Translate

sobota, 30 stycznia 2016

Rozdział XLII



Nadia
-Co się stało?- Kaja rozglądała się po jadalni jakby była w lekkim szoku.
-Ja wiem, co się stało.- głos zabrała królowa.- część naszej podświadomości wraz ze wspomnieniami została przez coś lub kogoś uśpiona.
-Mówiłem wam, że to miasto jest powalone.- generała oznajmił z triumfem i położył buciory na blacie stołu. Dyskretnie je strąciłam.
-Czyli nareszcie będziemy mogli obmyślić plan ucieczki?- spytałam z nadzieją.
-Tak.- Eliza kiwnęła głową. Kaspian poklepał się po kurce i z kieszeni wyjął świstek papieru.
-Kiedy wy bawiliście się w miejskie życie, ja chodziłem wzdłuż granic miasta i obmyślałem strategię. Koło nas niedaleko jest stara szopa. Często chodziliśmy tam pracować. Teraz skoro zauważą, że coś z nami nie tak, to znowu będą próbować nas przekabacić na swoją stronę i zamknąć w ryzach. My nie możemy sobie na to pozwolić. Jesteśmy na wzgórzu, co wcale nie polepsza naszej sytuacji, bo jak wiadomo lepiej wchodzi się pod górę, niż z niej zbiega.- chłopak cały czas zakreślał różne miejsca na mapie, dopisywał słowa, kreślił ścieżki.- Musimy podzielić się na kilka zespołów, co zwiększy nasze szanse na ucieczkę. Już mam nawet wstępny podział. Naito, Nadia oraz Aron. Ten skład będzie idealny. Naito będzie miał szansę się zrekompensować, a Nadia już po ucieczce będzie mogła zająć się rozkładającym się Aronem.
-Ej! Nie jest ze mną aż tak źle!- zawołał oburzony żółtooki.
-Nie oszukujmy się. Jest do dupy.- wojskowy poklepał chłopaka po ramieniu. –Wracając do zespołów. Dalej już wytypowałem dwójki. Ja z moją siostrą jako przeciwne żywioły, zawsze umiemy się uzupełnić i osłonić w niebezpiecznej sytuacji.
-Nawet na polu bitwy muszę być za ciebie odpowiedzialna?!- oburzyła się.
-Takie życie. Następna dwójka to Kaja i Feliks. Będę trzymać za was kciuki, żebyście się nie pozabijali.- uśmiechnął się.
-Już się przyzwyczaiłem, że działamy razem.- filozof westchnął.
-To bardzo dobrze!- Kaja poklepała go po plecach, ten zgiął się w pół.
-W takim razie czas zacząć przedstawienie.
***
Według naszego planu bardzo szybko (tym razem wszyscy byliśmy tanią siłą roboczą) znaleźliśmy się na wzgórzu. Mimo wszystko to piękne miejsce. Staliśmy na ogromnej łące, sąsiadującej z polem uprawnym. Na samym dole widać rzekę, a po lewej rozpościera się nieprzemierzona puszcza. Zapewne jest naszpikowana zwierzętami, które czekają tylko na to aby zatopić w nas swoje kły. Bransoleta na moim nadgarstku staje sie cięższa z kolejnym krokiem. Czym dalej od posesji, tym mam większą ochotę ją zerwać, rzucić w krzaki i zwiać gdzie pieprz rośnie. Każdy z nas zajął wyznaczone pozycje. Kaspian dostał szpadel do kopania w ziemi, ja miałam wąż ogrodowy, Naito dzierżył grabie, Eliza miała plastikowe worki, a Kaja i Feliks zajęli się zabezpieczaniem krzewów ozdobnych przed nadchodzącą zimą. Towarzyszyli nam, po raz pierwszy od dawna, pan Albert oraz jego „szanowana” małżonka, i Aron, który rozglądał się nerwowo, to w prawo to w lewo. Mógłby przestać? Zaraz udzieli mi się jego zdenerwowanie. Byłam dziś w tunelu, aby dokończyć odsyłanie dusz, ale nikogo już tam nie zastałam. Nie ukrywam mojego zdziwienia. Bacznie obserwowałam otoczenie, czekając na znak, który miał nadejść ze strony generała. To nasza jedyna szansa na ucieczkę, więc nie możemy tego spieprzyć. Nagle Kaspian mocniej złapał szpadel i uniósł go do góry. Rąbnął z całej siły w głowę Alberta. Ten zatoczył się i spadł z wózka. Jego żona podniosła straszny lament. Wszyscy zdarliśmy bransolety i rzuciliśmy je jak najdalej się dało. Natychmiast ruszyliśmy pędem z górki. Zza placów dobiegły mnie dziwne odgłosy. Nie mogłam się powstrzymać, żeby się nie odwrócić. Dobrze, że zaufałam swojej kobiecej intuicji. Dzięki temu ruchowi byłam wstanie uniknąć wielkiego cielska piekielnego demona. To coś wyglądał ohydnie. Niby to pies, ale miał ogon krokodyla, język żaby i cholera jasna chyba skrzydła!!!
-Co to jest?!- zawołałam.
-Nasz gospodarz!- Elizabeth złapała swój zwój i wyciągnęła z niego swoją wierną włącznie. Ta utkwiła w ciele potwora.
-Chyba nici z rozdzielania się!- krzyknęłam.
-Masz rację!- głos generała był mocny i zdecydowany.- Natychmiast do broni się przebierając w środkach!- mówiąc to przekształcił łopatę w półtorametrowy miecz. Dzwoneczek i Płomień również dobyli broni. Ja poszłam w ich ślady. Wyciągnęłam z kieszeni kartkę, polałam krwią i przywołałam miecze. Uzbrojeni po zęby otoczyliśmy Alberta. Królowa wydobyła z niego drzewiec i stanęła obok mnie. Tylko Naito stał na uboczu i tępo wpatrując  się w las. Ni z ząb zawołał.
-Mój wilk! Zgubiłem wilka! Puszek, kochanie!!!- i zniknął za drzewami. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Czy takie zachowanie jest w ogóle możliwe?!
-Naito!- ryknęłam.
-Zostaw go.- Eliza spojrzała na mnie błagalnie.
-Dobrze.- kiwnęłam głową. Z nie wiadomych przyczyn monstrum upodobało sobie mnie za cel idealny. Skoczył na mnie i swoimi wielkimi łapami zablokował mi jakąkolwiek możliwość ruchu. Jego pysk znalazł się tuż nad moją twarzą. Poczułam on niego niesamowity odór. Ślina z jego jęzora pociekła na mój policzek i wżarła się w niego. Co za ból. Usłyszałam inny dźwięk. To moim przyjaciele! To gry wkroczyła pani domu. Była jeszcze większa od swojego męża. Rozmiarami przypominała autobus szkolny. Na mnie siedział samochód osobowy. Z nieba polał się deszcz. Idealna okazja dla mnie! Siłą woli zebrałam tyle wody, ile zdołałam i wprowadziłam ją do wnętrza zwierzęcia przez nos. Jego mina zrzedła. Zeskoczył ze mnie i zaczął uporczywie kichać, żeby pozbyć się wody, ale było już za późno. Ciecz dotarła do płuc i zamroziłam ją. Spowodowało to rozsadzeniem organu. Z jego pyska popłynęła jakaś zielona ciecz, mogę przypuszczać, że to jego krew. O dziwo dalej stał o własnych siłach. Rzucił mi spojrzenie pełne wyrzutów i pobiegł ratować małżonkę ujarzmianą przez moich przyjaciół. Nareszcie przestałam się czuć jak kula u nogi! W końcu mogę używać mojego własne żywiołu! Poderwałam się na równe nogi i stworzyłam ścianę lodu odgradzającą dwa demony. Piesocoś zatrzymało się tuż przed barykadą. Uderzyło w nią ogonem, ale wytrzymała siłę uderzenia.
