Translate

sobota, 27 lutego 2016

Rozdział XLVI



Kaja
A już myślałam, że chwileczkę odpocznę, lecz Naito pokrzyżował mi plany. Co prawda pozwolił mi się zdrzemnąć przez jakieś pół godziny, ale czy on nie wie, że dzieci w moim wieku potrzebują tyle samo snu co noworodek?! Po prostu myślałam, że go uduszę. Wyciągnął mnie na dwór.
-Postawa!- wrzasnął. Natychmiast wykonałam jego polecenie.
-Skoro objawił się twój talent to pora go rozwinąć.- i buch. Zostałam oblana lodowatą wodą.
-Obiło ci?!
-O bieda, nawet nie możesz mi oddać.- złapał kolejne wiadro. Były w nim kamienie. Bez żadnego ostrzeżenia zaczął nimi we mnie rzucać. Oberwałam w ramię, nogę i brzuch, a ostatni kamień rozciął mi brew. Uniki nic nie dawały. Trener bezbłędnie trafił w poszczególne partie ciała, skutecznie utrudniając mi wykonanie jakiegokolwiek ruchu.
-Czy krzywdzenie mnie sprawia ci przyjemność?!- warknęłam.- Jest jakieś minus pięć stopni, a ja mokra ganiam po polu. Czy mogłabym się przebrać?!- chłopak uśmiechnął się i wyjął coś czego się zupełnie nie spodziewałam. Miotacz ognia. Rzucił do mnie bańkę wody, następnie skierował wylot miotacza w moją stronę i pociągnął za spust. Moje ciało zareagowało samo. Pewnie myślicie, że wykonałam jakiś mega heroiczny czyn, ale muszę was zmartwić. Najzwyczajniej w świecie, rzuciłam się do ucieczki. Biegłam ile sił w nogach, przeszukując kieszenie kurtki w nadziei, że znajdę tam coś przydatnego. Jakieś rachunki ze spożywczego, kilka zapałek i zmywacz do paznokci. Lepsze to niż nic. Mogę dzięki temu zasymulować magię ognia. Może się nabierze. Wylałam zmywacz na poszycie i czekałam. W rękawie ukryłam zapałkę. Modliłam się, że plan zadziałał. Nie chciałam skończyć jak kurczak, którego często podje nam na obiad. W końcu się pojawił. Jak na maga jest okropnie wolny, albo udaje. Może dał mi czas do opracowania jakiegoś planu. Żeby pomysł zakończył się sukcesem, musi stać kilka metrów po mojej lewej.
-Czyżby paliwo ci się skończyło?- spytałam robiąc kilka kroków w bok. Na szczęście nic nie zauważył. Zaśmiał się.
-Nie.- odparł. Zaczął się śmiać. To był idealny moment. Szybko potarłam zapałką o krzesiwo i rzuciłam ją na kupkę liści. Natychmiast zajęły się ogniem. Mina białowłosego zrzedła.
-Jestem z ciebie dumny. – sam do siebie.- Zapamiętać: miotacz ognia jest skuteczny w nauce.- ulżyło mi. chyba się nabrał.- Skoro przyswoiłaś magię ognia, to jestem ciekaw jak poradzisz sobie z przekierowaniem błyskawicy.- niebieski zygzak mignął mi przed oczami. Zwinęłam się w kłębek.- Ej miałaś to złapać!- znowu puściłam się w galop. Przez dobre czterdzieści minut graliśmy w kotka i myszkę. On strzelał, ja uciekałam. Pierwszy raz w życiu tak się bałam. Serce biło mi jak oszalałe, a krew szumiała w uszach. Potwornie dyszałam. Czułam się słaba.
