Translate

sobota, 30 stycznia 2016

Rozdział XLII



Nadia
-Co się stało?- Kaja rozglądała się po jadalni jakby była w lekkim szoku.
-Ja wiem, co się stało.- głos zabrała królowa.- część naszej podświadomości wraz ze wspomnieniami została przez coś lub kogoś uśpiona.
-Mówiłem wam, że to miasto jest powalone.- generała oznajmił z triumfem i położył buciory na blacie stołu. Dyskretnie je strąciłam.
-Czyli nareszcie będziemy mogli obmyślić plan ucieczki?- spytałam z nadzieją.
-Tak.- Eliza kiwnęła głową. Kaspian poklepał się po kurce i z kieszeni wyjął świstek papieru.
-Kiedy wy bawiliście się w miejskie życie, ja chodziłem wzdłuż granic miasta i obmyślałem strategię. Koło nas niedaleko jest stara szopa. Często chodziliśmy tam pracować. Teraz skoro zauważą, że coś z nami nie tak, to znowu będą próbować nas przekabacić na swoją stronę i zamknąć w ryzach. My nie możemy sobie na to pozwolić. Jesteśmy na wzgórzu, co wcale nie polepsza naszej sytuacji, bo jak wiadomo lepiej wchodzi się pod górę, niż z niej zbiega.- chłopak cały czas zakreślał różne miejsca na mapie, dopisywał słowa, kreślił ścieżki.- Musimy podzielić się na kilka zespołów, co zwiększy nasze szanse na ucieczkę. Już mam nawet wstępny podział. Naito, Nadia oraz Aron. Ten skład będzie idealny. Naito będzie miał szansę się zrekompensować, a Nadia już po ucieczce będzie mogła zająć się rozkładającym się Aronem.
-Ej! Nie jest ze mną aż tak źle!- zawołał oburzony żółtooki.
-Nie oszukujmy się. Jest do dupy.- wojskowy poklepał chłopaka po ramieniu. –Wracając do zespołów. Dalej już wytypowałem dwójki. Ja z moją siostrą jako przeciwne żywioły, zawsze umiemy się uzupełnić i osłonić w niebezpiecznej sytuacji.
-Nawet na polu bitwy muszę być za ciebie odpowiedzialna?!- oburzyła się.
-Takie życie. Następna dwójka to Kaja i Feliks. Będę trzymać za was kciuki, żebyście się nie pozabijali.- uśmiechnął się.
-Już się przyzwyczaiłem, że działamy razem.- filozof westchnął.
-To bardzo dobrze!- Kaja poklepała go po plecach, ten zgiął się w pół.
-W takim razie czas zacząć przedstawienie.
***
Według naszego planu bardzo szybko (tym razem wszyscy byliśmy tanią siłą roboczą) znaleźliśmy się na wzgórzu. Mimo wszystko to piękne miejsce. Staliśmy na ogromnej łące, sąsiadującej z polem uprawnym. Na samym dole widać rzekę, a po lewej rozpościera się nieprzemierzona puszcza. Zapewne jest naszpikowana zwierzętami, które czekają tylko na to aby zatopić w nas swoje kły. Bransoleta na moim nadgarstku staje sie cięższa z kolejnym krokiem. Czym dalej od posesji, tym mam większą ochotę ją zerwać, rzucić w krzaki i zwiać gdzie pieprz rośnie. Każdy z nas zajął wyznaczone pozycje. Kaspian dostał szpadel do kopania w ziemi, ja miałam wąż ogrodowy, Naito dzierżył grabie, Eliza miała plastikowe worki, a Kaja i Feliks zajęli się zabezpieczaniem krzewów ozdobnych przed nadchodzącą zimą. Towarzyszyli nam, po raz pierwszy od dawna, pan Albert oraz jego „szanowana” małżonka, i Aron, który rozglądał się nerwowo, to w prawo to w lewo. Mógłby przestać? Zaraz udzieli mi się jego zdenerwowanie. Byłam dziś w tunelu, aby dokończyć odsyłanie dusz, ale nikogo już tam nie zastałam. Nie ukrywam mojego zdziwienia. Bacznie obserwowałam otoczenie, czekając na znak, który miał nadejść ze strony generała. To nasza jedyna szansa na ucieczkę, więc nie możemy tego spieprzyć. Nagle Kaspian mocniej złapał szpadel i uniósł go do góry. Rąbnął z całej siły w głowę Alberta. Ten zatoczył się i spadł z wózka. Jego żona podniosła straszny lament. Wszyscy zdarliśmy bransolety i rzuciliśmy je jak najdalej się dało. Natychmiast ruszyliśmy pędem z górki. Zza placów dobiegły mnie dziwne odgłosy. Nie mogłam się powstrzymać, żeby się nie odwrócić. Dobrze, że zaufałam swojej kobiecej intuicji. Dzięki temu ruchowi byłam wstanie uniknąć wielkiego cielska piekielnego demona. To coś wyglądał ohydnie. Niby to pies, ale miał ogon krokodyla, język żaby i cholera jasna chyba skrzydła!!!
-Co to jest?!- zawołałam.
-Nasz gospodarz!- Elizabeth złapała swój zwój i wyciągnęła z niego swoją wierną włącznie. Ta utkwiła w ciele potwora.
-Chyba nici z rozdzielania się!- krzyknęłam.
-Masz rację!- głos generała był mocny i zdecydowany.- Natychmiast do broni się przebierając w środkach!- mówiąc to przekształcił łopatę w półtorametrowy miecz. Dzwoneczek i Płomień również dobyli broni. Ja poszłam w ich ślady. Wyciągnęłam z kieszeni kartkę, polałam krwią i przywołałam miecze. Uzbrojeni po zęby otoczyliśmy Alberta. Królowa wydobyła z niego drzewiec i stanęła obok mnie. Tylko Naito stał na uboczu i tępo wpatrując  się w las. Ni z ząb zawołał.
-Mój wilk! Zgubiłem wilka! Puszek, kochanie!!!- i zniknął za drzewami. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Czy takie zachowanie jest w ogóle możliwe?!
-Naito!- ryknęłam.
-Zostaw go.- Eliza spojrzała na mnie błagalnie.
-Dobrze.- kiwnęłam głową. Z nie wiadomych przyczyn monstrum upodobało sobie mnie za cel idealny. Skoczył na mnie i swoimi wielkimi łapami zablokował mi jakąkolwiek możliwość ruchu. Jego pysk znalazł się tuż nad moją twarzą. Poczułam on niego niesamowity odór. Ślina z jego jęzora pociekła na mój policzek i wżarła się w niego. Co za ból. Usłyszałam inny dźwięk. To moim przyjaciele! To gry wkroczyła pani domu. Była jeszcze większa od swojego męża. Rozmiarami przypominała autobus szkolny. Na mnie siedział samochód osobowy. Z nieba polał się deszcz. Idealna okazja dla mnie! Siłą woli zebrałam tyle wody, ile zdołałam i wprowadziłam ją do wnętrza zwierzęcia przez nos. Jego mina zrzedła. Zeskoczył ze mnie i zaczął uporczywie kichać, żeby pozbyć się wody, ale było już za późno. Ciecz dotarła do płuc i zamroziłam ją. Spowodowało to rozsadzeniem organu. Z jego pyska popłynęła jakaś zielona ciecz, mogę przypuszczać, że to jego krew. O dziwo dalej stał o własnych siłach. Rzucił mi spojrzenie pełne wyrzutów i pobiegł ratować małżonkę ujarzmianą przez moich przyjaciół. Nareszcie przestałam się czuć jak kula u nogi! W końcu mogę używać mojego własne żywiołu! Poderwałam się na równe nogi i stworzyłam ścianę lodu odgradzającą dwa demony. Piesocoś zatrzymało się tuż przed barykadą. Uderzyło w nią ogonem, ale wytrzymała siłę uderzenia.
