Translate

sobota, 25 lipca 2015

Rozdział XVI



Czy poranek w tym domu choć raz mógłby zacząć się normalnie? Odpowiedź brzmi nie. W naszym przypadku rutyna nie wchodzi w grę. Właśnie siedzę przy stoliku w kuchni i popijam herbatkę, a wokół mnie  biegają moi współlokatorzy krzycząc, że są spóźnieni. Tylko Kaja spokojnie przeżuwa kanapkę z dżemem.
- A ty się nigdzie nie wybierasz?- spytała.
-Wiesz, miałam zamiar poszukać jakieś pracy, ale nie mam motywacji i pojęcia czym chciałabym się zajmować.-westchnęłam.
-Więcej wiary we własne możliwości. Patrz, nowość. Nawet Elizabeth gdzieś wychodzi.- nasze spojrzenia padły na nastolatkę, która pośpiesznym krokiem zmierzała w naszym kierunku.
-Proszę, oto lista zakupów, które zrobicie pod naszą nieobecność.- rzuciła na stół listę długości rolki papieru toaletowego.
-Nie ma sprawy.- odpowiedziałam, ponieważ wiedziałam, że kłótnia nie ma najmniejszego sensu. Zwłaszcza teraz.
-To my już wychodzimy.- jak powiedzieli tak zrobili. Zostałyśmy same. Nagle białowłosa wstała od ławy.
-Gdzie idziesz? –zaciekawiłam się.
-Spać.- ziewnęła przeciągle.
-A co z zakupami?!- zawołałam.
-Poradzisz sobie sama.- znikła w windzie. Nie mam wyboru. Jeśli chcę jeszcze trochę pożyć, muszę zrobić te zakupy. Złapałam kartkę, reklamówkę oraz przygotowane wcześniej pieniądze i udałam się na piechotę w stronę miasta. Jak zawsze minęłam labirynt, fontanny i psy do których zdążyłam się przyzwyczaić, ale nie na tyle, aby spuścić je z łańcucha. Następnie przeszłam przez lasek i znalazłam się na drodze prowadzącej do mojego starego mieszkania. Rozłożyłam świstek. Na sam początek mam załatwić kurze jajka u Alfonsa. Co? Jajka? Jaki Alfons? Rozwinęłam kartkę. Większość produktów mam kupić tylko od niego. Popytam w dzielnicy rzemieślniczej. To nie daleko. Spokojnie dotarłam do celu. Wcale nie zahaczyłam głową o szyld sklepu tego pana...Zapukałam do drzwi. W progu pojawił się tęgi mężczyzna w fartuchu otrzepujący dłonie z mąki. Uśmiechnął się życzliwie.
-W czym mogę panience pomóc?- spytał.
-Przyszłam po zamówienie Elizabeth Montrose. – powiedziałam.
-To dziwne. Zawsze przychodzi osobiście. – westchnął- czasy się zmieniają. Zapraszam do środka, niech panienka tak na dworze nie stoi. – pomieszczenie do którego weszłam, miało swój własny klimat. Pachniało tu pieczonym chlebem. Podałam facetowi listę. W czasie, kiedy on krzątał się po izbie szukając produktów, ja rozglądałam się po pokoju. Oprócz artykułów spożywczych, na półkach również gościły różnego rodzaju bronie oraz wywary. Niekiedy zauważałam wśród tego całego kramu, drogocenne przedmioty takie jak śnieżne kule, w których ludzie zamykają soje cenne wspomnienia, klucze otwierające każde drzwi i wiele innych.
-Niesamowite. Sprzedaje pan pióra ptaków stymfalijskich!- krzyknęłam.
-Tak. Mają ciekawą historię. Nabyłem je od pewnego maga imieniem Lucyfer. Dziwny koleś. Tak samo jak wszyscy od Elizy. Ale on o wybitnie. Kochał eksperymenty oraz polowania. Kiedyś, założyłem się z nim, że jeżeli przyniesie mi te pióra, to opłacę jedno z jego najbardziej szalonych poczynań. Umowa została zawarta. Sam nie wierzyłem, w to co zobaczyłem drugiego dnia! Przed wejściem to mojego sklepu leżał worek, a na nim karteczka z napisem „Pana zamówienie. Czekam na pieniądze”. Pamiętam to jak dziś.- westchnął. – to były czasy. Nasz kraj wiódł wtedy dostanie życie, a wrogowie nie dobijali się do naszych bram.
-Ile lat miał ten chłopak?- spytałam. Sprzedawca zaśmiał się.
-Miał dziesięć, jedenaście lat, nie więcej.
-Co?!- zawołałam z niedowierzaniem w głosie.
-Przecież, mówię, że wtedy to były czasy. Proszę, twoje zamówienie.- podał mi bardzo ciężką reklamówkę. Na zewnątrz było słychać krzyki i wołania. Nie przejęłam się nimi za bardzo i wyszłam ze sklepiku. Moim oczom ukazała się ogromna ciężarówka. Należała ona do wojsk Nathaniela. Wśród powszechnej wrzawy dało się wyłapać pojedyncze słowa takiej jak „Ratuj się…”, „Uciekajmy” oraz jedno, które zmroziło mi krew w żyłach. „Łapanka”. Polega ona na tym, że w miejsce, w którym przebywa duża liczba ludzi, podjeżdża ciężarówka, a z niej wyskakują magowie ziemi i łapią kogo się da, aby potem sprzedać więźniów na targach niewolników lub zamknąć w obozach. Ktoś mocno szarpnął mnie do tyłu. Siatka wypadła mi z rąk na twarzy poczułam czyjąś dłoń. Urwał mi się film. Ocknęłam się przywiązana do krzesła. Szarpnęłam rękami. Nic z tego. Strasznie tu śmierdzi. Popatrzyłam na ziemię. Leżało tam mnóstwo siana i chyba… psiej kupy. Ohyda! Przede mną ujrzałam kraty, a  za nimi inne boksy a w nich nieprzytomni ludzie, również skrępowani. Cholera, że też dałam się im złapać. W ogóle jak to się stało? Już pamiętam tamten facet przyłożył mi do buzi chusteczkę nasączona jakimś płynem. Zapewne chloroformem, który wywołuje chwilową narkozę. Słyszę kroki. Ktoś idzie. Udawać nieprzytomną? A może uda mi się z nimi negocjować.
-Jacie, stary, czemu musimy trzymać więźniów w schronisku dla psów. Znowu bym poślizgnął się na gównie!
-Zamknij się, i sprawdź czy ktoś się obudził.- głosy stawały się coraz bardziej wyraźne. Jeden z mężczyzn podszedł do mojej celi.
-Patrz! Wieśniaczka się ocknęła!- wykrzyknął.
-Nie drzyj się tak!- polecił drugi. Jego głos był bardzo znajomy.
-Rzuć mi klucze, to sobie z nią porozmawiamy.- matko, jaki oblech. Jeżeli on mnie dotknie to nie ręczę za siebie. Momentalnie otworzył drzwi i wparował do klatki.
-Ej! Widzisz jaka ładna? Zatrzymamy ją? Proszę.- błagalnym wzrokiem spojrzał na swojego towarzysza. Ten na mój widok o mało co się nie posikał. Ja za to wybuchłam śmiechem.
-Niklaus Aazam.- wydyszałam. Dopiero teraz przestałam się śmiać.
-Nadia, co tu robisz?- spytał trzęsąc się.
-A wiesz, to i owo. Rozmawiam sobie kulturalnie z okropnym tchórzem, którego niektórzy nazywają generałem.- odpysknęłam z uśmiechem na twarzy.