-Kaja, przerwa!- zakrzyknął. Odetchnęłam głęboko, ale i tak nie wyszłam z kryjówki. Siedziałam cicho z głową schowaną w kolanach. Dopiero po kwadransie uniosłam się z ziemi i wróciłam do obozowiska. Nadia już wstała. Zajęła się treningiem. Dalej uważa, że za mało umie. Stworzyła z lodu ogromną tablicę i strzelała do niej cieniutkimi igiełkami. Perfekcyjnie trafiała w sam  środek. Powtarzała tę czynność mechanicznie. Pocisk, rzut, pocisk, rzut. Jej celność mnie zadziwia.
-Mogę spróbować?- spytałam. Nastolatka uśmiechnęła się łagodnie i podała mi rzutkę. Wzięłam pocisk do ręki. Leciutki. Dotknęłam końcówki. Kropla krwi spłynęła mi po opuszku.
-Ostre.- powiedziałam.
-Takie muszą być jak chcesz nimi komuś zaszkodzić.- powiedziała zaszkodzić, zamiast zabić. Nadia taka jest. Nie zabija nikogo jak nie ma takiej potrzeby. – Pokazać ci coś?- spytała z błyskiem oku.
-Jane.
-Odsuń się.- wykonała ruch, podobny do skoku przerzutowego, jakiego uczyłam się w podstawówce. Strzałki z ziemi poderwały się i trafiły z łoskotem w tarczę, tworząc jej inicjał. Stanęła na równych nogach. Odgarnęła pasemka z twarzy.
-Fajnie. Możesz tym ruchem momentalnie kogoś zabić!- zawołałam.
-Albo osłabić , trafiając w punkty witalne przeciwnika.- oto jej słabość. Nie zabija.
-Jakbyś zareagowała, gdybyś się dowiedziała, że ktoś z naszej drużyny jest wrogiem?
-Tak się nie stanie. Każdy z nas został dokładnie prześwietlony przez Elizę…
-A co jeśli się myliła?!
-Mówię ci, że nie ma takiej opcji.
-A co sądzisz o Naito?- palnęłam. Dziewczyna zastanowiła się dłużej.
-Cóż, udaje głupiego, a w rzeczywistości jest bardzo inteligentny. Często też zostawia nas podczas ważnych wydarzeń czy spotkań z różnymi osobami. Nie wiem dlaczego.- w mojej głowie zapaliło światełko.
-A co jeżeli on jest…- nagle na moich włosach ktoś położył rękę i mocno przytrzymał.
-Czemu o mnie plotkujecie dziewczęta?- na jego usta wpełzł fałszywy uśmieszek. – Feliks uporał się z naprawą znacznie szybciej niż się spodziewał, więc wyruszamy do Werpulu. Zbierajcie się.- wyplątałam się z jego uścisku. Głowa mi pulsowała. Bez słowa weszłyśmy do campera. Samochód jechał jak marzenie. To trzeba przyznać filozofowi. Chłopaki zebrali się przy stole. Rozłożyli na nim kilka map oraz wygrzebali skądś nawigacje. My postanowiłyśmy zagrać przez ten czas w karty. W końcu nasi koledzy obrali wyczekiwany kierunek.
***
Trzy godziny późnej dojechaliśmy do celu. Podczas drogi Nadia zwymiotowała dwa razy. Znowu podzieliśmy się na dwie grupy. Tym razem byłam z zespole z Feliksem, który udawał operatora kamery oraz Elizą w roli reporterki. Ja byłam dźwiękowcem. Reszta została w pojedźcie. Werpul to piękne, zabytkowe miasto. Kiedyś było stolicą Kraju Powietrza. To tu mieszkali pierwsi królowie. Znajduje się tutaj wiele zamków, twierdz i cytadeli. Perełka zachodu. Blondynka zapukała do drzwi, starej kamienicy. To miejsce wcale nie wyglądało na antykwariat. Nie czekaliśmy długo. Drzwi otworzył mężczyzna o miłej twarzy.
-Pani Kaja Omari?- spytał ucieszony.
-Tak.- przywódczyni oczarowała go swoim uśmiechem. Młody mężczyzna zaprosił nas do środka. Jakie mieszkanie! Niesamowite! Wszystko w tym domu jest idealne. Blondyn wprowadził nas do salonu, gdzie na śnieżnobiałej, skórzanej kanapie siedziała mała dziewczynka.
