Translate

sobota, 30 kwietnia 2016

Rozdział LIV



Kaja
Nieźle się natrudziliśmy, żeby w tej dziurze znaleźć w miarę dobrego lekarza. Był nim mężczyzna o szczurkowatym wyglądzie i chytrym spojrzeniu. Tłuste włosy co chwilę zaczesywał na bok głowy w celu zasłonięcia łysiny. Wyglądał na takiego, co dla pieniędzy zrobiłby wszystko.
-Witajcie, w czym mogę wam pomóc? –spytał z sarkastycznym uśmiechem na ustach. Jak mniemam, od początku wie, w czym tkwi problem.
-Nasza przyjaciółka skaleczyła się w nogę.- odpowiedziałam kwaśno. Mężczyzna uniósł brew i złapał za nogę nastolatki. Tak jęknęła z bólu.
-Pnie, zaraz ci przywalę tą nogą w twarz.- syknęła.
-Takich ran nie nabywa się przypadkiem.- zaczyna coś podejrzewać. Do akcji wkroczył Feliks. Z rękawa wysunął pistolet i przyłożył go facetowi do czoła.
-Ma pan zamiar badać ją w progu, czy zaprosi nas pan do środka?- spytał dorzucając do tego ponaglające spojrzenie. Usłyszałam jak brunet przełyka ślinę.
-Wejdźcie.- oznajmił robiąc nam przejście w drzwiach.
-Gdzie mogę ją położyć?- dopytywał Naito. Lekarz wskazał kozetkę w kącie gabinetu. Pomieszczenie było nawet schludne. Białe ściany, podłogo i meble nadawały mu sterylny wygląd. Nie mogłabym tu długo wytrzymać. Ta jałowość mnie wykańcza. Nie ma tu ani jednej rzeczy dla kontrastu. Mógłby rzucić to jakiś dywanik, powiesić kolorowe zasłony lub nawet postawić kwiatek w doniczce. A tu nic. Biurko, szafka z przyborami, parawan i kozetka. Tyle.
-Mercedes, przynieś mi sprzęt!- krzyknął. Momentalnie w progu stanęła młoda dziewczyna. Mogła być starsza ode mnie o dwa, trzy lata. Miała czerwone włosy oraz czarne oczy. Ubrana była w biały kitel, tak samo jak jej pracodawca. Pospiesznie związała pasemka i przyniosła tackę z nożykami, wacikami i tym podobnymi rzeczami. Nie powiem wam co tam jeszcze było, bo po prostu się na tym nie znam. Odbezpieczył strzykawkę (zapewne środek przeciwbólowy) i wstrzyknął w udo blondynki. Po dłuższej chwili odczuła wyraźną ulgę. Mag za pomocą skalpela osłonił kość.
-Niesamowita robota! Gdyby nie ten mag, który wykonał ci tę protezę, zapewne chodziłabyś już o jednej nodze.- facet nie mógł wyjść z podziwu nad robotą Nadii.
-Jak spotkam tego maga to przekażę mu pochwały.- bąknęła.
-Czy mogę zapytać o jego godność?- zaciekawiony zerknął naszym kierunku.
-Niestety nie.- powiedziałam. Westchnął.
-Myślę, że będę w stanie naprawić ci tę nogę ale będę musiał cię uśpić.- Eliza spojrzała błagalnie na Naito. Z jego oczu dało się wyczytać „nie martw się, wszystko będzie dobrze”. Czerwonooka nieco się uspokoiła.
-Ile będę w śpiączce?- widać było, że bardzo zależy jej na czasie.
-To zależy od organizmu. Niektórzy budzą się po dwóch godzinach, inni po upływie doby, a jeszcze inni w ogóle, ale ty nie musisz się o to martwić jesteś w dobrych rękach. To jak decydujesz się na operację?
-Mogę to przedyskutować z przyjaciółmi na osobność?- uśmiechnęła się dając mu do zrozumienia, że ma na dłuższą chwile zostawić nas samych.
-Dobrze.-  wyszedł z sali. Przywódczyni obróciła się w naszą stronę.
-Musicie iść dalej beze mnie. Nie wiadomo ile zajmie mi dojście do siebie. Będę tylko kulą i nogi, która będzie klinem w każdej akcji. Nie chcę tego, a poza tym, nie mamy za dużo czasu. Naszym priorytetem jest ratunek Nadii i mojego brata z obozu oraz oczyszczenia ich z zarzutów jakimi są przynależność do Krwawego Omenu.- wyrecytowała na jednym wdechu.
-Mówiłam ci, ze bez ciebie nie ruszamy się dalej. Mamy małe szanse na odbicie ich we dwoje, bo jak przypuszczam Naito będzie bezużyteczny albo zostanie z tobą. Ja z Feliksem… nie, najzwyczajniej sobie nie poradzimy.