-Chyba nie zamierzasz sama z nim walczyć?- koło mnie pojawił się Aron.
-Jak się tu zalazłeś?- zdziwiłam się.
-Przesadziłem mur na skrzydłach miłość.- zaśmiał się.
-Już to gdzieś słyszałam.- burknęłam. Zniechęcone zwierzę obróciło się  w naszą stronę.
-Ta zniewaga nie ujdzie wam na sucho. Nasza pani się na was zemści. Zapamiętajcie to!- głos należał do gospodarza, ale nie wydobywał siei bezpośrednio z jego gardła, tylko jakby spod ziemi.
-Niesamowite, to gada!- chłopak zaczął się śmiać. Bestia bez namysły skoczyła do niego, atakując go swoich ogonem. Nastolatek skoczył, stanął na jego grzbiecie na jednej ręce, odbił się i wylądował tuż przed jego pyskiem.
-A kuku!- zawołał i wbił sztylet w jego nozdrza. Odwinął z niego żyłkę i nawlekł na niego kilka bobek. O rękawiczkę potarł zapałkę i szybko się ulotnił. Wybuch rozerwał twarz Alberta. Chłopak wrócił do mnie.
-Kim ty jesteś?!- zawołałam.
-Aron, łowca potworów, miło mi poznać.- wyciągnął do mnie dłoń pokrytą śluzem. Bez namysłu ją uścisnęłam.
-Nadia Wróblewska, Odrodzenie.- uśmiechnęłam się.
-Tylko tyle?- zaśmiał się.
-Na razie tak.- staliśmy tak przez chwilę wpatrzeni w siebie. To wystarczyło, żeby zwierz dał rade się do nas zbliżyć. Mimo wypalonego pyska świetnie radził sobie z tropieniem.
-Zamroź trawę!- krzyknął. Zrobiłam to odruchowo. Tanecznym ruchem odsunął mnie na bok biorąc mi z dłoni miecz. Rozpędził się i nagle… ślizg tuż pod brzuchem potwora. Ostrze zanurzyło się w jego organach i rozdarło je bez żadnego problemu. Żółtooki pojawił się po drugiej stronie z uśmiechem na twarzy.
-Chyba mu już wystarczy.- oznajmił przecierając oczy z zielonej posoki. Rzucił mi miecz.
-Umyjesz go sobie sama?- spytał.
-Ta.- otworzyłam zwój i wyjęłam z niego strzykawki. Pobrałam od martwego zwierzęcia trochę śliny oraz krwi. Może się kiedyś przydać. Świat, w którym przyszło nam żyć jest mega pokręcony.
- Jak się macie?!- pozostali dołączyli do nas.
-Nadia powaliła go na kolana!- chłopak przypisał mi całą zasługę. Nie wiadomo dlaczego.
-Hej, widzicie to?- białowłosa wskazała palcem na dom. Zaczął się walić. Spojrzeliśmy po sobie i bez żadnego rozkazu, ponownie wbiegliśmy na wzgórze. Naszym oczom ukazał się makabryczny widok. Wszędzie ruiny. Niegdzie nie ostał się żaden budynek choćby w dobrym stanie. Po ulicach chodzi zdezorientowani ludzie w podartych ubraniach już z naszej epoki.
-Czar prysł.- skwitowałam.
-Tak, widać że miasto było utrzymywane przez wolę demonów, które przed chwilą zabiliśmy.- blondynka westchnęła. Dlaczego  jeszcze w dłoniach ściska włócznię?
-Co z nimi zrobimy?- spytał Płomień. Chyba mimo wszystko troszczy się o swoją matkę.
-Bądź co bądź, to obywatele mojego kraju, dajcie mi minutkę.- wbiła włócznię w ziemię i wsparła na niej obie dłonie. Pochyliła głowę i zaczęła prowadzić rozmowę jakby sama ze sobą? Trąciłam Dzwoneczka.