-Chyba nie zamierzasz sama z nim walczyć?- koło mnie pojawił się Aron.
-Jak się tu zalazłeś?- zdziwiłam się.
-Przesadziłem mur na skrzydłach miłość.- zaśmiał się.
-Już to gdzieś słyszałam.- burknęłam. Zniechęcone zwierzę obróciło się  w naszą stronę.
-Ta zniewaga nie ujdzie wam na sucho. Nasza pani się na was zemści. Zapamiętajcie to!- głos należał do gospodarza, ale nie wydobywał siei bezpośrednio z jego gardła, tylko jakby spod ziemi.
-Niesamowite, to gada!- chłopak zaczął się śmiać. Bestia bez namysły skoczyła do niego, atakując go swoich ogonem. Nastolatek skoczył, stanął na jego grzbiecie na jednej ręce, odbił się i wylądował tuż przed jego pyskiem.
-A kuku!- zawołał i wbił sztylet w jego nozdrza. Odwinął z niego żyłkę i nawlekł na niego kilka bobek. O rękawiczkę potarł zapałkę i szybko się ulotnił. Wybuch rozerwał twarz Alberta. Chłopak wrócił do mnie.
-Kim ty jesteś?!- zawołałam.
-Aron, łowca potworów, miło mi poznać.- wyciągnął do mnie dłoń pokrytą śluzem. Bez namysłu ją uścisnęłam.
-Nadia Wróblewska, Odrodzenie.- uśmiechnęłam się.
-Tylko tyle?- zaśmiał się.
-Na razie tak.- staliśmy tak przez chwilę wpatrzeni w siebie. To wystarczyło, żeby zwierz dał rade się do nas zbliżyć. Mimo wypalonego pyska świetnie radził sobie z tropieniem.
-Zamroź trawę!- krzyknął. Zrobiłam to odruchowo. Tanecznym ruchem odsunął mnie na bok biorąc mi z dłoni miecz. Rozpędził się i nagle… ślizg tuż pod brzuchem potwora. Ostrze zanurzyło się w jego organach i rozdarło je bez żadnego problemu. Żółtooki pojawił się po drugiej stronie z uśmiechem na twarzy.
-Chyba mu już wystarczy.- oznajmił przecierając oczy z zielonej posoki. Rzucił mi miecz.
-Umyjesz go sobie sama?- spytał.
-Ta.- otworzyłam zwój i wyjęłam z niego strzykawki. Pobrałam od martwego zwierzęcia trochę śliny oraz krwi. Może się kiedyś przydać. Świat, w którym przyszło nam żyć jest mega pokręcony.
- Jak się macie?!- pozostali dołączyli do nas.
-Nadia powaliła go na kolana!- chłopak przypisał mi całą zasługę. Nie wiadomo dlaczego.
-Hej, widzicie to?- białowłosa wskazała palcem na dom. Zaczął się walić. Spojrzeliśmy po sobie i bez żadnego rozkazu, ponownie wbiegliśmy na wzgórze. Naszym oczom ukazał się makabryczny widok. Wszędzie ruiny. Niegdzie nie ostał się żaden budynek choćby w dobrym stanie. Po ulicach chodzi zdezorientowani ludzie w podartych ubraniach już z naszej epoki.
-Czar prysł.- skwitowałam.
-Tak, widać że miasto było utrzymywane przez wolę demonów, które przed chwilą zabiliśmy.- blondynka westchnęła. Dlaczego  jeszcze w dłoniach ściska włócznię?
-Co z nimi zrobimy?- spytał Płomień. Chyba mimo wszystko troszczy się o swoją matkę.
-Bądź co bądź, to obywatele mojego kraju, dajcie mi minutkę.- wbiła włócznię w ziemię i wsparła na niej obie dłonie. Pochyliła głowę i zaczęła prowadzić rozmowę jakby sama ze sobą? Trąciłam Dzwoneczka.
-Czy ona rozmawia ze swoim wymyślonym przyjacielem?- spytałam. Fioletowooka spojrzała na mnie i zaśmiała się.
-Tak to zapewne wygląda, ale ona teraz rozmawia z innym magiem oddalonym od nas nawet o kilkaset kilometrów.
-Fajna zdolność.- przyznałam.
-Taka jak leczenie.
-No, skoczyłam. Moi ludzie przyjadą tu i pomogą tym tutaj wrócić do rzeczywistości.
-Wspaniale, ale co teraz z nami.- powiedział Kaspian.- Nie żeby coś, ale nie mamy schronienia, samochodów ani planów na najbliższą przyszłości.
-Pójdziemy do lasu i zajdziemy Naito.- głos jego siostry był ostry jak nóż. Jak powiedziała tak zrobiliśmy.
***
Po kilkugodzinnych poszukiwaniach, mokrzy zmarznięci i głodni, napotkaliśmy jaskinię. Momentalnie do niej weszliśmy. Szybko znieśliśmy drewno i Feliks rozpalił ogień. Kaspian zamknął wyjście z jaskini kamiennym włazem.  Wesołe płomyczki z zapałem trawiły chrust. Ciepło przeniknęło nas na wskroś. Ugotowaliśmy coś do jedzenia. Po obiadokolacji, spadł na nas błogi sen. Dziś nikt nie stał na starzy.
***
Przebudziliśmy się w środku noc. Nasze ognisko zostało przez kogoś dokładnie zgaszone. Niegdzie nie było śladu po naszych śpiworach, garnkach oraz czajniczku, do którego zdarzyłam  się już przyzwyczaić.
-Ludzie, chyba nie jesteśmy sami w tej jaskini.- generał patrzył w pustkę.
-Zgadzam się z tobą braciszku. Latarki w dłoń i przeszukajmy tę pieczarę.- przedzieraliśmy się przez gęsty busz krzewów. Jedno pytanie skąd się tu wzięły, drugie dlaczego mają zęby, trzecie ciekawe co w nich żyje. W końcu przedarliśmy się przez niego i naszym oczom ukazał się bujna roślinność Wysp Kanaryjskich. Z wyrwy w bardzo wysoko usadowionym sklepieniu, sączyły się promienie światła. Po ścianach ściekała woda, tworząc małe wodopoje dla tutejszej fauny.
-Co to za miejsce?- spytałam.
-Nawet ja tego nie wiem.- powiedziała królowa. Wyłączyliśmy już zbędne latarki. Coś upadło tuż za moimi placami. Obróciłam się. To Aron.
-Aron!- uklękłam przy nim. Przyłożyłam policzek do jego nosa. Oddychał. – Kaspian stół, Kaja przynieś wodę. Feliks, Eliza pomóżcie mi go podnieść. Po chwili stałam pochylona nad chłopakiem. Pospiesznie zerwałam z niego kurtkę i podkoszulek. Rękawiczki również poszły w kąt razem z czapką. Jego ciało było niesamowicie poranione i przegnite. Smród był niewyobrażalny ale to nie jest istotne. Rozpoczęłam leczenie. Nagle odrzuciło mnie od niego. Uderzyłam placami w pobliską ścianę. Natychmiast przypomniałam sobie sytuację, gdy to Kaspian był w podobnych tarapatach. Eliza obserwująca całe to zdarzenie pomogła mi wstać.
-Tym razem muszę zaingerować w twój świat. Łap go i jazda pod to wasze drzewo czy jak to nazywacie.- uśmiechnęłam się i po chwili stałyśmy na rozstaju dróg.

