Translate

sobota, 13 czerwca 2015

Rozdział X



Spojrzeliśmy po sobie. Chłopak po odczytaniu wiadomości tekstowej, natychmiast zerwał się z miejsca. Pobiegł przed siebie. Ja nie miałam siły. Nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Dalej odczuwałam skutki… no właśnie czego? Feliks skruszony zaraz wrócił.
-Przepraszam, zapomniałem w jakim stanie jesteś. Dasz radę chociaż wstać?- przykucnął przede mną.
-Chyba tak, ale musisz mnie podtrzymać.- odpowiedziałam.
-Nie ma sprawy.- otoczył mnie ramieniem i obydwoje ruszyliśmy w kierunku zakonu Kai. Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że możemy nie zdążyć na czas. Spuściłam głowę.
-Zostaw mnie tutaj i idź dalej sam. Lepiej żebyś chociaż ty dotarł. Niańcząc mnie nie dasz rady pomóc Kai.- powiedziałam cicho.
-Chyba sobie żartujesz! Nie zostawię cię. Przecież gramy w tej samej drużynie, a poza tym ty również byłaś w tej wizji. Teraz się już nie wykręcisz.- uśmiechnął się.
-Zacznę proces jako takiego uleczania.- powiedziałam. – Jest jeden minus. Wtedy nie dam rady się ruszać.
-To żaden problem. Wezmę cie na barana.
-Co?!- zakrztusiłam się.
-No co. Skoro nie dasz rady sama iść to cie poniosę. Później ukradnę komuś motor i pojedziemy. Co ty na to?- spojrzał pytająco.
-Chyba nie mamy wyjścia.- wziął mnie na barana.
-Jesteś lekka. Spokojnie mogę biec.- oznajmił i jak szalony pogalopował mostem, potem ulicami zatłoczonego miasta.
-Co z twoją pracą?- spytałam.
-Nic. Uczniowie przyzwyczaili się do tego, że się spóźniam. Pewnie przyjdą na wykład dopiero za dwie godziny.-zatrzymał się.- Patrz, motocykl!- ucieszył się.
-Fajnie. Ja zaraz skończę. Daj mi jeszcze pięć minut. Ok?
-Nie ma sprawy.- oparł mnie o ścianę jakiejś kawiarenki. Usiadł obok mnie. Spoważniał – Słuchaj, nie możemy dopuścić do śmierci kogoś z naszej paczki. Rozumiesz? Nasze życie ponad innych.- szczęka mi opadła. Nie spodziewałam się usłyszeć takich słów z ust Feliksa.
-Co?! Jak możesz coś takiego mówić?!-krzyknęłam.
-Normalnie. Może właśnie taki jestem na co dzień. Przecież mnie nie znasz.- pochylił się nade mną. Ujął mój podbródek. Nachylił się. Coś zakuło mnie w żołądku. Wiecie co jest najgorsze. Nie mogłam się ruszać!
-Puść mnie.- wychrypiałam. Przybliżał się coraz szybciej. Jego twarz była centymetr od mojej. Wstrzymałam oddech. Przyjrzał mi się uważnie.
-Żartowałem.- jego chwyt zelżał- Właśnie udowodniłem ci, że jednak nie wyzbyłaś się wszystkich uczuć.- moje mięśnie rozluźniły się. W końcu mogę się ruszać. Uśmiechnęłam się. Uderzyłam go w twarz.
-Jesteśmy kwita.- skomentowałam.
-Ho, ho. Widzę, że już minęła ci bezwładność.- uśmiechnął się półgębkiem. Porwał mnie z miejsca. Usadził za sobą na motocyklu. –Trzymaj się mocno. Ruszamy.- wcisnął gaz do dechy. Opony zostawiły ognisty ślad na ulicy. Oczywiście, że użył żywiołu żeby zwiększyć swoją prędkość. Wtuliłam się w koszulkę nastolatka. Pachniał perfumami. Jak miło. –Tylko nie zaśnij!- zawołał. Speszyłam się.
-Kiedy dojedziemy?!- odkrzyknęłam.
-Jeszcze pięć minut.
-Niesamowite. Magia ognia jest czasem użyteczna.- zaśmiał się.
-Czasem tak, ale niekiedy odbiera ludziom życie. Pamiętasz wojnę dziesięcioletnią? Wtedy to Ogień okupował świat. To była prawdziwa rzeź. To już Nathaniel jest łagodniejszy. Ja i moja siostra bliźniaczka urodziliśmy się w okresie międzywojennym. Na początku w naszym domu było całkiem spokojnie. Stanowiliśmy normalną rodzinę. Przynajmniej w oczach innych ludzi. Nasz ojciec nie poświęcał nam za wiele uwagi, ale gdy to robił nieźle się bawiliśmy. Niestety, zazwyczaj bardziej interesował go alkohol. Na początku tylko pił. Później zaczął nas bić. Wszyscy w szkole wytykali mnie palcami. Mówili „Ej to ten chłopak, prawda?”. Byłem załamany, ale dalej kochałem swojego tatę. Mimo tego, że pił, gdy trzeźwiał był spoko. Wolałem go od matki. Moja siostra, Genevieve, szczerze go nienawidziła. Czepiała się go na każdym kroku. W końcu kiedy doszło do pierwszych rękoczynów, mama postanowiła, że wraz z nami wyprowadzi się z domu. Mnie zrobiło się żal ojca i zostałem z nim, mimo wywodów zaserwowanych mi przez matkę. Przez jakiś czas nie tknął alkoholu. wtedy poznałem Susan. Stała się moją najlepszą przyjaciółką. Spędzaliśmy ze sobą każdą wolną chwilę. Pewnego dnia wróciłem do domu. W progu doznałem pierwszej w swoim życiu wizji. Ojciec pogrążony w nałogu, Susan cała we krwi, tata popełniający samobójstwo. To było straszne. W ogóle nie wiedziałem o co chodzi. Na drugi dzień nocowałem u znajomego. Gdy rano wróciłem do mieszkania, drzwi były otwarte. Niepewnie wszedłem do środka. Na podłodze z rozbitą głową leżała Susan. Obok widniała rozbita butelka. Nie trudno było dodać dwa do dwóch. Natychmiast udałem się do salonu. Za późno. Tata już wisiał na stryczku. Do dziś nie jestem pewny co się tam tak naprawdę wydarzyło.-westchnął.
-Ciekawa historia. Czemu przeprowadziłeś się do Kraju Powietrza?
-Pytasz czemu? Byłem taki jak Kaja, ale ona zabija żeby czynić świat lepszym, chociaż się do tego nie przyznaje, ja zabijałem dla przyjemności ludzi, którzy się kiedyś ze mnie śmiali i mną gardzili. Moim ostatnim dziełem było spalenie całej mojej wioski. Później uświadomiłem sobie co zrobiłem i jako pokutę zadałem sobie uczenie filozofii na uniwersytecie w Sorze.- zaśmiał się.- Wiesz, co w tym wszystkim jest najlepsze?  
-Nie?
-To, że to życie bardzo mi się podoba.- dojechaliśmy. Walka już dawno się rozpoczęła. W tłumie walczących co jakiś czas mignął nam Kaspian w chusteczce na twarzy. Blond włosy pani kapitan tańczyły wokół niej gdy tylko wbijała włócznię w napastnika. Nieprzyjaciół było około trzydziestu. Do walki stawiła się dziesiątka mnichów oraz nasza piątka. Niekiedy o uszy obił mi się dźwięk dzwoneczka Kai ostrzegającego napastnika przed zadanym ciosem.
-Przepraszam, za tamtą sytuację pod kawiarenką, ale to był pomysł Kaspiana. On mnie do tego namówił. Z moich obserwacji wynika, że powinnaś zaakceptować swoje człowieczeństwo, a nie udawać, że go nie masz. Tak naprawdę wiesz, że jesteś dobrą osobą i w głębi duszy liczysz, że poznasz kogoś, kto cię nie zawiedzie. Prawda?- spojrzałam na niego wymownie.
-Rozumiem.-bąknęłam. Nie lubię kiedy ktoś mnie poucza. Zwłaszcza on.
-My tu gadu gadu, a walka trwa.- podszedł do leżącego na ziemi nieprzytomnego żołnierza.
