Translate

sobota, 6 lutego 2016

Rozdział XLIII



Nadia
Spojrzałam na Elizę. Wydawała się całkiem poważna. Nie mogłam zastanawiać się w nieskończoność. Chwyciłam jej dłoń.
-Zamknij oczy.- świat jak zawsze zawirowała. Ponownie znalazłam się w świecie tkaczy.
-Więc tak wygląda to miejsce.- nastolatka dokładnie lustrowała otaczającą ją przestrzeń. Podeszła do drzewa. Dotknęła jego kory i wyciągnęła rękę w celu zerwania liścia. Gałąź odchyliła się, odmawiać jakiejkolwiek współpracy.
-Co to ma być?!- krzyknęła. Przez pięć minut usiłowała doskoczyć do pędów. Ja przez ten czas usiłowałam znaleźć odpowiednią drogę. Żadna nie wydawała mi się odpowiednia. Jedna była całkowicie zarośnięta pędami jakieś rośliny z cierniami wielkość sztyletów. Druga z kolei wyglądała aż za dobrze i bezpiecznie. Po obu jej stronach rosły krzewy różane z pięknymi, dorodnymi kwiatami. Zrezygnowana podeszłam do dębu. Gałąź natychmiast zniżyła się i oderwałam od niej listek. Blondynka prychnęła.
-Też tak umiem.- skrzyżowała ręce na piersiach.
-Długo nad tym myślałam, ale nie mam pojęcia którędy iść.
-Ale ja wiem.- mówiąc to wskazała na porośniętą sztyletami ścieżkę.
-Wspaniale, mogłam się tego spodziewać.- schowałam liść w kieszeni i ruszyłyśmy wskazaną dróżką. Podróż jak zwykle nie należała do najprzyjemniejszych. Kolce z każdym krokiem coraz głębiej wpijały się w nasze ciała. Ból był nie do opisania. Krew spływała mi po rękach i nogach. Nawet z czoła co utrudniało widzenie, ale mimo to parłyśmy do przodu. Po niesamowicie wyczerpującym marszu, mogłyśmy odetchnąć. Krwawy korytarz został za nami.
-To było straszne. Ty musisz to przechodzić za każdym razem?- spytała z litością w głosie.
-Nie, każdy przypadek jest inny. Nigdy nie wiem czego mogę się spodziewać, ale jak na razie, ten był zdecydowanie najgorszy.
-Nie rozczulajmy się nad sobą. Musimy iść dalej.- uśmiechnęła się.
-Tak masz rację.- kilka kroków dalej, znalazłyśmy się na rozdrożu.
-Nadia, i co teraz?
-Nie wiem.- to taki pierwszy przypadek, gdy podczas jednej drogi muszę wybierać inną.
-Patrz! Widzisz te ślady?- wskazała na ziemię. Faktycznie połyskiwały tam czerwone odciski nagich stup. –Wydaje się, że to nasza wskazówka. Nie traćmy czasu!- i puściła się galopem w nieznane. Musiałam się wiele natrudzić, żeby ją dogonić. Nieoczekiwanie trakt skończył się, a przed nami rozpościerała się pustka.
-Ten świat robi sobie z nas żarty prawda?- spytała poirytowana. Nie odpowiedziałam. Moją uwagę przykuł ślad, którego połowa magicznie zniknęła.
-Spójrz!- krzyknęłam. Nastolatka natychmiast wykonała moje polecenie.
-Wiesz co to oznacza?- spytała.
-Tam coś musi być.- stwierdziłam i skoczyłam w nicość.
*
Poczułam się jak po drugiej stornie zwierciadła. Przez przeźroczystą błonę wydziałam Elizę, przymierzającą się do skoku. Obróciłam się. Zakryłam dłonią usta. Przede mną, przykuty do ściany wisiał nieprzytomny Aron. Jego ciało w kilku miejscach zostało przykręcone grubymi śrutami do kamienia. Na sobie nie miał prawie nic, ale jego ciało różniło się od tego, które muszę uleczyć. Było całkowicie zdrowe. Jego twarz była piękna. Kręcone, ciemne włosy kaskadą spływały na ramiona. Tak musiał wyglądać przed nałożeniem na niego zaklęcia.
-Tu się schował.- liderka pojawiła się tuż obok mnie.- Trzeba przyznać, że całkiem przystojny z niego facet. – zatarła dłonie.- Biorę się do roboty.- wyjęła z kieszeni kawałek białej kredy i narysowała okrąg. Podzieliła go na kilka części. W środku narysowała mniejszy. Na krawędziach większego nabazgrała przemiennie to gwiazdę, to półksiężyc. Wykreśliła jeszcze jakieś łuki i kąty. W końcu wstała.
-Gotowe.- oznajmiła wycierając dłonie z kredy w poszarpane spodnie. –Teraz trzeba go tylko ściągnąć.- podeszła do chłopaka. Wyciągnęła dwa palce przed siebie,( które z niewiadomych przyczyn rozbłysły na zielono) i stuknęła nimi w jeden ze śrutów. Ten rozjarzył się go czerwoności i zniknął.
