
-Nie, oczywiście, że nie. – machnęłam ręką. – A co cię w nich irytuje?
-Przeginasz.- wysyczał brunet.
- Ciiii.- uspokoiłam go dłonią. Przynajmniej tak to wyglądało na pierwszy rzut oka. Tak naprawdę zamknęłam mu usta za pomocą magii krwi, która z resztą coraz lepiej mi idzie. Wsparłam się na łokciach.
-Mów dalej, Mag.
-Nie znoszę wojskowych. W ogóle nie rozumiem tej wojny. Jest jakaś taka dziwna i w ogóle. Zauważyłaś? Idzie taki facet ulicą i bez żadnego ostrzeżenia pakuję cię do kibitek i wywozi do obozu koncentracyjnego. Cywile nawet nie wiedzą o co poszło czterem krajom, ale cieszę się, że nasza wspaniała władczyni ich nieco stłumiła. W ogóle to wszystko jest okropne. Jak można żyć mając na sumieniu innych?
-Oj, masz rację. Takie typki są najgorsze. Może na twoje retoryczne pytanie odpowie Kaspian?- kopnął  mnie pod stołem. Uwolniłam jego usta.
-Oczywiście, ale zaraz po tym jak Carter opisze mi swój typ dziewczyny.- chłopak uśmiechnął się przebiegle. Najwyraźniej przygotował się na takie pytanie, ponieważ odpowiedział bez zająknięcia.
-Lubię takie dziewczyny jak Julia. Koniec tematu.- popatrzyłam na niego z wdzięcznością.
-Kaspian, powiedz mi gdzie pracujesz?- odpowiedział po dłuższej chwili. Trochę zajęło mu wymyślenie wiarygodnego kłamstwa.
-Pracuję w bibliotece.- wyplułam ciasto na obrus.
-Co?!- zawołałam.
-Przyniosę ci serwetkę.- Sheridan wstał od stołu. Najwyraźniej wyczuł zbliżającą się burzę i postanowił zwiać.
-Czemu się tak durnie dziwisz?!- spytał się.
-Bo okłamujesz „swoją dziewczynę”!- sformułowanie „ swoją dziewczynę” ujęłam w cudzysłów manualny.
-Kaspian, o czym ona mówi?- spytała się przyłamana. Nastolatek walnął pięścią w stoliczek. Wstał.
-Jestem wojskowym! Jak ci się to nie podoba, to możesz spadać!- wskazał palcem na drzwi. Zielonooka chwyciła torebkę i uciekła ze łzami w oczach. Chłopak opadł na krzesło
-Gdzie Carter?- spytał.
-Porzucił nas. Jesteśmy okropni.- zaśmiałam się. Mag nachylił się nade mną i powiedział:
 -Nie okropni. Warci siebie.- oparł się o stołek.
-Pamiętasz jak się poznaliśmy?- zadałam pytanie. Zamyślił się.
-Nie pamiętam. Nie wiem czy znaliśmy się przed moją utratą pamięci, czy może poznaliśmy się już po. Nie powiem ci, bo nie wiem.- odpowiedział zirytowany.
- A może chciałbyś sobie przypomnieć? – szturchnęłam go.
-Niby jak?- nieco się rozluźnił.
-Mam pewien plan, ale do jego wykonania jest nam potrzebna jeszcze jedna osoba. Wracajmy.- podczas drogi powrotnej zadzwoniłam do Feliksa. Bardzo kiepsko go słyszałam, ponieważ w tle ktoś puścił bardzo głośną muzykę. Udało mi się dowiedzieć, że jest już w domu i na nas czeka.
- Prawie dojechaliśmy! Co to za jazgot!- Kaspian zatrzymał się przed wielkimi schodami. Na nich siedział Płomień z zatyczkami w uszach. Pomachał nam. Podbiegłam do niego.
-Co się dzieję!?- starałam się przekrzyczeń piosenkę. Wyjął jeden ze stoperów.
-Kaja i Elizabeth zdurniały i od kilku godzin nie robią nic innego, tylko słuchają tego gościa.
-Zaraz je uciszę!- musiałam rzucić się na Montrosa, żeby go zatrzymać.
-Ja to zrobię!- pokonałam schody i wparowałam do pokoju gier. Na samym środku tańczyły moje przyjaciółki.
-Odbiło wam!?- krzyknęłam. Zero odzewu. Podbiegłam go głośników i wydarłam wtyczkę z gniazdka.
-Ej! Zostaw to!- poskarżyły się jednocześnie.
-Czemu słuchacie gościa, który brzmi jakby zaraz miał urodzić kamienie nerkowe? –popatrzyłam  na nie wymowie.
-To jest nowy idol wśród nastolatek. Nie słyszałaś o nim. Patrz jakie ciacho!- rozentuzjowana zabójczyni podała mi opakowanie po jego płycie. Na okładce widniała jego zamaskowana twarz. Niedbale obcięte, białe włosy opadały na oczy chłopaka. Prawe niebieskie, lewe zielone. W jednym uchu gościły srebrne kolczyki. Na szyli zawiesił sobie tej samej barwy krzyż, który idealnie odcinał się na tle czarnej koszuli. Nazywał sam siebie Masuku, co znaczy maska. Oddałem jej opakowanie.
-Nie lubię muzyki.- poinformowałam je. – Byłabym wam dozgonnie wdzięczna, jeżeli przez najbliższe dwie godziny nie włączałybyście odbiornika.- popatrzyły na mnie.
-Okej.- królowa wzruszyła ramionami. Wróciłam do chłopaków.
-Znajdźmy jakieś spokojne miejsce do medytacji. Czas najwyższy odwiedzić Drzewo. – uśmiechnęli się.
-Masz rację. To doskonały pomysł.- filozof pochwalił mnie. Przeszliśmy do sadu. Tam wybraliśmy wygodne miejsce do wewnętrznej podróży. Przewodnikiem będzie Feliks, ponieważ on jest wróżbitą i ma dostęp do przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. On jako pierwszy zapadł w sen.
-Teraz ty. – powiedział do generała.- kiwnął głową. Zamknął oczy i wziął głęboki oddech. Nagle upadł na ziemię. To znak, że udał się w podróż. Teraz ja. Zamknęłam oczy. Gdy ponownie je otworzyłam, stałam pod dobrze mi znanym dębem. Przyjaciele już tam byli. Kaspian za wszelką cenę chciał zarwać choć jeden liść, a Feliks sprawdzał wszystkie ścieżki. Było ich wiele! Każda z nich prowadziła do odrębnego wspomnienia. Wszystkie przedstawiały mnie i Kaspiana. Nasze przygody, wygłupy i  przekręty. Niesamowite, ile się tego nazbierało.
-Pójdziemy tędy.- wskazał na zarośniętą, ledwo widoczną ścieżkę.
-Czemu akurat ona?- piętnastolatek w końcu odpuścił sobie kradzież pyłu.
-Ponieważ wygląda podejrzanie. Zabierzmy ze sobą trochę proszku.- wskazał na koronę Drzewa Przeznaczenia.
-Pyłu.- poprawiłam go.
-Jak zawał, tak zwał. Pośpiesz się. Nie wiem ile czasu damy radę tu pozostać.-podeszłam do drzewa. Gałąź sama przybliżyła się do mnie. Zerwałam trzy listki. Schowałam je do kieszenie.
-Dziękuję.- wyszeptałam i dołączyłam do kumpli. Droga wcale nie była miła. Razem z Kaspianem odczuwaliśmy bardzo wyskoki dyskomfort. Mdłości i omdlenia to nie wszystko. Chcąc nie chcą wędrowaliśmy w głąb wspomnienia, które zostało głęboko pochowane w naszej podświadomości. Mijaliśmy znajomych i rodzinę. Ich wypowiedzi zwrócone w przeciwną stronę zdawały się nie odgadnięcia. Młodsi my wyglądaliśmy jak w krzywym zwierciadle. Po jakimś czasie Płomień kazał się nam zatrzymać.
