Translate

sobota, 31 października 2015

Rozdział XXX



Nadia
Wybiegłyśmy z sali. Blondynka mocno ściskała moją dłoń.
-Słuchaj uważnie. Nie wiem jakim kosztem, ale musimy wytrzymać do północy. – oznajmiła ponuro.
-Dobrze.- powiedziałam. Wychyliłam się przez barierkę i zerknęłam w dół. Walka rozpoczęła się na dobre. Kaspian podrzucił swój płaszcz do góry i wydarł z niego obusieczny miecz. Posługiwał się nim swobodnie, jakby się z nim urodził. W kłębiącym się tłumie spostrzegłam Feliksa. Nastolatka otoczył tłum ludzi i zbroi. On stał pośrodku nich z głupkowatym uśmiechem na ustach. W ręce trzymał zapalniczkę. Nerwowo próbował wykrzesać z niej iskry. W końcu sobie odpuścił i wyrzucił ją za siebie. W jego dłoniach, jak na zawołanie, pojawiły się płonienie. Strażnicy zgłupieli, co chłopak natychmiast wykorzystał i zaszarżował na nich. W innej części pokoju, Kaja otoczona przeróżnymi stworzeniami zaprojektowanymi przez jej wyobraźnię, wymachiwała wachlarzami. To może wydawać się głupie, ale w jej rękach stanowią śmiertelną broń.
-Musimy znaleźć osobę, która kontroluje to badziewie.- skrzywiła się.
-Masz jakiś plan?- spytałam naiwnie.
-Będziemy dźgać te zbroje tak długo, dopóki któraś z nich nie zawyje z bólu.- warknęła.
-Ale to nic nie da. Ten mag może być kilka kilometrów stąd. – zmartwiłam się.
-Nie. Na pewno jest tutaj. Marionetek jest za dużo na mobilne sterowanie. Lalkarz jest ukryty pomiędzy nimi.- wydobyła z sukni składaną włócznię, która urosła do właściwych rozmiarów w jej ręce. Westchnęła głęboko. – Pora ruszyć do walki.- uśmiechnęła się i zeskoczyła z balkonu. Z gracją wylądowała na ziemi. Odpięła dół sukienki i rozłożyła go za sobą. Oczom przeciwników ukazał się nie mały rynsztunek bojowy. Przeanalizowałam nasze siły. Mamy spore szanse. Na początek trzeba przeliczyć żołnierzy. Około setki. Najwięcej mężczyzn atakuje maga ziemi. Uśmiechnęłam się pod nosem. Rozdarłam worki z wodą umieszczone w mimo ubraniu. Kilka litrów cieczy zatańczyło wokół mnie. Byłam gotowa do walki. Stanęłam na poręczy i wybiłam się. Przeleciałam nad walczącymi i stanęłam na równych nogach tuż u boku generała. Odpięłam więżącą mnie krynolinę i podałam ją Kaspianowi. Chłopak chętnie ją przyjął. Podarowany stelaż przemienił w drugi, podobnej wielkości miecz. Przywarliśmy do siebie placami.
-Wiesz, że nie dam rady chronić i ciebie?- pyta.
-Poradzę sobie.- mówiąc to wyciągam z koka dwie wsuwki. Naciskam przycisk i szpilki zamieniają się w dwa ostrza. Włosy luźno opadły mi na ramiona. Kiwnął głową. Rozpoczęliśmy wspólne odpieranie  ataków. Raz za razem pojawiały się kamienne ściany, to lodowe umocnienia. Zaraz powietrze przecinał szczęk stykającej się broni. Montrose puścił w ruch swój kastet. Za jednym pociągnięciem znokautował kilku naraz. Ja, otoczyłam się płynnym welonem i nieustanie wypuszczałam serię lodowych pocisków. Po jakimś czasie schowałam wodę i przerzuciłam się ponownie na szpady. Nagle poczułam silniejsze uderzenie, a raczej ukłucie. Prąd. Iskry przeszyły mnie od głowy po stopy. Aż rozbolała mnie szczęka.
-Giń!- nieznany mag ognia ponownie ruszył w moją stronę. Z całej siły uderzył w miejsce, w którym przed momentem stałam. Udało mi się zmusić moje mięśnie do pracy. Szybko rozwiązałam gorset. Zatruta żyłka to w tych czasach bardzo przydatna broń. 
Kaja
Nareszcie do walki przyłączył się dziewczyny. Powicie mi dlaczego ja zawsze muszę wpakować się w największe gówno? Czemu te zbroje obrały sobie mnie za cel? Nie działają na nie żadne ataki. Ani bomby, ani pociski. Nic. Nawet magia powietrza na pierwszym poziomie nie może ich uszkodzić. Jedne co mogę zrobić, to wpakować całą siłę w wymyślanie metalożernych potworów. Problem sprawia kontrolowanie dziesięciu na raz. Nie możliwa staje się samoobrona. Dostałam tyle razy, że już nie daję rady stać. Z kilku ran cieknie mi krew. Nie mogę jej zatamować. Nie pomagają nawet opaski uciskowe. Dawno przeszłam na tryb swobodny. Niestety cały czas muszę trzymać przy sobie spód sukienki. Dodatkowy balast. Naciera kolejna tura puszek. Uruchomiłam metalowe szpony i cięłam nimi napastników. Natychmiast się zregenerowali. Jeden z nich uderzył mnie z całej siły w brzuch. Upadłam na kolana. Zdarzyłam zasłonić się jednym ze stworów. Cios był tak potężny, że smok w mgnieniu oka rozsypał się w pył. Podnosiłam się z ziemi i splunęłam. Sięgnęłam do cholewki butów po naboje. Napełniłam nimi wachlarze i ponownie zaczęłam strzelać we wrogów. Ku mojemu zdziwieniu, zamach poskutkował. Nie wiem jaka substancja znajduje się w nabojach, ale właśnie uratowała mnie przed kolejnym uderzeniem. Poczułam się nieco lepiej. Ból w klatce piersiowej ustąpił, a z ran nie wypływała już krew. Spojrzałam na Nadię. Uśmiechnęła się znacząco. Nawet teraz myśli o tym , jak może nam pomóc. Wyszeptałam „dziękuję” i stworzyłam watahę wilków na moje rozkazy. Połowa z nich, czyli piątka, skończył pomóc Feliksowi, a reszta została u mojego boku. Wpadałam na genialny pomysł. Wydobyłam pociski i rozdeptałam je na podłodze, po czym przywołam zwierzęta. Każde z nich zamoczyło pazury w cieczy i ruszyło, tym razem, do skutecznego natarcia. Sama wzięłam z nich przykład. Również wysmarowałam swoje szpony zawartością amunicji. Prawdopodobnie zła passa już minęła.
Feliks
Mężczyźni ruszyli w moją stronę. Zatrzymałem ich ruchem ręki. Stanęli osłupieni.
-Panowie dajcie mi chwilkę. – z kieszonki marynarki wyjąłem zapalnik. Cholera! Piekielna zapalniczka nie chce działać! Akurat w takim momencie. Żołnierze zacieśniają wokół mnie coraz to węższe koło. Z nerwów uśmiecham się jak kretyn. Nie poradzę sobie bez źródła ognia. Słońce już dawno zaszło. Kiedyś, nie wiem jakim cudem, udało mi się przywołać płomień bazując na świetle słonecznym odbijanym przez księżyc. Po raz ostatni usiłowałem zapalić zapalniczkę. Tak jak myślałem. Nie udało się. Wyrzuciłem ją za plecy. Zamknąłem oczy. Skupiłem się na sile słońca, potem pomyślałem o księżycu. Poczułem znajome ciepło rozgrzewające moje żyły. W dłoniach dzierżyłem dwie ogniste kule. Odetchnąłem z ulgą. Zaczęłam się walka. Jakiś mag ziemi usiłował złapać mnie w ziemne kajdany, ale ja byłem szybszy i poraziłem go prądem. Upadł na podłogę zwijając się w delirce. Nacierali na mnie kolejno ziemia, powietrze, ogień oraz woda i tak po kolej. Każdego z nich miażdżyłem. Jednego przerzuciłem przez ramię, innego załapałem za ręce, przyłożyłem nogę go jego klatki piersiowej i przeważyłem w tył. Usłyszałem za sobą jak uderza głową w filar. Poczułem ciepłą ciecz na moim przedramieniu. Super, dałem się trafić. Na horyzoncie pojawił się silniejszy przeciwnik. Masywny mag ziemi z młotem. Uśmiechnąłem się krzywo. Poluzowałem krawat. Szybkim ruchem ściągnąłem go z szyi. Błyskawicznie zmienił się w miecz. Jak się cieszę, że mam tak pomysłowego kolegę jak Kaspian. tym razem to ja czekałem na pierwszy ruch przeciwnika. Nie zajęło to długo. Bardzo szybko znalazł się za moimi plecami i przecedził mi w łeb bronią. Przeturlałem się kilka centymetrów. Dotknąłem tyłu głowy. Na ręce miałem własną krew. Bardzo nie lubię widoku posoki. Poruszyłem się delikatnie. Nic z tego. Nie wstanę. Oczy zaszły mi mgłą. Odpocznę tylko chwileczkę. Nic się złego nie stanie. O! Czuję takie przyjemne ciepło.  