Czy poranek w tym domu choć raz mógłby zacząć się normalnie?
Odpowiedź brzmi nie. W naszym przypadku rutyna nie wchodzi w grę. Właśnie
siedzę przy stoliku w kuchni i popijam herbatkę, a wokół mnie biegają moi współlokatorzy krzycząc, że są
spóźnieni. Tylko Kaja spokojnie przeżuwa kanapkę z dżemem.
- A ty się nigdzie nie wybierasz?- spytała.
-Wiesz, miałam zamiar poszukać jakieś pracy, ale nie mam
motywacji i pojęcia czym chciałabym się zajmować.-westchnęłam.
-Więcej wiary we własne możliwości. Patrz, nowość. Nawet
Elizabeth gdzieś wychodzi.- nasze spojrzenia padły na nastolatkę, która
pośpiesznym krokiem zmierzała w naszym kierunku.
-Proszę, oto lista zakupów, które zrobicie pod naszą nieobecność.-
rzuciła na stół listę długości rolki papieru toaletowego.
-Nie ma sprawy.- odpowiedziałam, ponieważ wiedziałam, że
kłótnia nie ma najmniejszego sensu. Zwłaszcza teraz.
-To my już wychodzimy.- jak powiedzieli tak zrobili.
Zostałyśmy same. Nagle białowłosa wstała od ławy.
-Gdzie idziesz? –zaciekawiłam się.
-Spać.- ziewnęła przeciągle.
-A co z zakupami?!- zawołałam.
-Poradzisz sobie sama.- znikła w windzie. Nie mam wyboru.
Jeśli chcę jeszcze trochę pożyć, muszę zrobić te zakupy. Złapałam kartkę,
reklamówkę oraz przygotowane wcześniej pieniądze i udałam się na piechotę w
stronę miasta. Jak zawsze minęłam labirynt, fontanny i psy do których zdążyłam
się przyzwyczaić, ale nie na tyle, aby spuścić je z łańcucha. Następnie
przeszłam przez lasek i znalazłam się na drodze prowadzącej do mojego starego
mieszkania. Rozłożyłam świstek. Na sam początek mam załatwić kurze jajka u
Alfonsa. Co? Jajka? Jaki Alfons? Rozwinęłam kartkę. Większość produktów mam
kupić tylko od niego. Popytam w dzielnicy rzemieślniczej. To nie daleko.
Spokojnie dotarłam do celu. Wcale nie zahaczyłam głową o szyld sklepu tego
pana...Zapukałam do drzwi. W progu pojawił się tęgi mężczyzna w fartuchu
otrzepujący dłonie z mąki. Uśmiechnął się życzliwie.
-W czym mogę panience pomóc?- spytał.
-Przyszłam po zamówienie Elizabeth Montrose. –
powiedziałam.
-To dziwne. Zawsze przychodzi osobiście. – westchnął- czasy
się zmieniają. Zapraszam do środka, niech panienka tak na dworze nie stoi. –
pomieszczenie do którego weszłam, miało swój własny klimat. Pachniało tu pieczonym
chlebem. Podałam facetowi listę. W czasie, kiedy on krzątał się po izbie
szukając produktów, ja rozglądałam się po pokoju. Oprócz artykułów spożywczych,
na półkach również gościły różnego rodzaju bronie oraz wywary. Niekiedy
zauważałam wśród tego całego kramu, drogocenne przedmioty takie jak śnieżne
kule, w których ludzie zamykają soje cenne wspomnienia, klucze otwierające
każde drzwi i wiele innych.
-Niesamowite. Sprzedaje pan pióra ptaków stymfalijskich!-
krzyknęłam.
-Tak. Mają ciekawą historię. Nabyłem je od pewnego maga
imieniem Lucyfer. Dziwny koleś. Tak samo jak wszyscy od Elizy. Ale on o
wybitnie. Kochał eksperymenty oraz polowania. Kiedyś, założyłem się z nim, że
jeżeli przyniesie mi te pióra, to opłacę jedno z jego najbardziej szalonych
poczynań. Umowa została zawarta. Sam nie wierzyłem, w to co zobaczyłem drugiego
dnia! Przed wejściem to mojego sklepu leżał worek, a na nim karteczka z napisem
„Pana zamówienie. Czekam na pieniądze”. Pamiętam to jak dziś.- westchnął. – to
były czasy. Nasz kraj wiódł wtedy dostanie życie, a wrogowie nie dobijali się
do naszych bram.
-Ile lat miał ten chłopak?- spytałam. Sprzedawca zaśmiał
się.
-Miał dziesięć, jedenaście lat, nie więcej.
-Co?!- zawołałam z niedowierzaniem w głosie.