-Dacie radę iść dalej?- spytał. Pokiwaliśmy głowami. Nie byliśmy w stanie wydusić z siebie ani jednego słowa.
-Nadia, przyszła pora na wykorzystanie liści. Teraz wejdziemy w bardzo uśpioną część pamięci. Przeprawa będzie jeszcze trudniejsza niż przedtem, więc proszę was o zjedzenie po jednym kłączu.- nie mieliśmy siły protestować. Podałam chłopakom ich porcje. Razem z generałem zaczęliśmy przeżuwać zieleninę. Feliks zamknął źdźbło w dłoniach. W taki sposób stworzył pył. Sypnął go na drogę. Razem z brunetem złapaliśmy się za głowy i poupadaliśmy na trakt zwijając się z bólu. Przed oczami stanęły mi różne sceny. Ratunek Kena w moim kraju, najazd wojsk, zabójstwo mojej matki, wcześniejsza śmierć ojca, moja ucieczka, wygnanie przez Cat oraz bal. Wszystko nie po kolei. Pomieszane i pogmatwane bez składu i ładu. Ból ustąpił. Mogłam swobodnie oddychać. Siedemnastolatek pozbierał nas z ziemi.
-Przepraszam, ale musiałem to zrobić.
-Nie ma za co, ale na przyszłość mógłbyś być bardziej delikatny.- wysapał zielonooki. Mag ognia podrapał się po głowie.
-To był zabieg oczyszczenia. Patrzcie co zdziałał. – wskazał ręką na brukowaną, piękną drogę. Aż chciało się po niej iść i podziwiać widoki dookoła. Sceneria zmieniała się z każdym krokiem. Po obu stronach ( na co z początku nie zwróciłam uwagi) znajdował się moje wspomnienia. Szczęśliwe dzieciństwo, do czasu śmierci taty. Potem zmiana nastawienia do życia mamy, bitwa pod Mizu. Chwilowe zawieszenie broni na „ pojednawczy bal”, na który został zaproszone również dzieci Nathaniela: Izabel i Edward. Przyspieszyłam kroku. Już zdążyłam zapomnieć jaki to był wspaniały bal! Wszyscy śmiali się i rozmawiali. Wszędzie piękne suknie i tańce. w tedy poczułam się naprawdę szczęśliwa. Coś innego niż ciągła bitwa i śmierć w około. Na ten krótki moment zapomniałam o chłopakach. To co zobaczyłam przeraziło mnie. Kaspian zwijał się z bólu na chodniku, a Feliks rozpaczliwie starał się mu pomóc. Zawróciłam do nich.
-Co się z nim dzieje!- zawołałam.
-Nie mam pojęcia. To wygląda na barierę odporną tylko na niego.
-Coś w stylu pieczęci.- domyśliłam się.
-Pieczętować można wszystko. Łączne z wspomnieniami.- popatrzył na mnie wymownie.
-Sugerujesz, że jakiś mag dawno temu zapieczętował jego wspomnienia? Ale to nie ludzkie!- oburzyłam się.
-Teraz nie mamy czasu o tym myśleć. Musimy się nim zająć.
-Masz rację. – starałam się go unieść – On przecieka mi przez palce.
-Cholera, nie dobrze. To bardzo źle może wpłynąć na jego duszę. Obawiam się, że został zawszony pomiędzy tym i naszym światem. Nie damy rady sami go uwolnić.