sobota, 23 stycznia 2016

Rozdział XLI



Nadia
To ja. Jeszcze żyję. Leże na plecach na kamiennej posadce w tunelu z trupami. Wiecie dlaczego tu jestem.  Żeby im pomóc, ale dziś osiągnęłam swój limit. Nie dam rady unieść ręki do góry. Prześpię się tutaj, gdzie leże. Dobrze mi. Od kilku dni ratuje dusze tu uwięzione. Straciłam rachubę. Rzadko widuję Kaspiana, ale gdy się tak dzieje to bierze mnie na ręce i zanosi do łóżka i siedzi przy mnie, aby mieć pewność, że zasnę. Nie wiem czemu, ale wszyscy oprócz mnie i Arona wkręcili się w życie w mieście. Każdy znalazł zajęcie dla siebie. Kaja roznosi gazety, Feliks uczy dzieci w szkole, a Eliza startuje w kampanii wyborczej na burmistrza miasteczka. Naito ją w tym dzielnie wspiera. Nosi za na nią pudło z plakatami i takerem przybija je do drzewa. Gdy przy śniadaniu delikatnienie napominam o planie ucieczki to wywalają na mnie oczy jakby pierwszy raz w życiu o tym słyszeli. Na szczęście Kaspian zdążył poluzować im bransolety zanim postradali zmysły. Przepraszam, ale nie mam już siły. Czuję, że zemdleję.
Kaja
Miasteczko jest wspaniałe. Tyle rzeczy mogę robić. Codziennie pracuję gdzieś indziej. Dziś padło na kawiarenkę na rynku. Zajmuję się obsługiwaniem tych niesamowitych, roześmianych ludzi. Ich humor mi się udziela. Jestem z tego zadowolona. Po pracy włóczę się po miasteczku i oglądam witryny sklepów, rozmawiam z ludźmi. Powietrze jest tu tak czyste, że to wydaje się niemożliwe. Zastanawiam się czy nie przyjąć posady w kawiarni na stałe. Podoba mi się tam.
Feliks
Na początku nie wiedziałem co będę robić w tym mieście, czym się zając, na co przeznaczyć energię. Wydaje się ono być nierealne, nierzeczywiste. Każdy element idealnie ze sobą współgra. Inną mentalność wyczuwa się tu na każdym kroku. Ostatnio przechodziłem koło szkoły podstawowej i na jej drzwiach wywieszono karteczkę, że potrzebny im nauczyciel. Pomyślałem czemu nie i wszedłem do niewielkiego budyneczku. Jedno piętro kilka sal lekcyjnych, toalety, stołówka, świetlica, gabinet pielęgniarki oraz dyrekcja. To tam na początek skierowałem swoje kroi. Po krótkiej rozmowie z panią dyrektor dostałem tę pracę bez najmniejszego mrugnięcia okiem. Od jutra będę nauczycielem nauk ścisłych. Pasuje mi to. Pamiętam jak przez mgłę, że kiedyś chyba wykładałem filozofię, a może jednak fizykę?
Eliza
Po wstępnym spacerze po miasteczku zauważyłam wiele niedociągnięć takich jak: brudna fontanna, niedokładnie przystrzyżone krzewy, puste klomby. Postanowiłam to zmienić. Zdecydowałam, że wezmę udział w wyborach na burmistrza tego miasta. Nie wiem dlaczego, ale ten pomysł narodził się od razu w mojej głowie, więc jak najprędzej udałam się zgłosić swoją kandydaturę. Tam poznałam swoich przeciwników. Jaka dyskryminacja! Sami faceci! Trochę się oburzyłam i w tamtym momencie zdecydowałam, że wygram za wszelką cenę. Razem z Naito, udałam się do drukarni, gdzie wydrukowałam masę plakatów i ulotek. Rozwieszałam się na drzewach, tablicach informacyjnych, słupach wysokiego napięcia, latarniach, a nawet przyklejałam na murach. Gdy wracałam do hotelu, uczyłam się tekstu do przemówień przed mieszkańcami. Naito mnie w tym wspierał. Miałam wrażenie, że już wcześniej organizowałam taką kampanię, tylko nie pamiętam kiedy, jak i gdzie oraz po co? Ta luka w pamięci nieco mnie niepokoiła, ale nie powstrzymała przed kandydaturą.
Kaspian
Nienawidzę tego miasta. Cały wolny czas spędzam za jego granicami, aby nie zaśmiecać sobie umysłu. Gdy tylko tam jestem słyszę szumy i okropnie boli mnie głowa. Udaję, że również wkręciłem się w życie w tym powalonym mieście, ale tak nie jest. Żygać mi się chce, gdy patrzę jak moja sistra z uśmiechem na ustach przykleja plakaty gdzie popadnie. Ja chodzę i je zrywam, ale nie mówce jej tego. Zabiłaby mnie bardziej niż normalnie. Feliks utonął w stosie klasówek czwartoklasistów. Nie widzi świata poza nimi. Kaja przyzwyczaiła się do serwowania kawy śliniącym się na jej widok klientom. Jedyna osoba z naszej drużyny, która też się nie dała złapać w iluzje jest Nadia. Mam nadzieję, że za bardzo się dziś nie przemęczyła. Nie mogę patrzeć jak leży na ziemi, w tym ciemnym i zimnym tunelu, z zaschniętymi łzami wymieszanymi z krwią. Zawsze podnoszę ją nie przytomną i kładę w pokoju, obmywam jej twarz z tego całego syfu. Jestem ciekawy kiedy wszyscy się ockną z tej iluzji. Nawet jakby chciał to nie wiem jak im pomóc. Zmierzcha się. Idę położyć Nadię.
Eliza
Kolejny dzień. Dziś czekają nas przemowy na rynku, gdzie ustawiono ogromną mównicę. Mam nadzieję, że przyjaciele przyjdą posłuchać jak walczę o lepszy byt dla naszego miasta. Liczę na to z całego serca.
Kaja
To już drugi dzień w kafejce. Czuję się tutaj bardzo dobrze. Już nie pamiętam, czym zajmowała się wcześniej. O, poranna gazeta! Ciekawe co piszą. Na pierwszej stronie nagłówek o jakimś morderstwie. Nie mam pojęcia jak można pozbawić kogoś życia w biały dzień i to jeszcze na zlecenie. Zabójstwo za pieniądze. W głowie mi się to nie mieści!
Nadia
Nie mam pojęcia która jest godzina, jaki dzień ani miesiąc. Mam pustkę w głowie. Okropnie minie boli. Czuję w niej szum. Bezustanny. Ktoś otworzył drzwi do korytarza. Poczułam świeży powiew. Odetchnęłam głębiej. Kroki niosły się echem. W końcu zauważyłam zarys męskiej sylwetki. Na początku myślałam, że to Aron, ale się myliłam. Chłopak wziął mnie na ręce i zaczął narzekać.
-Jak możesz doprowadzać się do takiego stanu! Śpisz na ziemi. Wiesz, że możesz nabawić się różnych chorób?! Co z tego, że możesz się uzdrowić. Po prostu tego nie rób! Ważysz tyle co piórko! Musisz więcej jeść…
-Ale…ty zawsze… mi wszytko… wyjadasz.- wydusiłam z siebie. Wystarczyło mi nawet energii na słaby uśmiech.
-Na razie nie będę, obiecuję.- odniosłam wrażenie, że jego głos nieco się złamał. Zasnęłam.