-Co prawa to prawda.- Płomień skomentował.- Nie możemy cię zostawić.-  Eliza długo nie odpowiadała. Zdawała się nasłuchiwać. Gestem kazała nam się zbliżyć. Szeptem powiedziała.
-On nas wpędzi w tarapaty.- nie zdążyła nic dodać, ponieważ do gabinetu powrócił lekarz.
-I jak? Możemy zaczynać?- spytał. Eliza z uśmiecham na twarzy położyła się na kozetce.
-Oczywiście.- zanim mężczyzna do niej podszedł, złapała mnie za ramię i powiedziała:
-Śledź rudą.- kiwnęłam głową. Polecenie słyszeli moi znajomi, więc nie musiałam im tłumaczyć, dlaczego wychodzę.
-Idę się przewietrzyć.- rzuciłam do doktora.
-Dobrze, dobrze.- mruknął, pochłonięty odmierzaniem dawki leku usypiającego. Ruchem ręki zgarnęłam wizytówkę z numerem telefonu gabinetu. Miałam przeczucie, że mi się przyda.
***
Są dwie opcje. Albo ta pielęgniarka jest niesamowitą aktorką, albo po prostu mnie nie widzi. Całą drogę spokojnie za nią szłam. Zastanawiałam się, czy ja już wcześniej nie szłam tą drogą. Zanim się zorientowałam, gdzie idzie, było już za późno na powstrzymanie jej. Ognistowłosa zawitała na posterunku policji! Wślizgnęłam się tuż za nią. Usiadłam w poczekali, skrywa za starym wydaniem jakiegoś czasopisma i nasłuchiwałam.
-Dzień dobry.- przywitała się.
-Witam, co panią sprowadza?- policjant spytał zaciekawiony.
-Mam dla pana wiadomość.- wyciągnęła z kieszeni kopertę i przesunęła ją w kierunku mężczyzny. Ten złapał list i przeczytał go szeptem, ale byłam na tyle blisko, że bez problemu go usłyszałam.
-Ranna blondynka, uzbrojony, czerwonowłosy mag, białowłosy mężczyzna z ogromnym wilkiem oraz wysportowana białowłosa kobieta. Wyglądają na zbiegów. Proszę o interwencję.- skończył. Spojrzał na Mercedes.
-To pewna informacja?- uniósł brew.
-Tak. – kiwnęła głową. Mundurowy wstał z krzesła i zniknął za drzwiami. Po chwili wrócił.
-Patrol został wysłany. Podziękuj szefowi za informację. To faktycznie są zbiegowie, którzy zabili kilku naszych. Postarajcie się zatrzymać ich jak najdłużej.- dziewczyna kiwnęła głową i opuściła posterunek. Już miałam iść za nią, ale mężczyzna zawołał na mnie.
-A pani w czym mogę pomóc?- uśmiechnął się. Cholera. Nie zdążę dotrzeć do przyjaciół przed patrolem.
-Mogę skorzystać z telefonu?- spytałam roześmiana.
Feliks
Utknąłem w poczekalni razem z Naito i Puszkiem. Byliśmy bezradni. Nic nie możemy zrobić dopóki Eliza nie wydobrzeje. Usiadłem na kanapie. Zamknąłem oczy, założyłem ręce za głowę i wyciągnąłem nogi pod szklany stolik z półeczką  na gazety. Pogrążyłem się we wspomnieniach o mojej rodzinie. Tak wiem, że nie byli idealni, ale tak już bywa. Nic nie można z tym robić. Poczułem znajome ukłucie w głowie. Po nim drugie i zaraz kolejne. Nastawiłem kołnierz i osunąłem się w fotelu. Założyłem ręce na klatkę piersiową i czekałem na uderzenie. Nastąpiło. Przed moimi oczami pojawiło się wiele scen naraz. Krwawiąca Nadia, Kaspian, pistolet. Złapałem się za włosy. Powstrzymywałem się od utraty przytomność. Obraz mi się rozmazał. Kiedy byłem już na granicy wytrzymałości, a z nosa puściła mi się krew, wszystko się skończyło. Sukces. Zachowałem pełną świadomość.
-Przepowiednia?- głos nastolatka całkowicie sprowadził mnie na ziemię.
-Tak.- idzie ci coraz lepiej. Do poczekalni weszła asystentka z zaparzoną herbatą. Skoro ona wróciła, to gdzie Kaja?
-Proszę, to dla panów.- podała nam po filiżance parującego naparu i wróciła do pokoju dla personelu.  Herbata podejrzanie pachniała. Kojarzę tę zapach. Naito bez zastanowienia opróżnił całą szklankę.
-Nie!- krzyknąłem i rzuciłem się w jego kierunku.
-Co robisz?!- wrzasnął.