-Kochanie, możesz iść do swojego pokoiku?- spytał łagodnie. Dziecko podbiegło do niego i przytuliło się do jego nóg, zerkając na nas ukradkiem. Uśmiechnęłam się do niej. Natychmiast uciekła. Płomień rzucił mi rozbawione spojrzenie.
-Możemy zaczynać?- pytanie Elizy wyrwało mnie z zamyślenia.
-Oczywiście.- nastolatka przygotowała się idealnie. Wyjęła z torebki dyktafon oraz notatnik z pytaniami.
-Dzień dobry panie Adamski. Czy zgodzi się pan na przeprowadzenie wywiadu?
-Dzień dobry, proszę pytać o co pani chce.
-Więc, czy mogę mówić do pana na ty?
-Tak.
-W taki razie Łukaszu, czy zdradzisz mi co skłoniło cię do kolekcjonowania zabawek sprzed wojny?
-Na ten pomysł wpadł mój ojciec. Stwierdził, że takie przedmiot mają swoją duszę i postanowił je zbierać. Uważa, że zabawki z tamtych czasów były lepsze i na ich wykonanie potrzebowano więcej czasu niż obecnie. Teraz wyprodukowanie lalki zajmuje maksymalnie pięć minut.
-Zgadzam się z tobą. A czy mógłbyś nam pokazać swój zbiór?
-Nie ma problemu.- Adamski wstał z zaprowadził nas do budynku obok. Nie tak wyobrażałam sobie to miejsce. Spodziewałam się jakiś półek, gablotek, szafek. Ale nie. Zabawki były porozrzucane po całym pomieszczeniu, które przypominało średniej wielkości boisko.
-Dlaczego zabawki nie są konserwowane i zamykane w gablotach?- reporterka drążyła temat.
-Ponieważ, ojciec chciał, żeby zabawki spełniały swoją funkcję. Dzieci często tu przychodzą i się nimi bawią, a czasem zabierają do domu, ale to zdarza się naprawdę rzadko. – modliłam się w duchu, żeby to nasza pozytywka nie była takim wyjątkiem.
-Czy moglibyśmy się rozejrzeć po twoim zbiorze?- mężczyzna wyraźnie zbladł. Zaczął się jąkać.
-Ale czy to konieczne?- spytał przygnębiony.
-A czy to jakiś problem?- Eliza już nie odpuści. Jest za blisko celu.
-Nie…
-W TAKIM RAZIE SIĘ ROZEJRZYMY, A TY MOŻESZ WRÓCIĆ DO CÓRECZKI.- królowa użyła trzeciego poziomu magii. Chłopak obrócił się na pięcie i wyszedł z bawialni.
-Szybko, zanim się ogranie. Szukajcie pozytywki. Naito mówił, że powinna mieć dedykację.
-A skąd on to może wiedzieć?!- zawołałam z drugiego końca sali.
-Nie zadawaj głupich pytań, tylko szukaj!- już miałam coś powiedzieć, ale zamarłam. Coś poruszyło się z moimi plecami i na pewno nie był to Płomień. Obróciłam się i to był błąd. Gdyby nie Feliks, skończyłabym jako wielki, poszarpany kawał mięsa. Tuż za mną, w podłogę wbiła się ogromna łapa. Leżałam tuż obok, w ramionach wróżbity. Zaklął pod nosem.  Z jego ramienia sterczał pazur ogromnego psa.
-I tu przychodzą dzieci!?- krzyknął. Zwierze warknęło i rzuciło się na nas. Razem przeturlaliśmy się na bok. Czerwonooka zasłoniła nas barierą. Futrzak odbił się od niej i przeleciał kilka metrów w tył. Chłopak gwałtowne wstał jednocześnie podnosząc mnie z płytek. Szarpnął mnie za  rękę i zaprowadził za największą górę przedmiotów.