Kaspian
To już kolejny wieczór. Niosę Nadię na rękach przez znacznie krótszy korytarz. Odwala kawał dobrej roboty, ale jakim kosztem. Jestem szczęśliwy, że usłyszałam kilka jej słów, ale z wysiłku aż zasnęła. Jest taka leciutka. Prawie nic nie waży. Kilkanaście minut później ułożyłem ją na jej posłaniu. Obmyłem krew z jej twarzy i również położyłem się spać zawinięty w swoim śpiworze. Przebudziłem się w środku nocy i dostrzegłem, że jej nie ma. Gwałtownie się podniosłem i zobaczyłem jak ciągnie za sobą krzesło. Podsunęła go pod ścianę i szybko się na niego wdrapała. Wyciągnęła ręce do góry i zdjęła stamtąd zegarek. Uradowana odłożyła stołek na bok i wróciła do klatki ( zapomniałem dodać, że Aron już nas nie zamyka ). Usiadała w kącie po turecku i zaczęła rozkładać go na części pierwsze. Nawet nie wiecie, jak mnie to zdziwiło. W końcu dobrała się do wskazówek. Chyba o to jej chodziło. Wyrwała jedną z nich i okazało się, że to klucz! Ale do czego? To wie tylko ona. Zaraz zapytam.
Nadia
Planowałam zabrać ten klucz z wizji już od kilku dni, a dziś nadarzyła się idealna okazja. Wszyscy spali, nawet Aron, więc bez namysłu zdarłam zegar ze ściany i wyciągnęłam z niego klucz.
-Co otwiera?- aż podskoczyłam. Jednak nie wszyscy spali. Kaspian wsparty na łokciu bacznie mi się przyglądał.
-Nie wiem. Widziałam go w wizji, ale chyba to jeszcze nie jego czas.- mówiąc to rozłożyłam zwój i schowałam w nim klucz. –Co do planu ucieczki…
-Jakiej ucieczki?- chłopak obrócił się plecami do mnie.
-Tej, którą…
-Dobranoc Nadia.- i rozmowa się urwała. Cóż, też pójdę spać.
Feliks
Już robi się wieczór. Muszę zdążyć na kolacje, a potem jeszcze ocenić sprawdziany uczniów. Pospiesznie zerknąłem na zegarek i nie zauważyłem kobiety. Zderzyłem się z nią. Teczki wymsknęły mi się z rąk, a zakupy nieznajomej potoczyły się po chodniku.
-Bardzo przepraszam.
-Nic się nie stało.- jej głos wydał mi się nieprawdopodobny znajomy, ale nie miałem czasu się jej przyjrzeć. Pośpiesznie pozbierałem artykuły spożywcze i oddałem właścicielce. Już miałem odejść, gdy złapała mnie za rękę.
-Feliks?- dopiero teraz przyjrzałem się jej uważnie. Zaniemówiłem na moment. Stałem bez ruchu przyglądając się kobiecie przede mną. Niegdyś wściekle rude włosy, dziś poprzetykane siwizną. Oczy niebieskie jak niebo, przygasły. Spoglądałem na twarz, która niezliczoną ilość razy pochylała się nade mną. Słuchałem głosu, który śpiewał mi kołysanki. Trzymałem dłoń, która zmieniała mi pieluchy. Stałem przed moją matką!
-Mama?- wyrzuciłem z siebie.
-To naprawdę ty!- rzuciła mi się na szyję. Przed oczami przeleciało mi nasze, życie i rozstanie. Dzięki temu spotkaniu przypomniałem sobie o świecie zewnętrznym. O tym, że uczyłem na uniwersytecie, należę do Odrodzenia i że razem z przyjaciółmi planujemy ucieczkę. Przytuliłem ją. Odsunęła mnie od siebie i zadała pytanie, którego najbardziej w świecie się obawiałem.
-Gdzie tata?- natychmiast posmutniałem. Przypomniałem sobie scenę jego samobójstwa, zaraz po tym jak zabił moją najlepszą przyjaciółkę. Już chciałem skłamać, ale powstrzymałem się i wypowiedziałam słowa, które niemal uwięzły mi w gardle.
-Popełnił samobójstwo.- stałem sztywno, nie byłem w stanie podnieś z ziemi płaczącej mamy. Łza spłynęła mi po policzku.
-Teraz moja kolej na pytanie.- powiedziałem.- Gdzie Genevieve?- mama poparzyła na mnie.
-Nie mam pojęcia.- wychlipała.
-Jak to nie masz pojęcia?!
-Zostawiła mnie, gdy trochę podrosła. Powiedziała, że idzie zakończyć tę wojnę i przyłączyła się do jakiegoś ruchu. Nawet nie wiem, czy moja mała córeczka żyje.- i ponownie wybuchnęła płaczem.
-Nie martw się. Ten krzykacz na pewno żyje. Przepraszam, ale musze już iść.- oznajmiłem i odszedłem, pozostawiając ją na chodniku samą i bezbronną. Gdy wróciłem do hotelu, wszyscy już spali. Rozmowę ze wszystkimi przeprowadzę podczas śniadania.
Nadia
Śniadanie. Szwecki stół. Kaspian nałożył mi pełen talerz i zaczął mnie karmić.
-Nie jestem niedorozwinięta.- zwołałam oburzona i wyrwałam mu widelec. I tak napił się z mojego kupka. Nagle do stołówki wpadł rozgorączkowany Feliks. Złapał byle co z bufetu i natychmiast przysiadł się do naszego stolika.
-Wczoraj spotkałem moją matkę.- oznajmił.- Dzięki niej przypomniałem sobie o naszej ucieczce.- przyjaciele niepewnie wymieli spojrzenia.
-Ale jesteś pewnie, że to nie wynik przemęczenia?- Kaja uważnie przyjrzała się osiemnastolatkowi. – Wiesz, to trochę nie możliwe, żebyś spotkał tu swoją matkę.
-Kaja ma rację. I o jakiej ucieczce mówisz?- Eliza broniła białowłosej. To wszytko zaczęło robić się śmieszne.
- Czy wy udajcie, czy naprawdę coś z wami nie tak!- zawołałam. Złapałam je za dłonie i z niewiadomych przyczyn znalazłam się pod Drzewem.
-Dlaczego się tu pojawiłyśmy?- nikt mi nie odpowiedział. Obróciłam się w kierunku drzewa i zamarłam. Leżały pod nim Kaja i Eliza! Natychmiast do nich podbiegłam i zaczęłam trząść za ramiona to jedną, to drugą. Żadna z nich nie odzyskała przytomności. Były pogrążone w głębokim śnie. Nagle moje mięśnie napięły się, a zmysły ożywiły. Obróciłam się. Kilka kroków za mną stał ten nawiedzony rudzielec. Pamiętacie tego dziwoląga z uczelni Felisa i zabawy na festiwalu. Teraz nie wiadomo skąd pojawił się przy Drzewie.
-Przyjmiesz moją pomoc?- spytał z szerokim uśmiechem na twarzy.
-Nie.- natychmiast odmówiłam.
-Skąd u cienie taka awersja do mnie?- zaśmiał się.- Ktoś musi naprawić jej błędy.- jej błędny? Jakiej jej? O kogo może mu chodzić?
-Kim jest ta ona?- spytałam.
-Groźnym pionkiem w waszej grze, ale po waszej stronie stoją już dwa o takiej samej wartości.- powiedział. O co mu chodzi? Jakie pionki? Jak gra? – Spytaj Naito.
- Ale skąd może znać odpowiedź?- zdziwiłam się. chłopak nie skomentował.
-Pomogę ci.- pstryknął palcami i dziewczyny zaczęły się budzić.