-Szefie, czemu się jej tak boisz? Przecież ona jest mocno związana i nie może ci nic zrobić. Co?
-Widać, że nie wiesz z kim rozmawiasz. Ona należy do gwardii przybocznej samej królowej. – nastolatek wybałuszył na mnie oczy.
-Ale i tak ją zatrzymamy?- jego naiwność mnie powala.
-Niestety nie. A teraz Niklaus szybciutko mnie rozwiąż.- mężczyzna pochylił się nade mną.
-Chyba śnisz.- powiedział.- zgnijesz w tej celi księżniczko i nikt cię nie uratuje!.- zawołał i uderzył mnie policzek. Jego okropne szpony wbiły się w moją skórę i pozostawiły krwawy ślad.
-Nie rób tak!- jego kolega stanął w mojej obronie.
-Ty rozkazujesz mnie! Ty nic nie warty śmieciu!- krzyknął. Już miał przywalić mu pięścią w głowę, kiedy jego dłoń został zatrzymana. Wylądowała ona w żelaznym uścisku Kaspiana.
-Dzień dobry. Który z was, oszołomy zranił moją dziewczynę?- to uprzejme pytanie nastolatka wywołało zimne poty u obu facetów.
-My nie wiedzieli…- brat Elizabeth złamał rękę generała jak suchą gałązkę. Wygiął ją tak, że mężczyzna mógł palcami dotknąć swojego przedramienia. Zawył z bólu. Brunet nawet się tym nie przejął i cisnął go w kraty celi, tak mocno, że w miejscu, gdzie wylądował pozostało wgniecenie. Natychmiast skoczył do drugiego i powalił go na posadzkę kładąc but na jego obliczu.
-Zapamiętaj, dziś nie pojmaliście żadnego maga wody. Rozumiesz?
-Ttttaakkk.- chłopak był przerażony.
-A teraz odejdź.- spojrzał na mnie. Od razu złagodniał.- co oni ci zrobili.- powiedział dotykając mojej rany.  
-Nie jestem twoją dziewczyną!- wrzasnęłam. – co ty tu robisz?!- wysyczałam.
-Miałem obchód.- powiedział. Rozwiązał moje ręce i  nogi. Wziął mnie na ręce. Wściekłam się.
-Nie jestem kaleką umiem sama chodzić!- wyrwałam się z jego objęć i opuściłam to okropne miejsce. Wróciłam tam, gdzie zostałam uprowadzona. Pozbierałam zakupy i wróciłam do zamku. Od tego czasu nie wychodzę z domu bez kuloodpornej kurtki od Naito oraz jakiejkolwiek broni.
-Matko boska. Gdzie ty tyle byłaś? Jesteś cała? –gdy tylko przekroczyłam próg zamku, królowa oglądnęła mnie z każdej strony. – tak się cieszę, że nic ci nie jest.- uśmiechnęła się.
-Masz, twoje zakupy.- rzuciłam w nią reklamówką. – idę do siebie.
-Nie spóźnij się na trening. Punkt osiemnasta. Pamięt…- drzwi windy zamknęły  się. Oparłam się plecami o ścianę. Boże! Jaka ja jestem słaba! Nie! Już nigdy nie pozwolę sobie na to, żeby ktoś musiał mnie ratować! Zwłaszcza Kaspian! Zaczynam swój własny trening! Wpadłam do pokoju, otworzyłam szafę i wstukałam kod do sejfu skrywającego moją szansę na stanie się silniejszą. Zjechałam do sali. Rozpoczęłam ćwiczenia. Poświęciłam im kilka godzin. Wyszłam stamtąd przed zbiórką. Wzięłam prysznic i przebrałam się w odzież roboczą. Wszyscy na mnie czekali.
-Witam was na trzecim piętrze! To właśnie tutaj odbędzie się drugi dzień treningu. Cieszycie się, prawda?
-Nie. –odpowiedzieliśmy chórem.
- Pora zaczynać. Usiądźcie na ziemi w kółeczku po turecku. Proszę to dla Nadii, to Kaspiana, Feliks dostaje to, a Kaja to- Rozdała nam kolejno strzykawkę z wodą, mały kamyczek, zapałkę i piórko.
-Po co nam to?- pytanie Dzwoneczka wydało się nam bardzo trafne.
- Zabawa polega na tym, kto dłużej potrafi kontrolować swój żywioł. Twoim zadaniem, Kaja, jest nie dopuścić do tego aby piórko opadło na posadzkę. Feliks nie może doprowadzić do całkowitego spalenia zapałki. Nadia musi cały czas utrzymywać kroplę, aby nie zetknęła się z podłogą. Kaspian całą swoją uwagę ma poświęcić kamyczkowi, który nie ma prawa runąć na ziemie. Rozumiemy się?
-Czemu ma służyć nasz trening.?- białowłosa nie mogła się powstrzymać.
-Wzmocni  waszą koncentrację oraz pozwoli lepiej poznać kontrolowane przez was elementy.
-Aha.- westchnęła.
-Do roboty, szkoda dnia.- Feliks wzniecił płomień, ja rozbiłam strzykawkę, a Kaspian i Kaja podrzucili swoje przedmioty do góry. Zaczął się konkurs pomiędzy nasza czwórką. Kto okaże się lepszy? Nie wiemy. Godziny mijają niemiłosiernie. Z każdą chwilą ta głupia kropla wody staje się coraz cięższa. Odnoszę wrażenie, że waży jakieś pięć ton. Naprawdę. Nie przesadzam. Popatrzyłam na przyjaciół. Już dawno nie siedzą po turecku. Zabójczyni odpoczywa wsparta na łokciach i swobodnie manewruje piórkiem. Generał kapkuje skałką, a ja wygonie leżę na plecach i bawię się kropelką. Góra, dół. Góra, dół. Tylko filozof podszedł racjonalnie do zadania. Stanął w koncie ciasnej salki i z całej siły ściska drewienko w palcach. Tak mocno, że aż pobielały mu kostki. Co jakiś czas ktoś wtrącił jakieś słówko. Nic specjalnego. Z nudów oglądałem pomieszczenie. Pod sufitem wisiały obręcze i drążki do akrobacji. Niżej, na ścianach , jak zawsze, pojawiły się lustra oraz drabinki. Znalazły się tu również słupki z tarczami do rzutek, noży, igieł, itp. Równiutko, po prawej jak i lewej stronie, znajdowały się bieżnie, ławki rzymskie i wiele innych sprzętów, których nazw nie ogarniam. Słońce już dawno zaszło. Powieki stają się coraz cięższe. Chyba zaraz zasnę. Długo nie wytrzymam. Mam nadzieję, że moi towarzysze są tak samo wypompowani. Tak! Zielonooki śpi jak niemowlę. Feliks również czuje piasek pod powiekami. Tylko Dzwoneczek niewzruszona bawi się puszkiem. Szczerze mówiąc, nawet nie wiem kiedy zasnęłam. Ale chyba tak koło piątej.
-Gratulacje, wygrała Kaja.- Eliza biła brawo zwyciężczyni.
-Jej, jaki ona ma mocny łeb.- powiedziałam.
-To przez picie.- komentarz nauczyciela był bardzo trafny.
-Nie wiem jak wy, ale ja idę spać.- mag ziemi podniósł się z paneli. Poszliśmy w jego ślady. Jutro przedostatni dzień treningu. Mam nadzieję, że go przeżyję. Trzymajcie kciuki.


****
Hejka! Całuski znad Bałtyku :*

Oto Naito :P




6 komentarzy:

Unknown pisze...

Ojaa super! *.*

Unknown pisze...

Dziękuję ^^

Karolina Stopa pisze...

Zarąbiste :* ♥♥♥♥

Anonimowy pisze...

Ma nową czytellniczkę ^^ supi rozdział :)

Unknown pisze...

Dzięki wielkie ^^ im więcej tym lepiej :D

Unknown pisze...

<3