- Ale spróbujmy. Ja wrócę i postaram się go reanimować, a ty czuwaj przy nim w tym świecie. Będę cię informować w miarę możliwości.- wróciłam do świata żywych. Na murawie w konwulsjach zwijał się Montrose. Wyrwałam wodę z trawy i przyłożyłam mu ją do skroni. Gdy tylko dotknęłam jego głowy, jakaś niewyobrażalna siła odrzuciła mnie na kilka metrów i jak szmaciana lalka rąbnęłam w drzewo. Na czworaka wróciłam do chłopaka. Powtórzyłam proces. To samo. Co mam robić?! Wróciłam do filozofa.
-Nic nie działa. Jest chroniony przez barierę. Co zrobimy!- przeraziłam się.
- Musimy poprosić o pomoc królową. To nasza ostatnia szansa.- podsumował.
-Tak. Tylko ona nam została.- wybudziliśmy się z transu. Chwyciliśmy zielonookiego i przenieśliśmy go do pałacu.
-Elizabeth!- zawołałam – Choć tu natychmiast!- nastolatka pojawiła się w drzwiach.
-Mój brat! Co mu zrobiliście!?
-To nie my. Pomóż nam z nim. Wszystko ci wyjaśnimy.- opowiedziałam jej całą historię o tym, jak wspólnie chcieliśmy przypomnieć sobie naszą przeszłość. Gdy nastolatka usłyszała o naszych podejrzeniach rzekomej pieczęci, skamieniała.
-Z tego co mówicie, mogę wywnioskować jedną rzecz. Kaspian stał się częścią potężnego zaklęcia rzuconego na niego przed laty. Nie jestem w stanie wam pomóc.- uderzyłam pięściami w stół.
-Dlaczego?- zawołałam.
-Ponieważ, w przeciwieństwie do was, nie mogę swobodnie przemierzać Sfery Dusz.
-Czemu?- spytałam nieco spokojniej.
-Dlatego, że nie jestem tkaczem, zbieraczem, wróżbitą czy dawcą. Żadnym z was.- gorączkowo myślałam nad rozwiązaniem problemu.
-Wiem! Naucz mnie łamania pieczęci.- dziewczyna omal się nie udławiła.
-Ciebie! Ha! Wolne żarty. Nigdy nie będziesz w stanie załamać tej pieczęci.
-Skąd wiesz nawet nie spróbowałyśmy.
-Wiem bo znam tą osobę, która go tak urządziła.
-W takim razie zaprowadź mnie do niej!- wrzasnęłam.
-Nie, ponieważ ta osoba  już nie istnieje!- odpowiedziała.
-Umarła!?- starałam się uzyskać choć odrobinę informacji.
-Nie…- zasmuciła się- po prostu przestała istnieć.- popatrzyła na mnie.Zastanowiła się chwilę. Odetchnęła głęboko.- Zmieniłam zdanie. Pomogę ci. 
*** 
Tak więc dziękuję wam za podnoszące na duchu komentarze ( mam nadzieję, że będzie ich jeszcze więcej <3). Przepraszam was za Juki, ale jak pewnie zauważyliście ma dużo na głowie i nie wyrabia się z rysunkami. Co myślcie o tym, żeby założyła sobie aska? Piszcie w komentarzach lub na moim asku. 
Do napisania Soraja :*

sobota, 12 września 2015

Rozdział XXIII




Tak więc dziś jest środa. Za trzy dni ma odbyć się tak długo przez nas wszystkich wyczekiwany bal, a ja siedzę sobie w kawiarence popijając miętową herbatkę z Carterem. Teraz zapytacie „Czemu”? Obiecałam mu to spotkanie podczas egzaminu i początkowo nie miałam najmierniejszej ochoty się z nim spotykać. Zrobiłam to tylko i wyłącznie po złości Kaspianowi.
-Przepraszam cię, że tak bardzo nie chciałem dopuścić do tego, żebyś pracowała w wojsku.- powiedział mieszając kawę.
-Nie ma za co. A tak na marginesie, czemu chciałeś mnie przed tym ochronić?- spytałam. Zacisnął wargi.

