Kaja
A już myślałam, że chwileczkę odpocznę, lecz Naito
pokrzyżował mi plany. Co prawda pozwolił mi się zdrzemnąć przez jakieś pół
godziny, ale czy on nie wie, że dzieci w moim wieku potrzebują tyle samo snu co
noworodek?! Po prostu myślałam, że go uduszę. Wyciągnął mnie na dwór.
-Postawa!- wrzasnął. Natychmiast wykonałam jego polecenie.
-Skoro objawił się twój talent to pora go rozwinąć.- i buch.
Zostałam oblana lodowatą wodą.
-Obiło ci?!
-O bieda, nawet nie możesz mi oddać.- złapał kolejne wiadro.
Były w nim kamienie. Bez żadnego ostrzeżenia zaczął nimi we mnie rzucać.
Oberwałam w ramię, nogę i brzuch, a ostatni kamień rozciął mi brew. Uniki nic
nie dawały. Trener bezbłędnie trafił w poszczególne partie ciała, skutecznie
utrudniając mi wykonanie jakiegokolwiek ruchu.
-Czy krzywdzenie mnie sprawia ci przyjemność?!- warknęłam.-
Jest jakieś minus pięć stopni, a ja mokra ganiam po polu. Czy mogłabym się
przebrać?!- chłopak uśmiechnął się i wyjął coś czego się zupełnie nie
spodziewałam. Miotacz ognia. Rzucił do mnie bańkę wody, następnie skierował
wylot miotacza w moją stronę i pociągnął za spust. Moje ciało zareagowało samo.
Pewnie myślicie, że wykonałam jakiś mega heroiczny czyn, ale muszę was
zmartwić. Najzwyczajniej w świecie, rzuciłam się do ucieczki. Biegłam ile sił w
nogach, przeszukując kieszenie kurtki w nadziei, że znajdę tam coś przydatnego.
Jakieś rachunki ze spożywczego, kilka zapałek i zmywacz do paznokci. Lepsze to
niż nic. Mogę dzięki temu zasymulować magię ognia. Może się nabierze. Wylałam
zmywacz na poszycie i czekałam. W rękawie ukryłam zapałkę. Modliłam się, że
plan zadziałał. Nie chciałam skończyć jak kurczak, którego często podje nam na
obiad. W końcu się pojawił. Jak na maga jest okropnie wolny, albo udaje. Może
dał mi czas do opracowania jakiegoś planu. Żeby pomysł zakończył się sukcesem,
musi stać kilka metrów po mojej lewej.
-Czyżby paliwo ci się skończyło?- spytałam robiąc kilka
kroków w bok. Na szczęście nic nie zauważył. Zaśmiał się.
-Nie.- odparł. Zaczął się śmiać. To był idealny moment.
Szybko potarłam zapałką o krzesiwo i rzuciłam ją na kupkę liści. Natychmiast
zajęły się ogniem. Mina białowłosego zrzedła.
-Jestem z ciebie dumny. – sam do siebie.- Zapamiętać:
miotacz ognia jest skuteczny w nauce.- ulżyło mi. chyba się nabrał.- Skoro
przyswoiłaś magię ognia, to jestem ciekaw jak poradzisz sobie z przekierowaniem
błyskawicy.- niebieski zygzak mignął mi przed oczami. Zwinęłam się w kłębek.-
Ej miałaś to złapać!- znowu puściłam się w galop. Przez dobre czterdzieści
minut graliśmy w kotka i myszkę. On strzelał, ja uciekałam. Pierwszy raz w
życiu tak się bałam. Serce biło mi jak oszalałe, a krew szumiała w uszach.
Potwornie dyszałam. Czułam się słaba.
-Kaja, przerwa!- zakrzyknął. Odetchnęłam głęboko, ale i tak
nie wyszłam z kryjówki. Siedziałam cicho z głową schowaną w kolanach. Dopiero
po kwadransie uniosłam się z ziemi i wróciłam do obozowiska. Nadia już wstała.
