Translate

sobota, 1 sierpnia 2015

Rozdział XVII



Zasnęłam od razu. Nawet nie zdążyłam wziąć prysznica. Obiło mi się o uszy, że śniadanie ma być o dwunastej, a kolejna część treningu (przedostatnia) ma odbyć się zaraz po nim. Nie wiem czy mam się śmiać czy płakać. Trudno. Sama zgodziłam się na taki układ. Tej nocy (albo dnia, jak kto woli) nie wydarzyło się nic niesamowitego. Nawet przeciwnie. Cały pałac pogrążył się w grobowej ciszy, jakby na coś oczekując. Albo na kogoś. Miałam wrażenie, że zawisło nad nami piętno przeznaczenia, które da znać o sobie za sześć godzin, kiedy to Elizabeth postawi przed nami wyzwanie. Budzik (tym razem elektroniczny) zagrał w samo południe. Niechętnie zwlekłam się z łóżka i odwiedziłam łazienkę aby zrobić porządek z włosami i ubraniem. Kiedy całkowicie się ogarnęłam tarcza zegara wskazywała wpół do pierwszej. Królowa będzie wściekła i zapewne rzuci jakiś suchy tekst o punktualności. Wyjechałam na piąte piętro. Wszyscy na  mnie czekali. Zupełnie się tym nie przejęłam i na luzie zasiadłam do wspólnego stołu.
-Zjedz szybko i idziemy.- przywódczyni podsunęła mi talerz. Leżały na nim dwa tosty z narysowanymi za pomocą ketchupu smutnymi buźkami.
-Dzięki.- bąknęłam. Szybko opróżniłam naczynie. Blondynka energicznie je złapała i wrzuciła do zlewu.
-Wyspaliście się?- ironiczne pytanie w zamkniętej przestrzeni. Nieładnie. Postanowiłam ją ignorować.
-Gdzie dziś zawitamy?- spytał Feliks. Kaspian przewrócił oczami, a Kaja mruknęła coś sama do siebie.
-Na czwartym piętrze.- czerwonooka ani na moment nie przestała się uśmiechać.
-Co tam jest?- do rozmowy wtrąciła się zabójczyni. Elizabeth wyciągnęła przed siebie dłoń ukazując cztery palce. Białowłosa przechyliła głowę w bok.
-Cztery co?- spytała poirytowana.
-Sale treningowe, każda z nich wyjątkowa na swój sposób. Tak jak wy.-zachichotała.
-Strach się bać.- głos generała wytrącił mnie z zamyślenia. Winda otworzyła się. Przed nami otworem stanęło ogromne pomieszczenie. Na przeciwko znajdowały się drzwi. Było ich tyle, ile palców pokazała nastolatka. Blondynka stanęła przed nami. Nagle spoważniała.
-Słuchajcie. To najgorsza i najcięższa część treningu. Większość osób zostaje na tym etapie.
-Czemu?- Kaspian wystąpił przed szereg. Osiemnastolatka westchnęła.
-Ponieważ umierają.- odpowiedziała patrząc swojemu bratu głęboko w oczy.
-Co?!- krzyknęliśmy. Byliśmy w szoku.
-Ja do niczego was nie zmuszam. Droga wolna. Możecie odejść w każdej chwili. Ale kiedy podejmiecie ryzyko, nie będzie już odwrotu. Wszystko jasne?- pokiwaliśmy głowami. Zapadła cisza. Każdy spoglądał nerwowo na sąsiada, jakby na jego miała znajdować się odpowiedź. W końcu Dzwoneczek prychnęła i podniosła wzrok na przywódczynię.
-Jeżeli umrę, to nikt nie będzie płakać po mojej śmierci. Nie mam nic do stracenia, a swoje życie codziennie kładę na szali przekraczając próg mojej procy.- Beth kiwnęła głową i szesnastolatka zajęła miejsce za jej plecami.
-Zobaczę co jestem wart.-głos Płomienia rozwiał narastające napięcie.
-Nie będę gorszy! Jeżeli profesorek może to ja też!- generał wskazał na siebie kciukiem i hardo zajął wyznaczone miejsce, przede mną stali moi przyjaciele, gotowi na śmierć w obronie naszego wspólnego marzenia o pokoju. Teraz nie liczył się żaden podział rasowy na lepszych i gorszych. Wszyscy chcemy jednego. Aby nasze zamiary mogły się urzeczywistnić wystarczyło moje „tak”.