-Jak to zrobiłaś?- spytałam.
-Nie tylko w macie fajne umiejętności. Co prawa ja swoje wykształciłam, a nie się z nimi urodziłam, ale też są przydatne. To światło to kawałek mojej duszy. Normalnie jej nie widać, ale tutaj raczej takie rzeczy są na porządku dziennym. Podejdź i podtrzymaj go.- złapałam chłopka za ramiona. Czerwonooka pozbyła się ostatniego gwoździa i  razem z Aronem runęliśmy na posadzkę. Przywódczyni zaczęła się śmiać. Chwyciła go za nogi i przeciągnęła do okręgu. Sama wyszła z poza jego granic. Usiadła na podłodze tuż przed kręgiem i zaczęła coś nucić. Po chwili przymknęła oczy. W niektórych miejscach rysunku poczęły się ukazywać zielone rozbłyski energii. Dusza Arona nie pozostawała obojętna na tę akcję. Natychmiast wystrzelił z niej słup czerwonego światła. Zielone promyczki utworzyły jakby szkielet kopuły, która z każdą sekundą coraz bardziej się zasklepiała. Gdy zabieg ten się skończył, pokrywa stawała się coraz mniejsza i węższa, co zmusiło szkarłatne światło do powolnej kapitulacji. Szmaragdowe powłoka całkowicie zniwelowała karminowe światło i wsiąkał w skórę chłopka. Pomyślałam, że to koniec i wstałam. Nagle, nastolatek zaczął się trząść i fioletowa fala energii z jego ciała powaliła mnie na ziemię. Wstałam trzymając się za bolącą głowę. Było mi również trochę niedobrze. Brunet otworzył oczy i powoli się podniósł. Eliza nie wyglądała za dobrze. Pod jej oczami pojawiły się sińce, a z kącika ust sączyła się stróżka krwi, którą pospiesznie otarła rękawem.
-Dlaczego tu jesteście?- chłopak jeszcze nie doszedł do siebie. Było to słychać w jego głosie. Podeszłam do blondynki i przerzuciłam sobie jej rękę przez moje ramię. Nie była pewna czy ustoi o własnych siłach.
-W końcu jesteś wolny.- pierwszy raz widziałam na jej ustach prawdziwy uśmiech.
-Mówisz na poważnie?- spytał.
-Tak. Elizabeth bardzo ci pomogła. Teraz decyzja należy do ciebie. Chcesz żyć i wrócić z nami, czym może umrzeć, aby uzyskać zasłużony odpoczynek? Wybór należy do ciebie. – żółtooki krótko się wahał.
-Co mam zrobić, żeby z wami wrócić.- uśmiechnęłam się. Jestem zadowolona z jego decyzji. Zdążyłam go polubić i szkoda byłoby mi go grzebać. Nie jestem w nastroju na wyprawienie pogrzebu. Sięgnęłam go kieszeni i wyjęłam z niego liść. W mojej dłoni zmienił się w pył. Zdmuchnęłam go na Arona.
-Do zobaczenia.- pożegnał się.
-My też już wracajmy.- powiedziałam.
Kaja
Ile można na nie czekać? Cały czas są nieprzytomna, a Aron gada przez sen o jakiejś Wielkiej Stopie. Może ma koszar, którego akacja toczy się w obuwniczym? Na rękach Nadii i Beth zauważyłam powierzchowny rany, a w ich bluzkach pojawiły się malutkie dziurki. Dziwne. Nie mam innego wyjścia jak czekać.
*
Trochę się zdrzemnęłam. Gdy tylko się przebudziłam rzuciłam okiem na przyjaciółki. Nadia miała się całkiem dobrze, ale z ust Elizy zaczęła sączyć się krew.
-Chłopki!- zawołałam. –Nie, już nic!- stwierdziłam, że nie będę ich dodatkowo stresować i szybko otarłam wargi królowej.
-Co jest?- przestraszony Kaspian przybiegł jako pierwszy.
- Przecież powiedziałam, że nic. Tylko sprawdzałam waszą reakcję. Jest całkiem niezła.- uśmiechnęłam się. Chłopak mruknął coś do siebie i poszedł. Płomień próbował pochwycić mojej spojrzenie, ale nie pozwoliłam na to. W końcu odpuścił i wrócił do Arona.
*
-Hej ludzie! Aron się budzi! – głos Feliksa wyrwał mnie z zamyślenia. Natychmiast znaleźliśmy się przy chłopaku. Dojście do siebie zajęło mu dłuższą chwilę. Kiedy nieco się uspokoiliśmy, zauważyłam, że dziewczyny nadal śpią. Mój żołądek przewrócił się do góry nogami. Przybliżyłam się do żółtookiego.
-Aronie, czy nie chciałbyś nam o czymś powiedzieć?- popatrzył na mnie zdziwionym spojrzeniem.
-Coś konkretnego masz na myśli?- spytał.
-Dlaczego Nadia i Eliza się jeszcze nie obudziły?