Umysł mi się rozjaśnia. Rana przestała boleć. Zawroty ustąpiły. Wstałem na nogi. Widzę wszystko dobrze i wyraźnie. Poczułem się tak jak przed rozpoczęciem walki, czyli pełen sił. To pewnie zasługa Nadii. Może udawać, że nic ją nie obchodzi, ale jak widać prawda jest inna. Powiecie mi, co przede mną robi wataha wilków? Nie ważne. Jeżeli są po mojej stronie, to dobrze. Podniosłem ostrze z ziemi. Zatknąłem je za pas. Z boków garnituru wyjąłem pistolety. Wymierzyłem w przeciwnika.
-Pa, pa.- pożegnałem się i strzeliłem. Żołnierz runął na posadzkę nieżywy. Naładowałem magazynki.
-Kto następny!- zawołałem ucieszony. Może jednak dziś nie zginę?
Elizabeth
Wszyscy sobie dobrze radzą. To najważniejsze. Nie mam czasu się nimi na razie przejmować. Jakiś facet od kilku minut usiłuje zadźgać mnie lancą. W końcu wymierzam mu trafione uderzenie w brzuch. Strzepuję jego resztki z obrzydzeniem. Kilku kolejnych napastników powalam bez mrugnięcia okiem. Jaki naiwniak myślał, że zajdzie mnie od tyłu. A tu niespodzianka. Nóż między oczy. Okropnie ich dużo. Mnożą się jak mrówki. Niektórzy silniejsi, inni słabsi, ale każdy z nich bierze udział w wyborach na potencjonalnego zabójcę. Nieźle by  się wzbogacili zanoszą moja głowę na tacy kanclerzowi. Odpieram kolejne uderzenie. Jego siła wbiła mnie w podłogę. Przede mną stoi kilkunastoletni byczek.
-Hej.-przywitałam się. Szybkim ruchem, na jaki stać tylko maga powietrza przeszywam go włócznią. On nic sobie z tego nie robi. Chyba nawet jej nie zauważył.
-Oddaj mi broń!- krzyknęłam. To na nic. On po prostu ją wchłoną.
-Jak?- odpowiedział mi mocnym uderzeniu. Zablokowałam je dzięki rękawiczce wzmacniającej siłę mięśni od mojego brata. Jeśli przeżyję, to będę musiała mu podziękować. Haha. Żart. Mężczyzna patrzy na mnie z szeroko otwartymi oczami. Jego szok nie trwa długo. Szybko chwyta moją drugą rękę i miażdż ja żelaznym uściskiem. Zaciskam usta. Staram się nie krzyczeć z bólu. Łzy napływają mi do oczu. Odpędzam je. Po chwili znikają. Wyrywam się z uścisku faceta i używam rozkazu.
-ZABIJ SIĘ!- czekam chwilę. Nic. Kurde. Ma zatyczki w uszach. Dlatego nic wcześniej do mnie nie mówił. No to mogę się pożegnać z życiem. Nie dam rady bronić się jedną kończyną zbyt długo. Uderzam zdrową ręką w podłogę powodując jej pęknięcie. Zdezorientowany facet spada w przygotowaną dla niego szczelinę. Pośpiesznie wrzuciłam tam bomby. Ich wybuch zagłuszył krzyk maga. Odpięłam kilka nożyków i z bijącym sercem czekałam na kolejny atak. W moim kierunku, po płytkach zmierzała stróżka wody. W mig pojęłam o co chodzi i zanurzyłam w niej chorą rękę. Co za ulga. W takich chwilach cieszę się, że mam przy sobie Nadię. Z uśmiechem na ustach przywitałam napastników.
Kaspian
Mówcie co chcecie, ale ja i tak będę miło wspominać mój pierwszy bal. Mimo krwawej jadki i tak było całkiem przyjemnie. Zatańczyłem z Nadią i nawet udało mi się ją wkurzyć, moje wynalazki w końcu się komuś przydały i spędziłem trochę czasu z przyjaciółmi.
-Kaspian, osłonisz nie przez jakiś czas?- głos dziewczyny rozległ się za moimi plecami.
-Czemu maiłbym to zrobić? – drażnię się z nią przecinając zbroję na pół.
-Wszyscy mają poważne kłopoty. Nie przedostanę się do nich, ale mogę im pomóc w inny sposób.- mówi szybko, tonem nie znoszącym sprzeciwu.
-Tak jest.- zgadzam się. Kątem oka zauważam jak rozsyła trzy porcje wody w różne kierunki sali. Skupia się. Po chwili otwiera oczy i mówi
-Gotowe.- w przeciwnym końcu pomieszczenia rozlega się kobiecy głos. Tak to moja siostra. Nic na to nie poradzę. Zaraz słychać strzały. Potem wycie wilków. Patrzę na nią osłupiały.
-Co zrobiłaś?
-Uzdrowiłam ich.- śmieje się. Nagle jej mina się zmienia i wykonuje bardzo szybki ruch. Coś świsnęło mi tuż obok ucha. Obróciłem się. Za mną leżał zabity żołnierz. Z jego szyi wystaje ledwo widzialna gołym okiem igiełka. Spojrzałem na Nadię. Z obrzydzeniem spogląda na igły w swojej dłoni. Szlak, za pewne przez kolejne tygodnie będzie się obwiniać za jego śmierć.
-Jak ty byś go nie zabiła, to ja bym to zrobił.- mówię.
-Tak masz rację.- odpowiada cicho. Otwieram szerzej oczy. Próbuję krzyknąć, ale nie mogę. Ktoś zakneblował mi usta. To samo stało się z dziewczyną. Zostaliśmy złapani!
Nadia
Gdyby się nie zagapiła nie zostalibyśmy pojmani. Przez mnie wszyscy zostali załapani. Najpierw Feliks, potem Eliza. Najdłużej broniła się zaprawiona w walce Kaja.
-No, no. Przez chwilę myślałem, że mi uciekniecie.- z tłumu wyłonił się jakiś facet. Brązowe włos, niebieskie oczy. Standard. Przystojny jak cholera. I równie zły. Należy do tego typu faceta, przed którym matki ostrzegają swoje córki. – Mam na imię James. Jestem dowódcą legionu żywych, których powaliliście do ostatniego oraz metalowych zbroi.- wyprostował się.-Moim obowiązkiem jest was odprowadzić do politycznego więzienia. Straż! Zabrać ich. -w naszym kierunku ruszyło dziesięć zbroi. Nagle  drzwi do sali rozwarły się z hukiem i wbiegł przez nie ogromny, biały wilk. Bez namysłu rzucił się na maga i rozdarł jego gardło ostrymi jak brzytwa zębami. Pancerze zamarły w pół kroku i rozsypały się. Zwierze zawyło radośnie na nasz widok. Za nim we wrotach pojawił się mężczyzna. Z wrodzoną gracją zbiegł po schodach i rozwiązał nas. Skąd ja go znam. Biała czupryna, niesamowite oczy i oczywiście wilk sięgający mu do pasa. Nastolatek skłonił się.
-Naito Nazaja. Szósty uczestnik wyprawy. Miło mi was poznać.- uśmiechnął się. Szóstym uczestnikiem jest Naito?!