-Wymiotuj! To bardzo mocny środek odurzający!- wepchałem mu palce do gardła. Nic to nie dało. Zasnął. Bezsilny, usiadłem na sofie. Kolejny wyeliminowany. W grze zostałem ja i Kaja. Rozległ się dźwięk telefonu w recepcji. Mercedes nie wychodziła, więc skorzystałem z okazji i odebrałem.
-Kto mówi?- w słuchawce rozległ się znajomy głos.
-Nawet nie wiesz jak bardzo się cieszę, że to ty odebrałeś. Słuchaj uważnie. Musicie uciekać. Ten lekarz to zdrajca! Jedzie po was policja! Macie kilka minut!
-Kiedy będziesz?- spytałem podenerwowany.
-Zaraz do was pędzę. Będę…- w słuchawce rozbrzmiał drugi głos.
-Hej Bob, kto tam rozmawia przez telefon? Zaczekaj. Ja ją znam! To ona jest jedną z tych bandytów!
-Feliks, kończę! Uciekaj!
-Kaja!- połączenie zerwało się. Mam mało czasu i to bardzo. Musze coś wymyślić. Mam przewagę. Obydwoje zapewne myślą, że jestem nieprzytomny. Po cichutku zakradłem się pod drzwi pokoju Mercedes. Uchyliłem je. Dziewczyna była zajęta wyparzaniem narzędzi po skończonej operacji, więc wślizgnąłem się i przykucnąłem za kanapą, uprzednio lutując zamek. Brawo Feliks i co dalej, pomyślałem. Rozglądnąłem się po pomieszczeniu. Stosunkowo ciasne. Pod ścianą stoi butla z gazem zasilającym kuchenkę, ale to słaba broń na maga ognia. Obróciła się. Wykorzystałem moment i wskoczyłem za lodówkę. Takim to sposobem znalazłem się kilka kroków od dziewczyny. Najzwyczajniej skoczę i poderżnę jej gardło. To dobry pomysł. Jak pomyślałem, tak też zrobiłem. Rzuciłem się na nastolatkę. Razem upadliśmy. Woda rozlała się dookoła. Kobieta nie traciła czasu i popieściła mnie prądem. Na jej nieszczęście jestem świetnym przewodnikiem i błyskawica do niej wróciła. Nie zdążyła się na to przygotować i wchłonęła zaledwie część energii. Wykorzystałem moment jej szoku aby wyjąć nóż. Była szybsza. Chwyciła szklany dzbanek i rozbiła go o moją głowę. Jak się cieszę, że mam twardą czaszkę. Chwilowo oszołomiony, puściłem ją. Natychmiast pobiegła do drzwi. Zaczęła je szarpać. Zaśmiałem się. Wstałem. Wyjąłem nóż.
-Wiesz, co jest najgorszą rzeczą jaką można zrobić podczas walki? Nieudolna próba ucieczki.- rzuciłem sztylet. Przebił jej serce jednocześnie  przygważdżając ją do drewna. Zawisła na drzwiach z grymasem na twarzy. Zniszczyłem zamek i pośpieszyłem do lekarza. Zapukałem.
-Proszę wejść.- bez krępacji wtargnąłem do pomieszczenia.
-I jak? Wszystko dobrze.- spytałem z udawaną dobrocią. Ostatnio bardo dobrze mi to wychodzi. Odrobinę zmieszał się na mój widok.
-Nie smakowała panu herbata?- spiął się. Zaśmiałem się przyjaźnie. Podszedłem bliżej. Nachyliłem się nad nim. Wstrzymał oddech.
-Zdradzę panu pewną tajemnicę. – głośno przełknął ślinę.-Wolę kawę.- zaśmiałem się. Facet spuścił powietrze.
-A gdzie pański kolega? – dopytywał.
-Nie wiem. Napił się tego napoju i poszedł do łazienki.- skłamałem. Odetchnął z ulgą. Zapewne stwierdził, że jeszcze trochę pożyje. – Czy z koleżanką wszystko w porządku?- rzuciłem okiem na Elizę. Wyglądało na to, że koleś zażegnał kryzys i blondynka przeżyje do powrotu Nadii.
-Tak, poszło mi znaczenie lepiej niż się spodziewałem. Niech przez sześć tygodni ponosi gips i powinno być dobrze.- oznajmił wycierając ręce.
-Ile się należy?- spytałem, wyciągając „portfel”.
-Dwa tysiące.
-Proszę bardzo.- szybki ruch i kulka w łeb. Doktor opadł na posadzkę. W końcu nadał jakiś kolor temu pomieszczeniu. Wziąłem Elizę na ręce i wyniosłem do holu. Co teraz, co teraz. Zaraz tu będą i nas zgarną. Nie wyniosę sam dwóch nieprzytomnych osób. Kaja, czemu akurat teraz musiałaś zawalić. Zawsze mogłem na ciebie liczyć, a dziś? Cholera. Pustaka w głowie. Puszek zawył. Podszedł do mnie i wypluł obok mnie linę. Przykucnął, patrząc na mnie ponaglająco. Ten zwierz faktycznie jest mądrzejszy od swojego właściciela. Ułożyłem królową na grzbiecie wilka, przywiązując ją linami.