Zajęła się treningiem. Dalej uważa, że za mało umie. Stworzyła z lodu ogromną
tablicę i strzelała do niej cieniutkimi igiełkami. Perfekcyjnie trafiała w
sam środek. Powtarzała tę czynność
mechanicznie. Pocisk, rzut, pocisk, rzut. Jej celność mnie zadziwia.
-Mogę spróbować?- spytałam. Nastolatka uśmiechnęła się
łagodnie i podała mi rzutkę. Wzięłam pocisk do ręki. Leciutki. Dotknęłam
końcówki. Kropla krwi spłynęła mi po opuszku.
-Ostre.- powiedziałam.
-Takie muszą być jak chcesz nimi komuś zaszkodzić.-
powiedziała zaszkodzić, zamiast zabić. Nadia taka jest. Nie zabija nikogo jak
nie ma takiej potrzeby. – Pokazać ci coś?- spytała z błyskiem oku.
-Jane.
-Odsuń się.- wykonała ruch, podobny do skoku przerzutowego,
jakiego uczyłam się w podstawówce. Strzałki z ziemi poderwały się i trafiły z
łoskotem w tarczę, tworząc jej inicjał. Stanęła na równych nogach. Odgarnęła
pasemka z twarzy.
-Fajnie. Możesz tym ruchem momentalnie kogoś zabić!-
zawołałam.
-Albo osłabić , trafiając w punkty witalne przeciwnika.- oto
jej słabość. Nie zabija.
-Jakbyś zareagowała, gdybyś się dowiedziała, że ktoś z
naszej drużyny jest wrogiem?
-Tak się nie stanie. Każdy z nas został dokładnie
prześwietlony przez Elizę…
-A co jeśli się myliła?!
-Mówię ci, że nie ma takiej opcji.
-A co sądzisz o Naito?- palnęłam. Dziewczyna zastanowiła się
dłużej.
-Cóż, udaje głupiego, a w rzeczywistości jest bardzo
inteligentny. Często też zostawia nas podczas ważnych wydarzeń czy spotkań z
różnymi osobami. Nie wiem dlaczego.- w mojej głowie zapaliło światełko.
-A co jeżeli on jest…- nagle na moich włosach ktoś położył
rękę i mocno przytrzymał.
-Czemu o mnie plotkujecie dziewczęta?- na jego usta wpełzł
fałszywy uśmieszek. – Feliks uporał się z naprawą znacznie szybciej niż się
spodziewał, więc wyruszamy do Werpulu. Zbierajcie się.- wyplątałam się z jego
uścisku. Głowa mi pulsowała. Bez słowa weszłyśmy do campera. Samochód jechał
jak marzenie. To trzeba przyznać filozofowi. Chłopaki zebrali się przy stole. Rozłożyli
na nim kilka map oraz wygrzebali skądś nawigacje. My postanowiłyśmy zagrać przez
ten czas w karty. W końcu nasi koledzy obrali wyczekiwany kierunek.
***
Trzy godziny późnej dojechaliśmy do celu. Podczas drogi Nadia
zwymiotowała dwa razy. Znowu podzieliśmy się na dwie grupy. Tym razem byłam z zespole
z Feliksem, który udawał operatora kamery oraz Elizą w roli reporterki. Ja byłam
dźwiękowcem. Reszta została w pojedźcie. Werpul to piękne, zabytkowe miasto. Kiedyś
było stolicą Kraju Powietrza. To tu mieszkali pierwsi królowie. Znajduje się tutaj wiele zamków, twierdz i cytadeli. Perełka zachodu. Blondynka zapukała do drzwi,
starej kamienicy. To miejsce wcale nie wyglądało na antykwariat. Nie czekaliśmy
długo. Drzwi otworzył mężczyzna o miłej twarzy.
-Pani Kaja Omari?- spytał ucieszony.
-Tak.- przywódczyni oczarowała go swoim uśmiechem. Młody mężczyzna
zaprosił nas do środka. Jakie mieszkanie! Niesamowite! Wszystko w tym domu jest
idealne. Blondyn wprowadził nas do salonu, gdzie na śnieżnobiałej, skórzanej kanapie siedziała mała dziewczynka.
-Kochanie, możesz iść do swojego pokoiku?- spytał łagodnie. Dziecko
podbiegło do niego i przytuliło się do jego nóg, zerkając na nas ukradkiem. Uśmiechnęłam
się do niej. Natychmiast uciekła. Płomień rzucił mi rozbawione spojrzenie.
-Możemy zaczynać?- pytanie Elizy wyrwało mnie z zamyślenia.
-Oczywiście.- nastolatka przygotowała się idealnie. Wyjęła z
torebki dyktafon oraz notatnik z pytaniami.
-Dzień dobry panie Adamski. Czy zgodzi się pan na
przeprowadzenie wywiadu?
-Dzień dobry, proszę pytać o co pani chce.
-Więc, czy mogę mówić do pana na ty?
-Tak.
-W taki razie Łukaszu, czy zdradzisz mi co skłoniło cię do kolekcjonowania
zabawek sprzed wojny?
-Na ten pomysł wpadł mój ojciec. Stwierdził, że takie przedmiot
mają swoją duszę i postanowił je zbierać. Uważa, że zabawki z tamtych czasów
były lepsze i na ich wykonanie potrzebowano więcej czasu niż obecnie. Teraz wyprodukowanie
lalki zajmuje maksymalnie pięć minut.
-Zgadzam się z tobą. A czy mógłbyś nam pokazać swój zbiór?
-Nie ma problemu.- Adamski wstał z zaprowadził nas do budynku
obok. Nie tak wyobrażałam sobie to miejsce. Spodziewałam się jakiś półek,
gablotek, szafek. Ale nie. Zabawki były porozrzucane po całym pomieszczeniu, które
przypominało średniej wielkości boisko.
-Dlaczego zabawki nie są konserwowane i zamykane w
gablotach?- reporterka drążyła temat.
-Ponieważ, ojciec chciał, żeby zabawki spełniały swoją
funkcję. Dzieci często tu przychodzą i się nimi bawią, a czasem zabierają do
domu, ale to zdarza się naprawdę rzadko. – modliłam się w duchu, żeby to nasza
pozytywka nie była takim wyjątkiem.
-Czy moglibyśmy się rozejrzeć po twoim zbiorze?- mężczyzna
wyraźnie zbladł. Zaczął się jąkać.
-Ale czy to konieczne?- spytał przygnębiony.
-A czy to jakiś problem?- Eliza już nie odpuści. Jest za
blisko celu.
-Nie…
-W TAKIM RAZIE SIĘ ROZEJRZYMY, A TY MOŻESZ WRÓCIĆ DO
CÓRECZKI.- królowa użyła trzeciego poziomu magii. Chłopak obrócił się na pięcie
i wyszedł z bawialni.
-Szybko, zanim się ogranie. Szukajcie pozytywki. Naito mówił,
że powinna mieć dedykację.
-A skąd on to może wiedzieć?!- zawołałam z drugiego końca sali.
-Nie zadawaj głupich pytań, tylko szukaj!- już miałam coś
powiedzieć, ale zamarłam. Coś poruszyło się z moimi plecami i na pewno nie był
to Płomień. Obróciłam się i to był błąd. Gdyby nie Feliks, skończyłabym jako
wielki, poszarpany kawał mięsa. Tuż za mną, w podłogę wbiła się ogromna łapa. Leżałam
tuż obok, w ramionach wróżbity. Zaklął pod nosem. Z jego ramienia sterczał pazur ogromnego psa.
-I tu przychodzą dzieci!?- krzyknął. Zwierze warknęło i
rzuciło się na nas. Razem przeturlaliśmy się na bok. Czerwonooka zasłoniła nas
barierą. Futrzak odbił się od niej i przeleciał kilka metrów w tył. Chłopak gwałtowne
wstał jednocześnie podnosząc mnie z płytek. Szarpnął mnie za rękę i zaprowadził za największą górę
przedmiotów.
