Translate

sobota, 31 października 2015

Rozdział XXX



Nadia
Wybiegłyśmy z sali. Blondynka mocno ściskała moją dłoń.
-Słuchaj uważnie. Nie wiem jakim kosztem, ale musimy wytrzymać do północy. – oznajmiła ponuro.
-Dobrze.- powiedziałam. Wychyliłam się przez barierkę i zerknęłam w dół. Walka rozpoczęła się na dobre. Kaspian podrzucił swój płaszcz do góry i wydarł z niego obusieczny miecz. Posługiwał się nim swobodnie, jakby się z nim urodził. W kłębiącym się tłumie spostrzegłam Feliksa. Nastolatka otoczył tłum ludzi i zbroi. On stał pośrodku nich z głupkowatym uśmiechem na ustach. W ręce trzymał zapalniczkę. Nerwowo próbował wykrzesać z niej iskry. W końcu sobie odpuścił i wyrzucił ją za siebie. W jego dłoniach, jak na zawołanie, pojawiły się płonienie. Strażnicy zgłupieli, co chłopak natychmiast wykorzystał i zaszarżował na nich. W innej części pokoju, Kaja otoczona przeróżnymi stworzeniami zaprojektowanymi przez jej wyobraźnię, wymachiwała wachlarzami. To może wydawać się głupie, ale w jej rękach stanowią śmiertelną broń.
-Musimy znaleźć osobę, która kontroluje to badziewie.- skrzywiła się.
-Masz jakiś plan?- spytałam naiwnie.
-Będziemy dźgać te zbroje tak długo, dopóki któraś z nich nie zawyje z bólu.- warknęła.
-Ale to nic nie da. Ten mag może być kilka kilometrów stąd. – zmartwiłam się.
-Nie. Na pewno jest tutaj. Marionetek jest za dużo na mobilne sterowanie. Lalkarz jest ukryty pomiędzy nimi.- wydobyła z sukni składaną włócznię, która urosła do właściwych rozmiarów w jej ręce. Westchnęła głęboko. – Pora ruszyć do walki.- uśmiechnęła się i zeskoczyła z balkonu. Z gracją wylądowała na ziemi. Odpięła dół sukienki i rozłożyła go za sobą. Oczom przeciwników ukazał się nie mały rynsztunek bojowy. Przeanalizowałam nasze siły. Mamy spore szanse. Na początek trzeba przeliczyć żołnierzy. Około setki. Najwięcej mężczyzn atakuje maga ziemi. Uśmiechnęłam się pod nosem. Rozdarłam worki z wodą umieszczone w mimo ubraniu. Kilka litrów cieczy zatańczyło wokół mnie. Byłam gotowa do walki. Stanęłam na poręczy i wybiłam się. Przeleciałam nad walczącymi i stanęłam na równych nogach tuż u boku generała. Odpięłam więżącą mnie krynolinę i podałam ją Kaspianowi. Chłopak chętnie ją przyjął. Podarowany stelaż przemienił w drugi, podobnej wielkości miecz. Przywarliśmy do siebie placami.
-Wiesz, że nie dam rady chronić i ciebie?- pyta.
-Poradzę sobie.- mówiąc to wyciągam z koka dwie wsuwki. Naciskam przycisk i szpilki zamieniają się w dwa ostrza. Włosy luźno opadły mi na ramiona. Kiwnął głową. Rozpoczęliśmy wspólne odpieranie  ataków. Raz za razem pojawiały się kamienne ściany, to lodowe umocnienia. Zaraz powietrze przecinał szczęk stykającej się broni. Montrose puścił w ruch swój kastet. Za jednym pociągnięciem znokautował kilku naraz. Ja, otoczyłam się płynnym welonem i nieustanie wypuszczałam serię lodowych pocisków. Po jakimś czasie schowałam wodę i przerzuciłam się ponownie na szpady. Nagle poczułam silniejsze uderzenie, a raczej ukłucie. Prąd. Iskry przeszyły mnie od głowy po stopy. Aż rozbolała mnie szczęka.
-Giń!- nieznany mag ognia ponownie ruszył w moją stronę. Z całej siły uderzył w miejsce, w którym przed momentem stałam. Udało mi się zmusić moje mięśnie do pracy. Szybko rozwiązałam gorset. Zatruta żyłka to w tych czasach bardzo przydatna broń. 