-Stary, słuchaj uważnie. Biegnij ile sił w łapach. Nie wiem gdzie, ale ukryjcie się. Wierzę w ciebie.- futrzak popatrzył na mnie. Miałem wrażenie, że spoglądam w ludzkie oczy. Szybko się opamiętałem. Wyjrzałem za okno. Zbliżały się pierwsze furgonetki.-Puszek biegnij!- pupilek wyskoczył przez drzwi. Jeden problem rozwiązany. Teraz drugi. Wziąłem Nazaję na barana. Już miałem wyjść, kiedy wróciłem się po butelkę z gazem. Wyrzuciłem ją tuż przed parkujące samochody.
-Co to jest?- jakiś zainteresowany żołnierz podszedł do butli. W tym momencie podpaliłem ją. Potężna eksplozja rozwaliła kilka aut i rozczłonkowała ludzi znajdujących się w pobliżu. Wykorzystałem panikę do cieczki. Wybiegłem z budynku i skręciłem w pierwszą lepszą uliczkę. Muszę pomóc Kai, ale co zrobię z Naito? Na mojej drodze pojawił się kontener. Idealny. Wrzuciłem tam chłopaka, pozostawiając lekko uchylone wieko, żeby miał czym oddychać i puściłem się pędem na ratunek wkurzającej znajomej.



***
Życzę wam udanej majówki :)
                                         Soraja

sobota, 23 kwietnia 2016

Rozdział LIII


Kaspian
Trafiłem do najgorszego pokoju jaki tylko mieli. Naprawdę. Cały domek był drewniany. Nigdzie śladu ogrzewania, toalety i tym bardziej bieżącej wody. Przywlókł mnie tutaj durnowaty osiłek, który jest równocześnie strażnikiem naszego więzienia. Nasz blok znacznie różni się od innych. Zacznijmy od tego, że jest nas w nim za dużo. W normalnych pokojach na przykład u magów ognia jest  koło dwudziestu osób w jednym pomieszczeniu i to tego dwa trzy -piętowe łóżka. Za to my mieszkamy w czterdziestoosobowej noże z trzema piętrowymi łóżkami. Siedzę w kącie i nie zwracam na nikogo uwagi. Jakoś nie chcę się z nikim zaprzyjaźniać.
-Kogo my tu mamy! Czyżby to sam wielki generał Mountrose.- i pozamiatane. Z tłumu wyszedł jakieś osiłek, złapał mnie za koszule i podciągnął do góry uderzając mną z całej siły o ścianę pokoju.
-Puść mnie!- zawołałem ale on nic nie robił sobie z moich krzyków.
-Widzicie ludzie! Nawet na tym podłym śmiecie jest jakaś sprawiedliwość!- wrzasnął w kierunku tłumu. Wszyscy zaczęli klaskać. Zbliżył twarz do mojej.- Nawet nie wiesz jak długo czekałem na ten moment…- zacisnąłem dłonie na jego ręce, porządnie wykręciłem, on zgiął się w pół. Szybko wskoczyłem na jego plecy nie puszczając jego kończyny. Położyłem stopę na jego głowie i wcisnąłem w parkiet.
-Czy jeszcze ktoś chciałby wrazić jakiekolwiek poglądy na mój temat!- warknąłem. Tłum zamilkł. Ludzie spuścili głowy. Puściłem frajera, który mnie zaatakował i wróciłem do swojego kąta. Nie minęła minuta, gdy podeszła do mnie jakaś dziewczyna. Miała czarne włosy i tak jak Kaja fiołkowe oczy. Rzuciła mi kawałek chleba.
-Dlaczego mi to dajesz?- spytałem zdziwiony. Prychnęła.  
-Nie moja wina, że już na wstępie masz plecy.- burknęła. Usłyszałam jak burczy jej w brzuchu. Przełamałem bochenek na pół i podałem go nastolatce.
-Pewnie jesteś głodna.- oznajmiłem. Długo się wahała, zanim przyjęła podarunek.
-Dzięki. – usiadła koło mnie.
-Jak masz na imię?- spytałem.
-Nie mam imienia. Tylko numerek. Tysiąc dziewięćset…
-Nie kończ.- skrzywiłem się.- Pytam o imię, a nie serię.
-Jane.- uśmiechnęła się.
-Kto kazał ci mi to dać?- drążyłem temat. Może jest nadzieja, że ja i Nadia stąd uciekniemy.
-Tylko obiecaj, że mnie nie wkopiesz. Twój kolega zapewniał mnie, że tego nie zrobisz, ale wolę mieć pewność.
-Przyrzekam no. Gadaj, kim on jest.?
-Mag powietrza. Jeden z uprzywilejowanych więźniów. Jest nim Jonathan Omari.- myślałem, że zwrócę. Jonathan tu jest?!
Nadia
Nadszedł wieczór. Na zewnątrz była prawdziwa zamieć śnieżna. To idealny moment na ucieczkę. Wszyscy pogrążyli się w śnie. Podeszłam do Oskara, z którym zdążyłam się zaprzyjaźnić.
-Halo Oskar, obudź się.- szarpnęłam go za ramię. Obudził się natychmiast. Najwyraźniej ma bardzo lekki sen.
-Co jest?- spytał przeciągając się.
-Dlaczego nie uciekniemy?- popatrzył na mnie jakby go spytała, czy jest dziewczyną.
-Spadłaś z konia, czy co? Wiesz, że nie możemy używać magii, to niby jak mamy to zrobić?
-Ale pieczęć działa tylko kilka dni…
-Tak masz rację, ale po tym czasie każdemu magowi zostaje wstrzyknięty chip pod skórę, który hamuję nasze zdolność.
-Ja go jeszcze nie mam.- uśmiechnęłam się.
-Pieczęć jeszcze działa.- spojrzał na mnie kpiąco i obrócił się na drugi bok.
-Ona nie ma na mnie wpływu.- szepnęłam mu do ucha. Poderwał się z miejsca.
-To dlaczego nie uciekłaś!?- krzyknął.- Mogłaś to zrobić tyle razy…
-Zamknij się bo obudzisz resztę. Złapano mnie i mojego kolegę. Ja sama się uzdrowiłam, ale on był w bardzo złym stanie. Raz udało nam się uciec, ale ponownie nas znaleźli i przewieźli tutaj.
-Teraz rozumiem.- pokiwał głową. Wstał z łóżka i podszedł go maleńkiego okienka. –Dziś jest idealna noc do opuszczenia tego miejsca.
***
Razem z chłopakiem, opatuleni w koce, opuściliśmy nas domek, czego nie wolno nam było robić pod żadnym pretekstem. Już za sam ten czyn grozi nam kara śmierci. Obiegliśmy przedział do koła stając miedzy naszym blokiem, a oddziałem magów powietrza.
- Teraz niezauważeni musimy przebiec do tamtego bloku.- wskazał palcem na największą budowle.
-Tam jest Kaspian?
-Jeżeli naprawdę jest magiem ziemi to tam.- wychylił się zza rogu.-Nikogo nie ma.
-Dobra, złap mnie za rękę.- poleciałam.
-Po co?- zdziwił się. Przewróciłam oczami.
-Przecież muszę użyć przyspieszania. Wtedy zwiększymy swoje szanse na powodzenie misji.
-Masz rację.- podał mi dłoń i prześlizgnęliśmy się tuż pod nogami dwóch strażników.
-Co to było?- zdziwił się jeden. Wstrzymałam oddech.
-Pewnie jakieś zwierzę. Ciężko coś zobaczyć przez tą cholerną zamieć. Piź*** jak by ktoś jej zapłacił.- poszli dalej. Odetchnęłam.
-Mieliśmy fart.
-O tak. Chodźmy dalej.- tym razem on prowadził. Podbiegł do jednego z okien i zapukał w nie trzy razy. Odczekał dłuższą chwilę i nic. –Cholera. Czemu nie otwiera?
-Kto? Moja znajoma.- oznajmił. Zapukał jeszcze raz. Tym razem ktoś otworzył okno, ale nie za bardzo przypominał dziewczynę.
-Kto tam?- szepnął.
-Oskar.- brunet bez zbędnych pytań wciągnął nas go środka. –Gdzie Jane?- spytał.
-Zajmuję się jakimś nowym. Jak mu było? Kaspian?- ścięło mnie. Złapałam go za ramię.
-Powiedziałeś Kaspian?- dopytywałam.
-Tak się chyba nazywa…- spojrzałam na maga wody. Uśmiechnął się.
-Zabierz nas do niego.
***
Pokonywaliśmy korytarze z duszą na ramieniu. Z każdą chwilą zza rogu mógł wyłonić się jakiś strażnik i byłoby po nas. Na szczęście żaden z nich nie wpadł na pomysł, aby urządzić sobie nocny obchód.
-To tutaj.- mężczyzna otworzył drzwi. w pomieszczeniu panował zaduch. Podskoczyłam. Coś prześlizgnęło mi się po nodze. Chyba szczur. Wzdrygnęłam się. rozejrzałam się do koła. Gdzieś tu jest Kaspian. Chciałabym go zawołać, ale mogę kogoś obudzić i plan ucieczki nie wypali.
-Jak wygląda twój przyjaciel?- spytał Oskar.
-Wysoki brunet o zielonych oczach, dobrze zbudowany.- oznajmiałam.
-Tylko tyle?
-Jestem słaba w opisywaniu ludzi.- burknęłam, nie przerywając poszukiwań Kaspiana. Nagle do pokoju wparował strażnik.
-Pobudka! Poranny obchód! Wstawać!- ludzie zaczęli się podnosić. Zapanowało ogólne poruszenie. Ktoś zapalił latarkę. W tłumię więźniów zobaczyłam Kaspiana. Zaczęłam się delikatnie przesuwać w jego kierunku. Gdy byłam na tyle blisko, aby złapać go za rękę, zauważył mnie kat.
-Ty tam!- wskazał na mnie palcem. Generał dopiero teraz mnie zauważył. Zrobił wielkie oczy na mój widok. Przyłożyłam palec do ust. Pokiwał głową. –Nie słyszysz mnie!?- wrzasnął. Kobieta stojąca nieopodal mnie, zemdlała.
-Słucham?- odwróciłam się w jego kierunku.
-Nie wyglądasz mi na maga ziemi.- zaczął do mnie podchodzić. –Podaj mi swój numer.
-Nie znam.
-Od kiedy tu jesteś?- był coraz bliżej.
-Nie wiem.- oddychałam ciężko. Choćby nie wiem co się stało, nie może mnie kojarzyć z Kaspianem, bo wtedy i jego ukarzą.
-Dlaczego do nas trafiłaś?
-Nie wiem.- okropnie się zdenerwował. Złapał mnie za włosy i pociągnął w dół zmuszając do uklęknięcia.
-W takim razie kim jesteś?
-Nie wiem.- powstrzymała się od płaczu. Nie mogę użyć mocy. Jest tu za dużo świadków.
-To ja ci powiem.- odchylił kołnierz mojego uniformu. Przepisał numer do telefonu i po krótkiej chwili wiedział kim jestem. Uśmiechnął się cierpko.
-Julia Hunter. Niestety nie mogę cię zabić, więc co mam z tobą zrobić?- wyciągnął pistolet. – Na pewno nie przyszłaś tutaj sama. Wskaż tego, co cię tu przyprowadził, a obejdzie się bez kary.- przełknęłam ślinę. Wielu żołnierz z wojsk Nathaniela stosuję tę metodę. Najpierw pyta z im jesteś, a ty odruchowo patrzysz na tę osobę, a tamta dostaje kulkę w łeb. Zerknęłam więc na jakiegoś kompletnie nieznajomego gości. Padł strzał. Mężczyzna osunął się martwy. Nie chciało mi się płakać. Chyba ponownie wyzbywam się człowieczeństwa. Czuję się dziwnie. Straciłam kontrolę nad ciałem. Momentalnie przejęłam pistolet napastnika i strzeliłam mu w czoło. Kula przebiła jego czaszkę na wylot.
-Nawet nie miałeś mózgu, który spowolniłby kulę.- prychnęłam i kopnęłam zwłoki na bok.
-Kaspian, Oskar ruszcie się.- na nic nie zważając, szłam korytarzem. Za mną skradali się moi przyjaciele.
-Julia co ty robisz?!- kolega z domku usiłował do mnie przemówić, ale ja nie miałam ochoty go słuchać. Wpadłam w trans zabijania. Zza rogu wyłoniło się dwóch strażników. Dwa strzały później już ich nie było. Wypadliśmy na zewnątrz. Śnieg ranił mi twarz. Szłam dalej nie zważając na to. W oddziale magów ziemi w końcu rozbrzmiał alarm. Śmiałam się jak dziecko.
-Chodźcie tu i zabijcie mnie jeżeli potraficie!- zielonooki złapał mnie za ramiona. Mocno potrząsnął.
-Co ty najlepszego wyprawiasz?! – wrzasnął. – Nie możesz dać się zabić! Czy choć przez chwile pomyślałaś o mnie? Otrząśnij się i uciekajmy! Błagam! Nadia!- dobrze, że Oskar nie usłyszał mojego prawdziwego imienia. Odepchnęłam bruneta.
-Nie!- zawołałam. Stworzyłam lodowe miecze i natarłam na nadchodzących nieprzyjaciół. Cięłam, kułam i siekałam jak oszalałam. Napędzała mnie siła śnieżycy oraz księżyc w pełni. Po stoczonej bitwie stałam w kręgu trupów. Śnieg zmienił barwę na czerwoną. Otrząsnęłam się.
-To ja ich zabiłam?- spytałam niedowierzająco. Brat Elizy kiwnął głową. Mag wody stał przerażony spoglądając na mnie. Byłam cała w posoce.
-To nie ważne, musimy uciekać!- gdy tylko skoczył to zdanie, dostał w udo usypiającą strzałką, tak samo jak ja i mój przewodnik. Wszystko się rozmazało. Zasnęłam.