-Wiesz, polubiłem cię od pierwszego wejrzenia. Nie chciałem, żebyś umarła w tak banalny sposób jak moja siostra.- wyjąkał. – wczoraj straciłem też ojca, więc jakoś specjalnie nie tryskam entuzjazmem. – westchnął. Położyłam dłoń na jego dłoni. Poczułam do niego trochę sympatii.
-Co się stało z twoim ojcem i siostrą, jeżeli oczywiście mogę zapytać.- dodałam szybko. Uśmiechnął się lekko.
-Jasne, że możesz. Tata został zabity przez jakiegoś gościa, który zakradł się do naszej restauracji. Na szczęście zdążył przepisać na mnie swój największy skarb – tą melinę o której wspomniałem.
-Tak mi przykro, z powodu jego śmierci.- skrzywił się.
-Komu przykro, temu przykro.- skomentował.
-Opowiesz mi coś o swojej siostrze?- zadałam pytanie.
-Jasne. Miała na imię Jean. Była ode mnie starsza o dwa lata. Kochała swoją pracę, ponieważ wiązała się ona z niebywałym niebezpieczeństwem i ciągłym ryzykiem.
-Czym się zajmowała?
-Stała się  szpiegiem. Znała wiele tajemnic państwowych. Wojsko polegało na niej jak na nikim innym. Ludzie mieli ją za wzór i podziwiali za odwagę. Pewnego dnia, gdy pełniła służbę w Kraju Ognia, zwanego też Republiką Ognia, powinęła jej się noga. Jej zadanie wymagało dużego doświadczenia. Miała bowiem szpiegować samego prezydenta. Długo była jego powierniczką i najlepszą przyjaciółką, ale jak wspomniałem popełniła błąd. Czuła się zbyt pewnie i powierzyła dostarczenie wiadomości „ gołębiowi”, czyli specjalnemu kurierowi. Ten nie zdołał dotrzeć do granicy. Został załapany i zabity. Wcześniej zdążył wydać moją siostrę, tym samym ciągnąc ją za sobą. Kilka dni później odbyła się jej sprawa w sądzie. Do wszystkiego przyznała się z uśmiechem na twarzy i została skazana na śmierć przez rozerwanie. Nie będę ci opisywać jak to wygląda, ponieważ odruchowo mogłabyś zwymiotować na stół, a tego bym raczej nie chciał.- zakończył swoją opowieść i oparł się plecami o krzesło głośno wzdychając.
-Tak mi przykro.- powiedziałam.
-Powtarzasz się.- zaśmiał się. Zerknęłam przez szybę. Nie stanowiło to większego problemu, bo jedna ze ścian, tak samo jak w biurze, wykonana zastała ze szkła. Właśnie zaczął padać deszcz. Woda ściekała z chodników do ścieków. Przechodnie rozkładali parasole, aby się pod nimi schronić. Inni naciągali kaptury, jeszcze inni unosili teczki nad głowami. Ale jeden  facet wytrwale czekał pod naszą kawiarenką. Stał w miejscu. Nie poruszył się o krok, nawet wtedy, kiedy krople przemoczyły go do suchej nitki. Wyglądał jakby czekał na kogoś dla niego ważnego. W prawej ręce trzymał czerwoną różę.
-Opowiesz mi coś o sobie?- z zadumy wyrwał mnie głos Cartera.
-Co mówiłeś?- spytałam na wpół przytomna.
-Pytałem się, czy opowiesz mi coś o sobie?- ups. Padło pytanie, którego od samego początku się obawiałam. Muszę dokładnie ważyć każde moje słowo.
-Urodziłam się w małej miejscowości zaraz obok Mizu, ale nie miałam okazji zwiedzić tego miasta. Moi rodzice byli zwykłymi mieszkańcami o dobrych sercach. Podobnie jak ty, straciłam starszą siostrę. – nienawidzę kłamać.
-Mamy ze sobą tyle wspólnego! –zawołał szczęśliwy. Szkoda, że każde moje słowo to kłamstwo.