-Jesteśmy drużyną. Jak wszyscy to wszyscy.- westchnęłam.
-Dziękuję zarazem przepraszam. – królowa skłoniła się przed nami.
-Nie płaszcz się przed nami, tylko powiedz co mamy zrobić.- generał rozluźnił atmosferę. Nastolatka uśmiechnęła się. To nie był ten sam uśmiech jakim darzy nas każdego dnia, lecz ten który skrywa pod założoną przez samą siebie maską. Wyciągnęła z kieszeni cztery fiolki. Po jednej dla każdego. Rozdała je.
-Do dna.-odkorkowałam flaszkę.
-To nie pachnie za dobrze.- Płomień zrobił się czerwony.
-I również tak smakuje, ale to najszybszy sposób na osiągnięcie drugiego poziomu.
-Jak przechodzi się na drugi poziom?- pytanie maga ziemi było tak głupie, że aż śmieszne.
-Jeszcze tego nie pojąłeś?- głos filozofa stał się suchy i ostry. Brunet kiwną głową. Zmiennooki westchnął.- poprzez spotkanie ze śmiercią.
-Aha.- opowiedział. Blondynka zakaszlała.
-Koniec tych pogaduszek. Czas na wielki finał. Kto przeżyje, a kto umrze?- spojrzeliśmy po sobie. Na twarzach moich przyjaciół malowała się determinacja. Przyłożyliśmy fiolki do ust i jednocześnie połknęliśmy zawartość. Upuściłam pojemnik, który z hukiem rozbił się o ziemię. Poczułam jak roztwór miesza się z moją krwią. Upadłam na kolana. Złapałam się za gardło. Zwinęłam się w kłębek. Wstrząsnęły mną konwulsje. Widziałam jak przez mgłę i  nie za dobrze słyszałam. Jakbym miała stopery w uszach. Z całego przedstawienia na korytarzu dziś pamiętam tylko przerażoną minę Kaspiana. To jak zrywa się z miejsca aby do mnie podbiec, ale sam upada w pół kroku. To co teraz powiem będzie ohydne. Na samo wspomnienie co się ze mną działo po wypiciu tego płynu, ciągnie mnie na wymioty. Z oczu, ust, nosa, a nawet uszu uciekała ze mnie woda. Płynęła strugami. Wymiotowałam nią. Nie mogłam oddychać, bo zalała mi płuca. Nie słyszałam nic innego jak szum H2O. To było straszne. Ta świadomość, że jeżeli tego nie powstrzymam, to umrę. Elizabeth wrzuciła każdego z nas do innej sali. Ja dostałam zatęchłe lochy. Zero światła. Śmierdziało tu stęchlizną i niestety… trupami. Najgorsze jest to, że cały czas pływałam w wodzie. W ogóle nie czułam dna pod stopami. Ciągła walka o utrzymanie głowy na powierzchni doprowadzała mnie do łez. Cała ta sytuacja uniemożliwiała mi racjonalne myślenie. To było straszne. W końcu nagła myśl i znalazłam jako takie rozwiązanie. Stworzyłam krę. Tak. Dokładnie. Krę. Nareszcie znalazłam jakieś oparcie. Leżąc na niej w dalszym ciągu traciłam ciecz. Stworzenie kawałka lodu w tym momencie to był dla mnie nie mały wyczyn kosztujący chwilową utratę przytomności. Kiedy się ocknęłam nie byłam w stanie podnieść ręki do góry. Wszystko mi obojętne. Nie mam po co żyć. Dla kogo walczyć. Moi rodzice zmarli, siostra mnie wydziedziczyła. Nie mam domu. Nie mam dokąd wrócić. Zostałam sama. Całkiem przypadkiem (nawet nie wiem kiedy) znalazłam się w wodzie. Tym razem przestałam rozpaczliwie walczyć. Pozwoliłam swojemu ciału bezwiędnie  opaść na samo dno. Zamknęłam oczy. Nie będę już walczyć. Poddaję się. Kiedy o tym pomyślałam momentalnie przypominała mi się Elizabeth, kiedy to ledwo przytomną zgarniałam ją z ulicy, ciepły uśmiech Feliksa, radość Kai podczas wyrzucania mnie przez okno wieżowca oraz Kaspian. Tyle razy mnie obronił. Ciekawe, jaka byłaby jego reakcja na moją śmierć. a jeżeli wszyscy przeżyją, a tylko ja odejdę. Sprawię im niemały kłopot. Niestety mamo, tato, Ponury jeszcze chwilę na mnie poczekacie. Mam jeszcze kilka spraw do załatwienia. Zacisnęłam zęby. Z całego serca pragnęłam znaleźć w sobie choć odrobinę siły na wykonanie najmniejszego ruchu. Wsłuchałam się w szum wody. Potem w szelest własnej krwi. Otworzyłam oczy odbiłam się od płytek. Z każdym ruchem ramion zbliżałam się do lustra zbiornika. Ciecz powracała do mojego organizmu. W końcu opanowałam władanie substancją zawartą w organizmach. Wystrzeliłam do góry i załapałam się łańcucha zwisającego z sufitu. Rozglądnęłam się dookoła. W oddali dostrzegłam strugę światłą docierającą tu przez dziurkę od klucza. Skierowałam w tamtym kierunku rozpędzony strumień H2O. Drzwi roztrzaskały się w drobny mak. Rozbujałam kajdany i wskoczyłam do pomieszczenia, w którym siedziała uradowana nastolatka.
-Nawet nie wiesz jak mi ulżyło.- powiedziała- poszło ci znakomicie.
-Gdzie jest reszta?- spytałam.
-Oni nie radzą sobie tak dobrze jak ty.- pokazała mi tableta. Monitor ukazywał cztery sale od wewnątrz. Widziałam wszystkich moich przyjaciół. Przeraziłam się.
-Elizabeth!- zawyłam.- oni umierają!
-Widzę przecież.- wykrzyknęła. Wyrwałam jej urządzenie z rąk. Nie mogłam na to patrzeć. Każdy z nich cierpiał potworne męki. Feliks spalał się na popiół, gdy tylko padły na niego promienie słońca. Jego cela wyglądała jak ta, w której przetrzymywali  mnie Niklaus i jego kolega. Przez kraty  cały czas sączyło się światło. Krzyczał. Płakał. Coś zakuło mnie w piersiach. Sytuacja Kai wcale nie malowała się w lepszych barwach. Sala dziewczyny przypominała pomieszczenie w którym trzyma się ludzi psychicznie chorych. Brakowało jej kaftana bezpieczeństwa. Na podeście, w kącie, leżał nóż. Błądziła od miejsca do miejsca i wydawało się, że wypowiada jakieś imiona. Wyglądało to okropnie. Najgorzej wyglądał Kaspian. Stał twarzą do ściany oparty na rękach. Ciężko oddychał. Co jakiś czas z niewiadomych mi przyczyn wymiotował krwią pomieszaną z metalem. Odwróciłam się do przywódczyni.
-Ratuj ich!- wrzasnęłam.
-Nie mogę!
-W takim razie ja im pomogę.- już miałam otworzyć pierwsze drzwi, kiedy białowłosa szarpnęła mnie za rękę.
-Nie możesz. To ich walka. Jeżeli im teraz przeszkodzisz to cały ich dotychczasowy wysiłek pójdzie na marne.
-Nie mogę im pomóc fizycznie? Tak?- zadałam pytanie.
-Co masz na myśli?- jej podejrzenia nie były bezpodstawne. Nie maiłam zamiaru siedzieć z założonymi rękami i czekać na kolejne pogrzeby. Na razie na tym wzgórzu wystarczy jedna trumna. Usiadłam pod drzwiami jego z pokoi. Zamknęłam oczy. Zaczęłam nucić piosenkę zasłyszaną od Naito. Znów biała przestrzeń, potem drzewo i drogi wyboru. Tym razem chciałam uzyskać coś innego. Maiłam zamiar skontaktować się z tą częścią osobowości moich towarzyszy, która zachowała resztki świadomości. No dalej. Niech ktoś się pokaże. Pod moje stopy spadł liść. Zanim zdążyłam go złapać, zmienił się w złoty pył. Nie wiadomo skąd zerwał się gwałtowny wiatr i proszek przybrał wygląd Kai.
-Czekaj, czegoś chyba nie rozumiem. Przed chwilą byłam tam, a teraz jestem tu. Nie mów że… umarłam.
-Nie. Jeszcze nie, ale jesteś bardzo blisko. Posłuchaj mnie uważnie. Zaraz znajdziesz się w takim stanie, że dojdziesz do wniosku, iż nie masz dla kogo żyć. Nie masz domu, rodziny.
-To mnie podniosłaś na duchu.- jej sarkazm był bardzo nie na miejscu.
- Ale masz nas. Musisz kurczowo trzymać się tej myśli. Nie słuchaj głosu śmierci.-uśmiechnęła się.
-Dobr…- jej postać rozwiała się. Połączenie zostało zerwane.
-Zdążyłam na styk.- powiedziałam sama do siebie. Przeraczkowałam pod kolejne drzwi. Tym razem poszło mi znacznie łatwiej i moim oczom ukazała się sylwetka zdezorientowanego Feliksa.
-Cześć.- powiedział.- wow. Ale rozwinęłaś swoje zdolności.
-Później będziesz mi gratulował. Teraz słuchaj. Za chwilę otrzesz się o śmierć. Twój wewnętrzny głos będzie mówił ci, że jesteś beznadziejny i nic niewarty. Ale to nie prawda. Zapamiętaj…- już go nie było.
-Cholera czemu tak szybko.-zawołałam. Na chwilę wróciłam do naszego świata. Poczułam metaliczny posmak w ustach. Z nosa ciekła mi krew, a Eliza potrząsała mną krzycząc żebym się ocknęła.
-Obudziłaś się!- jej radość nie miała granic.
-Tyle wystarczy.- oznajmiła. Pokiwałam przecząco głową.
-Nie, został jeszcze twój brat.
-Nie dasz rady. Organizm odmawia ci posłuszeństwa.
-I co z tego jeżeli chronię swoich przyjaciół. Spokojnie wytrzymam.- nie czekając na odpowiedz wróciłam pod drzewo. Tam czekał już Kaspian.
-Więc tak wygląda zdolność tkacza. Stajesz na rozstaju dróg i wybierasz opcję, która jest dla ciebie najkorzystniejsza.- zaśmiał się.
-Posłuchaj mamy mało czasu…
-Wiem jak wygląda egzamin, tylko udawałem, że nie mam pojęcia. Już raz przez niego przeszedłem, ale z niewiadomych powodów coś poszło nie tak i tylko w połowie zdałem.
-Przyszłam tutaj, ponieważ myślałam, że nie wiesz co masz robić.- powiedziałam zawstydzona.
-Mną się nie przejmuj. Jak inni? -Już im pomogłam.
-To dobrze. Ja wracam.
-Nim znikniesz, to wiedz, że masz przyjaciół i dom. Czekamy na ciebie.- uśmiechnęłam się. Nic nie mówiąc obrócił się pięcie i odszedł. Po chwili zmienił się w pył, który niesiony wiatrem poszybował przed siebie. Wróciłam. Wszyscy już na mnie czekali i bili mi brawo.
-O co chodzi?- spytałam.
-Dziękujemy za pomoc.- zabójczyni pomogła mi wstać.
-Już wiem, gdzie wcześniej popełniłem błąd.- spojrzenie moje i generała spotkały się.
-Bez ciebie byłoby kiepsko.- westchnął filozof.
-Nie ma za co.- powiedziałam- choć zajmę się twoim oparzeniami. Fatalnie wyglądają.- wyciągnęłam do niego rękę. W tej samej chwili coś zakuło mnie w klatce piersiowej i jak długa runęłam na ziemię. Straciłam przytomność.  



***
Hejka :* tym razem nie ma obrazka, ale myślę, że zrekompensowałam wam to tym rozdziałem <3 piszcie co o nim sądzicie  :P 
                                                                                                                                     Wasza Soraja :*

4 komentarze:

Unknown pisze...

Jak krótkoooo... Ale wspaniale!!!

Unknown pisze...

Dziękuję :*

Anonimowy pisze...

Stanowczo za krotki! Chcemy dluzszy. Weny zycze :*
~Basia M

Unknown pisze...

Mega rozdział ;*