sobota, 9 kwietnia 2016

Rozdział LII



Nadia
Z posterunku policji wyprowadzili nas tylnym wyjściem. Kaspian wyglądał tragicznie, więc nie było mowy o jakiejkolwiek ucieczce. Pospiesznie wrzucili nas do przyczepy wojskowego samochodu. Dokładnie zaryglowali drzwi.
-Zawieźcie ich do obozu.- nieznajomy żołnierz rozkazała kierowcy.
-Tak jest!- mężczyzna wszedł do samochodu i ruszyliśmy. W  wagonie panował półmrok. Od przewoźnika dzieliła nas cienka ścianka, przez którą słyszał każde nasz słowo. Ani mnie, ani Kaspiana już nie traktują jak potencjalne zagrożenie. Nawet nas nie związali.
-Julia.- podniósł głowę do góry.
-Kaspian jak się czujesz?- szepnęłam.
-Nawet.- uśmiechnął się blado. Wyciągnął przed siebie dłoń. Pokazał cztery palce. Zapaliła mi się lampka. Sposób przekazywania informacji. Przekaz mówił „czytaj co czwarte słowo”.
-Rozumiem.- odpowiedziałam.
-Opowiem ci historię, jak pies mojego kolegi uciekł z domu.- wyobrażałam siebie jak mundurowy w kabinie obok musiał wytężać słuch. Dobra, to mamy pytanie jak uciekniemy?
-Ciekawe, czy zwierze było w jakiś sposób ranne?- Jesteś ranny.
-Kolega kochał go i dbał o niego. Co, jeśli się razem z bratem bili go? Tego nie można tolerować!- I co z tego! Ta zabawa jest głupia i męcząca. Głowa mnie boli o tego całego wymyślania. Pokazałam mu na migi, że koniec z tym. Westchnął. Przyłożyłam palce do ust. Cichutko wstałam i podeszłam do ściany. Dołożyłam rękę do przeszkody. Wyczułam za nią człowieka. Mocno się skupiłam i zawładnęłam ciałem faceta. Na tyle ile to było możliwe, bezpiecznie zjechałam z drogi. Usłyszałam jakieś krzyki i pisk opon. Dalej sprawując kontrolę nad mężczyzną, delikatnie odsunęłam dłoń w tył.
-Co się dzieje?!- zawołał jego kolega.
-To.- odpowiedziałam i nagle pchnęłam nadgarstkiem w przód. Wojskowy uderzył głową o kierownice i stracił przytomność. Drugim wyszłam z ciężarówki i otworzyłam przyczepkę. Wzięłam Kaspian pod bok, i wyskoczyliśmy z wagoniku. Szybko oddaliliśmy się od ciężarówki. Posadziłam generała na śniegu, koło jakiegoś strumyczka.
-Cieszmy się, że jest tu las. Przynajmniej nas osłoni.- powiedział.
-Nie możemy zostać tu z długo. Wskakuj do potoku.- popatrzył na mnie jak na idiotkę.- Szybciej cię uzdrowię.- dodałam. Roztopiłam lód i brunet wszedł  do przerębli.
-Jak się nabawię zapalenia płuc…
-Nie nabawisz.- rozpoczęłam uzdrawianie. Zagoiłam rany, poskładałam kości i wyleczyłam lekkie wstrząśnienie mózgu. Pomogłam wyjść mu na brzeg.  Ruchem ręki wysuszyłam jego ubranie.
-Od razu lepiej się czuję.- tupnął w ziemię aby, użyć magii ziemi i upadł. Pieczęć na jego szyi rozbłysła i zaczął się trząść. Po chwili zwymiotował.
-Co to był?- zdziwił się.
-To pieczęć Krwawego Omenu.- oznajmiłam.
-Cudownie, czyli jestem bezbronny?
-Tak, ale bić się możesz.
-Przynajmniej tyle. Nadia uważaj!- obróciłam się. Stanęłam twarzą w twarz z żołnierzem. Poczułam ukłucie. Spojrzałam w dół. W moim boku tkwiła maczeta. Mężczyzna zagiął ostrze, a że nie mogłam go wyjąć. Rana zagoiła się na tyle ile mogła. Mężczyzna z łajdackim uśmiecham wyrwał go ze mnie przy okazji uszkadzając mi wnętrzności. Zemdlałam.
Kaja
Staliśmy w pomieszczeniu bez wyjścia. Do generała dołączyło paru osiłków. Aktywowałam paznokcie, Feliks sięgnął po pistolet, Eliza rozłożyła włócznie, a Naito przyjął pozycję obronną. Białowłosy mag stojący po prawej stronie dowodzącego, rozpylił w powietrzu dziwną substancję.