 -Tak.- to słowo ledwo przeszło mi przez gardło.  Jak ja bardzo nie chcę go okłamywać!
-Czemu jesteś smutna? – spytał troskliwie. Nie wytrzymam. Dłużej mam dość udawania jak na jeden dzień. Zerknęłam na zegarek. Nagle wstałam od stołu udając, że się spieszę.
-Przepraszam cię bardzo, ale przypomniałam sobie, że Kaspian prosił mnie o przeglądniecie spisu ludności.
-Tak rozumiem. Praca wzywa. Mogę cie odprowadzić? –spytał. Zrobiło mi się go żal. W gruncie rzeczy to fajny z niego chłopak, ale nie dam rady dalej udawać.
-Przepraszam, ale jeszcze muszę skoczyć do domu po parę dokumentów.- złapałam swoje rzeczy i wybiegłam z kawiarenki. Przed wejściem wpadłam na chłopka z różą.
-Przepraszam bardzo! Nic ci nie jest?- spytałam się. Podałam mu dłoń. Kiedy zobaczyłam jego twarz puściłam jego rękę i ponownie upadł na chodnik.
-Kaspian?! – zawołałam.
-Nadia? Wcale nie wiedziałem, że będziesz w TEJ kawiarni o TEJ godzinie. – powiedział z łajdackim uśmieszkiem na twarzy.- Czemu mnie unikasz?- cmoknął.
-Prawie mnie udusiłeś. Pamiętasz?- moje pytanie ociekało sarkazmem.
-Po to tu jestem. Chciałbym cię serdecznie przeprosić. Obiecuję, że to się już nie powtórzy. – klęknął. Wyciągnął kwiat w moją stronę. Chciałam go wyminąć, ale załapał mnie za rękę.
-Nie uciekniesz mi!- krzyknął.
-Zostaw mnie!- zawołałam.
-Nie!- odpowiedział.- proszę zostań!
-Nie! Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego!- poskarżyłam się. Jeżeli dalej będziemy ciągnąć tą rozmowę, to się popłaczę. Mówię wam.
-Dam ci spokój, jak ty, ja, Carter i moja dziewczyna wybierzemy się jutro na podwójną randkę. Umowa stoi?- spytał.
- I nie będziesz nazywać mnie kochaniem, kotkiem i czymś tam jeszcze?- nie mogę w to uwierzyć. Nareszcie się ode mnie odczepi.
-Tak.- potwierdził.
-Czekaj, ale ty nie masz dziewczyny. – powiedziałam.
-To nic trudnego.- zaczepił jakąś rudowłosą nastolatkę ubraną w karmelowy płaszczyk.
-Hej, jestem Kaspian Montrose. Chciałbym się z tobą umówić. Proszę, róża dla ciebie.- zaraz rzygnę. Jeśli ta dziewczyna się na to zgodzi, to zjem puszkę psiej karmy.  
-Jasne, czemu nie. A kiedy? – spytała z szerokim uśmiechem. 
-Jutro, w tej kawiarence o trzeciej. Jak ci na imię śliczna?
-Margaret. – odpowiedziała zachwycona.
-To będzie podwójna randka. Widzisz tą nastolatkę?- chamsko wskazał na mnie palcem – będzie nam towarzyszyć razem ze swoim chłopakiem. – podała mi rękę.
-Margaret.
-Julia.- obróciła się w stronę bruneta.-  To do jutra, Kaspianie.- pomachała mu na odchodne.
-Widzisz, laski na mnie lecą. –zaśmiał się.
-Boże, jak ja cię nienawidzę. – oznajmiłam mu.
-Ktoś jest tu zazdrosny, kotku. – przymroziłam go do chodnika i z gracją wróciłam do biura udając, że nie słyszę jego wołania. W taki to sposób zakończył się felerny wtorek, po którym już nic nie było takie same. Obudziłam się rano z potwornym bólem głowy. Zerknęłam na wyświetlacz telefonu. Na ekranie widniały dwa nie odebrane połączenia od Cartera. Natychmiast oddzwoniłam. Odebrał po trzech sygnałach.