-Przecież, mówię, że wtedy to były czasy. Proszę, twoje
zamówienie.- podał mi bardzo ciężką reklamówkę. Na zewnątrz było słychać krzyki
i wołania. Nie przejęłam się nimi za bardzo i wyszłam ze sklepiku. Moim oczom
ukazała się ogromna ciężarówka. Należała ona do wojsk Nathaniela. Wśród
powszechnej wrzawy dało się wyłapać pojedyncze słowa takiej jak „Ratuj się…”,
„Uciekajmy” oraz jedno, które zmroziło mi krew w żyłach. „Łapanka”. Polega ona
na tym, że w miejsce, w którym przebywa duża liczba ludzi, podjeżdża
ciężarówka, a z niej wyskakują magowie ziemi i łapią kogo się da, aby potem
sprzedać więźniów na targach niewolników lub zamknąć w obozach. Ktoś mocno
szarpnął mnie do tyłu. Siatka wypadła mi z rąk na twarzy poczułam czyjąś dłoń.
Urwał mi się film. Ocknęłam się przywiązana do krzesła. Szarpnęłam rękami. Nic
z tego. Strasznie tu śmierdzi. Popatrzyłam na ziemię. Leżało
tam mnóstwo siana i chyba… psiej kupy. Ohyda! Przede mną ujrzałam kraty, a za nimi inne boksy a w nich nieprzytomni
ludzie, również skrępowani. Cholera, że też dałam się im złapać. W ogóle jak to
się stało? Już pamiętam tamten facet przyłożył mi do buzi chusteczkę nasączona
jakimś płynem. Zapewne chloroformem, który wywołuje chwilową narkozę. Słyszę
kroki. Ktoś idzie. Udawać nieprzytomną? A może uda mi się z nimi negocjować.
-Jacie, stary, czemu musimy trzymać więźniów w schronisku
dla psów. Znowu bym poślizgnął się na gównie!
-Zamknij się, i sprawdź czy ktoś się obudził.- głosy stawały
się coraz bardziej wyraźne. Jeden z mężczyzn podszedł do mojej celi.
-Patrz! Wieśniaczka się ocknęła!- wykrzyknął.
-Nie drzyj się tak!- polecił drugi. Jego głos był bardzo
znajomy.
-Rzuć mi klucze, to sobie z nią porozmawiamy.- matko, jaki
oblech. Jeżeli on mnie dotknie to nie ręczę za siebie. Momentalnie otworzył
drzwi i wparował do klatki.
-Ej! Widzisz jaka ładna? Zatrzymamy ją? Proszę.- błagalnym
wzrokiem spojrzał na swojego towarzysza. Ten na mój widok o mało co się nie
posikał. Ja za to wybuchłam śmiechem.
-Niklaus Aazam.- wydyszałam. Dopiero teraz przestałam się
śmiać.
-Nadia, co tu robisz?- spytał trzęsąc się.
-A wiesz, to i owo. Rozmawiam sobie kulturalnie z okropnym
tchórzem, którego niektórzy nazywają generałem.- odpysknęłam z uśmiechem na
twarzy.
-Szefie, czemu się jej tak boisz? Przecież ona jest mocno
związana i nie może ci nic zrobić. Co?
-Widać, że nie wiesz z kim rozmawiasz. Ona należy do gwardii
przybocznej samej królowej. – nastolatek wybałuszył na mnie oczy.
-Ale i tak ją zatrzymamy?- jego naiwność mnie powala.
-Niestety nie. A teraz Niklaus szybciutko mnie rozwiąż.-
mężczyzna pochylił się nade mną.
-Chyba śnisz.- powiedział.- zgnijesz w tej celi księżniczko
i nikt cię nie uratuje!.- zawołał i uderzył mnie policzek. Jego okropne szpony
wbiły się w moją skórę i pozostawiły krwawy ślad.
-Nie rób tak!- jego kolega stanął w mojej obronie.
-Ty rozkazujesz mnie! Ty nic nie warty śmieciu!- krzyknął.
Już miał przywalić mu pięścią w głowę, kiedy jego dłoń został zatrzymana.
Wylądowała ona w żelaznym uścisku Kaspiana.
-Dzień dobry. Który z was, oszołomy zranił moją
dziewczynę?- to uprzejme pytanie nastolatka wywołało zimne poty u obu facetów.
-My nie wiedzieli…- brat Elizabeth złamał rękę generała jak
suchą gałązkę. Wygiął ją tak, że mężczyzna mógł palcami dotknąć swojego
przedramienia. Zawył z bólu. Brunet nawet się tym nie przejął i cisnął go w
kraty celi, tak mocno, że w miejscu, gdzie wylądował pozostało wgniecenie.
Natychmiast skoczył do drugiego i powalił go na posadzkę kładąc but na jego
obliczu.
-Zapamiętaj, dziś nie pojmaliście żadnego maga wody.
Rozumiesz?
-Ttttaakkk.- chłopak był przerażony.
-A teraz odejdź.- spojrzał na mnie. Od razu złagodniał.- co
oni ci zrobili.- powiedział dotykając mojej rany.
-Nie jestem twoją dziewczyną!- wrzasnęłam. – co ty tu
robisz?!- wysyczałam.
-Miałem obchód.- powiedział. Rozwiązał moje ręce i nogi. Wziął mnie na ręce. Wściekłam się.
-Nie jestem kaleką umiem sama chodzić!- wyrwałam się z jego
objęć i opuściłam to okropne miejsce. Wróciłam tam, gdzie zostałam uprowadzona.
Pozbierałam zakupy i wróciłam do zamku. Od tego czasu nie wychodzę z domu bez
kuloodpornej kurtki od Naito oraz jakiejkolwiek broni.
-Matko boska. Gdzie ty tyle byłaś? Jesteś cała? –gdy tylko
przekroczyłam próg zamku, królowa oglądnęła mnie z każdej strony. – tak się
cieszę, że nic ci nie jest.- uśmiechnęła się.
-Masz, twoje zakupy.- rzuciłam w nią reklamówką. – idę do
siebie.
-Nie spóźnij się na trening. Punkt osiemnasta. Pamięt…-
drzwi windy zamknęły się. Oparłam się
plecami o ścianę. Boże! Jaka ja jestem słaba! Nie! Już nigdy nie pozwolę sobie
na to, żeby ktoś musiał mnie ratować! Zwłaszcza Kaspian! Zaczynam swój własny
trening! Wpadłam do pokoju, otworzyłam szafę i wstukałam kod do sejfu
skrywającego moją szansę na stanie się silniejszą. Zjechałam do sali.
Rozpoczęłam ćwiczenia. Poświęciłam im kilka godzin. Wyszłam stamtąd przed
zbiórką. Wzięłam prysznic i przebrałam się w odzież roboczą. Wszyscy na mnie
czekali.
-Witam was na trzecim piętrze! To właśnie tutaj odbędzie się
drugi dzień treningu. Cieszycie się, prawda?
-Nie. –odpowiedzieliśmy chórem.
- Pora zaczynać. Usiądźcie na ziemi w kółeczku po turecku.
Proszę to dla Nadii, to Kaspiana, Feliks dostaje to, a Kaja to- Rozdała nam
kolejno strzykawkę z wodą, mały kamyczek, zapałkę i piórko.
-Po co nam to?- pytanie Dzwoneczka wydało się nam bardzo
trafne.
- Zabawa polega na tym, kto dłużej potrafi kontrolować swój
żywioł. Twoim zadaniem, Kaja, jest nie dopuścić do tego aby piórko opadło na
posadzkę. Feliks nie może doprowadzić do całkowitego spalenia zapałki. Nadia
musi cały czas utrzymywać kroplę, aby nie zetknęła się z podłogą. Kaspian całą
swoją uwagę ma poświęcić kamyczkowi, który nie ma prawa runąć na ziemie.
Rozumiemy się?
-Czemu ma służyć nasz trening.?- białowłosa nie mogła się
powstrzymać.
-Wzmocni waszą
koncentrację oraz pozwoli lepiej poznać kontrolowane przez was elementy.
-Aha.- westchnęła.
-Do roboty, szkoda dnia.- Feliks wzniecił płomień, ja
rozbiłam strzykawkę, a Kaspian i Kaja podrzucili swoje przedmioty do góry.
Zaczął się konkurs pomiędzy nasza czwórką. Kto okaże się lepszy? Nie wiemy.
Godziny mijają niemiłosiernie. Z każdą chwilą ta głupia kropla wody staje się
coraz cięższa. Odnoszę wrażenie, że waży jakieś pięć ton. Naprawdę. Nie
przesadzam. Popatrzyłam na przyjaciół. Już dawno nie siedzą po turecku.
Zabójczyni odpoczywa wsparta na łokciach i swobodnie manewruje piórkiem.
Generał kapkuje skałką, a ja wygonie leżę na plecach i bawię się kropelką.
Góra, dół. Góra, dół. Tylko filozof podszedł racjonalnie do zadania. Stanął w
koncie ciasnej salki i z całej siły ściska drewienko w palcach. Tak mocno, że
aż pobielały mu kostki. Co jakiś czas ktoś wtrącił jakieś słówko. Nic
specjalnego. Z nudów oglądałem pomieszczenie. Pod sufitem wisiały obręcze i
drążki do akrobacji. Niżej, na ścianach , jak zawsze, pojawiły się lustra oraz
drabinki. Znalazły się tu również słupki z tarczami do rzutek, noży, igieł,
itp. Równiutko, po prawej jak i lewej stronie, znajdowały się bieżnie, ławki
rzymskie i wiele innych sprzętów, których nazw nie ogarniam. Słońce już dawno
zaszło. Powieki stają się coraz cięższe. Chyba zaraz zasnę. Długo nie
wytrzymam. Mam nadzieję, że moi towarzysze są tak samo wypompowani. Tak! Zielonooki
śpi jak niemowlę. Feliks również czuje piasek pod powiekami. Tylko Dzwoneczek
niewzruszona bawi się puszkiem. Szczerze mówiąc, nawet nie wiem kiedy zasnęłam.
Ale chyba tak koło piątej.
-Gratulacje, wygrała Kaja.- Eliza biła brawo zwyciężczyni.
-Jej, jaki ona ma mocny łeb.- powiedziałam.
-To przez picie.- komentarz nauczyciela był bardzo trafny.

6 komentarzy:
Ojaa super! *.*
Dziękuję ^^
Zarąbiste :* ♥♥♥♥
Ma nową czytellniczkę ^^ supi rozdział :)
Dzięki wielkie ^^ im więcej tym lepiej :D
<3
Prześlij komentarz