Nadia
Napotkałyśmy małą komplikację. Łatwo było tu wejść, ale okazało się, ze trochę gorzej z wyjściem. Błona mętniała z każdą chwilą. Światła było coraz mniej. Nie mówiąc już o powietrzu, chociaż nie jestem pewna czy dusze go potrzebują.
-I co teraz zrobimy?- na wpół przytomna Eliza siedziała oparta placami o skałę. Wytężyłam swoje zwoje mózgowe i wpadłam na pewni pomysł.
-Na końcu każdej z tego typu dróg znajduje się właśnie taka komnata, do której trafia dusza. Nie sądzę, żeby zostawała tu na zawsze. Stąd musi być jakieś wyjście. Naszym zadaniem jest jego znalezienie.
-To bieżmy się do pracy.- jej słaby głos mnie przeraża.
-Ty sobie odpocznij.- zaczęłam przetrząsać jaskinię w poszukiwaniu jakiejkolwiek dziury, włazu czy mechanizmu. Wszędzie były głazy.
*
Zmęczona usiadłam obok królowej. Gdy to zrobiłam, poczułam jak kamień, na którym przysiadłam, obniża się i zapada.
-Eliza! Załap mnie za rękę!
-Co?
-ZŁAP MNIE ZA RĘKĘ!- gdy to zrobiła świat znajomo zawirował. Pierwszy raz szczerze ucieszyłam się na to uczucie.
*
Obudziłam się w pięknej grocie. Dobiegł mnie znajomy głos Arona. Poderwałam się z posłania i pobiegłam się z nim przywitać. Zobaczyłam nachylającą się nad nim Kaję. Miała minę, jakby chciała go zabić. Położyłam jej dłoń na ramieniu. Obróciła się. Wyglądał na zaskoczoną ale szczęśliwą.
-Nadia! Obudziłaś się!- przytuliła mnie. Usłyszałam znajomy odgłos pękających kości.
-Tak, tak wszystko ze mną w porządku, a u ciebie Aronie?- odsunęłam przyjaciółkę na bok i podeszłam do łowcy.
-Szczerze mówiąc, dopiero teraz… odczuwam skutki mojego postępowania. Cały ból …wrócił ze zdwojoną siłą. Ledwo mówię,… przez ten poparzony przełyk.- co parę słów przełykał ślinę, nawet ta prosta czynność była dla niego wyzwaniem.
-W takim razie nic nie mów. Ja zabiorę się do pracy.- ze zwoja wyciągałam najpotrzebniejsze rzeczy. Skalpel, waciki, bandaże, jałowe opatrunki. Najpierw złożyłam jego czaszkę do kup.  Nie wiem jak to możliwe, ale jego mózg praktycznie nie ucierpiał. Rekonstrukcja żuchwy i zębów zajęła mi parę dobrych minut, ale i ona skoczyła się sukcesem. Poparzony przełyk stanowił większe wyzwanie. Po jakimś czasie swobodnie rozmawialiśmy. Najwięcej wysiłku włożyłam w poskładanie wszystkich kości oraz rozplątaniu nerwów. Mięśnie również odmówiły współpracy. Przywrócenie właściwej pracy tego aparatu trwało trzy godziny. Naprawiłam także płuca, wątrobę, serce, żołądek. Ostatecznie zajęłam się sprawami kosmetycznymi. Przyspieszyłam porost włosów, naprawiłam mu paznokcie oraz zadbałam o to, aby pozostało mu jak najmniejsza liczba blizn. Gdy skoczyłam, nie miałam siły na podziwianie mojego dzieła. Walnęłam się na łóżko i tyle mnie widziano.
Kaja
Nadia wykonała kawał dobrej roboty. W Aronie mogła się zakochać nie jedna dziewczyna. Chłopakowi chyba też podobał się jego wygląd. Od kilku minut nie robi nic innego niż przeglądanie się w lusterku.
-Nie wiem jak mogę się wam odwdzięczyć.- to zdanie wypowiedział zaraz po odłożeniu zwierciadełka.
-Spłacisz ten dług, kiedy przyjdzie na to pora.- odparła Eliza. Nagle napięła się jak struna.- Ktoś idzie.- natychmiast spojrzeliśmy za siebie. Za nami pojawił się chłopak o białych włosach i dziwnych oczach. Jedno było niebieskie, a drugie zielone. Przyglądał się nam ważnie. Podrapał się w głowę.
-Chyba nikogo nie zapraszałem do mojej jaskini.
-Lucyfer!- Eliza podskoczyła i wycelowała palcem w przybysza.
-O Is… Elizabeth dawno się nie widzieliśmy. -na jego wargach pojawił się przebiegły uśmiech. Coś mi się wydaje, że on nie jest po naszej stronie. 

***
Witajcie, tu Soraja. Mam dla was rysunek od Juki. Chciałaby serdecznie podziękować Magdzie i Wiktorii za komentowania. Dzięki wam mam motywację do pracy :*. Mam nadzieję, że mogę liczyć również na resztę :) tym czasem pieczęć Krwawego Omenu:


Brak komentarzy: