Translate

sobota, 4 lipca 2015

Rozdział XIII



Plac był ogromny. Cały wykładany cegłą. Małe dzieci zdążyły namalować na nim różnorodne wzory. Kwiatki, serduszka, zwierzątka. Wszędzie porozkładano stragany z jedzeniem, piciem, wieloma grami zespołowymi oraz pamiątkami.
-Jak tu cudownie! Wszystko jest takie śliczne i kolorowe. Patrz! Tam są zapisy na podchody!- wszystko budziło niemały zachwyt. Popatrzyłam na niego. Chyba mnie nie usłyszał.
-Wiem, co roku mamy tutaj taką imprezę. Stanowi ona jakby odskocznię od codziennego życia.- powiedział poważnie. Zaraz się rozchmurzył i dodał- patrz tam jest plac, na którym się tańczy.
-Chodźmy!- zawołałam.
-Nie umiem tańczyć.- zmieszał się lekko.
-No proszę, choć.- poprosiłam.
-Przecież, mówię że nie umiem tańczyć!- wykrzyknął. Na chwilę zapominałam jaki jest naprawdę. Muszę pamiętać o jego rozdwojeniu jaźni.
-Skoro nie chcesz, to zatańczę z kimś innym. Dobrze?- spytałam.
-Rób co chcesz!- założył ręce na piersi, obrócił się na pięcie i zniknął w tłumie przechodniów. Cóż, nie będę się nim przejmować. Zaraz się mu znudzi i wróci. Ale genialnie tańczą. Wszyscy są tacy uśmiechnięci i weseli. Sprawiają wrażenie szczęśliwych. Tylko jak to się odczuwało. Wtedy mówi się, że ma się motylki w brzuchu, prawda? Usłyszałam czyjś głos.
-Nadia, to ty?- jakiś chłopak o rudych włosach stał przede mną z wyczekującą miną.
-Przepraszam, nie kojarzę cię. Przykro mi.- powiedziałam. Mam nadzieję, że sobie pójdzie. Ten zaczął się śmiać.
-To nic dziwnego, widzieliśmy się raz w życiu. Na wykładzie u Feliksa.- wspomnienia wróciły. Ten głos w mojej głowie, to wrażenie kradzionych myśli, tamten dziwaczny list, który zmienił się w pył z Drzewa Przeznaczenia! Teraz mogę go o to wszystko wypytać.
-Ach tak! Pamiętam cię.
-Wspaniale. Mogę poprosić o jedne taniec?- skłonił się. Niewiele mam do stracenia. W zasadzie nic. A i tak chciałam zatańczyć. Przy okazji wyciągnę od niego informacje.
-Oczywiście.- podałam mu dłoń. Właśnie zaczyna się walc angielski. Jeden z nielicznych tańców jakie umiem tańczyć.
-Jak się nazywasz?- wypaliłam.
-Jeszcze nie wiesz? Spotkałaś przecież mojego brata.
-Brata?- zdziwiłam się.
-Naito Nazaja. Mówi ci to coś?- zaśmiał się.
-Kiedy go ostatni raz widziałam, postanowił spaść z mojego balkonu.
-On i te jego sztuczki.- pokiwał głową.
-Pięknie tańczysz.- stwierdził.
-Dzię…
-Odbijany!- nie wiadomo skąd pojawił się Kaspian. Szybkim ruchem wyrwał mnie z objęć chłopaka i wcisnął mu swoją partnerkę.
-Co ty robisz?!- wrzasnęłam.
-Zostawiłem cie tylko na chwilę, a ty tańczysz z obcym facetem?!- z jego oczy biła chęć mordu.
-Zachowujesz się jakbym należała do ciebie! A tak nie jest! Puszczaj moją rękę! To boli!- wyrwałam się z uścisku bruneta i pobiegłam przed siebie. Jestem wściekła. Jak tak można?
-Nadia!- to Kaspian.
-Zostaw mnie!- krzyknęłam.
-Przepraszam, to się więcej nie powtórzy.- zapomniałam powiedzieć, że jestem zamknięta w damskiej toalecie. Tak tylko dla waszej informacji. Usłyszałam szelest. Pod moim stopami leżały bilety na udział w ekstremalnych podchodach.
-Jak stamtąd nie wyjdziesz, to się spóźnimy.- powiedział zachęcająco.
-Mogę je spuścić w toalecie?- spytałam.
-Nie!- zaraz się opanował.- przecież, mówiłaś, że chcesz iść.
-Myślałam, że mnie nie słuchałeś.- odpowiedziałam.
-Masz dziesięć sekund, żeby otworzyć drzwi. Inaczej je wywarze.- jego głos był spokojny, że dopiero kiedy doliczył do pięciu, zorientowałam się o co mu chodzi. Natychmiast zgarnęłam bilety z ziemi i ściągnęłam zasuwkę.
-Możemy iść.- westchnęłam. Ruszyliśmy w kierunku budki z zapisami. Tam otrzymaliśmy kompas, mapę i petardy, które mieliśmy odpalić w razie niebezpieczeństwa. Spojrzałam na nastolatka.
-Proszę pana, mogę je teraz odpalić?- spytałam
-Nie!- Kaspian i organizator krzyknęli jednocześnie.
-Jak nie, to nie.- stanęliśmy na linii startu. Przed nami rozciągał się las pełen pułapek. Robi się ciekawie.
-Uwaga, uwaga! Zaczynamy doroczne ekstremalne podchody. Mam nadzieje, że dacie z siebie wszystko!- oczywiście nie mogło zabraknąć rozpoczynającego.- przed wami trzy zadania. Bieg przez gęsty, ciemny, uzbrojony po zęby las, pole minowe oraz bieg po pięknej, pachnącej łące. Waszym zadaniem jest pokonać wszystkie przeszkody jak najszybciej. Na dowód ukończonego biegu macie przynieść mi list z tajną informacją, który znajduje się na końcu trasy. Są tylko trzy sztuki. Kto pierwszy ten lepszy. Jeszcze jedna informacja. Zostaniecie zdyskwalifikowani jeżeli nie będziecie przestrzegać wskazówek lub gdy w czasie zawodów porzucicie swojego towarzysza. Na wszelki wypadek…- pstryknął palcami. Pojawiło się kilkoro mężczyzn. Każdy z nich podszedł do każdej pary. Było nas dwadzieścioro, więc dziesięć zespołów. Facet związał moją prawą rękę z nadgarstkiem Kaspiana, za pomocą dwumetrowej, niebieskiej tasiemki.- macie to!- zaśmiał się.- do biegu gotowi start!- wszyscy ruszyli z kopyta. Kaspian pociągnął mnie w tył.
-Obserwuj.- poradził. Natychmiast aktywowały się pierwsze pułapki. Strzałki usypiające obezwładniły jedną z drużyn. Druga została znokautowana przez najzwyczajniejszą, wykopaną w ziemi dziurę przykrytą gałązkami. Kolejna straciła wolność przez klatkę, która ukryta była w koronie jednego z drzew.
-Teraz możemy iść.-powiedział. Pędziliśmy jak oszalali. W końcu się zatrzymaliśmy.
-Chyba mamy za sobą pierwszy odcinek.- zaśmiałam się. Oparłam się o pień dębu. To był błąd. Aktywowałam niespodziankę. Nagle za plecami chłopka pojawił się pień przymocowany go gałęzi drzewa za pomocą lian.
-Skacz!- krzyknęłam. On zamiast poskoczyć, obrócił się. Na szczęście wykazał się kocim refleksem i po prostu padł na ziemię. Konar przeleciał tuż nad jego głową, wprost me mnie! Nieoczekiwanie rozpadł się na dwie części. Nastolatek zdążył rozwalić go za pomocą magii ziemi. Uśmiechnął się zwycięsko.
-Pokarz mapę.- powiedział.
-Trzymaj.- podałam mu świstek papieru. Rozwinął go. Jego twarz skamieniała.
-Żartujesz, prawda?- spytał z irytacją w głosie.
-Co się stało.- podeszłam do niego i zerknęłam kartkę.
-Jest pusta!!!- wrzasnęłam.- i co my teraz robimy?!
-Czekaj, ten facet mówił, że mamy iść za wskazówkami, a jakby nie patrzeć to pułapki mogą za nie służyć. Co nie?
-Raczej. Jeżeli będziemy dalej szli, to po prostu możemy rzucać kamienie przed siebie i one nam powiedzą gdzie są miny. Jak skończy się pole minowe, to ujrzymy tą łąkę o ile nią będzie.
-Ja idę przodem.- oznajmił. Chwycił kilka kamyczków i rozrzucił każdy i nich w inną stronę. Po prawej stronie i naprzeciwko nas rozległy się eksplozje.
-Prawo czy prosto?- spytałam.
-Na skos.- skomentował.- stój! Jeszcze nie idziemy. Muszę coś sobie rozrysować.- urwał kawałek gałązki i zaczął rysować kratki na piasku. Kaszlnęłam, żeby zwrócić jego uwagę.
-Przepraszam, ale mam jedno pytanie.
-Jakie?- syknął podirytowany.
-Pogięło cię.- powiedziałam z uśmiechem na twarzy. Myślałam, że zaraz mnie zabije, ale na szczęście w porę się opanował.
-Widzisz te kratki?- spytał.
-No.- pochyliłam się.
-Załóżmy, że każdej kratce odpowiada metr kwadratowy naszej trasy. W tym miejscu wybuchła już bomba.- zakreślił kwadrat kołem- to miny nie mogą znajdować się na styku, bo inaczej eksplozja obudziłaby inne pociski i pole minowe nie miałoby, żadnego sensu.- powiedział-stoimy więc na neutralnym kwadracie. Będziemy się więc poruszać za pomocą tej mapy. Powinna wystarczy na przejście tego odcinka.- nastolatek był wyraźnie zadowolony ze swojego pomysłu.
-Jak masz zamiar wziąć tą narysowaną na drodze mapę?- spytałam z szerokim uśmiechem.
-Ha! Patrz uważnie!- jak gdyby nic wyrwał fragment ziemi.
-Czyli teraz nasze życie zależy od tego kamienia. Tak?- zadałam pytanie.
-Oczywiście!- zawołał.- Chodźmy!- nasza wędrówka opierała się na dokładnym studiowaniu kawałka gruzu i ciągłych narzekaniach Kaspiana. Co jakich czas (bardzo często) łapał mnie za rękę i pociągał w tył, żebym przypadkiem nie wyleciała w powietrze, bo wtedy Elizabeth uznałaby go za winowajcę. Nareszcie dotarliśmy do upragnionej łąki.
-Jak przepiękna!- wykrzyknęłam.- tyle tu rodzajów różnych kwiatów! Wszystkie tak pięknie pachną.
-Nie spodziewałem się, że ta łąka będzie prawdziwa.- powiedział. Na jego twarzy malowała się zaduma. Podeszłam nieco bliżej. Wzięłam głęboki oddech. Oprócz mocnej woni kwiatów, poczułam słabszy, jakby maskowany przez nie zapach zgnilizny. Podejrzane. Ta polana może być i ładna ale coś tu nie gra.
-Ruszmy się. Inaczej dogonią nas inne drużyny.- ruszył kilka kroków. Tym razem to ja złapałam go za rękę.
-Kaspian to nie jest łą…- nie zdarzyłam dokończyć zdania, ponieważ jakiś mężczyzna dosłownie spadł z nieba, centralnie pod nasze stopy. W miejscu gdzie upadł, pojawił się dymiący krater. Wszędzie poznam tę sztuczkę.
-Ponury!- zawołałam.
-Nadia, Kaspian, w końcu was znalazłem. Jesteście potrzebni Kai. Zwariowała.- powiedział.
-Jak to zwariowała?!- obróciłam się do Kaspiana.
-Zastanawiałem się czemu inne drużyny nas nie doganiają. Teraz już wiem czemu.- stwierdził i wskazał palcem na ciała pływające w naszej „łące”.
-Ohyda.- stwierdził Ponury.- teraz mamy ważniejsze sprawy na głowie. Przetnijcie ten głupi sznurek i chodźcie ze mną. Na rozkaz zabójcy, generał wyjął nóż i bez wahania uderzył ostrzem o materiał. I jeszcze raz. I kolejny.
-Nic z tego.- przyłamał się.- wygląda na to, że  jeżeli chcemy się uwolnić to musimy ukończyć podchody.
-Nadia zamroź wodę, szybko prześlizgnę się po wodzie, złapię wiadomość i ukończycie te głupkowate podchody. Zgoda.- pomysł maga ognia był dobry. Tylko on mógł się swobodnie poruszać nie ciągnąc przy tym za sobą drugiej osoby. Wykonałam jego polecenie. Momentalnie wrócił z kopertą w dłoni.
-Teraz biegiem.- oznajmiłam. Biegliśmy jak szaleni. Oczywiście zdobyliśmy pierwsze miejsce. Zawody rozpoczęło dziesięć par z czego tylko trzy dotarły na metę o własnych siłach.
-Pora na wręczenie nagród!- zakrzyknął organizator. Kaspian przeklął pod nosem.
-Nie mamy na to czasu.- komentarz Ponurego był bardzo trafny.
-Nagrodą z pierwsze miejsce…- szybciej, szybciej.- jest przejażdżka i wspólny obiad wraz z naszą królową! Brawa dla zwycięzców.
-Co?! To moja siostra! Muszę znosić jej fochy na co dzień. Co to za nagroda.
-Mamy farta.- skomentowałam.
-Niby czemu.- spytał zawiedziony nastolatek.
-Ja cie rozumiem. To przecież Elizabeth. Ona zawiezie nas do Kai.- jednym susem wskoczyliśmy do powozu.
-I jak się wam podobał festiwal.- spytała. Nie była nawet zdziwiona naszym pojawieniem się.
-Eliza, nie mamy na to czasu. Musimy spieszyć się do domu. Kaja potrzebuje pomocy!- zawołałam.- gdzie Ponury?- spytałam.
-Przepraszam, pana ale to ja dziś powożę.- bryczka odjechała z piskiem opon, zostawiając na placu ogniste ślady. W domu czekała na nas niezła scena. Kaja cała schlana krzyczała na Feliksa, rzucała w niego pustymi butelkami i wyzywała go. Później przepraszała za swoje zachowanie. Po chwili wracała do poprzedniego stanu. Mężczyzna w końcu nas zauważył.
-Co się stało?!- tylko Elizabeth byłą w stanie przekrzyczeć rozhisteryzowaną dziewczynę. Rudzielec podbiegł do nas.
-Dzień zaczął się w miarę normalnie. Zjedliśmy śniadanie, poszliśmy na wykłady, później do pracy Kai. Tam zaczęło się piekło. Gdy tylko weszliśmy do biura Czarnych Kruków, została natychmiast zaproszona do gabinetu szefa. Tam dostała kopertę z specjalnym zadaniem. Otworzyła ją dopiero przy mnie i Ponurym na korytarzu. Gdy przeczytała pismo, natychmiast pobiegła do łazienki. Tam przez dłuższy czas wymiotowała. Później jakoś z chłopakiem udało się nam ją przyprowadzić do siedziby. Ja miałem jej pilnować, a zadaniem Ponurego było sprowadzenie was do kwatery.
-Dobrze, a teraz powiedz co było w tym liście.- poleciła Beth.
-Nakaz zabójstwa Jonathana Omari.- te słowa ledwo przeszły mu przez gardło.
-Jak to?!- wykrzyczałam.- ma zabić własnego brata?!
______________________________

Hejka to ja Soraja. Jeżeli rozdział tudzież cały blog wam się podoba to piszcie w komentarzach lub na asku :P

1 komentarz:

Unknown pisze...

O luju uwielbiam tw opowiadanie (◕‿◕✿)