-Halo?- słychać, że jest zaspany.
-Cześć, tu Julia. Czemu dzwoniłeś?- spytałam.
-Chciałem się upewnić, czy wszystko jest aktualne.
-Oczywiście. Ty idziesz ze mną na tą „podwójną randkę” ja w zamian wybieram się z tobą na kolację służbową w poniedziałek.
-W takim razie do trzeciej.
-Do trzeciej.- nacisnęłam czerwoną słuchawkę. Katem oka spojrzałam na godzinę. W pół do siódmej! Nie wyrobię się. Dawno się tak nie spieszyłam. Jadłam kanapkę pod prysznicem, myłam zęby jednocześnie czesząc włosy, a mundur zapinałam w windzie. Dziś nie mam zamiaru jechać z Kaspianem, więc może Feliks mnie podrzuci.
-Feliks! – zawołałam. – Podrzucisz mnie na rynek?
-Pokłóciłaś się z Kaspianem?- spytał. Pokiwałam głową. Zaśmiał się. –To dlatego, że wczoraj usiłował mnie zabić. Wsiadaj. Nie mam wyjścia. Podczas jazdy wszystko mi opowiesz.- właśnie za to go uwielbiam. Zawsze mi pomoże i zrozumie. Powiedziałam mu wszystko. O tam jak brunet mnie uderzył, o spotkaniu z Carterem i podwójnej randce. On cały czas słuchał mnie uważnie.
-Czy ty na pewno chcesz oddalić się od Montrosa?
-Tak.- powiedziałam.
-Nie brzmisz zbyt wiarygodnie.- oznajmił.
-Sama już nie wiem.  Niekiedy wydaje mi się, że doskonale go znam, innego jest dla mnie obcą osobą usiłującą zrobić mi krzywdę.
-Hmmm… Twoje wątpliwości mogą wynikać z waszego pierwszego spotkania. Co czułaś, gdy pierwszy raz go zobaczyłaś.- zastanowiłam się chwilę.
-To może wydawać się trochę dziwne, ale nie pamiętam naszego pierwszego spotkania. Nic a nic. Po prostu pojawił się w moim życiu nie wiadomo kiedy.
-Spróbuj sobie przypomnieć, a tym czasem cię żegnam. –och faktycznie już dojechaliśmy.
-Dzięki.
-Nie ma ca co.- ześlizgnęłam się  z motoru i weszłam do budynku. Przeszłam korytarzem i stanęłam przed drzwiami biura. Bałam się ich otworzyć. Co ja mu powiem? W końcu zebrałam się w sobie i nacisnęłam klamkę. Zamek ustąpił. Powoli przekroczyłam próg. W pokoju nikogo nie było. Jaka ulga jeszcze nie przyjechał. Zajęłam miejsce przy biurku i zaczęłam przeglądać zostawione przez niego papiery. Bardzo szybko mnie to znudziło i po cichutku podkradłam się do jego blatu. Leżał na nim szkic garnituru. Opisał na nim całą broń i kolorystkę ubrań, więc łatwiej będzie mi je opisać. Manekin miał na sobie granatową marynarkę. W jej dolej części umieścił dwa pistolety. Jeden po lewej stronie, drugi po prawej. Domowej roboty naboje Elizabeth znajdują się w podeszwach butów oraz klamrze paska. W kieszeni narzuty znajdzie się zapalniczka. Tak na wszelki wypadek. Zza garnituru wyziera czerwona kamizelka w bordowe paski zapinana na guziki. Pod nią ma schowany krawat, który wedle projektu zmienia się w miecz. Wróćmy jeszcze do butów. Odchodzi od nich jeszcze jedna strzałeczka. Jest tam napisane, że sznurówki zastąpiono metalową żyłką przewodzącą prąd. Słyszę czyjeś kroki. Odłożyłam projekt i wskoczyłam na swoje krzesło. Generał wszedł do biura nic nie mówiąc. Przesiedzieliśmy osiem godzin w zupełnej ciszy. Nawet sobie nie wyobrażacie jakie to męczące. Równo o drugiej wyszliśmy z ratuszu. Przeszłam się po mieście. Na umówioną godzinę stawiłam się w kawiarence. Jak na razie jestem sama. Rozglądnęłam się po pomieszczeniu. Po prawej stronie stoi lada, na niej kasa i świnka skarbonka na napiwki. Ladę połączono z oszklonymi półeczkami z ciasteczkami, drożdżówkami, babeczki i ciastami. Wszystko wyglądała smakowicie. Po drugiej stronie blatu sytuacja się powtarza tylko, że tym razem za szkłem znajdują się pojemniczki z lodami. Nieopodal stoi automat do bitej śmietany i waty cukrowej we wszystkich znanych ludzkości kolorach. Potem w oczy rzucają się kolejno- automat do rozlewania napojów, ekspres, oraz gorąca czekolada. W miejscu gdzie kończy się ściana postawiono stojak z reklamówkami i torebeczkami, do których można nabrać sobie żelków z pojemniczków rozciągających się wzdłuż neonowo zielonej ściany. Za kasjerką ( co dopiero teraz zauważyłam) stały słodkie słoiczki z cukierkami i ciastkami owsianymi. Kokardki na nich były niebieskie więc idealnie było je widać na tle różowej farby. Zaraz obok zbudowano wnękę, gdzie powieszono czarną tablice i kolorową kredą wypisano ceny wszystkich smakołyków w ofercie. Stoliczki i krzesełka były białe. Na każdym stała lub leżała karta menu. Zabrałam się za jej przeglądnie, kiedy do kawiarenki weszła Margaret. Ubrała podarte, jasne jeansy do których włożyła śnieżnobiałą bluzkę na ramiączkach z kołnierzykiem. Wokół pasa obwinęła sobie koszule w czarno- czerwoną kratkę. Na głowie miała hebanowe okulary. Rude włosy wyglądały jakby dopiero co wyszła od fryzjera. Prosta grzywka spadająca na czoło wcale nie zasłaniała jej zielonych oczu.  Natychmiast mnie ujrzała i przysiadła się do mojego stolika. Czemu już jej nie lubię? Zdążyła powiedzieć tylko „cześć” , ponieważ dołączył do nas Carter i to z nim rozmawiałam do czasu pojawienia się Kaspiana. Jak zawsze musiał się spóźnić. Wtargnął do kawiarenki wraz z ogromnym bukietem kwiatów. Zajął miejsce naprzeciwko mojego i zaraz obok dziewczyny, którą na dzień dobry pocałował w policzek, objął ramieniem oraz wręczył podarunek.
-Och, jakie piękne!- zawołała uradowana.  Ze złości złamałam widelec, którym jadłam zamówione wcześniej przez Cartera ciasto.
-Piękne kwiaty dla piękniej kobiety.- powiedział. Coś mnie skręciło w środku.
-Przepraszam muszę upudrować nosek. – wstałam od stołu i poszłam do łazienki. Zamknęłam się kabinie. Opuściłam deskę klozetową i usiadłam na niej. Nie wytrzymam tego. Spotkanie dopiero co się zaczęło, a ja mam ochotę wydrapać Kaspianowi oczy. Muszę się wziąć w garść i stać się graczem, a nie pionkiem w jego chorej grze. Czas zmienić zasady. 

***
Nie mam pojęcia kiedy Juki narysuje kolejny rysunek.XD Mam do was prośbę. Tyle osób czyta bloga, a tak mało komentuje. Proszę róbcie to, ponieważ wasze komentarze stanowią największa motywację <3
***
Obiecany rysunek XD Cały Carter