-Jak…
-Do ponownego spotkania.- pomachał dłonią i zniknął, a ja wciąż nie pamiętam jego imienia. 


sobota, 16 stycznia 2016

Rozdział XL



Kaja
Ktoś się zbliżał. Nie mógł to być Albert, ponieważ on porusza się na skuterze. Jego żona całymi dniami przesiaduje na recepcji tępo gapiąc się w jeden punkt. Więc kto mógłby to być? W jaskini panował niebywały odór, ale potęgował się wraz ze zbliżającą postacią. W końcu naszym oczom ukazał się smukły, wysoki mężczyzna. Miał na sobie czarną, ciepłą kurtkę, spodnie, buty górskie oraz czapkę. Pod spodem nosił golf, ponieważ jego twarz była całkowicie zasłonięta kołnierzem. Widziałam tylko jego oczy. Piękne, żółte oczy.
-Cześć.- pomachał nam. Zauważyłam rękawiczki na jego dłoniach.- Nazywam się Aron Grant. Będę waszym opiekunem do końca waszego pobytu w naszym „uroczym” pensjonacie.
-Mam do ciebie trzy pytania.- pokazałam trzy palce.- Po pierwsze, kiedy możemy spotkać się z naszymi przyjaciółmi. Po drugie, czemu jesteś tak ubrany i po trzecie, słyszałeś o prysznicu?- on chyba mnie nie polubi. Włączył ogrzewanie oraz światło. Nareszcie coś widziałam. Podszedł do nas. Przykucnął tuż przede mną.
-Spotkacie się z nimi podczas kolacji, chodzę tak ubrany, ponieważ wasze żołądki mogłyby nie znieść mojego widoku i tak wiem co to prysznic.- wstał i odszedł. Usiadł za biurkiem recepcjonisty i zaczął przeglądać gazetę. Mimo wolnie spojrzałam na Naito. Z zaciekawieniem przyglądał się chłopakowi.
-Nasza przyjaciółka jest tkaczem. Może ci pomóc.- wypalił. Niby w czym mogłaby pomóc mu Nadia? – Cena za pomoc to nasza wolność. Jesteś w stanie ją zapłacić?- w oczach Arona pojawiła się iskierka nadziei, która niestety szybko zgasła.
-Gdyby była prawdziwym tkaczem, to byście tu nie siedzieli.- białowłosy wstał i oparł się przedramieniem o kraty.
-Wiesz, ona jest w fazie treningu ale szybko się uczy i mogłaby wyleczyć twoją przypadłość. -żółtooki gwałtownie wstał. Krzesło z hukiem opadło na podłogę.
-Skąd o tym wiesz?!- krzyknął.
-Jaja sobie robisz. Smrodu nie zamaskujesz nawet najdroższymi perfumami.- powiedział z pogardą ale na jego twarzy malowało się współczucie.
-Czy ty wiesz co ja przechodzę?! Wszytko mnie piecze, swędzi, drapie. Nawet nie zdajesz sobie sprawy ile razy próbowałem się zabić?!- podbiegł do nas i ściągnął czapkę. Cisnął ją w kąt pomieszczenia. –Patrz! To cena za to, że chciałem wrócić do domu!- prawie zwymiotowałam. Na jego głowie nie było prawie żadnego włosa. Już dawno zgniły lub wypadły. Jego czaszka była rozłupana na kilka części. Rany okropnie się jadziły. –Nie wiem co bym nie robił, one i tak się nie zagoją! Byłem taki jak wy. Przyszedłem tu sam. Zwiedzałem świat, cieszyłem się życiem. Po drodze trafiłem do tego piekła. Nie wytrzymałem i usiłowałam się zabić. Podczas prac polowych rozłupałem sobie głowę siekierą, ale te demony wskrzesiły mnie. Moja dusza jest nieśmiertelna. Ciało stało się dla niej pułapką. Ono umiera, rozkłada się. Wszystkie rany jakie sobie zadam, pozostają. Próbowałem się utopić, spalić, zadźgać. Wypiłem nawet płyn do mycia kibla i nic.- po jego policzkach zaczęły spływać łzy. Trener uważnie przyglądał się chodzącemu zombie. Westchnął głęboko.
-Też jestem tkaczem i wiem doskonale jak ci pomóc. – chłopak padł na kolana.
-Błagam zrób to! Spełnię każde twoje żądanie.
-Na początek zabierz nas na obiad z przyjaciółmi.
Nadia
 Nawet nie wiecie jak ulżyło mi na widok naszych przyjaciół. Byli cali i zdrowi. Pojawili się w jadali w towarzystwie jakiegoś gościa. Od razu pobudził moją ciekawość. Natychmiast zorientowałam się co kryję się pod golfem. Rozkładające się ciało. Wszyscy dosiedli się do nas.
-To jest Aron Grant. Ma za zadanie zajmować się nami, kiedy jesteśmy na dole.- Naito przedstawił chłopaka.
-Cześć. -przywitał się.
-Jesteś pewien, że jest po naszej stronie?- spytałam.
-Tak.- odpowiedział.- On potrzebuje naszej pomocy, a my jego. Dzięki niemu będziemy w stanie się stąd wydostać.
-Niby jak?- pyta wojskowy.
-Tego jeszcze nie wiedzą.- poirytowana Kaja znęcała się nad swoim stekiem.
-Aronie, czy jest możliwość wyjścia na zewnątrz?- królowa spojrzała na mężczyznę.
-Oczywiście, goście mogą iść na spacer, kiedy się to im tylko podoba, ale pod ich opieką oraz ze specjalnymi bransoletami na rękach.- odrobinę uniósł rękaw do góry. Na jego nadgarstku połyskiwała metalowa obręcz.
-Po co nam ona?- zdziwiłam się.
-Samo to miejsce hamuje wasze moce. Nie zauważyliście? Cały dom zrobiony jest z tego materiału. Na dwór możecie wyjść z jego kawałkiem przy sobie. Wtedy mają pewność, że im nie uciekniecie.
-Pokaż mi to.- Kaspian ujął dłoń Arona. Mag ziemi oglądnął ją z każdej strony. Zapukał w nią kilka razy i bransoleta z brzdękiem upadła na stół. Nastolatek podniósł ją i ponownie założył na nadgarstek strażnika.
-Teraz lekko ją złączę. Możesz ją w każdej chwili zerwać i uciec.- oznajmił brunet. Grant był w szoku.
-Ale za szybko się z nią uporałeś. Normalny mag by tego nie zdjął.
-Mój brat jest anormalny. Już się do tego przyzwyczailiśmy. – generał uderzył siostrę.
-Au!
-To nie jest metal, tylko rodzaj jakiejś skały. Pierwszy raz ją widzę, ale ma identyczny skład jak ta kolumna. W tym nas nie okłamałeś.- syknął.
-Kaspian!- zawołałam.
-Co! Nie ufam mu. Miłosierny samarytanin się znalazł!
-Ciszej matole!- pierwszy raz Naito wrzasnął.- Uspokój się i przyjmij jego pomoc. To prawda nie działa bezinteresowni. Powiedziałem mu, że Nadia go uleczy.
-To prawda. Mogę jeszcze go posklejać go kupy.- pokiwałam głową.
-Cieszę się na twoje słowa.- żółtooki dotknął mojej dłoni. Przeszły mnie ciarki. Zobaczyłam jego wszystkie rany, urazy wewnętrzne, krwotoki, złamania. Mimo woli odsunęłam dłoń, ale nie z obrzydzenia tylko współczucia. Ile tan człowiek wycierpiał.
