Translate

sobota, 8 sierpnia 2015

Rozdział XVIII



Ocknęłam się we własnym pokoju. Na czole położony miałam chłodny opatrunek. Ostrożnie zdjęłam go i położyłam na szafce nocnej. Odkryłam kołdrę. Byłam przebrana w moją piżamę ze Smerfami. Usiadłam na materacu. W pomieszczeniu panował półmrok. To wszystko przez zasunięte zasłony. Podeszłam do okna aby je odsunąć. Do środa zawitały promienie słońca. aż weselej się człowiekowi zrobiło. Otworzyłam balkon i okna na oścież. Chwiałam trochę przewietrzyć. Obróciłam się i to właśnie wtedy omal nie krzyknęłam z przerażenia. Jak mogłam go wcześniej nie zauważyć. Oparty o ścianę, zaraz koło szafy drzemał Kaspian. Chwyciłam kij bejsbolowy (tak ten sam co ostatnio) i szturchnęłam chłopaka w głowę. Nic. Śpi jak zabity. Zbliżyłam się nieco. Dotknęłam go jeszcze kilka razy stojąc najdalej od niego jak to tylko możliwe. Wielu magów ma w takich chwilach odruch obronny, a on nie wygląda na niewiniątko. Tak po pięćsetnym szturchnięciu w końcu złapał kij i wyrwał mi go z ręki. Podniósł się z podłogi, oglądnął go uważnie, złamał na kolanie i wyrzucił przez otwarte drzwi balkonowe.
-Mam trzy pytania!- wrzasnęłam.
-Dzień dobry.- przywitał się. Zignorowałam go.
-Co robisz w moim pokoju?
- Czekałem jak się obudzisz.
-Jak długo spałam?
-Dwa dni.
-Co? Dwa.- usiadłam sobie  z wrażenia.
-Hoho. Tamtego dnia to pokazałaś co potrafisz. Nie dosyć, że zdałaś na drugi poziom, to pomogłaś i nam.- zaśmiał się. – ja bym tak nie zrobił.- westchnął. Uśmiechnęłam się sztucznie.
-Trzecie pytanie.
-Słucham.
-Cholera jasna! Czemu złamałeś mój kij!- krzyknęłam. Oparł się o drzwi.
-Irytował mnie.- oznajmił. Podeszłam do niego. Popatrzyłam głęboko w jego oczy i powiedziałam równocześnie kładąc dłoń na klamce.
-A wiesz co mnie irytuje?- zadałam pytanie.
-Nie.- odparł. Odpowiedziałam mu naciskając uchwyt. Zamek puścił i wypadł na korytarz.
-Ty!- dodałam. Zamknęłam wrota. Zsunęłam się w dół. Podciągnęłam kolana pod brodę. Po co on tu siedział? Martwił się? Ale przecież on nie troszczy się o nic innego jak on sam. Ciągle to powtarza. To jego dewiza życiowa. Kurcze. Tyle spałam a dalej źle się czuję. Kichnęłam.
-Na zdrowie.- usłyszałam głos dobiegający z hola.
-Idź sobie!- poleciłam- i to szybko.
-Dobra, dobra. Już spadam.- usłyszałam jak coś dużego wstaje i oddala się. Również postanowiłam się podnieść. Wyciągnęłam ciuchy z szafy (krótkie, czarne spodenki i malinową bluzkę z krótkim rękawkiem, jakby to kogoś interesowało). Wzięłam długą kąpiel bawiąc się gumowym krokodylem. Teraz pojawia się pytanie. Czemu nie kaczuszką? Odpowiem wam tak jakby to zrobiła moja starsza siostra „ ona jest pase”. Nie mam pojęcia jak to się pisze. Przepraszam. W końcu postanowiłam wyjść z kąpieli i zawitać na śniadaniu z takiej okazji, że od czterdziestu ośmiu godzin z hakiem niczego nie jadłam. Zegarek w windzie wskazywał za kwadrans dziewiąta. Z nudów obserwowałam jak winda mija piętra. Znów zapomniałam wam czegoś powiedzieć. Skrzydła naszej latającej puszki wykonane są ze szkła. Wysiadłam na piątym piętrze. Przy stole siedzieli mag ziemi i jego siostra. O czymś zawzięcie dyskutowali. Dziewczyna wywijała rękami w różne strony, a chłopak speszony słuchał co ma mu do powiedzenia. Gdy tylko ona milkła, on zaczynał przedstawienie na nowo. Podeszłam bliżej. Na stole przed rodzeństwem leżała szklana róża. Matko! Jaka niesamowita! Po prostu cudowna. Każdy jej element był misternie wykonany. Każdy płatek wydawał się być jak prawdziwy. Już czułam jego delikatność pod palcami. Odniosłam wrażenie, że jeżeli dotknęłabym kolca, to ukułby mnie niczym prawdziwy. Patrząc na jego kielich, mogłam wyobrazić sobie ten słodki, przyjemny zapach.
-Kto to zrobił?- wskazałam palcem na leżący na ławie kwiat.
-Miały być tylko trzy pytania, prawda? – spojrzał na mnie.
-Nie miałeś przypadkiem spadać?- spytałam uprzejmie. Przerzuciłam wzrok na przywódczynię.
-Elizabeth?- spojrzałam wyczekująco.
-Tą różę, nie wiadomo jak, stworzył mój brat. Pierwszy raz w życiu widzę coś takiego.- powiedziała.
-Mówiłam ci, że jest nienormalny.- dodałam.
-Ej!- wstał wygrażając mi pięścią. Nastolatka mocno chwyciła go za obojczyk i posadziła powrotem na krześle.
-Wyleczyłaś policzek?- zmieniła temat.
-Nie.- odruchowo dotknęłam rany. Spodziewałam się poczuć strupki pod palcami. Albo jakieś zgrubienie. Tym czasem nic.
-Hm…- zamyśliła się. Teraz to ja jak najszybciej chciałam zmienić temat.
-Gdzie reszta?- zadałam pytanie.
-Kaja poszła pomóc w odbudowie zakonu, a Feliks wziął nadgodziny na uniwersytecie i później wybiera się do kolegów na obiad. – wyrecytowała.
-Dzień wolny?- w moim głosie dało się wyczuć nutkę nadziei.
-Owszem…- powiedziała.
-Tak!- zawołałam.
-Ale nie dla ciebie.- dodała szybko.
-Hahaha. Żałuj, że nie widziałaś swojej miny.
-A ty jak spędzisz swój dzień głupolu?- spytałam z uśmiechem na ustach. Podniósł się z miejsca.
-Wyobraź sobie, że idę na randkę.- zamurowało mnie. Tego się nie spodziewałam.
-Niby jakaś dziewczyna chce się z tobą spotkać? Dobrowolnie?- kichnęłam.
-Na zdrówko. Widzisz znalazła się taka.- dumnie uderzył się w piersi.
-Czyli sam w to nie wierzyłeś?!- podsumowałam triumfalnie.
-Koniec!- tym razem wrzasnęła królowa.- Nadia, trening. Kaspian, idź sobie.
-I ty Brutusie.- zacytował i wsiadł do windy. Pięć minut później stałam wraz z blondynką na skraju lasu.
-Co to robimy?- spytałam.
-To kolejna część treningu. I już ostatnia. Podpowiem ci, że musisz wykorzystać drugi poziom bo inaczej sobie nie poradzisz.- jej uśmiech wyrażał więcej niż tysiąc słów. Gwizdnęła w palce. Odczekałyśmy dłuższą chwilę. W końcu z gęstwiny wyłoniło się piękne zwierze. Pierwszy raz widzę je na oczy. Swymi pięknymi porożami przypomina łosia, ale nim nie jest. Może nam to udowodnić jego niesamowite gładkie, niebieskie futro znaczone srebrnymi spiralami. Od początku głowy, aż po koniec grzbietu ciągnie się granatowy pas mięciutkiego futerka, płynie zmieniając się w ogon. Tego samego koloru są jego nogi i kopyta, którymi właśnie ryje w trawie. Jego chrapy jak i cały pysk są czarne. Oczy zwierzęcia mądrze spoglądają na głaskającą go Elizę.
-Co to?- wskazałam palcem na stworzenie.
-To jest mój przyjaciel. On pomoże ci w wykonaniu zadania. Na czym polegał drugi poziom?
-Na poruszanie płynami w organizmach i nie tylko.- odpowiedziałam.
-Dokładnie.
-Jak on ma mi pomóc.
-Masz go pokonać, ale nie zabić.
-Przecież on jest spokojny.-Elizabeth stanęła na palcach i szepnęła mu coś do ucha. Stworzenie zwróciło się w moim kierunku i zaszarżowało. Na szczęście zdążyłam uciec. Tak przynajmniej myślałam. Ale nadzieja prysła kiedy poczułam jego kopyta na moich plecach. Wiecie jak puszcza się kaczki z kamieni po stawie? To w taki sposób ja przeleciałam kilka metrów i zatrzymałam się na drzewie. W ustach zagościł znajomy metaliczny posmak. Chwiejnie wstałam i zaczęłam uciekać, ponieważ zwierzaczek przygotowywał się do kolejnego uderzenia. Gdybym cały czas nie używała przyspieszenia, to zapewne by  mnie dorwał. Wiecie jak ciężko omijać pnie gdy pędzi się pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Nie? To macie fajnie. Starałam się opóźnić pościg, ale żaden pomysł nie był wystarczająco dobry. Każda zapora, ściana lodu, żyłki zawieszone między konarami. Nic. Do tego gorączka dawała mi się we znaki, pot zalewał mi oczy, katar zatkał nos i uszy. Cały czas przechodziły mnie dreszcze. To wszystko utrudniało mi racjonalne myślenie oraz nabieranie prędkości. To musiało się stać. Zahaczyłam nogą o wystający z poszycia leśnego konar (tracąc przy ty but) i przeturlałam się bezwiednie kilkanaście metrów. Podniosłam się. Moja koszulka zahaczyła o jakiś krzak. Cała się podarła. Zaraz to nie byle jakie badyle to cis. Jego niby jagody są trujące. Narwałam ich tyle ile mogłam i zgniotłam na miazgę. Następnie zmieszałam z wodą i stworzyłam lodową igłę. Owoce tej rośliny powodują zaburzenie rytmu serca i choroby układu krwionośnego. Jeżeli dam trafię w jedną z żył i zaaplikuję mu mieszankę to wygram. Już się zbliża. Wdrapałam się na pobliskie drzewo. I czekałam. Nagle z gęstwiny wyłonił się pupilek szefowej. Spokojnie podszedł do strzępów mojej koszulki i obwąchał ją. Teraz albo nigdy. Sopelek całkowicie zanurzył się w skórze zdezorientowanego ssaka. Rozmroziłam pocisk. Pozostało mi czekać na efekty w bezpiecznym miejscu. Niebieski usiadł na tylnych kończynach, spóźnić łeb na ziemię i zamknął oczy. Westchnęłam z ulgą wygrałam. Zeskoczyłam z gałęzi.
-Muszę pochwalić się Beth, że pokonałam jej  pupilka. Usłyszałam szelest. Obróciłam się. To był błąd. Zobaczyłam to czego najbardziej się spodziewałam. On wstał i miał się dobrze. Jego poroże znalazło się dziesięć, może piętnaście centymetrów od mojego brzucha. Potwór ruszył galopem. Strach całkowicie mnie sparaliżował. Nie byłam w stanie wykonać żadnego ruchu więc po prostu stałam z wyciągniętymi przed siebie rękami krzycząc nie. Nie wiadomo czemu ale napastnik stanął dęba. Zaczął się dusić. Trucizna? Może. Opuściłam dłonie. Głęboko odetchnęłam. Nie jednak nie. Bydle natychmiast odzyskało formę i ponownie szykowało się do natarcia. Znów wykonałam poprzedni ruch. Już wiem o co chodzi. Magia krwi. Rzeczywiście. Kontrola nad płynami w organizmie. Za jej pomocą z całej siły rąbnęłam stworzonkiem w dąb i uciekłam. Igliwie raniło mi stopę. Po mozolnym przemierzaniu boru dotarłam do królowej.
-Zadnie wykonane.- kichnęłam.
-Na zdrowie. Umyj się i pod pierzynę.- rozkazała.
-Tak jest, -zasalutowałam. Wróciłam do pokoju. Wzięłam ciuchy na przebranie, dokładnie piżamę oraz kocyk i przeszłam ze swojej sypialni do łazienek. Tam oczyściłam rany i zakleiłam je plastrami z Kubusia Puchatka. Naprawdę nie miałam siły na leczenie. Muszę jeszcze się jakoś doczołgać do lekarza, żeby dał mi coś na to wredne przeziębienie. Znowu kichnęłam. Odkaszlałam chrypkę. Zrobiłam sobie zimny okład na czoło, zażyłam ciepłej kąpieli i wzięłam syrop na zbicie gorączki. Przebrałam się w rzeczy. W kuchni zaparzyłam sobie kubek mojej ulubionej rumiankowej herbatki. Wstąpiłam jeszcze raz do łazienki po chusteczki higieniczne. Bez nich ani rusz. Położyłam się na rozłożonej kanapie w pokoju gier i włączyłam jakiś film. Zaczęłam oglądać i smarkać. Moje zmysły muszą być nieźle otumanione, skoro nie usłyszałam skradającego się Kaspiana. Zaszedł mnie od tyłu i położył mi dłoń na ramieniu. Natychmiast złapałam jego rękę i przerzuciłam go przez bark.
-AU!- zawołał.
-Przepraszam, przepraszam.- stałam nad nim trzymając jego przedramię. Uniosłam brew.- Czemu odwaliłeś się jak stróż Boże Ciało?
-Właśnie wychodzę na randkę.- oznajmił z łajdackim uśmiechem na ustach. Wstał. –Wiesz, że kupiłem nawet motor?- nie miałam ochoty się z nim kłócić. Wpadłam na genialny pomysł. Co mi zaszkodzi zapytać go wprost?
-Zawieziesz mnie później do lekarza? Nie dam razy sama tam dojść.-powiedziałam. Mina mu zrzedła. Położył mi dłoń na czole.
-Przebierz się i jedziemy.- oznajmił.
-Ale jesteś umówiony. – zaprotestowałam.- Idź ja zaczekam.- przyjrzał mi się uważnie. Westchnął.
-Dobra, muszę sprawdzić pewną teorię. Jak wrócę do domu masz być gotowa. Rozumiesz?
-Tak.- pokiwałam głową. Ucieszyłam się. Czasem można na niego liczyć. Wyszedł na zewnątrz odetchnęłam z ulgą. Szybko przebrałam się i wróciłam do oglądania filmu.
-Mogę?- z windy wyłoniła się Elizabeth i przysiadła do wspólnego oglądania.
-Jasne.- powiedziałam. Ku naszemu zdziwieniu chłopak wrócił szybciej niż myślałam. I do tego z reklamówką lekarstw.
-Już wróciłeś?- w głosie nastolatki dało wyczuć się sarkazm. Jej brat odciągnął ją na bok, ale słyszałam każde słowo.
-Znudziła ci się tamta laska, więc wróciłeś do opcji numer dwa.- zakpiła. Nie widziałam ich wyrazów twarzy ale po sposobie mówienia mogę wywnioskować, że oboje byli mocno wkurzeni.
-Nadia nigdy nie była opcją numer dwa!- wrzasnął. Beth chrząknęła ostrzegawczo.
-Co. Tamta dziewczyna pewnie kazała ci spadać.- zakpiła.
-Nie, ona jest jak kwiat. Ładny kwiat. Tylko do oglądania. Wiesz o co mi chodzi?
-Jak aksamitka?
-Dokładnie. Jak dorwiesz ten kwiat to zaczyna śmierdzieć.
-Nie myje się?
-Nie o to chodzi. Zwyczajnie nie jest ciekawa. Cały czas się do mnie kleiła, a jak chciałem jej podokuczać to zaczęła płakać.
-To po co się z nią umawiałeś?
-Chciałem sprawdzić pewną teorię.
-Hm…- dziewczyna zamyśliła się. –Jaką?- spytała.
-Nieważne.- warknął.
-To ja ci powiem. Czy jesteś w stanie pokochać kogoś innego niż Nadia.- zrobiło mi się słabo. O czym ona mówi? Przecież to tylko mój przyjaciel. Nastolatek nie skomentował. Obrócił się na pięcie i ruszył w moim kierunku.
-Idziemy.- podniósł mnie z kanapy.
-Czekaj…- zaprotestowałam.
-Nie ma na co czekać. Skąd wiesz czy nie masz zapalenia płuc po kilkugodzinnym leżeniu na krze w zbiorniku z zimną wodą. Nawet mag wody nie wytrzymałby takiego chłodu. Wyniósł mnie na dwór. Posadził przed sobą na motorze i zawiózł do lekarza. Tam dowiedziałam się, że mam tylko grypę. Kaspian kazał mi zaczekać na siebie przez apteką. Tak też zrobiłam. Podeszłam do przeciwległego sklepu, aby obejrzeć wystawę butów. Przydałaby mi się nowa para. Poczułam się trochę lepiej. Dzięki kontroli nad drugim poziomie mimo woli słyszałam szum krwi w tętnicach przechodniów. Rytm bicia ich serc. Jeden z nich bardzo mnie zaniepokoił. Uderzenia były pospieszne i nieregularne. Są dwa wyjścia. Albo ktoś zaraz wykituje na zawał, albo muszę uciekać, ponieważ ta osoba kieruję się prosto na mnie! Nie zdarzę zawołać Kaspian, ani uciec. Jest za blisko. Poczułam szarpnięcie i zniknęłam w ciemnej uliczce.   

5 komentarzy:

Karolina Stopa pisze...

Ja płacze, ja płacze to jest tak MEGA że nie potrafię tego opisać KOCHAM to czytać dawaj szybko next pretty please :* :) ♥♥♥♥♥♥♥♥

Unknown pisze...

WIEDZIAŁAM że Kaspian coś czuje do Nadii ^^ ciekawe jak on teraz zareaguje...

Unknown pisze...

Bosz..... Kocham ten rozdział..... Czekam na nastepny..... ;* ^^

Unknown pisze...

jejku wielkie dzięki <3 niestety nie wyrabiam wcześniej z rozdziałami, ale może kiedyś :D

Anonimowy pisze...

Kocham Twojego blogga. Od poczatku wiedzialam, ze Kaspian cos poczuje do Nadii. Weny zycze :*
~Basia M