***
Dziś nie mam żadnych komunikatów :)Życzę wam wesołego Halloween. 

sobota, 24 października 2015

Rozdział XXIX



Kaja
Porzuciłam tego nudziarza Kaspiana na rzecz picia drinków w samotności. Wolę to niż słuchanie o tym jaki to on jest biedny, że nic nie pamięta. To jeszcze ujdzie. Gorzej jak zaczyna gadać o wyprawach wojskowych. Uhh. Nie dobrze się robi z tego powodu. Z nudów obserwuję tłum ludzi. Zazdroszczę im. Są bezpieczni. Ich rodziny są kompletne. Upiłam łyk z kieliszka. Skrzywiłam się. Nagle drzwi do sali rozwarły się i do środka wtargnęła kolumna kontrolowanych zbroi. Wśród nich zauważyłam Nadię! Szlak. Coś jest nie tak. Przecież dopiero co eskortowali Elizabeth, a teraz Nadia? Czyżby cały plan miał zaraz wziąć w łeb? Wzrokiem przeczesałam moje towarzystwo. Skrzywienie zawodowe. Przeliczam straż, możliwość ich pokonani, a także słabe punkty fortyfikacji oraz przeciwników. Niektórzy z ochrony to magowie. Z nimi nie będzie najmniejszego problemu. Nie wiem jak poradzimy sobie z nieśmiertelnymi pancerzami. Osoba  kontrolująca je może znajdować się wiele kilometrów stąd. Westchnęłam. Nastawiłam uszu. Jako mag powietrza mam niesamowity słuch.
-Gdzie mnie ciągniecie?!- Nadia z całych sił starała się wyrwać z żelaznego ( dołowienie) uścisku.
-Królowa i kanclerz na ciebie czekają.- odpowiedziało echo odbijające się wewnątrz chodzącej puszki.
-Do czego jestem im potrzebna?- słuszne pytanie.
-Jako świadek.- świadek? Nie byłam w stanie nic więcej usłyszeć. Pomieszczenie do którego ją wprowadzono, okazało się dźwiękoszczelne. Ktoś położył mi dłoń na ramieniu. Obróciłam się wbijając napastnikowi łokieć między żebra. Chłopak upadł na kolana. Wydał z siebie znajomy jęk.
-Feliks!- zawołałam. – To nie pora na wycieranie podłogi. – pomogłam mu wstać.
-Mają Nadie i Elizę. Co z tym zrobimy?- wyduszał.
-Sytuacja na razie jest stabilna, nie mamy się czym martwić.- nie wiadomo skąd, obok z nas znalazł się Kaspian. Podał nam po komplecie słuchawek i podpiął je do jakiegoś wymyślnego urządzenia prawdopodobnie jego autorstwa. Włożyłam słuchawki do uszu. Rozległ się w nich głos kancelaria.
-Co to jest?- spytałam.
-Radio.- odpowiedział z szerokim uśmiechem.
Nadia
-Witaj moja panno. Czekaliśmy na ciebie.- zostałam siłą posadzona na kanapie obok sztucznie uśmiechającej się Elizy.  Obie znalazłyśmy się w pułapce bez wyjścia. Pokój został bowiem opatrzony dźwiękoszczelnymi ścianami. Zero okien, tylko drzwi pilnie strzeżone przez dwóch ludzkich strażników. Mino to pomieszczenie nie wyglądało najgorzej. Mury pomalowano na błękit. Obie spoczywałyśmy na pikowanej, czerwonej jak krew kanapie, plecami zwróconymi na drzwi. Przed nami na krześle przypominającym nieco tron, przeciągał się mężczyzna. Wyłożył swoje długie nogi na blat biurka. Czarne lakierki mocno stuknęły w deskę. Staruszek oparł się wygodnie, a za głowę założył pomarszczone, silne dłonie obłożone złotymi ozdobami. W ustach trzymał cygaro. Jego umięśniony tors opinała biała koszula, a na niej kamizelka w niebieskie paski. Siwe włosy skrył pod kapeluszem. Wyglądała na członka jakieś mafii. Gdybym go zobaczyła na drodze to macie jak w banku, że przeszłabym na drugą stronę ulicy. Za mężczyzną wisiał jego portret za czasów młodzieńczych lat.  Te same lodowate oczy, rysy twarzy, tylko ( wiadomo) inny kolor włosów. Pod obrazem znajdował się kominek, w którym wesoło trzaskał ogień.  Nastolatka popatrzyła na mnie błagalnie. Nigdy nie widziałam jej w takim stanie. Co on jej powiedział?
-Dzień dobry. – przywitałam się cedząc przez zęby.
-Elizo – jej imię w jego ustach zabrzmiało jak obelga- możemy już zaczynać?- spytał dostojnie. Skinęła głową. –W takim razie, czego ode mnie oczekujesz?
-Rozmawialiśmy o tym przez telefon.- odparła sucho.
-Ale to było tak dawno. Możesz odświeżyć mi pamięć?- uśmiechnął się. Przenosił spojrzenie to raz na mnie, to na moją towarzyszkę.
-Chciałabym wiedzieć, gdzie znajduje się wasza część Księgi. – mężczyzna podrapał się po głowie.
-Wiesz, jestem stary i czasem pamięć mnie zawodzi, ale nawet i ja nie znam jej położenia. –królowa zgrzytnęła zębami.
-W takim razie możemy już iść?- spytałam naiwnie.
-Siadaj!- rozkazała. Natychmiast klapnęłam na skórzaną sofę.
-Wiem, że wszystko kosztuję. Jaka jest twoja cena?- spojrzała mu głęboko w oczy. Mężczyzna zastanowił się. Przez cały czas  zadumy bębnił palcami w stół. Niespodzianie drgnął i uśmiechnął się pod nosem.
-Słyszałaś o organizacji „Odrodzenie”?- splótł palce i opał na nich brodę.
-Tak. – jej głos zaczął się łamać.
-Do niedawna nie zwracałem na nią uwagi. Wiesz, jak to jest. Kolejna nic nie znacząca banda kretynów myślących, że są w stanie zmienić świat. – zaśmiał się. – Nie sądzisz, że to nie dorzeczne. – miałam ochotę go udusić, ale przywódczyni powstrzymała mnie ruchem ręki.
-Do czego zmierzasz?
-Dobrze wiem, że jesteś głową tego spisku. – powiedział spokojnie.
-Ponowie pytanie. Jaka jest twoja cena?
-Chciałbym wejść w posiadanie aktu własności tej że organizacji.
-Po co ci on?!- wrzasnęłam.
-Nadia uspokój się.- rozkazała.
-Nie!- krzyknęła jej prosto w twarz.
-SIADAJ.- powiedziała. Moje ciało natychmiast jej usłuchało. Użyła magii.