-Proszę twoja broń.- rzucił mi lekki obusieczny miecz. Idealny. Jakby wykuty specjalnie dla mnie. Sam wziął komicznie ogromny kord. Ja bym go w życiu nie uniosła, nie wspominając już o zamachu. Ruszyliśmy do walki ramię w ramię. Każdy z nas starał się nie dać się zabić. Jednym wychodziło to lepiej innym nieco gorzej. Moim pierwszym przeciwnikiem był wielki, spocony osiłek. Zamachnął się gigantycznym toporem. Uskoczyłam w bok. Tam gdzie wcześniej stałam w podłożu pojawiła się ogromna szczelina. W czasie gdy mężczyzna wyciągał siekierę z ziemi, natarłam. Zadałam jeden perfekcyjny cios w tors. Facet osunął się na trawę. Po tej walce stwierdziłam, że naprawdę nie nadaję się do walki wręcz. Postanowiłam znaleźć Kaspiana. Jak tylko do niego dotarłam, w oddali usłyszałam wybuch. Jakiś nathanielowski pies podłożył bombę pod zachodnie skrzydło. Wszystko momentalnie zajęło się ogniem. Natomiast działania naszej drużyny były okropnie niezsynchronizowane. Totalna samowolka.
-Kaspian!- zawołałam jednocześnie uchylając się przed uderzeniem maczugi.
-Co?!- odkrzyknął blokując klingę miecza swojego przeciwnika.
-Wybuduj namiot polowy!- rozkazałam.
-Zaczekaj, prawie go unieszkodliwiłem!- wróg padł jak długi.- Jest jeden warunek!
-Jaki?!- spytałam.
-Musisz mnie osłaniać!
-Nie ma sprawy!.- oparliśmy się plecami. On stanął w rozkroku i zaczął ścinaka po ściance budować szpital polowy, ja natomiast odbijałam za pomocą magii wody strzały, a kordem odbierałam ataki żołnierzy. Powoli zaczęło brakować mi sił. Natychmiast zaczęłam odczuwać skutki dzisiejszej wizji. Zakręciło mi się w głowie. Na moment straciłam równowagę. Przeciwnik w mgnieniu oka spostrzegł moje zachwianie i zaatakował. Było by po mnie gdyby Kaspian gołą dłonią nie złapał ostrza tuż przed moja twarzą.
-Skończyłem.- oznajmił spokojnie. Głośniej dodał.- Przepraszam, ale tylko ja mogę jej dokuczać.- jego ręka przyciągnęła jak magnes kamienie, które utworzyły pewnego rodzaju pancerz. Mężczyzna stojący naprzeciwko mojego przyjaciela zamarł. Cóż już nie było czasu na ucieczkę. Wojownik dostał w brzuch specjalnym atakiem nastolatka. Nie ma mowy o przeżyciu. Zostawiłam bruneta samego. Z tego co wiem teraz bardziej przydam się Feliksowi. Mam nadzieję, że razem uda się nam ugasić ten pożar. Stanęłam przed płonącymi murami. Zmiennoki również się tutaj pojawił. Po tym co zobaczyłam, doszłam do wniosku, że jednak wcale nie byłam mu potrzebna. Lekko rozchylił nogi, ugiął kolana i z całą siłą wciągnął ogień trawiący fundamenty klasztoru. Niesamowite. Następnie zionął nim w grupkę oniemiałych magów ziemi. Nieopodal walczyli zakonnicy. Mimo woli krzyknęłam
- Wszyscy formacja obronna! Przenieść rannych do namiotu! Już, już!- o dziwo wszyscy posłuchali. Jurta wypełniła się rannymi, a nasz mały oddział zaczął skuteczniej przeganiać najeźdźców. Nagły błysk, wspomnienie, ale jednakowo ostrzeżenie. Mam wrażenie, że coś jednak przeoczyłam. Podbiegł do mnie Feliks.
-Natychmiast chodź ze mną.- pociągnął mnie w dół zbocza. Tutaj nie było nic oprócz trupów gnijących w majowy upalny dzień. Tak mogło się wydawać na  pierwszy rzut oka. Tak naprawdę była to iluzja stworzona przez Kaję jako kamuflaż. Nastolatka ściskała w ramionach pokiereszowanego chłopka. Od razu go poznałam. To Ksawery.
-Połóż go na ziemi.- poleciłam. Tak też uczyniła. Była w szoku. Musiała go niedawno znaleźć. Cały czas powtarzała jego imię i trzymała go za rękę. Przyłożyłam głowę do jego klatki piersiowej. Serce pracuje, choć słabo, płuca też nie są w najlepszym stanie. Wszystko przez nieszczęsne przekłucie mieczem. Dostał od tyłu. Nieczyste zagranie.
-Przed chwilą miałem wizję. Widziałem w niej jak ten gościu umiera. Nie dasz rady go uratować.- słowa nastolatka bardzo nas pokrzepiły.
-Zawsze jest jakieś wyjście. Ty nie możesz mu pomóc. A ja? W końcu jestem tym tkaczem, czyż nie?- uśmiechnęłam się blado. Zemdliło mnie na samą myśl o powtórce z rozrywki, ale jeżeli mam uratować czyjeś życie to zrobię to.
-Nie ma opcji. Jeśli powtórzysz wyczyn z dzisiejszego dnia drugi raz, nie tylko on umrze, ale i ty.-oznajmił.
-Mówi się trudno. Sam kazałeś mi zaakceptować człowieczeństwo, a ono nie pozwala mi zostawić tego biednego chłopaka na pewną śmierć.- odpysknęłam.
-Nawet jakbym chciał to nie wiem jak obudzić w tobie tą moc.- powiedział.
-Co?!- wykrzyknęłam.
-Nie krzycz, tylko pomyśl jak pierwszy raz doznałaś wizji.- bez namysłu chwyciłam dłoń mnicha, zamknęłam oczy i zanuciłam piosenkę Naito.
Tam, gdzie na wietrze opada liść,
Bez większego namysłu złapałam liść opadający z Drzewa Przeznaczenia.
Nidy nie wiem, gdzie mam iść…
Lekka dezorientacja, ale to już normalne. Do wszystkiego można się przyzwyczaić.
Na rozstaju dróg,
W końcu pojawiły się opcje do wyboru. Pierwsza z nich przedstawiał śmierć mężczyzny, która oczywiście nie wychodziła w grę. Druga pokazała mi całkiem realny sposób na ocalenie jego życia.
Stoi nasz wspólny wróg…
Jest nim czas,
Który wyniszcza nas.
Wróciłam do świata żywych. Czułam się nieco skołowana, ale znacznie lepiej niż po  pierwszej próbie. Odzyskałam przytomność w idealnym momencie. Akurat serce mężczyzny przestało bić a płuca samodzielnie pracować. Moi towarzysze byli przerażeni. Ja natomiast doskonale wiedziałam co mam robić. Otworzyłam dłoń, w której znajdował się liść. Zdmuchnęłam pozostały po nim pył.
-Czas zmienić los.- uśmiechnęłam się.- Kaja, przyłóż swoją dłoń do jego ust i pomóż mu oddychać. Feliks, ty natomiast użyj magii  elektryczność jako respirator, przez co pobudzisz pracę jego serca. Ja zatamuję krwotok. Po ciężkich próbach i niemałym wysiłku Eneasz otworzył oczy. Walka zakończyła się. Wszyscy byliśmy z siebie dumni, udało się nad obronić zakon. Szybko uleczyłam rannych. Po całym tym zdarzeniu podszedł do mnie Płomień.
-Zaimponowałaś mi. Zachowałaś zimną krew i uratowałaś życie temu chłopakowi. Gratulacje.
-Jakby na to nie spojrzeć, zabiłam kilku innych.- zaśmiałam się histerycznie.
-Pomyśl o tym tak. Gdybyś tego nie zrobiła, to oni zabili by ciebie lub twoich przyj…- naszą rozmowę przerwał jego dzwonek jego telefonu.- Halo? O w mordę! Zapomniałem! Będę za piętnaście minut.- rozłączył się. – Gotowa na wykład z filozofii?
-Ja? Zawsze!

1 komentarz:

Unknown pisze...

Super rozdział;*