Kaja
Nareszcie do walki przyłączył się dziewczyny. Powicie mi dlaczego ja zawsze muszę wpakować się w największe gówno? Czemu te zbroje obrały sobie mnie za cel? Nie działają na nie żadne ataki. Ani bomby, ani pociski. Nic. Nawet magia powietrza na pierwszym poziomie nie może ich uszkodzić. Jedne co mogę zrobić, to wpakować całą siłę w wymyślanie metalożernych potworów. Problem sprawia kontrolowanie dziesięciu na raz. Nie możliwa staje się samoobrona. Dostałam tyle razy, że już nie daję rady stać. Z kilku ran cieknie mi krew. Nie mogę jej zatamować. Nie pomagają nawet opaski uciskowe. Dawno przeszłam na tryb swobodny. Niestety cały czas muszę trzymać przy sobie spód sukienki. Dodatkowy balast. Naciera kolejna tura puszek. Uruchomiłam metalowe szpony i cięłam nimi napastników. Natychmiast się zregenerowali. Jeden z nich uderzył mnie z całej siły w brzuch. Upadłam na kolana. Zdarzyłam zasłonić się jednym ze stworów. Cios był tak potężny, że smok w mgnieniu oka rozsypał się w pył. Podnosiłam się z ziemi i splunęłam. Sięgnęłam do cholewki butów po naboje. Napełniłam nimi wachlarze i ponownie zaczęłam strzelać we wrogów. Ku mojemu zdziwieniu, zamach poskutkował. Nie wiem jaka substancja znajduje się w nabojach, ale właśnie uratowała mnie przed kolejnym uderzeniem. Poczułam się nieco lepiej. Ból w klatce piersiowej ustąpił, a z ran nie wypływała już krew. Spojrzałam na Nadię. Uśmiechnęła się znacząco. Nawet teraz myśli o tym , jak może nam pomóc. Wyszeptałam „dziękuję” i stworzyłam watahę wilków na moje rozkazy. Połowa z nich, czyli piątka, skończył pomóc Feliksowi, a reszta została u mojego boku. Wpadałam na genialny pomysł. Wydobyłam pociski i rozdeptałam je na podłodze, po czym przywołam zwierzęta. Każde z nich zamoczyło pazury w cieczy i ruszyło, tym razem, do skutecznego natarcia. Sama wzięłam z nich przykład. Również wysmarowałam swoje szpony zawartością amunicji. Prawdopodobnie zła passa już minęła.
Feliks
Mężczyźni ruszyli w moją stronę. Zatrzymałem ich ruchem ręki. Stanęli osłupieni.
-Panowie dajcie mi chwilkę. – z kieszonki marynarki wyjąłem zapalnik. Cholera! Piekielna zapalniczka nie chce działać! Akurat w takim momencie. Żołnierze zacieśniają wokół mnie coraz to węższe koło. Z nerwów uśmiecham się jak kretyn. Nie poradzę sobie bez źródła ognia. Słońce już dawno zaszło. Kiedyś, nie wiem jakim cudem, udało mi się przywołać płomień bazując na świetle słonecznym odbijanym przez księżyc. Po raz ostatni usiłowałem zapalić zapalniczkę. Tak jak myślałem. Nie udało się. Wyrzuciłem ją za plecy. Zamknąłem oczy. Skupiłem się na sile słońca, potem pomyślałem o księżycu. Poczułem znajome ciepło rozgrzewające moje żyły. W dłoniach dzierżyłem dwie ogniste kule. Odetchnąłem z ulgą. Zaczęłam się walka. Jakiś mag ziemi usiłował złapać mnie w ziemne kajdany, ale ja byłem szybszy i poraziłem go prądem. Upadł na podłogę zwijając się w delirce. Nacierali na mnie kolejno ziemia, powietrze, ogień oraz woda i tak po kolej. Każdego z nich miażdżyłem. Jednego przerzuciłem przez ramię, innego załapałem za ręce, przyłożyłem nogę go jego klatki piersiowej i przeważyłem w tył. Usłyszałem za sobą jak uderza głową w filar. Poczułem ciepłą ciecz na moim przedramieniu. Super, dałem się trafić. Na horyzoncie pojawił się silniejszy przeciwnik. Masywny mag ziemi z młotem. Uśmiechnąłem się krzywo. Poluzowałem krawat. Szybkim ruchem ściągnąłem go z szyi. Błyskawicznie zmienił się w miecz. Jak się cieszę, że mam tak pomysłowego kolegę jak Kaspian. tym razem to ja czekałem na pierwszy ruch przeciwnika. Nie zajęło to długo. Bardzo szybko znalazł się za moimi plecami i przecedził mi w łeb bronią. Przeturlałem się kilka centymetrów. Dotknąłem tyłu głowy. Na ręce miałem własną krew. Bardzo nie lubię widoku posoki. Poruszyłem się delikatnie. Nic z tego. Nie wstanę. Oczy zaszły mi mgłą. Odpocznę tylko chwileczkę. Nic się złego nie stanie. O! Czuję takie przyjemne ciepło.  Umysł mi się rozjaśnia. Rana przestała boleć. Zawroty ustąpiły. Wstałem na nogi. Widzę wszystko dobrze i wyraźnie. Poczułem się tak jak przed rozpoczęciem walki, czyli pełen sił. To pewnie zasługa Nadii. Może udawać, że nic ją nie obchodzi, ale jak widać prawda jest inna. Powiecie mi, co przede mną robi wataha wilków? Nie ważne. Jeżeli są po mojej stronie, to dobrze. Podniosłem ostrze z ziemi. Zatknąłem je za pas. Z boków garnituru wyjąłem pistolety. Wymierzyłem w przeciwnika.
-Pa, pa.- pożegnałem się i strzeliłem. Żołnierz runął na posadzkę nieżywy. Naładowałem magazynki.
-Kto następny!- zawołałem ucieszony. Może jednak dziś nie zginę?
Elizabeth
Wszyscy sobie dobrze radzą. To najważniejsze. Nie mam czasu się nimi na razie przejmować. Jakiś facet od kilku minut usiłuje zadźgać mnie lancą. W końcu wymierzam mu trafione uderzenie w brzuch. Strzepuję jego resztki z obrzydzeniem. Kilku kolejnych napastników powalam bez mrugnięcia okiem. Jaki naiwniak myślał, że zajdzie mnie od tyłu. A tu niespodzianka. Nóż między oczy. Okropnie ich dużo. Mnożą się jak mrówki. Niektórzy silniejsi, inni słabsi, ale każdy z nich bierze udział w wyborach na potencjonalnego zabójcę. Nieźle by  się wzbogacili zanoszą moja głowę na tacy kanclerzowi. Odpieram kolejne uderzenie. Jego siła wbiła mnie w podłogę. Przede mną stoi kilkunastoletni byczek.
-Hej.-przywitałam się. Szybkim ruchem, na jaki stać tylko maga powietrza przeszywam go włócznią. On nic sobie z tego nie robi. Chyba nawet jej nie zauważył.
-Oddaj mi broń!- krzyknęłam. To na nic. On po prostu ją wchłoną.
-Jak?- odpowiedział mi mocnym uderzeniu. Zablokowałam je dzięki rękawiczce wzmacniającej siłę mięśni od mojego brata. Jeśli przeżyję, to będę musiała mu podziękować. Haha. Żart. Mężczyzna patrzy na mnie z szeroko otwartymi oczami. Jego szok nie trwa długo. Szybko chwyta moją drugą rękę i miażdż ja żelaznym uściskiem. Zaciskam usta. Staram się nie krzyczeć z bólu. Łzy napływają mi do oczu. Odpędzam je. Po chwili znikają. Wyrywam się z uścisku faceta i używam rozkazu.
-ZABIJ SIĘ!- czekam chwilę. Nic. Kurde. Ma zatyczki w uszach. Dlatego nic wcześniej do mnie nie mówił. No to mogę się pożegnać z życiem. Nie dam rady bronić się jedną kończyną zbyt długo. Uderzam zdrową ręką w podłogę powodując jej pęknięcie. Zdezorientowany facet spada w przygotowaną dla niego szczelinę. Pośpiesznie wrzuciłam tam bomby. Ich wybuch zagłuszył krzyk maga. Odpięłam kilka nożyków i z bijącym sercem czekałam na kolejny atak. W moim kierunku, po płytkach zmierzała stróżka wody. W mig pojęłam o co chodzi i zanurzyłam w niej chorą rękę. Co za ulga. W takich chwilach cieszę się, że mam przy sobie Nadię. Z uśmiechem na ustach przywitałam napastników.
Kaspian
Mówcie co chcecie, ale ja i tak będę miło wspominać mój pierwszy bal. Mimo krwawej jadki i tak było całkiem przyjemnie. Zatańczyłem z Nadią i nawet udało mi się ją wkurzyć, moje wynalazki w końcu się komuś przydały i spędziłem trochę czasu z przyjaciółmi.
-Kaspian, osłonisz nie przez jakiś czas?- głos dziewczyny rozległ się za moimi plecami.
-Czemu maiłbym to zrobić? – drażnię się z nią przecinając zbroję na pół.
-Wszyscy mają poważne kłopoty. Nie przedostanę się do nich, ale mogę im pomóc w inny sposób.- mówi szybko, tonem nie znoszącym sprzeciwu.
-Tak jest.- zgadzam się. Kątem oka zauważam jak rozsyła trzy porcje wody w różne kierunki sali. Skupia się. Po chwili otwiera oczy i mówi
-Gotowe.- w przeciwnym końcu pomieszczenia rozlega się kobiecy głos. Tak to moja siostra. Nic na to nie poradzę. Zaraz słychać strzały. Potem wycie wilków. Patrzę na nią osłupiały.
-Co zrobiłaś?
-Uzdrowiłam ich.- śmieje się. Nagle jej mina się zmienia i wykonuje bardzo szybki ruch. Coś świsnęło mi tuż obok ucha. Obróciłem się. Za mną leżał zabity żołnierz. Z jego szyi wystaje ledwo widzialna gołym okiem igiełka. Spojrzałem na Nadię. Z obrzydzeniem spogląda na igły w swojej dłoni. Szlak, za pewne przez kolejne tygodnie będzie się obwiniać za jego śmierć.
-Jak ty byś go nie zabiła, to ja bym to zrobił.- mówię.
-Tak masz rację.- odpowiada cicho. Otwieram szerzej oczy. Próbuję krzyknąć, ale nie mogę. Ktoś zakneblował mi usta. To samo stało się z dziewczyną. Zostaliśmy złapani!
Nadia
Gdyby się nie zagapiła nie zostalibyśmy pojmani. Przez mnie wszyscy zostali załapani. Najpierw Feliks, potem Eliza. Najdłużej broniła się zaprawiona w walce Kaja.
-No, no. Przez chwilę myślałem, że mi uciekniecie.- z tłumu wyłonił się jakiś facet. Brązowe włos, niebieskie oczy. Standard. Przystojny jak cholera. I równie zły. Należy do tego typu faceta, przed którym matki ostrzegają swoje córki. – Mam na imię James. Jestem dowódcą legionu żywych, których powaliliście do ostatniego oraz metalowych zbroi.- wyprostował się.-Moim obowiązkiem jest was odprowadzić do politycznego więzienia. Straż! Zabrać ich. -w naszym kierunku ruszyło dziesięć zbroi. Nagle  drzwi do sali rozwarły się z hukiem i wbiegł przez nie ogromny, biały wilk. Bez namysłu rzucił się na maga i rozdarł jego gardło ostrymi jak brzytwa zębami. Pancerze zamarły w pół kroku i rozsypały się. Zwierze zawyło radośnie na nasz widok. Za nim we wrotach pojawił się mężczyzna. Z wrodzoną gracją zbiegł po schodach i rozwiązał nas. Skąd ja go znam. Biała czupryna, niesamowite oczy i oczywiście wilk sięgający mu do pasa. Nastolatek skłonił się.
-Naito Nazaja. Szósty uczestnik wyprawy. Miło mi was poznać.- uśmiechnął się. Szóstym uczestnikiem jest Naito?!

***
Dziś nie mam żadnych komunikatów :)Życzę wam wesołego Halloween. 

4 komentarze:

Unknown pisze...

Powiedz... Grasz może w Słodki Flirt? Kaspian strasznie mi przypomina Kastiela, a Naito Lysandra!
Rozdział świetny! Akcja, dużo akcji! Tak trzymać!
Pojawiło sie kilka błędów, jak szlak zamiast szlag i cos tam jeszcze czego nie pamietam :D ale i tak jest świetnie <3

Anonimowy pisze...

Ten rozdzial jest swietny. Bardzo duzo akcji i to mi sie podoba =D
~Basia M

Unknown pisze...

Jak teraz o tym myślę to masz rację :)

Anonimowy pisze...

Super ❤