-Podzielam zdanie mojej towarzyszki. Po co ci on?
-Mimo, że jesteście nieokrzesaną bandą wieśniaków, to posiadacie talenty. Każdy z was inny. Stanowilibyście moją gwardie przyboczną i rozpoczęlibyście pracę dla Kraju Ziemi. – zadowolony wskazał palcem na królową- Jaka decyzja wasza wysokość? – dziewczyna zacisnęła pięści.
-Przysięgnij na swoją łajdacką godność, że wyjawisz mi dokładne miejsce pobytu księgi.
-Przysięgam. – blondynka głośno westchnęła i uniosła rąbek sukienki do góry. Za pończochą ukryła zwój. Wyciągnęła go i pewnym krokiem podeszła do biurka. Rozłożyła do przed podnieconym kanclerzem.
-Ale u nic nie ma!- zawołał oburzony. Siostra Kaspiana popatrzyła na niego z obrzydzeniem. Ugryzła czubek swojego palca i własną krwią splamiła papier. Na kartce zaczęły pojawiać się litery, słowa i w końcu zdania.
-Jestem z ciebie dumny Isa… to znaczy Elizabeth.- dziewczyna spiorunowała go wzrokiem.
-Twoja kolej.- rzuciła sucho.  Jak mogła mu oddać tak ważny dokument? Nie wieże w to, co widzę.
-Eliz…
-ZAMKNIJ SIĘ. – głos uwiązł mi w gardle.
-Tak nie traktuję się przyjaciół.
-To zwykła podwładna. Nic więcej mnie z nią nie łączy.- te słowa bolą. Cmoknął. – Mów co wiesz.
-Już, już. Kojarzysz miasto Ur?
-Tak. Wasza stolica.
-W niej znajduje się zamek królewski. Sto raz piękniejszy od tego.
-Tak wiem.
-Ja wiem, że ty wiesz.- przeczesał dłonią włosy. – Musisz wejść na dziedziniec. Stamtąd wchodzisz do wnętrza. Stajesz przed schodami. Pokonujesz trzy piętra i idziesz korytarzem w prawo. Otwierasz czwarte drzwi po prawej i znajdujesz się w …
-Bibliotece. – odpowiada bez namysłu. Staruszek uśmiecha się.
-Podchodzisz do kominka i naciskasz cegiełkę z symbolem dzika.
-Czemu dzik?- pyta.
-Nie wiem. Nie ja to wymyślałem. Naciskasz cegłę i za tobą pojawiają się schody. Schodzisz nimi do podziemnych tuneli. Blask pochodni zaprowadzi cię do rodowego grobowca naszych władców. Tam stoi szereg trumien. Podchodzisz do jednej z nich, tej najstarszej, i otwierasz ją. Tam spoczywa trup. Ostatni etap to wyrwanie księgi z jego martwych, chłodnych objęć.
-Banał.- stwierdza.
 - Cieszę się, że w jakimś stopniu mogłem pomóc waszej wysokości. – skłonił się teatralnie.
-Czekaj, mam jeszcze jedno pytanie!- zawołała pospiesznie.
-Nie taka była umowa.- zachmurzył się. Elizabeth stąpa po cienkim lodzie.
-Wiem, ale proszę wysłuchaj mnie.- błagała.
-No nie wiem, wszystko ma swoją cenę…- popatrzył na mnie.
-Powiedz co chcesz, a to dostaniesz. Przysięgam.- aż wstała pod wpływem emocji.
-Usiądź i daj mi się zastanowić.- po chwili zawołał. – Czuję się samotny i nie rozumiany. Masz tak czasami?
-Tak.- odparła bez namysłu.
-Cieszę się, że myślisz podobnie.
-Przejdź do rzeczy.- ponagliła go. Mężczyzna zaśmiał się okrutnie. Wskazał placem na mnie.
-Chcę jej.- powiedział. Krzyknęłabym coś w rodzaju pomarz, ale za sprawą liderki straciłam głos. Blondynka przyjrzała się mi uważnie.
-Zgoda. – przypieczętowała umowę podaniem dłoni. Jak to?! Opchnęła mnie jakiemuś staremu dziadowi?!- Teraz odpowiedz na pytanie.
-Słucham?
-Co się stało z moim przyjaciółmi.?- nigdy nie widziałam jej tak poważnej. Wpatrywała się w kanclerza jak w obrazek.
-Ach tak! Pamiętam ten fatalny przypadek. Jak im było na imię?- zadał pytanie.
-Lucyfer, Luna, Genevieve oraz Laertes.- wyrecytowała.
-Przykry los ich spotkał. – kręcił głową.
-Co dokładniej?
-Zostali opętani.- dziewczynę ścięło.
-Przez co?
-Nie pytaj przez co, tylko przez kogo.- uśmiechnął się złowrogo.
-Kogo?
-Przez bogów czterech żywiołów. – blondynka z wrażenia aż usiadła.
-Jak mogę ich uratować?
-Wybacz, ale nawet ja tego nie rozgryzłem. Musisz poradzić sobie sama drogie dziecko. Dam ci przyjacielską wskazówkę.
-Jaką?- w jej oczach rozbłysła nadzieja.
-Jeżeli z opętanego wyciągniesz ducha, to ta osoba za długo nie pożyje.
-Niedługo, czyli ile?
-Kilka minut.- czerwonooka ukryła twarz w dłoniach.
-Spotkanie uważam za zakończone. Wyprowadzić ją! – rozkazał.
-Nie zbliżajcie się nawet na krok!- stanęłam przed Elizą zasłaniając ja ciałem. Nawet nie wiem, kiedy zdjęła ze mnie czar. Strażnicy zaczęli się śmiać.
-Teraz należysz do mnie.- słowa kanclerza przypomniały mi w jak cholernie złej sytuacji się znalazłam. Poczułam się senna. Zaczęłam ziewać. To samo działo się z moimi przeciwnikami. Obróciłam się. Za mną stała osiemnastolatka. Nuciła coś pod nosem. Rzuca zaklęcie! Zatkałam uszy i pobiegłam pod drzwi. Wojskowi leżeli na parkiecie jak worki kartofli. Na nogach trzymał się już tylko mag ziemi.
-Zapłacisz mi za to.- wysyczał. Nastolatka nic nie zrobił sobie z jego groźby i złapał akt własności oraz moją dłoń.
-Pora się wynosić.- uśmiechnęła się i nacisnęła klamkę.
Kaja
-Dziewczyny zaraz będą.- zawołałam.
-Tak.- Feliks potwierdził moje słowa.
-Musimy przygotować im grunt do ucieczki.- westchnął Kaspian.
-Na pewno powiadomili straż.- dodał nauczyciel.
-Bywało gorzej.- podsumowałam. –Czas na nas.- oznajmiłam gdy do sali balowej wtargnęli wrogowie.-Która godzina?- spytałam
-Dwudziesta trzecia.- odparł Płomień.
-Zaczynajmy. –Kaspian jako pierwszy rzucił się w wir walki. Momentalnie do niego dołączyliśmy. Zapamiętajcie tą godzinę. Być może to nasza ostatnia.

***
Chyba się na was obrażę. Co raz mniej osób komentuje ;-;. Plis zmieńcie to.
                                                                          Całuski Soraja ;*

sobota, 17 października 2015

Rozdział XXVIII



Tak oto razem z moimi towarzyszami stanęliśmy przed wielką bramą Pallasu.
-Pamiętajcie, że wchodzimy para po parze w odstępach co najmniej pięciu minut. Nie więcej. Na balu nie znam żadnego z was. – kiwnęliśmy głowami na znak zgody. Nastolatka wzięła pod rękę Aazama i przekroczyła teren posesji. Czekaliśmy w napięciu na swoją kolej. Feliks co chwilę zerkał na zegarek. Kaja nerwowo przestępowała z nogi na nogę. Po upływie czasu, również i oni zniknęli za potężną, mosiężną bramą.
-Zostaliśmy sami.- powiedziałam.
-Tak.- odparł. Staliśmy w milczeniu. Generał kopał jakiś kamyczek, a ja strzepywałam niewidzialny kurz z sukni.
-Myślisz, że możemy?
-Tak.- złapałam jego ramię i z perfekcyjnie udawanym uśmiechem, zawitaliśmy na zamkowym podwórzu. Widok zapiera dech w piersiach. Jeżeli mi nie wierzycie, w każdej chwili możecie wybrać się do waszego Drezna w Niemczech, a zobaczycie to samo, co ja widzę w tym momencie. Ogromny, zamkowy plac zwieńczony czterema fontannami. Każda z nich piękna i wyjątkowa na swój sposób. Trawnik przecinały wybrukowane dróżki wybudowane równolegle do siebie. Rozglądnęłam się na boki. Po obu stronach pyszniły się kompleksy zamku. Biblioteki, jadalnie, pokoje i wiele innych miejsc godnych uwagi. Obróciłam się, aby lepiej przyjrzeć się wrotom,  które zaprosiły nas do tego pięknego świata jak z bajki. Na ich wewnętrznej stronie zauważyłam coś, co wyglądało jak dzwony. Na dole wyryty został napis, że dzwonki co piętnaście minut dzwonią inną melodię. Niesamowite.
-Za długo tu stoimy. Pośpiesz się z tym podziwianiem.- generała ponaglił mnie.
-Już, już.- powiedziałam na odczep się, ponieważ bardziej od tego co mówił brunet, interesował mnie zamek. Dawno nie widziałam tak pięknej konstrukcji. Dwupiętrowy budynek z masą licznych okienek, wieżyczek oraz rzeźb. Wszystko razem tworzyło tak zwany artystyczny nieład. Przy okiennicach powiewały flagi każdego z narodów. To dobry znak. Sprawnie weszliśmy po schodach i elegancko zapukaliśmy w drzwi. Otworzył nam lokaj. Mężczyzna w podeszłym wieku, siwy jak gołąb z trochę przerzedzonymi włosami, ale  bardzo mądrymi oczami.
-Proszę za mną. – powiedział uprzejmie. Szliśmy za nim krok w krok przez bardzo długi  korytarz. Po obu stronach czerwonego dywanu ( tak szliśmy po czerwonym dywanie) wznosiły się marmurowe kolumny oddalone od siebie o co najmniej trzy metry. Było ich łącznie dwadzieścia par. Każdą z nich pilnowała pusta zbroja. Przynajmniej tak myślałam do czasu, gdy jedna z nich opuściła swoje stanowisko i otworzyła przed nami drzwi. Zatrzymaliśmy się na szczeni schodów i staliśmy tak jak słupy soli, póki herold nie poprosił nas o nazwiska.
-Państwa godność?- spytał. Kaspian szepnął mu coś na ucho. Gruby facet uśmiechnął się pod nosem.
-Rozumiem. – chrząknął. Zebrani skierowali na nas swoje spojrzenia. Wcale mnie to nie peszyło, dopóki mój mózg nie przetrawił słów zapowiadającego.
-Generał Kaspian Montrose z narzeczoną, Julią Hunter.- rozległy się głośne brawa. Powiedzcie mi, w którym momencie mojego życia zaręczyłam się z NIM!? Postanowiłam nie robić mu scen na schodach, gdzie patrzy na nas z uwielbieniem cała zgraja obcych i wpływowych osób. Kulturalnie zeszłam po stopniach przyjmując gratulacje z okazji oświadczyn. Sztuczny uśmiech wręcz nie schodził mi z ust. W końcu udało się nam spokojnie stanąć na uboczu przy stoliku z przekąskami, a raczej ogromnymi ławami ułożonym wzdłuż dwóch ścian od wejścia. Zastawiono je pieczonymi świniami, dzikami, kurczaki, duszonymi kaczkami, grillowanymi rybami, kawiorem, sałatkami z czterech stron świata oraz ciastami, ciasteczkami, babeczkami  a nawet czekoladkami.
-Coś ty najlepszego wymyślił?!- starałam się jak najciszej krzyczeć.- Czemu podałeś nas jako narzeczeństwo? Wiesz ile z tego powodu możemy mieć nieprzyjemności?- wysyczałam.
-Na przykład jakich?- spytał zadziornie.
-To, że teraz nic nie przychodzi mi do głowy to nie znaczy, że możemy się czuć w pełni swobodnie. Nie mamy wyjścia i musimy udawać parę  do końca balu. Cieszysz się?- fuknęłam.
-Tak.- uśmiechnął się. – Chcesz coś do picia?- zadał pytanie.
-No.- odpowiedziałam ze skrzyżowanymi na piersiach rękami.
-Przyniosę ci coś. Zaczekaj tutaj.- polecił. Tak oto zostałam sama. Nie umknęło to uwadze jednemu z gości. Podszedł do mnie i zagadał
-Piękny wieczór.- był to rudowłosy mężczyzna o niebieskich jak niebo oczach.
-Owszem. – odparłam. Mam wrażenie, że kiedyś go już spotkałam. Chociaż nie wiem. Na pewno bym go zapamiętała. Jego twarzy nie da się zapomnieć. Chłopak  wyczuł, że go nie pamiętam.
-Nadio, znowu o mnie zapomniałaś? – wzdrygnęłam się za dźwięk własnego imienia. Nikt dawno się tak do mnie nie zwracał w miejscu publicznym. –Ja za to rozpoznam cię w każdej sukni, makijażu oraz fałszywej tożsamości.- uśmiechnął się blado. Czyli on naprawę mnie zna? Och pamiętam. To brat Naito! Ale za nic w świcie nie przypomnę sobie jego imienia.  
-Bo nigdy ci go nie podałem.- zaśmiał się. Zapomniałam, że ten facet umie czytać w myślach. Rozejrzałam się po tańczącym na parkiecie tłumie. Wśród kolorowych sukien i garniturów mieniących się przed moimi oczami, nie mogłam dostrzec  Kaspiana. Z tego co się orientuję, to barek z napojami znajduję się po mojej prawej stronie. To właśnie stamtąd powinien przyjść.
-Myślisz o swoim chłopaku?- spytał zaczepnie. Wzdrygnęła się, gdy przypominałam sobie co zrobił generał kiedy tańczyłam z innym.
-Lepiej jak sobie już pójdziesz. On jest bardzo zazdrosny.- ostrzegłam.
-O mnie się nie martw.- upił łyczek swojego drinka. – O wilku mowa.- wskazał palcem na nadchodzącego nastolatka.
-Wybacz, że kazałem ci tyle czekać. Proszę to twoje. – podał mi kieliszek.
-Dzięki. – popatrzyłam na rudzielca. Stał tam, gdzie wcześniej.
-Zatańczysz?- spytał.
-Nie.- odruchowo zaprzeczyłam. Czekałam na reakcje mojego towarzysza ale on dziwnie na mnie popatrzył i zacytował
-Co „Nie”?- posłał mi zdziwione spojrzenie. Niebieskooki rozłożył ramiona. Co to ma do cholery znaczyć?
-Nie widzisz go?- wypaliłam.
-Niby kogo? Dobrze się czujesz? Może masz gorączkę? Daj sprawdzę.- przyłożył mi dłoń do czoła. Odsunęłam się. Kurcze jak tak dalej pójdzie to odeślą mnie do czubków. Błądziłam wzrokiem po sali. Tłum nieco zmalał, co pozwoliło mi na dostrzeżeniu Kai, oczywiście przy barze, z jakimś facetem. Szybko na niego wskazałam.
-Tam. Tego gościa. Nie wydaje ci się być podejrzany?
-Uspokój się. Kaja pewnie nacina go na drinka. Zatańczmy.- odłożył szklankę i podał mi dłoń. Orkiestra zagrała walca wiedeńskiego. Przyłączyliśmy się do tańczących gości. Zielonooki nieźle prowadził, a woda w sukni nie chlupotała, co można było uznać za niemały wyczyn. Dałam ponieść się muzyce i przetańczyłam kilka utworów. Zdyszani zajęliśmy miejsca przy suto zastawionym stole. Nałożyłam sobie trochę kurczaka i zaczęłam go powoli skubać. Kaspian jak nigdy wziął osobny talerz oraz nabrał porcję dla siebie. Byłam w nie małym szoku. Zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim i o niczym. Śmialiśmy się i wygłupialiśmy jak nigdy. Dawno nie czułam się tak swobodnie. Mogłam się zachowywać jak chciałam, ponieważ tego wieczoru nie miałam „przypiętej etykietki księżniczki” i tabloidy zupełnie się mną nie interesowały. Całkiem przez przypadek uniosłam głowę do góry i ostrzegłam w tym całym zamieszaniu Elizabeth. Wokół niej zebrał się tłum zbroi. Coś tu nie gra. Jej brat również przyglądał się całej sytuacji. Już miałam wstać od ławy, ale nagle jak z podziemi zjawił się obok mnie ten nieznajomy.
-Nie reaguj. Została zaproszona na audiencję do kanclerza kraju ziemi. Facet ma jaja, że przyjmuje taką kobietę bez żadnej obstawy.- cmoknął. Zignorowałam go. Dalej obserwowałam przyjaciółkę. Powoli wspięła się po stopniach, potem skręciła w lewo i balkonem przeszła do pokoju maga ziemi. Nie widziałam jak znika w drzwiach, ponieważ widok zasłonił mi jeden z wielu kryształowych żyrandoli zwisających z sufitu. W naszą stronę, przez roztańczoną gromadę, przeciskała się zdenerwowana zabójczyni.
-Czemu oni eskortowali królową?- spytała ze smutkiem w głosie.
-W tej chwili ważą się losy powodzenia tej misji. Jedno jej potknięcie i pozamiatane. – poinformowałam ją. Głośno przełknęła ślinę.
-Aha.- dodała.
-Z kim rozmawiałaś przy barze?- najwyraźniej ta kwestia dręczyła nastolatka od dłuższego czasu, ponieważ wypalił ni w pięć, ni w dziesięć.  Białowłosa uniosła brew.
-Ja?- wskazała na siebie.-Z nikim. – wyparła się.
-Jak to? Przecież cię widzieliśmy.- rudzielec zaśmiał się.
-Jakiś mag wymazał jej pamięć. To się zdarza.
-Możliwe, że tamten mag mógł wymazać ci pamięć.- powtórzyłam za niewidzialnym chłopakiem.
-Ale po co miałby to robić?!- oburzyła się.
-Nie wiem.- powiedziałam spokojnie. Rozglądnęłam się. – Gdzie Feliks?- zadałam pytanie. W tłumie mignęła mi znajoma twarz.
-Poszedł się przewietrzyć.
-Dołączę do niego.
-Pójdziemy z tobą.- zadeklarowali się.
-Nie pamiętacie? Na balu się nie znamy.- nie czekając na odpowiedź wyszłam na zamkowy korytarz. Również tutaj roiło się od ludzi. Nie mogłam wyzbyć się wrażenia, że ktoś mnie śledzi. Przyspieszyłam kroku i wypadłam na podwórze. Pod jednym z filarów stał Płomień wpatrzony w gwiazdy. Nawet nie wiem, kiedy zaszło słońce. Podeszłam do chłopaka.
-Cześć.- przywitałam się.
-Hej.- z jego ust wydobył się nikotynowy dym.
-Palisz?- spytałam.
-Tak. –westchnął. Rzucił niedopałek na ziemię i rozdeptał go butem. –Wiem co powiesz…
-Nic nie powiem, bo wiem jak na magów ognia działa tytoń. On was wzmacnia, za to w szybkim tempie zabija magów powierza, nie wspominając o normalnych ludziach.
-Ty przynajmniej się orientujesz w tych sprawach. Gdy Kaja usłyszała, że palę, to prawie wydrapała mnie zabiła.
-Przesadzasz.- machnęłam dłonią.
-Nie.- zaśmiał się i podwiną rękaw. Zobaczyłam świeżą, źle gojącą się ranę.
-Matko! Czemu wcześniej tego nie pokazałeś?! – przywołałam do siebie trochę wody i wyleczyłam te potworne zadrapania. –Gotowe.
-Dzięki. Nie chciałem sprawić kłopotu.
-Nie wygłupiaj się. – wyciągnął z kieszonki marynarki pudełeczko z papierosami.
-Chcesz?
-Nie, dzięki.- pokręciłam głowom. Plac rozbrzmiał melodią dzwoneczków. Jakby na sygnał, z zamku wyszło kilka zbroi.
-Najwyraźniej kogoś szukają.- szepnął zmiennooki.
-Czemu odnoszę wrażenie, że mnie?- Feliks wypuścił dym prosto w twarz jednemu ze strażników.
-Pani Julia Hunter?- głos mężczyzny odbijał się echem w pustym pancerzu.
-Nie, kontrolowana kukło.- warknęłam.
-W takim razie pójdzie pani z nami.- złapali mnie za ręce i poprowadzili wprost do pałacu.
-Co ode mnie chcenie?!- krzyknęłam.
-Kanclerz i królowa na panią czekają.- cholera. Na pewno coś poszło nie tak!


***

Przepraszam was, ale Juki delikatnie nie wyrabia ze wszystkim, dlatego nie wiem kiedy coś dla nas narysuje. Jeżeli znajdziecie czas to może weźmiecie udział w ankiecie na ulubionego bohatera? ;)
https://plus.google.com/100474062569901777236/posts 

sobota, 10 października 2015

Rozdział XXVII



Nareszcie nadszedł ten dzień!  Dziś wielki bal! Właśnie trwają ostateczne przygotowywania. Za fryzury i makijaż  ( nie wiem czemu) odpowiedzialny jest Kaspian. Feliks i Kaja wkładają do bagażnika samochodu królowej niewyobrażalne ciężkie suknie. Za to sama Elizabeth zniknęła nam z pola widzenia. Chciałam się za nią rozglądnąć, ale nastolatek ofuknął mnie
-Nie ruszaj się.- obrócił moją twarz w jego stronę. Dokładnie nadkładał puder na  moje policzki, srebrny cieć na powieki i czarny tusz na rzęsy. Podał mi błyszczyk.- Masz, lubię smak truskawek.- zaśmiał się. Westchnęłam. Przyzwyczaiłam się do tego, że każdego dnia na różne sposoby narusza moją przestrzeń osobistą.
-Jak mnie uczeszesz?- spytałam nakładając pomadkę.
-Tak jak na projekcie. Po obu stornach twarzy wypuszczę ci odrobinę włosów, a resztę upnę w kok podtrzymywany przez dwa miecze jak pałeczki do chińskiego żarcia.
-To do dzieła.- po piętnastu minutach ciągnięcia za włosy, wdychaniu lakieru i obierania szczotki fryzura została ukończona. Przeglądnęłam się w lusterku.
-Nieź…
-Następna!- krzyknął wprost do mojego ucha. Dręczenie mnie sprawia mu nie małą przyjemność. Zabójczyni upuściła metalowy stelaż jednej z sukienek wprost na stopę filozofa.
-O! Ja, ja! Teraz moja kolej!- błyskawicznie zajęła miejsce na stołku. Zaśmiałam się. Kaja to naprawdę dziwna osoba. Ciężko ją wyczuć. Jednego dnia jest ostra i zaborcza, drugiego zachowuje się jak dziecko. Na przykład dziś.
-Nadia, możesz mi pomóc!- Płomień miał taką minę, jakby nawoływał mnie od dłuższego czasu. Musiałam wyglądać jak kretynka spoglądając w jeden punkt przez jakiś czas.
-Idę!- zawołam w odpowiedzi. Zbiegłam po schodkach i stanęłam obok chłopaka. Chwyciłam metalową konstrukcję z jednej strony. On z drugiej i na mówiony znak wrzuciliśmy go do samochodu.
-Chodźmy po resztę.- spuścił głowę. –To dopiero pierwsza sukienka.- dodał ze smutkiem. Kolejne półgodziny mojego życia zmarnowała na taszczenie ogromnych ubrań do auta. Powiem wam, że to bardzo ciekawa funkcja. Wcale nie masz dość po pierwszym razie.
-Skończyliśmy.- powiedziałam masując sobie plecy.- Mamy jeszcze dwie godziny do balu.- stwierdziłam pacząc na zegarek. – Co masz zamiar zrobić przez ten czas?- spytałam osiemnastolatka.
-Sam nie wiem. Może się kimnę, bo z tego co wiem, to ja prowadzę.- uśmiechnął się szeroko. Aż trudno uwierzyć, że taki chłopak jak on kiedyś spalił całą swoją wioskę. Z resztą sama jestem nie lepsza. Opuściłam swoich poddanych, kiedy najbardziej mnie potrzebowali. Kaja to też niezłe ziółko. Przecież zabija na zlecenia. Ja zabiłam raz. I bardzo tego żałuję. Nie wyobrażam sobie jak można się z tego utrzymywać. Opowieści o Kaspianie również dają dużo do myślenia.
-Ludzie słuchajcie!- w naszą stronę pędziła zdyszana Beth.
-Co się stało?- zaniepokojony brat dziewczyny wyjrzał za włosów Dzwoneczka.
-Przenieśli miejsce balu!
-Gdzie?- spytała białowłosa.
-Do Kurado. - Omari otworzyła buzię ze udziwnienia.
-Ale… -zająknęła się. – Ale to miasto, w którym mieszkałam!
-Wiem, dlatego o tym mówię. Może chcesz zostać?- fioletowooka zaprzeczyła.
-Przecież was nie zostawię. Nie w takiej chwili!- lekko się zdołowała. Widać po jej minie. Nagle poderwała się z miejsca. – Przed nami długa droga! Na dotarcie tam potrzebujemy półtorej godziny!
-Wiesz może, gdzie można się tam przebrać na miejscu?- Eliza i jej wyczucie taktu.
-W którym zamku jest przyjęcie?- nie mam pojęcia o czym rozmawiają. – W tym podobnym do Zwinger?
-Tak. W jego dokładnej replice zwanej… nie pamiętam. –blondynka wzruszyła ramionami.
-Pallas. To nazwa tego pałacu. Moje mieszkanie znajduje się niedaleko. Tam możemy się zatrzymać.
-No to proszę państwa jedziemy na bal!- wrzasnęła uradowana królowa. Zajęliśmy miejsca w jej limuzynie i ruszyliśmy przed siebie. W aucie panowało ogóle poruszenie. Kaspian czesał swoją siostrę, a ja razem z Dzwoneczkiem grałam w łapki. Nawet nie wiem kiedy udrapała mnie swoimi długimi, ślicznymi paznokciami.
-Piękne. Kto je robił?- spytałam.
-Generał. Patrz na co je stać.- jak na zawołanie płytki wydłużył się przebijając dach pojazdu. Wystraszyłam się. – Przepraszam, jeszcze nad tym nie panuję.- powiedziała radośnie. Nie wyglądała na osobą, która wraca w rodzinne strony, z których ją wygnano kilka lat temu. Oparłam się plecami o fotel. Jak dobrze. Czuje się spokojniejsza, kiedy wiem, że Eliza nie prowadzi. Zasnęłam. Obudziłam się dopiero w mieście. Jakie ono wspaniałe! Wszędzie są sąsiadujące ze sobą domki w różnych kolorach, z okiennic zwisają kwiaty sięgające ulicy po której jeżdżą dorożki zaprzężone w konie. Małe sklepiki pysznią się po obu stronach brukowanej drogi. Ludzie są tu uśmiechnięci i szczęśliwi jakby nie odczuwali realiów wojny, albo po prostu udają za cenę spokoju.
-Zaparkuj tutaj.- poleciła szesnastolatka.
-Robi się.- filozof umiejętnie zaparkował pomiędzy hydrantem, a skrzynką na listy. Wysiedliśmy z limuzyny. Kaja dłużysz czas stała przed budynkiem ściskając w dłoni klucze od mieszkania. W końcu zebrała się na pierwsze kilka kroków w kierunku domu. Włożyła klucz do zamka. Przekręciła go gwałtownym ruchem. Pośpiesznie pchnęła drzwi. Powoli wtoczyliśmy się do przedpokoju. Na podłodze leżały poukładane buty, na wieszakach wisiały kurtki oraz kapelusze. Domek wcale nie wyglądał na opuszczony. Czas dla niego jakby się zatrzymał. Świadczyły o tym nienaganna boazeria na ścianach, nowiutkie płytki oraz działające oświetlenie.
-Jesteś pewna, że nikt tu nie mieszka?- spytałam.