-Zostań tu i nie ruszaj się.- polecił. Zanim zdążyłam
zaprzeczyć dołączył do królowej, która usiłowała uspokoić potwora swoim głosem,
ale coś jej nie wychodziło. Nastolatek popieścił go prądem, ale tan jak stał
tak stał. Przywódczyni zaczęła go dusić. Podbiegł do niej i ugryzł w nogę. Nie mam
pojęcia czemu nie uskoczyła.
-Eliza!- chłopak przeraził się. Rzucił się na ratunek, ale
został przygwożdżony łapą do ziemi. Co się z nimi dzieje? Dlaczego nagle nie umieją
walczyć?! Wybiegłam z kryjówki.
-Hej, głupi kundlu. Tutaj jestem!- nie miałam żadnego planu,
ale lesze odciągniecie go od kumpli niż patrzenie jak pożera ich jednym
kłapnięciem paszczy. Wypluł jęczącą z bólu królową i puścił przyduszonego maga
ognia. Zostałam sam na sam z potworem, którego nie oszukam tak łatwo jak Naito.
Zaczęłam rzucać w niego tym, co nawinęło mi się pod rękę. Dłoń natrafiła na
procę. Zgarnęłam jakieś odłamki z podłogi i strzeliłam nimi w oko demona. Tylko
się rozłościł. Cofnęłam się parę kroków. Nadepnęłam na butelkę. Momentalnie przypomniałam sobie rzutki Nadii.
Trzęsącymi się rękami odkręciłam zakrętkę. Wylałam wodę i w duchu modliłam się
o to, żebym dała radę powtórzyć ten epicki ruch sprzed kilku godzin. Pies był
coraz bliżej, a ja nie mogłam zamrozić tej głupiej wody! Oczami wyobraźni widziałam
jak przegryza się przez moją talię, dzieląc mnie na dwie połowy. W tym samym
czasie igły stężały. Kamień spadł mi z serca. Wykonałam przerzut podobny do
tego Nadii, z tą różnicą, że wylądowałam na tyłku. Stworzenie zawyło i przewróciło się. Pociski
przedziurawiły mu głowę na wylot. Byłam z siebie dumna. Feliks mniej więcej stał
na nogach. Chwiejnie podszedł do Beth i wziął ją na ręce.
-Poszukaj pozytywki, a ja zabiorę ją do Nadii.- dziewczyna
mówiła coś sama do siebie. Po chwili oboje zniknęli za drzwiami. Zostałam sama
wraz z wielkim cielskiem kundla. Zebrałam trochę jego krwi i ślin dla
niebieskowłosej. Ona często to robi. Potem gotuje z nich trucizny lub odtrutki.
Zanurkowałam w stos zabawek. Błądzenie między nimi sprawiało mi frajdę. Co chwilę
wyciągałam nowe znaleziska. Po chwili natrafiłam na małe, bogato zdobione
pudełeczko. Otwarłam je, przy okazji uruchamiając mechanizm. Z wnętrza wydobyła
się muzyka. A dokładniej kołysanka. Szybko obróciłam ją do góry nogami,
szukając dedykacji. Znalazłam!
Najukochańszemu synkowi
Mama
Poderwałam się na równe nogi. Ze szczęścia zaczęłam tańczyć. W końcu
znalazłam to, czego szukałam. Schowałam szkatułkę do kieszeni. Z drugiej wyjęłam
trzysta monet i zostawiałam na parapecie. Wybiegłam z antykwariatu w
podskokach. Tuż przed nim czekał capmer. Weszłam do niego. Tam zastał mnie
makabryczny widok. Eliza miała całkowicie zniszczoną nogę, a Feliks dziurę w
ramieniu. Blondynka dosłownie wyła z bólu. Białowłosy siedział koło niej i
błagał, żeby nie umierała. Nadia tamowała krwotok z jej ran, a Kaspian pomagał
Płomieniowy. Zszokowana usiadłam na podłodze. To wszystko przeze mnie. Prawda?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz