Plac był ogromny. Cały wykładany cegłą. Małe dzieci zdążyły
namalować na nim różnorodne wzory. Kwiatki, serduszka, zwierzątka. Wszędzie porozkładano
stragany z jedzeniem, piciem, wieloma grami zespołowymi oraz pamiątkami.
-Jak tu cudownie! Wszystko jest takie śliczne i kolorowe.
Patrz! Tam są zapisy na podchody!- wszystko budziło niemały zachwyt. Popatrzyłam
na niego. Chyba mnie nie usłyszał.
-Wiem, co roku mamy tutaj taką imprezę. Stanowi ona jakby
odskocznię od codziennego życia.- powiedział poważnie. Zaraz się rozchmurzył i
dodał- patrz tam jest plac, na którym się tańczy.
-Chodźmy!- zawołałam.
-Nie umiem tańczyć.- zmieszał się lekko.
-No proszę, choć.- poprosiłam.
-Przecież, mówię że nie umiem tańczyć!- wykrzyknął. Na
chwilę zapominałam jaki jest naprawdę. Muszę pamiętać o jego rozdwojeniu jaźni.
-Skoro nie chcesz, to zatańczę z kimś innym. Dobrze?-
spytałam.
-Rób co chcesz!- założył ręce na piersi, obrócił się na
pięcie i zniknął w tłumie przechodniów. Cóż, nie będę się nim przejmować. Zaraz
się mu znudzi i wróci. Ale genialnie tańczą. Wszyscy są tacy uśmiechnięci i
weseli. Sprawiają wrażenie szczęśliwych. Tylko jak to się odczuwało. Wtedy mówi
się, że ma się motylki w brzuchu, prawda? Usłyszałam czyjś głos.
-Nadia, to ty?- jakiś chłopak o rudych włosach stał przede
mną z wyczekującą miną.
-Przepraszam, nie kojarzę cię. Przykro mi.- powiedziałam.
Mam nadzieję, że sobie pójdzie. Ten zaczął się śmiać.
-To nic dziwnego, widzieliśmy się raz w życiu. Na wykładzie
u Feliksa.- wspomnienia wróciły. Ten głos w mojej głowie, to wrażenie
kradzionych myśli, tamten dziwaczny list, który zmienił się w pył z Drzewa
Przeznaczenia! Teraz mogę go o to wszystko wypytać.
-Ach tak! Pamiętam cię.
-Wspaniale. Mogę poprosić o jedne taniec?- skłonił się.
Niewiele mam do stracenia. W zasadzie nic. A i tak chciałam zatańczyć. Przy
okazji wyciągnę od niego informacje.
-Oczywiście.- podałam mu dłoń. Właśnie zaczyna się walc
angielski. Jeden z nielicznych tańców jakie umiem tańczyć.
-Jak się nazywasz?- wypaliłam.
-Jeszcze nie wiesz? Spotkałaś przecież mojego brata.
-Brata?- zdziwiłam się.
-Naito Nazaja. Mówi ci to coś?- zaśmiał się.
-Kiedy go ostatni raz widziałam, postanowił spaść z mojego
balkonu.
-On i te jego sztuczki.- pokiwał głową.
-Pięknie tańczysz.- stwierdził.
-Dzię…
-Odbijany!- nie wiadomo skąd pojawił się Kaspian. Szybkim
ruchem wyrwał mnie z objęć chłopaka i wcisnął mu swoją partnerkę.
-Co ty robisz?!- wrzasnęłam.
-Zostawiłem cie tylko na chwilę, a ty tańczysz z obcym
facetem?!- z jego oczy biła chęć mordu.
-Zachowujesz się jakbym należała do ciebie! A tak nie jest!
Puszczaj moją rękę! To boli!- wyrwałam się z uścisku bruneta i pobiegłam przed
siebie. Jestem wściekła. Jak tak można?
-Nadia!- to Kaspian.
-Zostaw mnie!- krzyknęłam.
-Przepraszam, to się więcej nie powtórzy.- zapomniałam
powiedzieć, że jestem zamknięta w damskiej toalecie. Tak tylko dla waszej
informacji. Usłyszałam szelest. Pod moim stopami leżały bilety na udział w
ekstremalnych podchodach.
-Jak stamtąd nie wyjdziesz, to się spóźnimy.- powiedział
zachęcająco.
-Mogę je spuścić w toalecie?- spytałam.
-Nie!- zaraz się opanował.- przecież, mówiłaś, że chcesz
iść.
-Myślałam, że mnie nie słuchałeś.- odpowiedziałam.
-Masz dziesięć sekund, żeby otworzyć drzwi. Inaczej je wywarze.-
jego głos był spokojny, że dopiero kiedy doliczył do pięciu, zorientowałam się o
co mu chodzi. Natychmiast zgarnęłam bilety z ziemi i ściągnęłam zasuwkę.
-Możemy iść.- westchnęłam. Ruszyliśmy w kierunku budki z
zapisami. Tam otrzymaliśmy kompas, mapę i petardy, które mieliśmy odpalić w
razie niebezpieczeństwa. Spojrzałam na nastolatka.
-Proszę pana, mogę je teraz odpalić?- spytałam
-Nie!- Kaspian i organizator krzyknęli jednocześnie.
-Jak nie, to nie.- stanęliśmy na linii startu. Przed nami
rozciągał się las pełen pułapek. Robi się ciekawie.
-Uwaga, uwaga! Zaczynamy doroczne ekstremalne podchody. Mam
nadzieje, że dacie z siebie wszystko!- oczywiście nie mogło zabraknąć
rozpoczynającego.- przed wami trzy zadania. Bieg przez gęsty, ciemny, uzbrojony
po zęby las, pole minowe oraz bieg po pięknej, pachnącej łące. Waszym zadaniem
jest pokonać wszystkie przeszkody jak najszybciej. Na dowód ukończonego biegu macie przynieść mi list z tajną informacją, który znajduje się na końcu
trasy. Są tylko trzy sztuki. Kto pierwszy ten lepszy. Jeszcze jedna informacja.
Zostaniecie zdyskwalifikowani jeżeli nie będziecie przestrzegać wskazówek lub gdy
w czasie zawodów porzucicie swojego towarzysza. Na wszelki wypadek…- pstryknął
palcami. Pojawiło się kilkoro mężczyzn. Każdy z nich podszedł do każdej pary.
Było nas dwadzieścioro, więc dziesięć zespołów. Facet związał moją prawą rękę z
nadgarstkiem Kaspiana, za pomocą dwumetrowej, niebieskiej tasiemki.- macie to!-
zaśmiał się.- do biegu gotowi start!- wszyscy ruszyli z kopyta. Kaspian
pociągnął mnie w tył.
-Obserwuj.- poradził. Natychmiast aktywowały się pierwsze
pułapki. Strzałki usypiające obezwładniły jedną z drużyn. Druga została
znokautowana przez najzwyczajniejszą, wykopaną w ziemi dziurę przykrytą
gałązkami. Kolejna straciła wolność przez klatkę, która ukryta była w koronie
jednego z drzew.
-Teraz możemy iść.-powiedział. Pędziliśmy jak oszalali. W
końcu się zatrzymaliśmy.
-Chyba mamy za sobą pierwszy odcinek.- zaśmiałam się.
Oparłam się o pień dębu. To był błąd. Aktywowałam niespodziankę. Nagle za
plecami chłopka pojawił się pień przymocowany go gałęzi drzewa za pomocą lian.
-Skacz!- krzyknęłam. On zamiast poskoczyć, obrócił się. Na
szczęście wykazał się kocim refleksem i po prostu padł na ziemię. Konar
przeleciał tuż nad jego głową, wprost me mnie! Nieoczekiwanie rozpadł się na
dwie części. Nastolatek zdążył rozwalić go za pomocą magii ziemi. Uśmiechnął
się zwycięsko.
-Pokarz mapę.- powiedział.
-Trzymaj.- podałam mu świstek papieru. Rozwinął go. Jego
twarz skamieniała.
-Żartujesz, prawda?- spytał z irytacją w głosie.
-Co się stało.- podeszłam do niego i zerknęłam kartkę.
-Jest pusta!!!- wrzasnęłam.- i co my teraz robimy?!
-Czekaj, ten facet mówił, że mamy iść za wskazówkami, a
jakby nie patrzeć to pułapki mogą za nie służyć. Co nie?
-Raczej. Jeżeli będziemy dalej szli, to po prostu możemy
rzucać kamienie przed siebie i one nam powiedzą gdzie są miny. Jak skończy się
pole minowe, to ujrzymy tą łąkę o ile nią będzie.
-Ja idę przodem.- oznajmił. Chwycił kilka kamyczków i
rozrzucił każdy i nich w inną stronę. Po prawej stronie i naprzeciwko nas
rozległy się eksplozje.
-Prawo czy prosto?- spytałam.
-Na skos.- skomentował.- stój! Jeszcze nie idziemy. Muszę
coś sobie rozrysować.- urwał kawałek gałązki i zaczął rysować kratki na piasku.
Kaszlnęłam, żeby zwrócić jego uwagę.
-Przepraszam, ale mam jedno pytanie.
-Jakie?- syknął podirytowany.
-Pogięło cię.- powiedziałam z uśmiechem na twarzy. Myślałam, że
zaraz mnie zabije, ale na szczęście w porę się opanował.
-Widzisz te kratki?- spytał.
-No.- pochyliłam się.
-Załóżmy, że każdej kratce odpowiada metr kwadratowy naszej
trasy. W tym miejscu wybuchła już bomba.- zakreślił kwadrat kołem- to miny nie
mogą znajdować się na styku, bo inaczej eksplozja obudziłaby inne pociski i
pole minowe nie miałoby, żadnego sensu.- powiedział-stoimy więc na neutralnym
kwadracie. Będziemy się więc poruszać za pomocą tej mapy. Powinna wystarczy na
przejście tego odcinka.- nastolatek był wyraźnie zadowolony ze swojego pomysłu.
-Jak masz zamiar wziąć tą narysowaną na drodze mapę?-
spytałam z szerokim uśmiechem.
-Ha! Patrz uważnie!- jak gdyby nic wyrwał fragment ziemi.
-Czyli teraz nasze życie zależy od tego kamienia. Tak?-
zadałam pytanie.
-Oczywiście!- zawołał.- Chodźmy!- nasza wędrówka opierała się
na dokładnym studiowaniu kawałka gruzu i ciągłych narzekaniach Kaspiana. Co
jakich czas (bardzo często) łapał mnie za rękę i pociągał w tył, żebym przypadkiem
nie wyleciała w powietrze, bo wtedy Elizabeth uznałaby go za winowajcę. Nareszcie
dotarliśmy do upragnionej łąki.
-Jak przepiękna!- wykrzyknęłam.- tyle tu rodzajów różnych
kwiatów! Wszystkie tak pięknie pachną.
-Nie spodziewałem się, że ta łąka będzie prawdziwa.- powiedział.
Na jego twarzy malowała się zaduma. Podeszłam nieco bliżej. Wzięłam głęboki oddech.
Oprócz mocnej woni kwiatów, poczułam słabszy, jakby maskowany przez nie zapach
zgnilizny. Podejrzane. Ta polana może być i ładna ale coś tu nie gra.
-Ruszmy się. Inaczej dogonią nas inne drużyny.- ruszył kilka
kroków. Tym razem to ja złapałam go za rękę.
-Kaspian to nie jest łą…- nie zdarzyłam dokończyć zdania,
ponieważ jakiś mężczyzna dosłownie spadł z nieba, centralnie pod nasze stopy. W
miejscu gdzie upadł, pojawił się dymiący krater. Wszędzie poznam tę sztuczkę.
-Ponury!- zawołałam.
-Nadia, Kaspian, w końcu was znalazłem. Jesteście potrzebni Kai.
Zwariowała.- powiedział.
-Jak to zwariowała?!- obróciłam się do Kaspiana.
-Zastanawiałem się czemu inne drużyny nas nie doganiają. Teraz
już wiem czemu.- stwierdził i wskazał palcem na ciała pływające w naszej „łące”.
-Ohyda.- stwierdził Ponury.- teraz mamy ważniejsze sprawy na
głowie. Przetnijcie ten głupi sznurek i chodźcie ze mną. Na rozkaz zabójcy,
generał wyjął nóż i bez wahania uderzył ostrzem o materiał. I jeszcze raz. I kolejny.
-Nic z tego.- przyłamał się.- wygląda na to, że jeżeli chcemy się uwolnić to musimy ukończyć
podchody.
-Nadia zamroź wodę, szybko prześlizgnę się po wodzie, złapię
wiadomość i ukończycie te głupkowate podchody. Zgoda.- pomysł maga ognia był
dobry. Tylko on mógł się swobodnie poruszać nie ciągnąc przy tym za sobą
drugiej osoby. Wykonałam jego polecenie. Momentalnie wrócił z kopertą w dłoni.
-Teraz biegiem.- oznajmiłam. Biegliśmy jak szaleni. Oczywiście
zdobyliśmy pierwsze miejsce. Zawody rozpoczęło dziesięć par z czego tylko trzy
dotarły na metę o własnych siłach.
-Pora na wręczenie nagród!- zakrzyknął organizator. Kaspian
przeklął pod nosem.
-Nie mamy na to czasu.- komentarz Ponurego był bardzo trafny.
-Nagrodą z pierwsze miejsce…- szybciej, szybciej.- jest
przejażdżka i wspólny obiad wraz z naszą królową! Brawa dla zwycięzców.
-Co?! To moja siostra! Muszę znosić jej fochy na co dzień. Co
to za nagroda.
-Mamy farta.- skomentowałam.
-Niby czemu.- spytał zawiedziony nastolatek.
-Ja cie rozumiem. To przecież Elizabeth. Ona zawiezie nas do
Kai.- jednym susem wskoczyliśmy do powozu.
-I jak się wam podobał festiwal.- spytała. Nie była nawet
zdziwiona naszym pojawieniem się.
-Eliza, nie mamy na to czasu. Musimy spieszyć się do domu.
Kaja potrzebuje pomocy!- zawołałam.- gdzie Ponury?- spytałam.
-Przepraszam, pana ale to ja dziś powożę.- bryczka odjechała
z piskiem opon, zostawiając na placu ogniste ślady. W domu czekała na nas
niezła scena. Kaja cała schlana krzyczała na Feliksa, rzucała w niego pustymi
butelkami i wyzywała go. Później przepraszała za swoje zachowanie. Po chwili
wracała do poprzedniego stanu. Mężczyzna w końcu nas zauważył.
-Co się stało?!- tylko Elizabeth byłą w stanie przekrzyczeć rozhisteryzowaną
dziewczynę. Rudzielec podbiegł do nas.
-Dzień zaczął się w miarę normalnie. Zjedliśmy śniadanie,
poszliśmy na wykłady, później do pracy Kai. Tam zaczęło się piekło. Gdy tylko
weszliśmy do biura Czarnych Kruków, została natychmiast zaproszona do gabinetu
szefa. Tam dostała kopertę z specjalnym zadaniem. Otworzyła ją dopiero przy
mnie i Ponurym na korytarzu. Gdy przeczytała pismo, natychmiast pobiegła do
łazienki. Tam przez dłuższy czas wymiotowała. Później jakoś z chłopakiem udało się
nam ją przyprowadzić do siedziby. Ja miałem jej pilnować, a zadaniem Ponurego
było sprowadzenie was do kwatery.
-Dobrze, a teraz powiedz co było w tym liście.- poleciła
Beth.
-Nakaz zabójstwa Jonathana Omari.- te słowa ledwo przeszły
mu przez gardło.
-Jak to?!- wykrzyczałam.- ma zabić własnego brata?!
______________________________
Hejka to ja Soraja. Jeżeli rozdział tudzież cały blog wam się podoba to piszcie w komentarzach lub na asku :P
______________________________
Hejka to ja Soraja. Jeżeli rozdział tudzież cały blog wam się podoba to piszcie w komentarzach lub na asku :P
1 komentarz:
O luju uwielbiam tw opowiadanie (◕‿◕✿)
Prześlij komentarz