-Tak.- powiedziała łamiącym się głosem. –Dom pozostał w takim stanie, w jakim go opuściliśmy. Jednymi osobami mającymi do niego dostęp jestem ja, Jonathan oraz – zatrzymała się na moment – oraz  Christopher, ale on nie żyje. Chodźcie, rozbijemy się w salonie.- otworzyła drzwi na prawo. Uderzył nas odór stęchlizny. Od razu rozwarliśmy okna. Chłopaki zrzucili z grzbietów torby z odzieżą. Rozglądnęłam się dokoła. Pokój pomalowano na miętowo. Z wyjątkiem jednej ściany, którą udekorowano białą cegłą. Naprzeciwko cegiełki postawiono śnieżnobiałą, czterodrzwiową szafę ze wstawkami z sodomy oraz lustrem. Zaraz obok stała podświetlana komoda z szklanymi półeczkami. Zaraz nad nią wisiał ogromny, plazmowy telewizor. Usiadłam na białym narożniku. Na wyciągnięcie ręki ustawiono stół z pięcioma krzesłami. Wiatr delikatnie poruszał niebieską zasłoną. Obróciłam głowę. Wzrok przyciągnęły porozrzucane po całej ścianie ramki z rodzinnymi zdjęciami. Kaja na basenie, Christopher robiący zamek z piasku, Jonathan przeciągający linę z jakimś mężczyzną. I wiele innych ujęć z przeszłości mojej przyjaciółki, za dużo żeby opisywać każde z osobna.
-Nadia, pakuj się w ten stelaż!- usłyszałam za plecami naglący głos Elizy.
-Już, już.- uspokajałam ją. Trochę za mocno zapięła mi go w pasie, ale jest tam podenerwowana, że lepiej dla mnie, jeśli nie zwrócę jej uwagi. Przeciągnęła mi przez głowę kilkukilogramowe worki z worki z wodą zaszyte w materiale. Mam nadzieję, że nie będę chlupać z każdym krokiem.
-Złap się stołu, bo zapinam gorset.- wykonałam jej polecenie. Zwinnie przeciągnęła linkę między szlufkami i mocno pociągnęła.
-Nie dam rady w tym oddychać. Miażdżysz mi płuca.- wydyszałam.
-Chcesz być piękna, musisz cierpieć.
-Już to gdzieś słyszałam.- bąknęłam. Założyłam glany. Sukienka idealnie maskowała ich obecność. Teraz ja pomogłam ubrać się królowej.
-Boże, ile to waży?- zadałam pytanie usiłując podnieść z ziemi dół sukni.
-Mam tam bomy i noże. To może trochę ważyć. Czekaj, zaraz coś na to poradzimy. – chrząknęła. – Kaspian!- żeby nie ogłuchnąć zatkałam uszy.
-Czego się drzesz?! – wpadł do pokoju z rozpiętą koszulą i prawym budzie w lewej ręce.
-Jesteś mi potrzebny.- wskazała na materiał. Chłopak machnął dłonią i gotowe. Eliza była gotowa, do połowy. Nadszedł najgorszy moment. Ubieranie gorsetu. Zaszyłam go trzęsącymi się palcami.
-Podasz mi rękawiczkę?- spytała.
-Jasne.- otworzyłam worek z akcesoriami leżącymi na puchowym dywanie. Wyjęłam z niego koronkową rękawiczkę i podałam przywódczyni.
-Dzięki. – powiedziała. Zwróciła się do Omari. –Kaja, możemy pościelić łóżka?
-Po co?- zdziwiła się nastolatka.
-Po balu będziemy wykończeni, a gdzieś musimy się przespać. Co nie?
-Jasne. Zaraz poszukam poduszek i kołder. Pięć prawda?- otworzyła szafę.
-Nie. Jeśli można, to sześć. Na balu dołączy do nas szósty uczestnik wyprawy.- zamilkliśmy na dłuższą chwilę. Cisze przerwała gospodyni.
-Nadia, pomóż mi wytrzepać pościel na balkonie, a wy chłopaki rozłóżcie sobie kanapę w pokoju mojego starszego brata. Korytarzem pierwsze drzwi po lewej.
-Ok.-wyszli. Złapałam swoją działkę i przepchałam ją przez balkonowe drzwi.
-Jak myślisz jaki on będzie?- Dzwoneczek wypaliła znienacka.
-Nie wiem. Szczerze mówiąc nie myślałam o tym.- wzruszyłam ramionami.
-Mam nadzieję, że będzie przystojny.- westchnęła rozmarzona.
-Lepiej bierz się za sprzątnie. Chłopaków pooglądasz sobie ma balu. Uwierz mi, trochę ich tam będzie.- uśmiechnęłam się. Czystą pościel zaniosłyśmy przyjaciołom. Zdążyli przygotować cały pokój. Położyłyśmy barłogi na dużym tapczanie.
-Mam nadzieję, że ten nowy nie jest gruby, bo inaczej będzie z nami kiepsko.- zaśmiał się Feliks.
-Masz rację stary.- zawtórował mu Kaspian. Zadzwonił domofon. Wszyscy zesztywnieliśmy w jednej chwili. Delikatnie wychylimy głowy na korytarz, aby zobaczyć nadchodzącego gościa. Słyszałam jak chłopaki nerwowo przełykają ślinę, a Kaja pod nosem błaga Boga, żeby nieznajomy okazał się wolny i przystojny. Elizabeth nacisnęła przycisk zwalniający zamek drzwi. Mężczyzna nacisnął klamkę… i wszedł do środka. Z ciekawości za bardzo się wychyliliśmy i runęliśmy pod nogi chłopaka. Zaśmiał się.
-Skąd wiedzieliście, że lubię kiedy śmieci przede mną klękają?- wszędzie i o każdej porze dnia oraz roku rozpoznam ten perfidny głos. Poderwałam się z podłogi celując pięścią w twarz blondyna.
-Niklaus! –ryknęłam. Moja pięść elegancko zanurzyła się w jego krzywej mordzie. Jak Boga kocham. Trzęsę się z frustracji na jego widok.
-Nie przyjechałem, po to żeby się z tobą bić…
-I tak byś przegrał- skomentowałam.
-Ale na prośbę słodkiej Elizy.- wziął ja pod rękę.
-Nie żartuj, że jesteś naszym towarzyszem podróży, bo się zrzygam.
-Ja z tym kolesiem nie nie śpię w jednym łóżku.- byłam wdzięczna Kaspianowi za szczerą opinię na poruszony temat.
-Spać? Łóżko? Podróż? Zwolnijcie, bo nie nadążam.
-Co się dziwić, w końcu masz ptasi móżdżek.- syknęłam.
-Skończcie!- głos liderki doprowadził nas do pionu. –Aazam przyjechał tu na moją prośbę. Będzie mi towarzyszyć podczas balu. Nic więcej.- powiedziała dobitnie.
-Czyli nigdzie z nimi nie jedzie?- dopytywałam.
-A ja nie muszę dzielić z nim łóżka?
-Tak. Musicie znieść go tylko przez jeden wieczór. Chyba za dużo od was nie wymagam.- mruknęliśmy na znak zgody. Kiedy odrobinę się uspokoiłam, zerknęłam kątem oka na jego ubiór. Biały, nie uzbrojony, za to dobrze skrojony garnitur, a pod nim niebieska koszula. Do tego założył czarne lakierki. Jaki nudziarz.
-Nie chcę wam przeszkadzać, ale za pięć minut oficjalnie spóźnimy się na najważniejszą imprezę roku. –nauczyciel wskazał na zegarek. Faktycznie! Za pięć szósta.
-Pędem do samochodu!- rozkazała Elizabeth. Wyskoczyliśmy na zewnątrz i wpakowaliśmy się do pojazdu. Gdyby nie przyspieszenie, które Kiear nadał limuzynie, nie zdążylibyśmy. Zaparkował krzywo tuż przed wielkimi wrotami.
-Słuchajcie uważnie. Wchodzimy w odstępach. Nie wszyscy razem. Na balu udajemy, że się nie znamy. Każdy trzyma się swojej pary. Jakby pojawiły się komplikacje dam wam znać. Kaja idziesz z Feliksem, a Nadia z Kaspianem. Wasz cel na dziś: Przeżyć!  

***
Hejka, to znowu ja. Spodziewam się, że macie mnie dość :* Jeszcze raz dziękuję wam za komentarze oraz mam dla was rysunek od Juki. Z okazji, że tego w następnym rozdziale pojawi się bal dodam wszystkie stroje, aby wam i sobie odświeżyć pamięć. Dobranoc <3