Translate

sobota, 19 grudnia 2015

Rozdział XXXVII



Kaja
- Feliks zostaw go mnie! Ty ratuj Nadię i Kaspiana!
-Rozumiem.-szybko podbiegł do więźniów i roztopił krępujące ich łańcuchy. Niedługo potem opuścili pomieszczenie. Bez chwili wahania natarłam na mężczyznę. Chciałam kopnąć go w brzuch ale sprawnie uskoczył i za pomocą magii powietrza chwycił nogę, na której stałam. Szarpnęłam kończyną i przerzuciłam go przez prawy bark. Natychmiast wstał. Teraz powinnam znaleźć się za jego… poczułam uderzenie w plecy. Przekoziołkowałam się i pospiesznie stanęłam na nogach. Obróciłam się aby złapać go za ramiona ale jego już tam nie było. Czy on do cholery czyta w moich myślach?
-Jak to robisz? Skąd wiesz kiedy i jak uderzę?!- zawołałam.
-Walczysz tak jak dawniej.- podsumował.- Myślałem, że nauczysz mnie czegoś nowego, zawiodłem się.
-Mówisz tak, jakbyś mnie znał. To trochę przerażające. – zaśmiałam się. – Nie przepadam za rozczarowywaniem ludzi, więc pokażę ci coś nowego.- chłopak założył wisiorek na szyję i przyjął pozycję obronną. Zaraz, zaraz. To ja zawsze tak staję! Nieważne. Dowiem się wszystkiego jak zdejmę maskę z jego twarzy. Skupiłam się. Ponownie stworzyłam wilki. Wataha otoczyła mnie zwięzłym kręgiem.
-Więc one były twoje! Niesamowita umiejętność.- podciągnął rękaw do góry. Moim oczom ukazała się mini wyrzutnia. Zwolnił spust i kule natychmiast przerzedziły stado. Nawet nie zdążyłam zareagować. Pozostałe zwierzęta rzuciły się na wroga. Pierwszego z nich złapał za szczęki i rozerwał. Drugiemu rzucił coś do pyska. Futrzak nagle stanął i z jego wietrznika wydobył się dym. Wybuchnął. Trzeciego złapał za łapy, szarpnął je w tył, położył stopę na jego plecach i mocno pociągnął. Wilk zawył z bólu. Nastolatek puścił go.
-Tylko na tyle cię stać?- spytał. Chciałam wykonać szybszy ruch ale poczułam nagłe zmęczenie. Nic dziwnego. Już drugi raz stworzyłam watahę. Zorientowałam się, że słyszę własny oddech. Przyspieszony i nierówny. Całą siłę, która mi jeszcze pozostała, zużyje na atak ostateczny. Wykonam serię mega nieskoordynowanych ruchów. Udałam napad kaszlu. Kilka pocisków trafiło mężczyznę. Zdezorientowany natychmiast obrócił się i uderzył pięcia w nicość. Za to ja ugodziłam go z prawej strony. Momentalnie zareagował ale mnie tam już nie było. Złapałam go za lewę ramię i przewróciłam na ziemię. Uruchomiłam paznokcie, prezent od Kaspiana i zerwałam maskę z jego twarzy. Złapał się za usta. Między palcami przeciekała mu krew. W końcu cofną dłoń. Przeraziłam się. Wstałam i oparłam się placami o ścianę. Łzy same spływały mi po twarz. Zaczęłam je wycierać. Dopiero po dłuższej chwili odzyskałam równowagę psychiczną.
-Kaja.- podszedł do mnie z wyciągniętą przed siebie, zakrwawioną dłonią. Przyjrzałam się mu uważnie. Te same błękitne, wesołe oczy, szare potargane włosy, przebiegły uśmiech. Nie wytrzymałam.
-Za kogo się masz?! Dlaczego bawisz się moimi uczuciami! To nie fair przyjmować wygląd mojego zmarłego brata!- ześlizgnęłam się po ścianie. Usidłam na podłodze. Schowałam głowę w kolanach.
-To naprawdę ja. Czekaj. Zaraz ci to udowodnię.- pospiesznie oddał mi naszyjnik i rozpiął kurtkę. Pod spodem miał tylko cienki podkoszulek z krótkim rękawkiem.
-Nie jest ci zimno?- zadałam pytanie. Zignorował je. Położył rękę na szyi i pociągnął za łańcuszek. Na jego końcu pojawił się medalion. Od razu go złapałam. Trzęsącymi się dłońmi otworzyłam go. Zerknęłam do środka. Powstrzymałam łzy napływające mi do oczu. Dotknęłam swojego zdjęcia. Roześmiana ja z przeszłości. Jeszcze przed śmiercią rodziców. Spojrzałam na chłopaka. Uśmiechnął się blado. Chwyciłam go i mocno przytuliłam.
- Christopher… nawet nie wiesz ile czasu poświęciłam na twoje poszukiwania.
-Ja ciebie też szukałem.- powiedział łamiącym się głosem. Uścisnęłam go mocnej. Delikatnie odsunęłam go od siebie.
-Powiedz, jak sobie radziłeś przez tez czas? Przecież jak byłeś dzieckiem gdy cię straciłam.
-Gdy jechaliśmy pociągiem, do Jonathana zbliżył się generał generałów. Długo rozmawiali. Chyba obmyślili jakiś plan ale ja nie chciałem go słuchać. Krzyczałem, że musimy wrócić i ci pomóc. Nie słuchali mnie, więc otworzyłem drzwi przedziału i wyskoczyłem. W uszach świszczał mi wiatr. Przed oczyma ukazało się morze. Nikt nie zdążył mnie złapać. Dzięki magii powietrza zdmuchnąłem się do jakiejś jaskini. Znalazłem tam mnóstwo przedmiotów codziennego użytku. Materac, koc, jedzenie. Natychmiast się rozgościłem. Do głowy mi nie przyszło, że te rzeczy mogły mieć właściciela. Staruszek zjawił się pod wieczór. Bardzo zdziwił się na mój widok. Opowiedziałem mi wszystko. On zaakceptował mnie i wychowywał jak własne dziecko. Pomógł mi również w treningu. Dopiero po rocznej znajomość wyjawił mi swój sekret. Był głową rodzącego się ruchu rebeliantów. Na początku mu nie uwierzyłem i zbagatelizowałem sprawę. Po kilku miesiącach stałem się jej liderem. Teraz jesteśmy znani jako Krwawy Omen. Niesiemy śmierć wysoko postawionym magom, którzy popierają wojnę.
-Nie wydaj ci się, że jak zabijesz takiego generała to na jego miejsce wskoczy dziesięciu innych?- spytałam.
-Możliwe, ale ich wspólna siła będzie równa sile zmarłego.- zastanowiłam się. No tak, nie jest łatwo znaleźć dobre zastępstwo w tak krótkim czasie.
-Teraz kolej na twoją opowieść.- powiedział.
-Ja uciekłam z wioski razem z Eneaszem i zatrzymałam się w klasztorze św. Urszuli nieopodal Sory.
-Jesteś mniszką?- zdziwił się.
-Nie, no co ty. Po prostu mieszkałam tam przez pewien czas. Nie mieli nic przeciwko, kiedy znikałam na kilka tygodni nic im nie mówiąc. Zawsze na mnie czekali.
-To dobrze. Zapomniałbym! Co z Jonathanem?
-Gdyby nie Nadia, dziś byś się z nim spotkał.
-Nie rozumiem.
-Był prawą ręką Kaspiana ale w coś tak się wplątał i musiał uciekać. Poprosił Nadię, żeby przejęła jego obowiązki. Zgodziła się. Teraz nie wiem, gdzie jest. Jedyne co po nim zostało, to zdewastowane mieszkanie.
-Czegoś nie rozumem. Przyjaźnisz się z tymi ludźmi, których porwałem? I dlaczego mówisz  na Julię Hunter Nadia?
-Tak, z biegiem czasu stali się dla mnie jak rodzina. Co z tego, że nie ogarnięta i głośna.
-Co z Julią?
-Nim mniej wiesz, tym dłużej żyjesz.- zaśmiałam się. Zamarliśmy. Ktoś się zbliża.
-Musisz już iść.- powiedział nagląco.
-Wiem.- z kieszeni kurtki wyjęłam długopis. Chwyciłam jego dłoń i napisałam swój numer.- Dzwoń, kiedy tylko zechcesz.- szepnęłam.
-Naprawdę idź już.- na palce założył mi pierścień.
-Co to?
-Pieczęć. Działa jak moja. Blokuje zdolności magiczne przeciwka ma kilka dni. Używaj jej w odstępach co cztery godziny, minimum.
-Jak mam ją aktywować?
-Pomyśl o najsmutniejszej chwili w twoim życiu i przyłóż do ciała ofiary. Nikomu nie mów, że ją masz. Idź już. Będę udawać, że mi uciekliście.
-Panie! Gdzie jesteś?!
-Tutaj! Strasznie boli mnie noga nie dam rady do ciebie przyjść!- ciszej.- Ukryj się za drzwiami i wyjdź, kiedy on wejdzie.
-Znalazłem cię! Och! Jak ty wyglądasz?!- wybiegłam z pomieszczenia.
-Znowu cie opuszczam ale już nie na tak długo. Obiecuje.- powiedziałam sama do siebie.
Nadia
Przedzieranie się prze las z krwawiącym ramieniem nie należy do najprzyjemniejszych. Co jakiś czas muszę przystanąć i oprzeć o drzewo.
-Fatalnie wyglądasz.- skwitował Feliks.
-Wiem!- krzyknęłam.
-Dlaczego się nie uleczysz?
-Bo ma zablokowane moce.- wyjaśnił Kaspian.
-Nic nie mów. Masz połamane żebra i naruszony mostek.- poprosiłam.
-Czuję.- starał się uśmiechnąć ale zamiast tego na jego ustach zagościł grymas bólu.
-Nieźle was tam urządzili.- Filozof delikatnie poprawił ramię generała. Ten jęknął.
-Już już. Przecież muszę cię jakoś trzymać, bo inaczej zaryjesz twarzą o trawę.
-Chodźmy dalej.- powiedziałam gdy mroczki zniknęły sprzed moich oczu.
-Tak.
*
W końcu dotarliśmy do autokaru. Ostatkiem sił ułożyliśmy Kaspiana na stole. Rozcięłam jego koszulkę i zabrałam się za oczyszczanie ran. Czuję się taka bezsilna. Nie mogę zrobić nic innego, jak nałożyć mu plaster na skaleczenia i usztywnić złamania.
-Musisz wytrzymać dopóki nie odzyskam swoich mocy.- wyszeptałam.
-Yhym…- wydusił. Dotknęłam jego czoła. Ma gorączkę. Podłam mu leki. Teraz trzeba czkać na pozostałych.
-Feliks zerknij na niego, ja zobaczę co z moją ręką.- zamknąłem się w toalecie. Ściągnęłam kurtkę i zdjęłam koszulę. Delikatnie obmyłam chore miejsce. Rana wyglądała lepiej niż się spodziewałam. Najwyraźniej nie zatrzymał mojej samoregeneracji. W takim razie za niedługo pozostanie tylko blizna.
-O matko Elizabeth!- głos Płomienia wyrwał mnie z zamyślenia. Natychmiast wyskoczyłam z łazienki. Na drugiej ławie leżała nieprzytomna Eliza. Z jej czoła spływała krew.
-Naito! Co się stało?!
-Dostała w głowę podczas ucieczki.- uważnie oglądnęłam rozcięcie. Odetchnęłam.
-Założę szwy i wyjdzie z tego. Miejmy nadzieję, że nie doszło do poważnego urazu mózgu.
-Dlaczego jej nie uzdrowisz?- jak jeszcze raz usłyszę to pytanie to wybuchnę.
-Ponieważ na jakiś czas straciłam moce.- wycedziłam przez zęby.
-Cześć wszystkim!- do pojazdu wpakowała się Kaja. Uśmiech jej zrzedł, kiedy zobaczyła Kaspiana i Elizę.
-Co robimy?- spytała przejęta.
-Musimy zawieść ich do szpitala.- skwitowałam.
-I co im powiesz?- spytał filozof.
-Nie mamy wyjścia. Oni mogą w każdej chwili zemrzeć! Nie dyskutuj tylko jedź do najbliższej wioski lub miasta!
-Robi się.- usiadł na miejscu kierowcy i włożył kluczyki do stacyjki. Nic się nie stało.
-Czemu dalej stoimy?!-krzyknęłam.
-Nie wiem. Naito choć pomożesz mi.- obaj wyszli z autokaru. Zajrzeli do wnętrza maszyny. Kierowca głośno zaklął. Wybiegłam do nich.
-Co się stało?
-Ktoś poprzecinał nam kable. Dalej nie pojedziemy.- oznajmił.
-Nie naprawisz tego?
-Nie ma szans.- skrzywił się.
-Pozostaje nam spakować rzeczy do samochodów i ruszyć dalej.- dodał białowłosy.
-I tak też zrobimy.

***
 Dziś są urodziny Juki! Złóżcie jej życzenia ucieszy się ;)Wesołych świąt <3

3 komentarze:

Unknown pisze...

Wszystkiego najlepszego!!! 😍 Dużo zdrówka, spełnienia marzeń, dużo hajsy, wspaniałego chłopaka, samych szósteczek w szkole no i czego tam sobie zażyczysz 😚👄❤💛💞💝💕💓😍🎉🎊🎆🎇💌💋

Anonimowy pisze...

Wszystkiego dobrego dla Juki<3
Cudowny rozdział C:

Anonimowy pisze...

Super rozdział:)