-Czy ona rozmawia ze swoim wymyślonym przyjacielem?- spytałam. Fioletowooka spojrzała na mnie i zaśmiała się.
-Tak to zapewne wygląda, ale ona teraz rozmawia z innym magiem oddalonym od nas nawet o kilkaset kilometrów.
-Fajna zdolność.- przyznałam.
-Taka jak leczenie.
-No, skoczyłam. Moi ludzie przyjadą tu i pomogą tym tutaj wrócić do rzeczywistości.
-Wspaniale, ale co teraz z nami.- powiedział Kaspian.- Nie żeby coś, ale nie mamy schronienia, samochodów ani planów na najbliższą przyszłości.
-Pójdziemy do lasu i zajdziemy Naito.- głos jego siostry był ostry jak nóż. Jak powiedziała tak zrobiliśmy.
***
Po kilkugodzinnych poszukiwaniach, mokrzy zmarznięci i głodni, napotkaliśmy jaskinię. Momentalnie do niej weszliśmy. Szybko znieśliśmy drewno i Feliks rozpalił ogień. Kaspian zamknął wyjście z jaskini kamiennym włazem.  Wesołe płomyczki z zapałem trawiły chrust. Ciepło przeniknęło nas na wskroś. Ugotowaliśmy coś do jedzenia. Po obiadokolacji, spadł na nas błogi sen. Dziś nikt nie stał na starzy.
***
Przebudziliśmy się w środku noc. Nasze ognisko zostało przez kogoś dokładnie zgaszone. Niegdzie nie było śladu po naszych śpiworach, garnkach oraz czajniczku, do którego zdarzyłam  się już przyzwyczaić.
-Ludzie, chyba nie jesteśmy sami w tej jaskini.- generał patrzył w pustkę.
-Zgadzam się z tobą braciszku. Latarki w dłoń i przeszukajmy tę pieczarę.- przedzieraliśmy się przez gęsty busz krzewów. Jedno pytanie skąd się tu wzięły, drugie dlaczego mają zęby, trzecie ciekawe co w nich żyje. W końcu przedarliśmy się przez niego i naszym oczom ukazał się bujna roślinność Wysp Kanaryjskich. Z wyrwy w bardzo wysoko usadowionym sklepieniu, sączyły się promienie światła. Po ścianach ściekała woda, tworząc małe wodopoje dla tutejszej fauny.
-Co to za miejsce?- spytałam.
-Nawet ja tego nie wiem.- powiedziała królowa. Wyłączyliśmy już zbędne latarki. Coś upadło tuż za moimi placami. Obróciłam się. To Aron.
-Aron!- uklękłam przy nim. Przyłożyłam policzek do jego nosa. Oddychał. – Kaspian stół, Kaja przynieś wodę. Feliks, Eliza pomóżcie mi go podnieść. Po chwili stałam pochylona nad chłopakiem. Pospiesznie zerwałam z niego kurtkę i podkoszulek. Rękawiczki również poszły w kąt razem z czapką. Jego ciało było niesamowicie poranione i przegnite. Smród był niewyobrażalny ale to nie jest istotne. Rozpoczęłam leczenie. Nagle odrzuciło mnie od niego. Uderzyłam placami w pobliską ścianę. Natychmiast przypomniałam sobie sytuację, gdy to Kaspian był w podobnych tarapatach. Eliza obserwująca całe to zdarzenie pomogła mi wstać.
-Tym razem muszę zaingerować w twój świat. Łap go i jazda pod to wasze drzewo czy jak to nazywacie.- uśmiechnęłam się i po chwili stałyśmy na rozstaju dróg.

2 komentarze:

Unknown pisze...

To było... Wow. Manipulujesz moja wyobraźnia, mój mózg jakimś cudem potrafi to sobie odtworzyć. Jesteś świetna!

Unknown pisze...

Jak zawsze zajebiste rozdziały ^^