-Zostań tu i nie ruszaj się.- polecił. Zanim zdążyłam zaprzeczyć dołączył do królowej, która usiłowała uspokoić potwora swoim głosem, ale coś jej nie wychodziło. Nastolatek popieścił go prądem, ale tan jak stał tak stał. Przywódczyni zaczęła go dusić. Podbiegł do niej i ugryzł w nogę. Nie mam pojęcia czemu nie uskoczyła.
-Eliza!- chłopak przeraził się. Rzucił się na ratunek, ale został przygwożdżony łapą do ziemi. Co się z nimi dzieje? Dlaczego nagle nie umieją walczyć?! Wybiegłam z kryjówki.
-Hej, głupi kundlu. Tutaj jestem!- nie miałam żadnego planu, ale lesze odciągniecie go od kumpli niż patrzenie jak pożera ich jednym kłapnięciem paszczy. Wypluł jęczącą z bólu królową i puścił przyduszonego maga ognia. Zostałam sam na sam z potworem, którego nie oszukam tak łatwo jak Naito. Zaczęłam rzucać w niego tym, co nawinęło mi się pod rękę. Dłoń natrafiła na procę. Zgarnęłam jakieś odłamki z podłogi i strzeliłam nimi w oko demona. Tylko się rozłościł. Cofnęłam się parę kroków. Nadepnęłam na butelkę.  Momentalnie przypomniałam sobie rzutki Nadii. Trzęsącymi się rękami odkręciłam zakrętkę. Wylałam wodę i w duchu modliłam się o to, żebym dała radę powtórzyć ten epicki ruch sprzed kilku godzin. Pies był coraz bliżej, a ja nie mogłam zamrozić tej głupiej wody! Oczami wyobraźni widziałam jak przegryza się przez moją talię, dzieląc mnie na dwie połowy. W tym samym czasie igły stężały. Kamień spadł mi z serca. Wykonałam przerzut podobny do tego Nadii, z tą różnicą, że wylądowałam na tyłku. Stworzenie zawyło i przewróciło się. Pociski przedziurawiły mu głowę na wylot. Byłam z siebie dumna. Feliks mniej więcej stał na nogach. Chwiejnie podszedł do Beth i wziął ją na ręce.
-Poszukaj pozytywki, a ja zabiorę ją do Nadii.- dziewczyna mówiła coś sama do siebie. Po chwili oboje zniknęli za drzwiami. Zostałam sama wraz z wielkim cielskiem kundla. Zebrałam trochę jego krwi i ślin dla niebieskowłosej. Ona często to robi. Potem gotuje z nich trucizny lub odtrutki. Zanurkowałam w stos zabawek. Błądzenie między nimi sprawiało mi frajdę. Co chwilę wyciągałam nowe znaleziska. Po chwili natrafiłam na małe, bogato zdobione pudełeczko. Otwarłam je, przy okazji uruchamiając mechanizm. Z wnętrza wydobyła się muzyka. A dokładniej kołysanka. Szybko obróciłam ją do góry nogami, szukając dedykacji. Znalazłam!
Najukochańszemu synkowi
Mama
Poderwałam się na równe nogi.  Ze szczęścia zaczęłam tańczyć. W końcu znalazłam to, czego szukałam. Schowałam szkatułkę do kieszeni. Z drugiej wyjęłam trzysta monet i zostawiałam na parapecie. Wybiegłam z antykwariatu w podskokach. Tuż przed nim czekał capmer. Weszłam do niego. Tam zastał mnie makabryczny widok. Eliza miała całkowicie zniszczoną nogę, a Feliks dziurę w ramieniu. Blondynka dosłownie wyła z bólu. Białowłosy siedział koło niej i błagał, żeby nie umierała. Nadia tamowała krwotok z jej ran, a Kaspian pomagał Płomieniowy. Zszokowana usiadłam na podłodze. To wszystko przeze mnie. Prawda?

Brak komentarzy: