Nadia
Wybiegłyśmy z sali. Blondynka mocno ściskała moją dłoń.
-Słuchaj uważnie. Nie wiem jakim kosztem, ale musimy
wytrzymać do północy. – oznajmiła ponuro.
-Dobrze.- powiedziałam. Wychyliłam się przez barierkę i
zerknęłam w dół. Walka rozpoczęła się na dobre. Kaspian podrzucił swój płaszcz
do góry i wydarł z niego obusieczny miecz. Posługiwał się nim swobodnie, jakby
się z nim urodził. W kłębiącym się tłumie spostrzegłam Feliksa. Nastolatka
otoczył tłum ludzi i zbroi. On stał pośrodku nich z głupkowatym uśmiechem na ustach. W
ręce trzymał zapalniczkę. Nerwowo próbował wykrzesać z niej iskry. W końcu
sobie odpuścił i wyrzucił ją za siebie. W jego dłoniach, jak na zawołanie,
pojawiły się płonienie. Strażnicy zgłupieli, co chłopak natychmiast wykorzystał
i zaszarżował na nich. W innej części pokoju, Kaja otoczona przeróżnymi
stworzeniami zaprojektowanymi przez jej wyobraźnię, wymachiwała wachlarzami. To
może wydawać się głupie, ale w jej rękach stanowią śmiertelną broń.
-Musimy znaleźć osobę, która kontroluje to badziewie.-
skrzywiła się.
-Masz jakiś plan?- spytałam naiwnie.
-Będziemy dźgać te zbroje tak długo, dopóki któraś z nich
nie zawyje z bólu.- warknęła.
-Ale to nic nie da. Ten mag może być kilka kilometrów stąd.
– zmartwiłam się.
-Nie. Na pewno jest tutaj. Marionetek jest za dużo na
mobilne sterowanie. Lalkarz jest ukryty pomiędzy nimi.- wydobyła z sukni
składaną włócznię, która urosła do właściwych rozmiarów w jej ręce. Westchnęła
głęboko. – Pora ruszyć do walki.- uśmiechnęła się i zeskoczyła z balkonu. Z
gracją wylądowała na ziemi. Odpięła dół sukienki i rozłożyła go za sobą. Oczom
przeciwników ukazał się nie mały rynsztunek bojowy. Przeanalizowałam nasze
siły. Mamy spore szanse. Na początek trzeba przeliczyć żołnierzy. Około setki.
Najwięcej mężczyzn atakuje maga ziemi. Uśmiechnęłam się pod nosem. Rozdarłam worki
z wodą umieszczone w mimo ubraniu. Kilka litrów cieczy zatańczyło wokół mnie.
Byłam gotowa do walki. Stanęłam na poręczy i wybiłam się. Przeleciałam nad
walczącymi i stanęłam na równych nogach tuż u boku generała. Odpięłam więżącą
mnie krynolinę i podałam ją Kaspianowi. Chłopak chętnie ją przyjął. Podarowany
stelaż przemienił w drugi, podobnej wielkości miecz. Przywarliśmy do siebie
placami.
-Wiesz, że nie dam rady chronić i ciebie?- pyta.
-Poradzę sobie.- mówiąc to wyciągam z koka dwie wsuwki.
Naciskam przycisk i szpilki zamieniają się w dwa ostrza. Włosy luźno opadły mi
na ramiona. Kiwnął głową. Rozpoczęliśmy wspólne odpieranie ataków. Raz za razem pojawiały się kamienne
ściany, to lodowe umocnienia. Zaraz powietrze przecinał szczęk stykającej
się broni. Montrose puścił w ruch swój kastet. Za jednym pociągnięciem
znokautował kilku naraz. Ja, otoczyłam się płynnym welonem i nieustanie wypuszczałam
serię lodowych pocisków. Po jakimś czasie schowałam wodę i przerzuciłam się
ponownie na szpady. Nagle poczułam silniejsze uderzenie, a raczej ukłucie.
Prąd. Iskry przeszyły mnie od głowy po stopy. Aż rozbolała mnie szczęka.
-Giń!- nieznany mag ognia ponownie ruszył w moją stronę. Z
całej siły uderzył w miejsce, w którym przed momentem stałam. Udało mi się
zmusić moje mięśnie do pracy. Szybko rozwiązałam gorset. Zatruta żyłka to w
tych czasach bardzo przydatna broń.
Kaja
Nareszcie do walki przyłączył się dziewczyny. Powicie mi
dlaczego ja zawsze muszę wpakować się w największe gówno? Czemu te zbroje
obrały sobie mnie za cel? Nie działają na nie żadne ataki. Ani bomby, ani
pociski. Nic. Nawet magia powietrza na pierwszym poziomie nie może ich
uszkodzić. Jedne co mogę zrobić, to wpakować całą siłę w wymyślanie metalożernych
potworów. Problem sprawia kontrolowanie dziesięciu na raz. Nie możliwa staje się
samoobrona. Dostałam tyle razy, że już nie daję rady stać. Z kilku ran cieknie
mi krew. Nie mogę jej zatamować. Nie pomagają nawet opaski uciskowe. Dawno
przeszłam na tryb swobodny. Niestety cały czas muszę trzymać przy sobie spód
sukienki. Dodatkowy balast. Naciera kolejna tura puszek. Uruchomiłam metalowe
szpony i cięłam nimi napastników. Natychmiast się zregenerowali. Jeden z nich
uderzył mnie z całej siły w brzuch. Upadłam na kolana. Zdarzyłam zasłonić się
jednym ze stworów. Cios był tak potężny, że smok w mgnieniu oka rozsypał się w
pył. Podnosiłam się z ziemi i splunęłam. Sięgnęłam do cholewki butów po naboje.
Napełniłam nimi wachlarze i ponownie zaczęłam strzelać we wrogów. Ku mojemu
zdziwieniu, zamach poskutkował. Nie wiem jaka substancja znajduje się w
nabojach, ale właśnie uratowała mnie przed kolejnym uderzeniem. Poczułam się
nieco lepiej. Ból w klatce piersiowej ustąpił, a z ran nie wypływała już krew.
Spojrzałam na Nadię. Uśmiechnęła się znacząco. Nawet teraz myśli o tym , jak
może nam pomóc. Wyszeptałam „dziękuję” i stworzyłam watahę wilków na moje
rozkazy. Połowa z nich, czyli piątka, skończył pomóc Feliksowi, a reszta
została u mojego boku. Wpadałam na genialny pomysł. Wydobyłam pociski i
rozdeptałam je na podłodze, po czym przywołam zwierzęta. Każde z nich zamoczyło
pazury w cieczy i ruszyło, tym razem, do skutecznego natarcia. Sama wzięłam z
nich przykład. Również wysmarowałam swoje szpony zawartością amunicji.
Prawdopodobnie zła passa już minęła.
Feliks
Mężczyźni ruszyli w moją stronę. Zatrzymałem ich ruchem
ręki. Stanęli osłupieni.
-Panowie dajcie mi chwilkę. – z kieszonki marynarki wyjąłem zapalnik.
Cholera! Piekielna zapalniczka nie chce działać! Akurat w takim momencie.
Żołnierze zacieśniają wokół mnie coraz to węższe koło. Z nerwów uśmiecham się jak
kretyn. Nie poradzę sobie bez źródła ognia. Słońce już dawno zaszło. Kiedyś, nie
wiem jakim cudem, udało mi się przywołać płomień bazując na świetle słonecznym
odbijanym przez księżyc. Po raz ostatni usiłowałem zapalić zapalniczkę. Tak jak
myślałem. Nie udało się. Wyrzuciłem ją za plecy. Zamknąłem oczy. Skupiłem się na
sile słońca, potem pomyślałem o księżycu. Poczułem znajome ciepło rozgrzewające
moje żyły. W dłoniach dzierżyłem dwie ogniste kule. Odetchnąłem z ulgą. Zaczęłam
się walka. Jakiś mag ziemi usiłował złapać mnie w ziemne kajdany, ale ja byłem
szybszy i poraziłem go prądem. Upadł na podłogę zwijając się w delirce. Nacierali
na mnie kolejno ziemia, powietrze, ogień oraz woda i tak po kolej. Każdego z
nich miażdżyłem. Jednego przerzuciłem przez ramię, innego załapałem za ręce,
przyłożyłem nogę go jego klatki piersiowej i przeważyłem w tył. Usłyszałem za
sobą jak uderza głową w filar. Poczułem ciepłą ciecz na moim przedramieniu. Super,
dałem się trafić. Na horyzoncie pojawił się silniejszy przeciwnik. Masywny mag
ziemi z młotem. Uśmiechnąłem się krzywo. Poluzowałem krawat. Szybkim ruchem ściągnąłem
go z szyi. Błyskawicznie zmienił się w miecz. Jak się cieszę, że mam tak pomysłowego
kolegę jak Kaspian. tym razem to ja czekałem na pierwszy ruch przeciwnika. Nie zajęło
to długo. Bardzo szybko znalazł się za moimi plecami i przecedził mi w łeb
bronią. Przeturlałem się kilka centymetrów. Dotknąłem tyłu głowy. Na ręce miałem własną
krew. Bardzo nie lubię widoku posoki. Poruszyłem się delikatnie. Nic z tego. Nie
wstanę. Oczy zaszły mi mgłą. Odpocznę tylko chwileczkę. Nic się złego nie stanie.
O! Czuję takie przyjemne ciepło. Umysł mi
się rozjaśnia. Rana przestała boleć. Zawroty ustąpiły. Wstałem na nogi. Widzę wszystko
dobrze i wyraźnie. Poczułem się tak jak przed rozpoczęciem walki, czyli pełen
sił. To pewnie zasługa Nadii. Może udawać, że nic ją nie obchodzi, ale jak
widać prawda jest inna. Powiecie mi, co przede mną robi wataha wilków? Nie ważne.
Jeżeli są po mojej stronie, to dobrze. Podniosłem ostrze z ziemi. Zatknąłem je
za pas. Z boków garnituru wyjąłem pistolety. Wymierzyłem w przeciwnika.
-Pa, pa.- pożegnałem się i strzeliłem. Żołnierz runął na
posadzkę nieżywy. Naładowałem magazynki.
-Kto następny!- zawołałem ucieszony. Może jednak dziś nie
zginę?
Elizabeth
Wszyscy sobie dobrze radzą. To najważniejsze. Nie mam czasu się
nimi na razie przejmować. Jakiś facet od kilku minut usiłuje zadźgać mnie lancą.
W końcu wymierzam mu trafione uderzenie w brzuch. Strzepuję jego resztki z
obrzydzeniem. Kilku kolejnych napastników powalam bez mrugnięcia okiem. Jaki naiwniak
myślał, że zajdzie mnie od tyłu. A tu niespodzianka. Nóż między oczy. Okropnie ich
dużo. Mnożą się jak mrówki. Niektórzy silniejsi, inni słabsi, ale każdy z nich
bierze udział w wyborach na potencjonalnego zabójcę. Nieźle by się wzbogacili zanoszą moja głowę na tacy
kanclerzowi. Odpieram kolejne uderzenie. Jego siła wbiła mnie w podłogę. Przede
mną stoi kilkunastoletni byczek.
-Hej.-przywitałam się. Szybkim ruchem, na jaki stać tylko
maga powietrza przeszywam go włócznią. On nic sobie z tego nie robi. Chyba nawet
jej nie zauważył.
-Oddaj mi broń!- krzyknęłam. To na nic. On po prostu ją
wchłoną.
-Jak?- odpowiedział mi mocnym uderzeniu. Zablokowałam je
dzięki rękawiczce wzmacniającej siłę mięśni od mojego brata. Jeśli przeżyję, to
będę musiała mu podziękować. Haha. Żart. Mężczyzna patrzy na mnie z szeroko
otwartymi oczami. Jego szok nie trwa długo. Szybko chwyta moją drugą rękę i
miażdż ja żelaznym uściskiem. Zaciskam usta. Staram się nie krzyczeć z bólu. Łzy
napływają mi do oczu. Odpędzam je. Po chwili znikają. Wyrywam się z
uścisku faceta i używam rozkazu.
-ZABIJ SIĘ!- czekam chwilę. Nic. Kurde. Ma zatyczki w
uszach. Dlatego nic wcześniej do mnie nie mówił. No to mogę się pożegnać z
życiem. Nie dam rady bronić się jedną kończyną zbyt długo. Uderzam zdrową ręką
w podłogę powodując jej pęknięcie. Zdezorientowany facet spada w przygotowaną dla
niego szczelinę. Pośpiesznie wrzuciłam tam bomby. Ich wybuch zagłuszył krzyk
maga. Odpięłam kilka nożyków i z bijącym sercem czekałam na kolejny atak. W moim
kierunku, po płytkach zmierzała stróżka wody. W mig pojęłam o co chodzi i
zanurzyłam w niej chorą rękę. Co za ulga. W takich chwilach cieszę się, że mam
przy sobie Nadię. Z uśmiechem na ustach przywitałam napastników.
Kaspian
Mówcie co chcecie, ale ja i tak będę miło wspominać mój
pierwszy bal. Mimo krwawej jadki i tak było całkiem przyjemnie. Zatańczyłem z
Nadią i nawet udało mi się ją wkurzyć, moje wynalazki w końcu się komuś przydały i spędziłem trochę czasu z przyjaciółmi.
-Kaspian, osłonisz nie przez jakiś czas?- głos dziewczyny
rozległ się za moimi plecami.
-Czemu maiłbym to zrobić? – drażnię się z nią przecinając zbroję
na pół.
-Wszyscy mają poważne kłopoty. Nie przedostanę się do nich,
ale mogę im pomóc w inny sposób.- mówi szybko, tonem nie znoszącym sprzeciwu.
-Tak jest.- zgadzam się. Kątem oka zauważam jak rozsyła trzy
porcje wody w różne kierunki sali. Skupia się. Po chwili otwiera oczy i mówi
-Gotowe.- w przeciwnym końcu pomieszczenia rozlega się kobiecy
głos. Tak to moja siostra. Nic na to nie poradzę. Zaraz słychać strzały. Potem wycie
wilków. Patrzę na nią osłupiały.
-Co zrobiłaś?
-Uzdrowiłam ich.- śmieje się. Nagle jej mina się zmienia i
wykonuje bardzo szybki ruch. Coś świsnęło mi tuż obok ucha. Obróciłem się. Za
mną leżał zabity żołnierz. Z jego szyi wystaje ledwo widzialna gołym okiem igiełka. Spojrzałem
na Nadię. Z obrzydzeniem spogląda na igły w swojej dłoni. Szlak, za pewne przez
kolejne tygodnie będzie się obwiniać za jego śmierć.
-Jak ty byś go nie zabiła, to ja bym to zrobił.- mówię.
-Tak masz rację.- odpowiada cicho. Otwieram szerzej oczy. Próbuję
krzyknąć, ale nie mogę. Ktoś zakneblował mi usta. To samo stało się z
dziewczyną. Zostaliśmy złapani!
Nadia
Gdyby się nie zagapiła nie zostalibyśmy pojmani. Przez mnie wszyscy
zostali załapani. Najpierw Feliks, potem Eliza. Najdłużej broniła się
zaprawiona w walce Kaja.
-No, no. Przez chwilę myślałem, że mi uciekniecie.- z tłumu wyłonił
się jakiś facet. Brązowe włos, niebieskie oczy. Standard. Przystojny jak
cholera. I równie zły. Należy do tego typu faceta, przed którym matki
ostrzegają swoje córki. – Mam na imię James. Jestem dowódcą legionu żywych, których
powaliliście do ostatniego oraz metalowych zbroi.- wyprostował się.-Moim
obowiązkiem jest was odprowadzić do politycznego więzienia. Straż! Zabrać ich. -w
naszym kierunku ruszyło dziesięć zbroi. Nagle drzwi do sali rozwarły się z
hukiem i wbiegł przez nie ogromny, biały wilk. Bez namysłu rzucił się na maga i
rozdarł jego gardło ostrymi jak brzytwa zębami. Pancerze zamarły w pół
kroku i rozsypały się. Zwierze zawyło radośnie
na nasz widok. Za nim we wrotach pojawił się mężczyzna. Z wrodzoną gracją zbiegł
po schodach i rozwiązał nas. Skąd ja go znam. Biała czupryna, niesamowite oczy
i oczywiście wilk sięgający mu do pasa. Nastolatek skłonił się.
-Naito Nazaja. Szósty uczestnik wyprawy. Miło mi was
poznać.- uśmiechnął się. Szóstym uczestnikiem jest Naito?!
***
Dziś nie mam żadnych komunikatów :)Życzę wam wesołego Halloween.
4 komentarze:
Powiedz... Grasz może w Słodki Flirt? Kaspian strasznie mi przypomina Kastiela, a Naito Lysandra!
Rozdział świetny! Akcja, dużo akcji! Tak trzymać!
Pojawiło sie kilka błędów, jak szlak zamiast szlag i cos tam jeszcze czego nie pamietam :D ale i tak jest świetnie <3
Ten rozdzial jest swietny. Bardzo duzo akcji i to mi sie podoba =D
~Basia M
Jak teraz o tym myślę to masz rację :)
Super ❤
Prześlij komentarz