O co chodzi? Wpadłam do swojego pokoju. Nerwowo szarpnęłam
klamkę. Nic z tego. Drzwi są zamknięte. Nie dam rady wyjść. Mrugnęłam. Ja cie
kręcę. Leżę we własnym łóżku. Czyli to oznacza, że całe to zdarzenie mi się
przyśniło? Nie, to nie możliwe. To wszystko było zbyt realistyczne aby mogło
być złudzeniem. Przecież widziałam jak ten chłopak przechyla się przez barierkę
i spada w dół. Czekajcie, co on powiedział? Już wiem „Powiedz Elizabeth, że
wróciłem”. W śnie chciałam do niej biec ale po co, skoro to tylko fata morgana?
Przewróciłam się na drugi bok. Serce zabiło mi mocniej. Na oparciu krzesła
wisiał czarny płaszcz! Czarny płaszcz tego samobójcy. Teraz to naprawdę się
przeraziłam. Wyskoczyłam z łóżka jak oparzona. Chwyciłam pelerynę i wypadłam na
korytarz. Pobiegłam do sypialni Elizy. Zapukałam w drzwi. Odczekałam chwilę.
Zero odzewu.
-Elizabeth! Wstawaj!- wrzasnęłam. Nic. Dziewczyna jak spała
tak spała. Trudno chyba jej nie obudzę. Trzeba zastosować tradycyjne środki.
Przyłożyłam rękę do zamka. Zamroziłam go. Metal z hukiem opadł na podłogę.
Wrota stanęły otworem. Wparowałam do dormitorium nastolatki. Ta spokojnie
drzemała w swoim łóżku. Podeszłam do niej.
-Wstawaj, szkoda dnia.- powiedziałam cicho. Totalna
ignorancja ze strony blondynki. –Wstawaj!- oblałam ją zimną wodą.
-Co, gdzie jak?- sturlała się z wyra wymachując kończynami
we wszystkie strony świata. Wylądowałam z wrzaskiem na podłodze. Odgarnęła
włosy z twarzy. –Czego chcesz?- biedna. Nie zdążyła nałożyć tego jej mega
sztucznego uśmiechu, ale ja tak.
-Nic takiego. Tylko twój stary przyjaciel nawiedza mnie we
śnie.- uśmiechnęłam się promiennie.
-Niby jaki?- wsparła głowę na dłoniach.
-Nie mam pojęcia. W prezencie dał mi to.- rzuciłam w
nastolatkę płaszczem. Przeturlała się na bok. Przyjrzała się tkaninie.
-Przecież to… należy do Naito!- zerwała się na równe nogi. W
oczach stanęły jej łzy. Wszystko to mogłam dostrzec przez blask wschodzącego
słońca. Dziewczyna upadła na podłogę. Rozpłakała się. Przycisnęła do serca
pelerynę niegdyś należącą do chłopaka.- On jednak żyje.- oparła się plecami o
łóżko.
-Kim jest ten cały Naito?- zaciekawiłam się. Siostra Kaspiana zignorowała moje pytanie. Zmienimy temat.-Jak chcesz to możesz ją sobie wziąć.- machnęłam ręką.
-Kim jest ten cały Naito?- zaciekawiłam się. Siostra Kaspiana zignorowała moje pytanie. Zmienimy temat.-Jak chcesz to możesz ją sobie wziąć.- machnęłam ręką.
-Coś ty! To ty ją dostałaś. Nie możesz tak utracić świetnego
artefaktu.- zaprotestowała.
-Arte… czego?- spytałam zdezorientowana.
-Artefaktu, czyli jakiejś mega silnej i szpanerskiej rzeczy
z czasów Czterech Żywiołów.- odpowiedziała.
-I że niby ten znoszony płaszcz to artefakt?- zadałam
pytanie z powątpiewaniem.
-Tak, skóra lwa z Nemei. Dopasuje się do jej właściciela.
Łap! – złapałam.- Załóż.- rozkazała.
-Skoro nalegasz.- naciągnęłam na siebie skórę zwierzęcia.
Natychmiast zmieniła się w czarną, skórzaną kurtkę.-Wow. Czy to jej jedyna
zdolność? Bo jeżeli tak to dość słaby ten artefakt.- wzruszyłam ramionami.
-Nie bądź taka do przodu, bo cię z tyłu zabraknie.- mówiąc
to wykonała szybki ruch i ostre niczym nóż powietrze rozdarło moje spodnie od
piżamy oraz zostawiło kilaka zadrapań na mojej twarzy. Ramoneska była cała.
Żadnego uszczerbku. Blondynka wstała z podłogi. – Idź już. Chcę zostać sama. Niedługo
zaczną się wspólne dni.
-Dobrze, do zobaczenia na śniadaniu.- pożegnałam się.
-Tak, do zobaczenia. – powiedziała machinalnie. Widać, że
myślami była bardzo daleko. Wróciłam do pokoju. Jakoś nie mogłam zasnąć.
Poszłam wziąć prysznic. Przebrałam się. Wyświetlacz zegarka wskazywał szóstą. Udałam
się na piąte piętro. To tam znajduje się kuchnia. Nikogo nie spodziewałam się
tam zobaczyć o tej porze. A tu co. Przy stole siedział Kaspian. Wydawał się
być zamyślony. W ogóle nie zauważył mojego przyjścia. Zapukałam w ścianę, żeby
go nie wystraszyć. Odwrócił się.
-O to tylko ty.- uśmiechnął się. Co mu jest? Normanie nie
jest taki miły. Podejrzane. Przysiadłam się do zastawionego stołu. Nie wiem jak
to działa, ale zawsze ława ugina się od jedzenia chociaż żadne z nas go
wcześniej nie przygotowało. Czasem w ramach kary mamy gotować, ale z tego co
wiem nikt ostatnio niczego nie przeskrobał.
-Tak to tylko ja. Czemu tak wcześnie wstałeś?- spytałam.
-Ponieważ, ktoś z pokoju obok strasznie się tłukł nad ranem i
mnie obudził.- sprostował sucho. Oczywiście, że to byłam ja. Zrządzeniem losu
mam pokój koło chłopaka. Spojrzałam na niego. Cały czas patrzył się na swoje
kolana i ruszał ręką pod stołem. Wyglądało to podejrzanie.
-Co robisz?- zadałam pytanie.
-Nic.- bąknął.
-Aha.- jakie nic. Zaraz się dowiem. Odsunęłam się nieco od
ławy. Szybko zanurkowałam pod mebel. Brunet nie zdążył ukryć szkicownika, który
miał położony na nogach.
-Cholera, ale mnie wystraszyłaś!- wrzasnął.
-Co rysujesz?- spytałam spokojnie popijając herbatkę. Patrzył na mnie morderczym spojrzeniem. Za chwile jego spojrzenie nieco zelżało. Rzucił
mi zeszyt. Szkic przedstawiał kobietę. Mogła mieć około trzydziestu paru lat.
Miała długie, falowane włosy. Z rysunku można wywnioskować, że jest blondynką.
Jej jasne oczy spoglądały na mnie z troską i miłością. Z rysów przypominała
Kaspiana i Elizabeth. Popatrzyłam na chłopaka. –To twoja mama?
-Nie mam pojęcia. Siostra mówi, że to właśnie ona, ale ja
myślę, że to kłamstwo. Wyraz jej twarzy jest sztuczny i cyniczny, jakby
naigrywała się ze mnie „Synku, patrz to ja. Nie przejmuj się, że mnie nie
pamiętasz i tak nie wrócę.” W ogóle jej nie pamiętam. Nawet w tych mglistych
wspomnieniach jakie czasem mam.- westchnął. Oparł się plecami o krzesło. Utkwił
wzrok w suficie.
-Aha.- skomentowałam. Wcale nie odczuwałam współczucia. Nie
było mi go żal. Ja nienawidziłam mojej matki. Nastolatek drgnął.
-Tylko „aha”. Czy ty masz jakieś uczucia?!
-Nie raczej nie. Wyzbyłam się ich. Są niedorzeczne i
niepotrzebne.- stwierdziłam.
-Mogłabyś chociaż udawać, że mi współczujesz!- ryknął.
-A czy moje współczucie jest ci koniecznie potrzebne. Jeżeli
tak to czekaj…- zmieniłam wyraz twarzy.- Och jakiś ty biedy! Ktoś ukradł twoje
wspomnienia. Co ty teraz robisz?- zaczęłam kiwać się krześle obserwując
chłopaka.
-Jutro spędzamy razem dzień, prawda?
-Tak, a co?- uniosłam jedną brew.
-Popracujemy nad twoimi uczuciami.- uśmiechnął się.
-Dzięki, ale spasuję.- wstałam.- Miło się z tobą marnowało
czas. Idę zobaczyć co u Feliksa.
-Nara.- pożegnał się. Nacisnęłam przycisk w windzie. Drzwi
powoli się zamykały. Zapomniałam mu powiedzieć, żeby poszukał z Kają jej brata.
Włożyłam stopę między skrzydła windy.
-Poszukaj z Kają jej brata!- zawołałam.
-Pamiętam!- odkrzyknął. Wrota zamknęły się. Wyciągnęłam zza
pleców kanapki dla Feliksa. Pewnie już jest spóźniony do pracy. Dam mu je kiedy
będziemy szli do miasta. Wrota rozwarły się. Tuż przede mną stał mag ognia.
-Witaj księżniczko! Od pewnego czasu cie szukam.- jak
człowiek może cieszyć się ze wszystkiego. Po prostu tego nie rozumiem. Jego
radość nie jest taka jak Elizabeth, czyli sztuczna. On uśmiecha się naprawdę.
-Pewnie jesteś spóźniony do pracy, przepraszam.- nie
potrafiłam spojrzeć mu w oczy. Roześmiał się.
-Wcale, że nie! Ja mam bardzo ruchome godziny pracy.
-Chodźmy do miasta, bo ja zaraz się spóźnię.- powiedziałam
zawstydzona.
-Dobrze, ale najpierw muszę coś zjeść bo jestem strasznie
głodny.- bąknął skrępowany.
-Proszę.- podałam mu kanapki. Szlak. Co to za uczucie, które czuje w środku. Sympatia? Nie mogę sobie na to pozwolić. Kiedyś i on mnie zawiedzie. To niby czemu robiłaś te kanapki idiotko?
-To dla mnie?- pokiwałam głową.- Dziękuję.-uśmiechnął się.- W
takim razie możemy już iść.- całą drogę rozmawialiśmy o otaczającym nas
świecie. Nagle zadzwonił telefon niebieskookiego.
-Halo. Tak. Rozumiem. Będę za dwadzieścia minut. Do widzenia.-
rozłączył się. Spojrzał na mnie.- Słuchaj jak szybko potrafisz biec?
-To zależy.- uśmiechnęłam się. Popędziliśmy w kierunku uniwersytetu
w którym pracuje osiemnastolatek. Zatrzymaliśmy się na moście. Nyks należy do
jednej z piękniejszych rzek wszystkich krajów. Jej koryto wyrzeźbiła magma
wypływająca niegdyś pobliskiego wulkanu. Dlatego jest czarne i niezamieszkałe
prze żadne zwierzęta i rośliny. Jej bieg jest niczym nie zmącony. Muszę to
poczuć. Przykucnęłam przy zaraz przy poręczy. Drążki były od siebie bardzo
oddalone, tak że spokojnie mogłam się cała przez nie przecisnąć. Wyciągnęłam dłoń.
Nic z tego. Gdyby Feliks mnie przytrzymał wtedy dosięgłabym krystalicznie czystej
wody.
-Co robisz?- spytał.
-Próbuje dosięgnąć lustra rzeki…
-Pomogę ci.
-Naprawdę?- zdziwiłam się.
-Czemu jesteś taka zaskoczona?
-Ponieważ, gdybym poprosiła innego członka naszej drużyny,
powiedziałby, że to głupie i nie będzie marnować na to czasu.
-Jakbym słyszał Kaspiana. Wiem co mówię. Wczoraj spędziłem z
nim cały dzień. Skończyło się na tym, że obydwaj wylądowaliśmy na komisariacie
policji. Cóż nie ważne. Kładź się i podaj mi dłoń.
-Dziękuję.- chwyciłam jego rękę. Sięgała coraz dalej. Gdy już
prawie sięgnęłam powierzchni chłopak nagłym szarpnięciem wciągnął mnie na most.
-O co chodzi?- wrzasnęłam. Nie odpowiedział. Odwróciłam się do
niego. Zwijał się z bólu. Po chwili zaczął wrzeszczeć. Łzy spływały po
policzkach. Co mu się stało. Muszę natychmiast go uleczyć. Przywołałam ciecz. Przyłożyłam
dłonie do klatki piersiowej chłopaka. To był błąd. Upadłam obok niego. Zamknęłam
oczy. Gdy ponowie je otworzyłam znalazłam się w… właśnie czym. Nie wiem jak to
nazwać. Była to po prostu biała przestrzeń. Za mną, przede mną, pode mną nade
mną, nic nie ma. Nic a nic. Do moich uszu doszedł czyjś głos. Momentalnie go
rozpoznałam. Należał on do Naito, tego chłopka, którego zna Elizabeth.
Tam, gdzie na wietrze
opada liść…
Jakby na żądanie za moim plecami wyrósł ogromną dąb.Jego liście miały idealny zielony kolor. Pień otaczała tak jakby złota poświata. Ale czemu? Zerwał się
łagodny wietrzyk i u moich stup opadł zielony liść. Podniosłam go z ziemi.
Nidy nie wiem, gdzie
mam iść…
Była trochę zdezorientowana. Co mam teraz zrobić?
Na rozstaju dróg…
Pojawiły się dwie ścieżki. Jedna z nich prowadziła głęboko w
las. Przyjrzałam się dokładniej. Między krzewami połyskiwały pancerze jeźdźców.
Na wietrze łomotały chorągwie magów ziemi. Wyraźnie byli zdezorientowani. Rozpoznałam
to miejsce. Znajdowali się nieopodal zakonu Kai, ale zachowywali się tak jakby
nie mogli znaleźć drogi do niego. Druga przedstawiała to samo zdarzenie z
drobnym szczegółem. Tam miała miejsce prawdziwa rzeź. Ludzie ginęli, i to nie
tylko zakonnicy. Magowie ziemi również.
Stoi nasz wspólny
wróg…
Jest nim czas,
Który wyniszcza nas.
Bez namysłu pobiegłam na pomoc duchownym. Nawet nie wiem kiedy
znikła druga droga i dąb. W garści ściskałam liść. Biegłam jak szalona. Znalazłam
się na polu bitwy.
-Wszyscy formacja obronna przenieść rannych do namiotu. Już,
już!- krzyknęłam. Głos uwiązł mi w gardle. Nikt mnie nie usłyszał. Zobaczyłam Kaję
ściskającą jakiegoś zmasakrowanego chłopaka. Podeszłam do nich.- Kaja?- cisza. Zero
odpowiedzi. Położyłam dłoń na ramieniu dziewczyny. Przeleciałam przez nią. Obraz
nastolatki rozmył się. Wszystko zaczęło znikać. Ktoś mnie wołał po imieniu. To
chyba Feliks.
-Nadia! Nadia! Obudź się!- próbuję przecież. Ledwo otworzyłam
oczy. –Chwała Bogu. Nic ci nie jest?- pokręciłam głową. Nie byłam w stanie
mówić.- To przez mnie. Przez te cholerne wizje, ale nigdy jeszcze inni w nich
nie uczestniczyli. Kim ty jesteś?- kolor jego oczu zmienił się.
-Nie wiem.- wydyszałam. Udało mi się otworzyć pięść. W
środku znajdował się liść. Chłopak na jego widok przeraził się.
-Czy to jest liść z Drzewa Przeznaczenia?- wyjąkał. Wzruszyłam
ramionami. Roślina rozbłysła i zmieniła się w złoty pył. –Wizja dopełniona. Teraz
czekamy na efekty.-westchnął. Długo to nie trwało. Obydwoje dostaliśmy esemesa od Elizy.
Zakon Kai płonie!!!
1 komentarz:
Boski rozdział (^O^)
Prześlij komentarz