-Słuchajcie, musimy doprowadzić do sytuacji, w której wszyscy będziemy na zewnątrz w tym samym czasie. Przed tym wydarzeniem musimy zdobyć obręcze. Kaspian poluzuje je nam przed spotkaniem i gotowe. Na umówiony sygnał zrywamy je i uciekamy. Każdy w inną stronę. Rozumiecie?- plan Elizy nie był jakiś wspaniały, ale jedyny jaki mieliśmy.
-Zamienimy się?- spytał Kaspian.
-Tak. – odparła królowa. –Panie Albercie!- zawołała.
-Słucham panienko.- wjechał przez ogromne drzwi jadalni.
-W waszym regulaminie nie zauważyłam podpunktu  o zamianie miejsc z naszymi przyjaciółmi. Dziś oni śpią w naszym pokoju, a my w ich. Będziemy się zamieniać codziennie podczas obiadu.- uśmiechnęła się zalotnie. Facet zrobił się czerwony. Zaraz jednak się opanował.
-Tak, tego nie ma w regulaminie.- wydyszał.
-Wspaniale!- nastolatka klasnęła w dłonie. –Mógłby pan nas zaprowadzić do naszego nowego lokum.- ten dobrze mi znany uśmiech kobiety, nawet temu demonowi zmroził krew w żyłach.  Spojrzał na nią z nienawiścią.
-Proszę za mną.-warknął. Powędrowaliśmy za gospodarzem. Poprowadził nas schodami w dół. Wyjął klucz i przekręcił go w zamku. Staliśmy przed wejściem.
-Ale tu śmierdzi!- zielonooki zatkał nos.- Gorzej niż Aron!
-Zapamiętam to sobie.- zagroził dotknięty chłopak.
-To jest korytarz, w którym mieszkają wszyscy, którzy sprzeciwili się naszemu regulaminowi.- gdy tylko przekroczyliśmy próg, wołania o pomoc, które słyszałam wcześniej, zwaliły mnie z nóg.
-Nadia!- Kaspian natychmiast pomógł mi wstać. –Nic ci nie jest?- złapał mnie za ramiona.
-Nie…- powiedziałam. Skupiłam się na głosach. Teraz dokładnie słyszałam każde słowo. Głowa pękała mi od natłoku myśli własnych i osób, które tu zmarły.  Jako tkacz nie mogłam przejść koło nich obojętnie. Dotknęłam pierwszego szkieletu. Zobaczyłam historię młodego człowieka, który zatrzymał się w tym hotelu raz ze swoją ciężarną żoną. Poświęcił się za ich wolność. Ciekawe czy jego krewni jeszcze żyją. To straszne żyć ze świadomością, że mężczyzna którego kochasz, umiera w samotności w lochach jakiegoś domostwa, a ty nie możesz nic z tym zrobić. Ta bezradność zabija. Momentalnie znalazłam się pod drzewem. Siedział tam owy mężczyzna.
-Dzień dobry.- przywitałam się niepewnie. Uśmiechnął się w odpowiedzi.
-Dziękuję. Dzięki tobie wyrwałem się stamtąd. Mam na imię Mateusz.- podszedł do mnie i ścisnął moją dłoń.
-Nie ma za co.- uśmiechnęłam się, ledwo powstrzymując łzy. Gałąź ugięła się w moją stronę. Zerwałam liść i podłam go mężczyźnie.
-To twój bilet do wolności. Chodź, zaprowadzę cie tam.-przeszliśmy białym, ogromnym chodnikiem. Jak zawsze po obu stronach drogi rozpościerały się wspomnienia zmarłego. Wolałam na nie nie patrzeć.  Szybko przeszliśmy przez jego życie.  Ostania scena to jego samotna śmierć w lochu pod pensjonatem. Droga nagle się skończyła. Nic więcej nie widziałam. Tylko białą przestrzeń.
-Niesamowite.- powiedział i wyciągnął dłoń w nicość.
-Niebo też jest niesamowite? –spytałam w zamyśleniu. –Pytam, bo nie wiedzę niczego poza tą drogą. Dla mnie to biała pustka, a mój przyjaciel powiedział, że jest piękne.- chłopak uniósł głowę. Uśmiechnął się.
-Faktycznie jest piękne, ale nie umiem tego opisać.- zamyślił się.- Wygląda jak zbiorowisko mgiełek w różnych kolorach.
-A co widzisz przed sobą?
-Żonę i córeczkę w naszym mieszkaniu, w Kraju Ognia. Dziękuję ci za wszystko z całego serca ale pozwól mi już odejść.
-Zgnieć liść i posyp się nim.- natychmiast wykonał polecenie i zniknął. Rozpłynął się na moich oczach. Wróciłam do korytarza. Szkielet Mateusza zmieniał się w złoty pył.
-Kobieto, coś ty narobiła?!- wrzasnął Albert.
-Pomogłam mu.
-Zniszczyłaś mój najlepszy eksponat. Wiesz ile lat on liczył?
-Nie.
-Dwieście piętnaście! Ty go zrujnowałaś, to ty zajmiesz jego miejsce!
-Nie złamała regulaminu, więc nic nie możesz jej zrobić. Nawet łańcuch na to nie zareagowały.-Aron znalazł się tuż przede mną. Zasłonił mnie swoim ciałem. Dostał w twarz od pracodawcy.
-Zabierz ich do klatki. Ja muszę odpocząć.- zostaliśmy sami.
-Co to ma znaczyć, że „łańcuch nie zareagował”?- spytałam. Zanim chłopak zdążył mi odpowiedzieć, przewodnicząca złapała jedną z kajdanek i oglądała.
-Jest zaklęta. Ma jakby własną wolę. Wydaje się być strażnikiem zasad. Łapie tych, którzy je złamią.
-Czyli mają własny rozum?- Kaspian skrzywił się.
-Najwyraźniej, w przeciwieństwie do ciebie braciszku.
-Więc mogę tu zostać i im pomóc?- spytałam z nadzieją.
-Jeżeli masz taką ochotę, to nie mam nic przeciwko.- opiekun uśmiechnął się. Więzy z hukiem zwinęły się i schowały w ścianie. Korytarz skrócił się o miejsce Mateusza.
-Intrygujące.- mruknęła blondynka. –Dobrze, zastań tu i im pomóż, mu idziemy do celi. Dołącz do nas kiedy poczujesz zmęczenie. Pamiętaj, tylko się nie przeciążaj.
-Tak, tak idźcie sobie.- pomachałam im i złapałam kolejną kościstą dłoń.  

sobota, 9 stycznia 2016

Rozdział XXXIX



Nadia
Droga nie należała do najprzyjemniejszych. Wyboista, dziurawa oraz prawie nie widoczna. Naito jechał pierwszy i starał się ją jakoś naprawić za pomocą magii ziemi. Mimo dobrego zawieszenia samochodu, w środku okropnie trzęsło. Bałam się, że zaszkodzi to pobitemu Kaspianowi. Niedługo powinien odzyskać przytomność. Martwię się rozwieź o królową. Jej uraz musi być cięższy niż się spodziewałam. Ramię w dalszym ciągu blokuje moje zdolności. Jestem ciekawa ile to zajmie.
Kaja
Nigdy w życiu nie jechałam gorszą trasą. Wszędzie doły i badyle. Ich zgrzyt o karoserię przyprawiał mnie o gęsiom skórkę. Co chwile zerkałam za plecy w obawie, że zobaczę za nimi filozofa, który nastaje na moje życie ale on w dalszym ciągu spał. Odetchnęłam z ulgą. Dlaczego on chciał mnie zabić? Naprawdę nie wiem. Raczej nic takiego mu nie zrobiłam. Podróż okropnie się dłużyła. Wyjechaliśmy koło dziesiątej, a już zbliżała się pierwsza. Pierwsze zabudowania zaczęły się pojawiać koło trzeciej. Mijaliśmy stare, ale urocze kafejki, zatłoczone kina oraz sklepy jak za czasów młodości mojej babci. Po zaskakująco czystych chodnikach przechadzali się ludzie jakby zatrzymani w czasie. Mógł świadczyć o tym ich ubiór. Kobiety nosiły suknie, płaszcze i lakierki. Fryzury miały tragiczne. Mężczyźni również odziani w płaszcze trzymali swoje damy pod ramię. Na głowach mieli meloniki, pod szyjami muszki i podpierali się na parasolach lub laskach. Dziwne miasto. Naito zatrzymał samochód koło jednego z przechodniów.
-Gdzie mogę znaleźć jakiś pensjonat?- spytał uprzejmie. Mężczyzna wskazał palcem na niewielkie wzgórze, na którym widniał hotel.
-Wzgórze pana Alberta.- mieszkaniec uśmiechnął się. Białowłosy podziękował za wskazanie drogi i ruszyliśmy dalej. Facet machał nam na pożegnanie. To miasteczko sprawiało wrażenie, jakby wojna o nim zapomniała. Zero oficerów, żołnierzy, łapanek, kaźni publicznych. Ludzie żyli tutaj własnym życiem daleko od trosk.  Zaparkowaliśmy koło budowli. Całkiem ładna. Naito stał się naszym przedstawicielem, a tłumaczył to faktem iż jest najstarszy. Nadia przewróciła oczami, a ja zaczęłam dyskretnie kaszleć. Weszliśmy do środka. Prowadziła nas niebieskowłosa. Mówiła, że widziała to miejsce w przepowiedni.
Nadia
Wzięłam głęboki oddech i przeszłam przez próg domostwa. Kaja i Naito szli tuż za mną, ale mino to nie czułam się bezpiecznej. Coś w tym domu nie pozwalało mi się skupić. Słyszałam głosy i wołania o pomoc. W końcu dotarliśmy do recepcji. Ulżyło mi na widok tej sympatycznej pani.
-Dzień dobry. – przywitałam się.
-Nareszcie jesteście! Słyszałam, że się do nas wybieracie. Przyszykowałam wam pokoje. Jeden trzy osobowy apartament i jeden loch.
-Słucham?- zabójczyni nie wytrzymała.
-Nie zapoznaliście się z regulaminem przed wejściem?- kobieta załamała ręce.
 -Jaki regulamin?- białowłosy uniósł brew i oparł brodę na dłoni.
-Ten na drzwiach mówiący o tym, że w zamian za gościnę trzech osób i natychmiastową pomoc bierzemy jeńców.- jej uśmiech mnie sparaliżował.
-Jeńców?!- Dzwoneczek trochę poniosło. Nie będę wam przytaczać jej kwestii. Nie było w niej ani jednego normalnego słowa. Same przekleństwa.
-Och, zbliżają się wasi przyjaciele! Przedyskutujcie z nimi regulamin.- podła nam kartkę z kilkoma punktami. Obróciłam głowę. W naszą stronę o własnych siłach zmierzali do nas Kaspian, Eliza i Feliks. Niesamowicie się ucieszyłam. Poczułam ulgę.
-Gdzie my jesteśmy?- filozof wyglądał na mego zdezorientowanego. Królowa szybko odnalazła się w sytuacji, a generał z podziwem głaskał marmurową kolumnę.
-Przecież naprawiałeś samochody, żebyśmy się tutaj dostaliśmy.- fioletowooka przyglądała się mu bardzo uważnie.
-Naprawdę?
 –A pamiętasz może, że chciałeś mnie zabić!- a już myślałam, że odłoży to na późnej.
-Ale bardziej niż zwykle?- nie mógł powstrzymać się od żartu. Dziewczyna zacisnęła pięści i wykrzyczała:
-Najpierw traktowałeś mnie jak szmatę, potem chamsko dokuczałeś, ze swojego zwoju przywołałeś nóż, którym omal nie przebiłeś mnie na wskroś, na koniec jak debil goniłeś mnie po lesie usiłując trafić albo słupem ognia albo błyskawicą!
-Zrobiłaś taką awanturę, że już myślałem, że było gorzej.- chłopak przeleciał kilka metrów i z hukiem walnął w gładzoną przez Kaspiana kolumnę. Nastolatka masowała rękę.
-Niezłe uderzenie.- blondynką pochwaliła Omari.
-Dzięki.
-Mamy większy problem.- Naito zaczął czytać listę. – Na jednego wczasowicza przypada jeden więzień czyli trzy osoby żyją w bogactwie a inni w lochu i pracują na resztę.
-A kiedy możemy się wymeldować?- spytałam z trwogą w głosie?
-Czekaj… -zbladł. –Jak ktoś nas zmieni. - spojrzałam na recepcjonistkę.
-Proszę pani, jak często ktoś tu zagląda?
-Goście to rzadkość.- zaśmiała się. – I jak? Wybraliście już ochotników do pracy? Trzeba ugotować obiad, posprzątać pokoje i napalić w piecu.- dodała.
-Zbiórka!- Eliza przywołała wszystkich do siebie.- Musimy podjąć natychmiastową decyzję. Ja mam pewien zarys. Będziemy się codziennie wymieniać. Najpierw ja, Kaspian i Nadia, potem Naito, Feliks i Kaja. Zmienimy się jutro po obiedzie. Regulamin tego nie zakazuje. Obydwie drużyny myślą nad sposobem ucieczki. Przy posiłkach wymieniamy się informacjami zdobytymi w jakikolwiek sposób.
-Masz rację.- powiedziałam.
-Tak.- filozof poparł liderkę. Białowłosa pokiwała głową, a Kaspian się uśmiechnął. Tylko Naito wyglądał na zaniepokojonego.
-Jesteś pewna?- pyta. Czemu odnoszę wrażenie, że pytanie dotyczy tylko im znanego tematu.
-Tak. – odpowiada bez wahania. Chłopak spogląda na nią przez dłuższą chwilę po czym ulega jej  i przedstawia podział właścicielce.
-Doskonale. Zaprowadzę was do apartamentu, a wy kochani poczekajcie na mojego męża. Zaraz powinien się zjawić. On zaprowadzi was do pomieszczenia dla służby.- kobieta wyszła zza lady i poprowadziła nas ogromnymi schodami w prawo, potem w lewo, prawo, lewo i tak dalej. Ten hotel jest znacznie większy niż mogłabym sobie to wyobrazić. Jego ogrom nie mieści mi się w głowie. Po dłuższym marszu na górę, dotarliśmy do pokoju. Oszałamiający! Wyglądał jak małe mieszkanie. Trzy osobne pokoiki, a w nich kanapy, łóżka, stoliki, szafki, szafy z drogimi ubraniami w naszych rozmiarach i dużo więcej. Łazienka była jak marzenia. Wanna w dorównująca wielkością średniemu basenu, pozłacany, automatyczny sedes, kran z czujnikiem ruchu, a nawet suszarka do rąk. Kafelki w kolorach kawy, bieli i beżu tworzyły harmonijną całość.
Kaja
Długo czekaliśmy na Alberta. Zjawił się po półgodzinie. Spokojnie mógł wziąć udział w walkach sumo. Przeważnie nic nie mam do grubszych ludzi, ale on był tak otyły, że jeździł na elektrycznym skuterku.
-Witam was w mojej rezydencji. Mam na imię Albert i liczę na owocną współpracę.- patrzyłam na niego wilkiem. Zaśmiał się. Zabrzmiało to nieco groteskowo.- Jak się nazywacie drodzy przyjaciele?
-Kaja.- burknęłam.
-Feliks.- chłopak również nie był zachwycony zaistniałą sytuacją. 
-Jan.- Naito skłamał bez zająknięcia. Skłonił się przed grubasem. Biła od niego aura jakiej dotąd nie czułam. Wraz z nowym imieniem narodził się nowy człowiek? Nie, Naito to Naito. Kochana fajtłapa, która świetnie gotuje i prowadzi jak zawodowy rajdowiec. Mężczyzna dłużej zawiesił na nim spojrzenie. Jego uśmiech nieco przygasł.
-Za mną.- rozkazał. Zeszliśmy schodami w dół. Tam napotkaliśmy ciężkie, drewniane drzwi. Albert wyjął klucze ze swojego sadła i przekręcił jeden z nich w zamku. Wrota ustąpiły, a przed nami pojawił się długi korytarz z małym jak główka od ślipki wylotem. Naprawdę był daleko.
-Jak długo będziemy szli?- wykrzywiłam się.
-Około dwóch, trzech godzin, chyba, że użyjecie swoich żywiołów.- oczy mu rozbłysły. Sam musiał być zwykłym człowiekiem, więc dlaczego go nie zaatakujemy i nie uciekniemy, gdzie pieprz rośnie? Gdy tylko dokończyłam myśl zapaliły się pochodnie. Na ścianach wisiały szkielety. Dopiero teraz uderzył mnie smród rozkładających się zwłok, stęchlizny oraz świeżo rozkopanej ziemi.
-Tak kończą nasi nie posłuszni więźniowie.- oznajmił. –Ten tutaj był naszym pierwszym wczasowiczem. Poświęcił się za swoją ciężarną żonę. Miał na imię Mateusz. Postawił swoje życie w zamian za wolność dziecka i jego żony. O, a ta była druga. Ona przyszła tu szukać lekarza dla swojej siostry. Daliśmy jej leki i zapewniliśmy jej opiekę. Niestety nie zastosowała się do zasad i trafiła tutaj. Patrzcie! Historia tego to dopiero kabaret!- i tak do końca korytarza. Im szliśmy głębiej, tym zwłoki były świeższe. Prawdziwy horror. Tylu ludzi tu zginęło, tylko dlatego, że nikt inny nie był w stanie im pomóc. Naito słuchał tego wszystkiego z powagą. Oczy Feliksa wyglądały jak neony z reklam. Raz były niebieskie, fioletowe, zielone, żółte lub różowe. Nie mógł w ogóle nad tym zapanować. Ostatnie trzy miejsca były puste.
-Czekają na was albo waszych przyjaciół. Zobaczymy, kto pierwszy się podda.- zaśmiał się. Jego głos rozniósł się echem po grobowcu. Trafiliśmy do niewielkiej jaskini. Mieściło się w niej kilka sporych klatek, a w nich po trzy prycze wypchane sianem oraz wspólny, niczym nie zasłonięty sedes.
-Będziecie to mieszkać.- podszedł do recepcji i odebrał stamtąd klucz do krat. Otworzył jedną z cel i zaprosił nas do środka. –Od teraz to będzie wasz dom. Drzwi klatki zamknęły się za nami z hukiem.
-Już po nas.- stwierdziłam.
-Masz rację.- Naito przyznał mi rację.
-Musimy coś wymyślić.- Feliks usiadł na jednym z posłań. Wyszedł z pod niego karaluch. Chłopak podskoczył i zionął w niego ogniem.
Nadia
Dotrwaliśmy to śniadania. Cały ten czas martwiłam się o naszych. Noc dłużyła się nam nie miłosiernie. Długo rozmawialiśmy. Zauważyliśmy dużo szczegółów. Na przykład nigdzie w rezydencji nie ma ani jednego okna, jesteśmy tu sami oraz nasi gospodarze nie są normalnymi ludźmi. Zajęliśmy miejsce przy białym stoliku nakrytym ceratą w biało- czerwoną kratkę. Były na nim tylko trzy zastawy. Jedzenie leżało na półmiskach w kącie sali na dużej, podłużnej ławie. Poczułam lekki niepokoju. Gdzie są nasi przyjaciele? A co jeżeli więźniowie nie mają wstępu na wspólne posiłki?
-Coś mi tu nie gra.- Eliza szybko podsumowała całe zajście. – mogą być albo więzieni, albo mają całkowity zakaz widywania się z nami.
-Albo już nie żyją.- Kaspian upił łyk mojej herbaty.
-Nie, to na pewno nie. Musimy odkryć gdzie są i co się z nimi dzieje, nie ściągając przy okazji na siebie żadnych podejrzeń. Razem z Kają możemy porozumiewać się na prawie nie wyczuwalnej częstotliwości.  Od dłuższego czasu nie odbieram od niej żadnych znaków. Ani jednego. Możliwość połączenia pojawiała się dziś tylko raz, jakąś godzinę temu. Mogę iść za falami ale musicie mnie kryć.
-Kiedy chcesz to zrobić?- zaciekawiłam się.
-Teraz.- bez krępacji wstała od stołu i wyszła. My jak nigdy nic siedzieliśmy przy stole udając, że świetnie się bawimy. Tak naprawdę rozmawialiśmy o Krwawym Omenie.
-Pamiętasz nagranie, które puścili w telewizji?
-Tak i co w związku z tym?
-Oprócz śmierci Niklausa, ukazali zgon pani generał stacjonującej w innym kraju.
-Chodzi ci o kobietę wyciągniętą z rzeki?- przypomniałam sobie.
-Tak. Miała na imię Alison. Ładna dziewczyna. Jej włosy były czarne jak noc, a oczy przypominały niebo przed burzą. Była magiem powietrza o dużych aspiracjach. Przebywała w kraju ziemi. Jedna z pupilków Nathaniela. Jestem w niemałym szoku, że udało się im ją zabić.- westchnął. Wojskowy rzadko kogoś chwali, więc musiała być kimś wyjątkowym. Do jadalni powróciła zmartwiona królowa.
-I jak śledztwo?- brat spojrzał na nią wyczekująco.
-Nic z tego. Ślad jest silny ale nie mogę zejść do piwnicy, ponieważ ten babsztyl nie rusza się na krok z recepcji.
-W takim razie trzeba ją stamtąd wypłoszyć.
Kaja
Tą noc spędziliśmy bez żadnego ogrzewania. W takich chwilach cieszę się, że chłopaki mają pojęcie o magii ognia. Dzięki nim nie zamarzłam. Gdy nadszedł poranek, okazało się, że nie mamy prawa opuszczać celi bez zezwolenia. Nawet na posiłki. Jakaś niewyraźna postać dostarczyła nam dziś pożywienie. Owsiankę i wodę. Szybko pochłonęliśmy swoje porcje.
-Niby jak się z nimi spotkamy?- spytałam.
-Coś się wymyśli.- pocieszył mnie filozof.
-Ty się lepiej nie odzywaj! Dalej jestem na ciebie zła!
-Trzeba wymyślić jakiś podstęp.
-Wysłałam sygnał Elizie, ale nie jestem pewna czy dotarł. Wykryłam tę możliwość, kiedy przynieśli nam jedzenie. Wtedy muszą otwierać na ułamek sekundy drzwi, aby się tu dostać.
-Ale nie wiemy kiedy będzie obiad.- skwitował Naito.
-Słyszycie, ktoś się zbliża.- szepnął mag ognia. Wstrzymaliśmy oddech.