-Feliks kopuła!- nastolatek natychmiast osłonił nas przed wybuchem prochu strzelniczego. Gdy zagrożenie minęło, królowa wyskoczyła z dymu i rzuciła się na napastnika. On zamachnął się, ale ona prześlizgnęła się pod jego ręką, stanęła za jego palcami i przebiła go włócznią przybijając do sufitu. Złożyła ją i łotr opadł na posadzkę łamiąc sobie kości. Natychmiast zaatakowała kolejnego, ale ten był sprytniejszy. Najwyraźniej to medyk, ponieważ od razu złapał ją za chorą nogą i złamał. Zawyła z bólu i prawie przewróciła się, lecz Puszek złapał ją i odsunął na bok. Beth zmienił Płomień. On cechuje się walką z lekkiego dystansu. Dołączyłam do niego. Oboje walczyliśmy jak oszalali tłukąc kilku przeciwników na raz. Osłanialiśmy się nawzajem. Ja, nie wiem jak, doskonale posługiwałam się trzema żywiołami naraz. Nie zorientowałam się, kiedy z pomieszczenia uciekł Wayland. Wybiłam dziurę w ścianie.
-Naito! Bież Elizę i uciekaj!- nie musiałam dwa razy powtarzać. Po załatwieniu ostatniego wroga, dogoniliśmy przyjaciół. Siedzieli na jednym z mniejszych placyków na wyspie.
-Cholera! Ale mnie załatwił!- dziewczyna nie była w stanie ruszyć nogą.
-Musimy znaleźć lekarza na Thiefmore i to jak najszybciej.- zmiennooki czasem wpada na dobre pomysły. Blondynka przez dłuższy czas siedziała cicho.
-Zostawicie mnie samą i ruszajcie za nimi. Jeszcze damy radę ich obić.- oznajmiła.
-Chyba cię pogięło!- zawołałam.- Nie możemy cię zostawić!
-Obiecałam ojcu, że będę chronić mojego brata, więc bez dyskusji masz go uratować! To jest rozkaz!- wrzeszczała jak opętana.
-Zamknij się!- krzyknęłam.- Jesteśmy drużyną! Mogę ewentualnie rozważyć propozycję porzucenia ciebie! Rozumiesz?!- wrzasnęłam. Wokół nas utworzył się niezły wianuszek gapiów.
-Uspokójcie się!- Feliks przywołał nas do porządku.- Zachowujcie się jak zwierzęta! Mam to gdzieś co postanowicie, ale jedno jest pewne. We wszystkim co zamierzacie zrobić, Elizabeth jest bezużyteczna, więc może łaskawie się ogarnie, naprawi nogę i ruszymy dalej?!- pierwszy raz wróżbita miał pretensje nie tylko do mnie.
-Dobrze, gdzie ten lekarz?
Nadia
Ocknęłam się, gdy żołnierz wyrzucał mnie jak worek ziemniaków na peron. Potoczyłam się tuż pod jakiś budynek z cegły.
-Brama główna.- przeczytałam. Przekręciłam się na bok i ujrzałam lecącego w moim kierunku Kaspiana. Mężczyzna zakuł nas w kajdany i poprowadził korytarzem na dziedziniec. Po prawej, jak i po lewej, znajdowały się dwa bloki.
-Ty!- wskazał na mnie palcem.- Będziesz mieszkać tam. A ty- obrócił się do bruneta- tam!- wskazał dwa różne budynki i do tego po przeciwnych stronach.
-Ale…- dostałam w twarz.
-Julia!- zielonooki zapienił się- Ty…- pokopał go prąd. I to mocno.
-Chciałeś coś powiedzieć?- strażnik spytał.
-Kaspian, przestań!- on mnie nie słuchał.
-Tak! Że jesteś…- znowu go poraził. Tym razem mocnej.
-Coś jeszcze.
-Nie!- patrzyłam na niego błagalnie.
-Ch**!- Elektryczność  wstrząsnęła jego ciałem.
-Zostaw ich.- w naszym kierunku zmierzał wysoki, postawny mag. Mógł mieć koło dwudziestu lat. Jego włosy  były w kolorze hebanu, a pomarańczowe oczy gryzły się z zielonym mundurem. Na kilometr czuć, że tka ogień. Facet, który nas torturował, stanął na baczność.
-Dowódco!- zasalutował.
-Witaj. Kogo przywiozłeś?- z zaciekawieniem się nam przyglądał.
-Kaspian Mountrose i Julia Hunter, przywiezieni na rozkaz generała Waylanda jako więźniowie polityczni.- ten mag to idiota. Wkopał swojego szefa, ale nowoprzybyły wydawał się tego nie zauważyć.
-Dobrze się spisałeś możesz odjechać.- kierowca pożegnał się i poszedł. Dowódca wyjął z kieszeni telefon i wykręcił numer.
-Jack? Śledź tego gościa co odjechał. Prawdopodobnie Wayland żyje.- rozłączył się.
-Ach Kaspian, nawet sobie nie wyobrażasz w jakie gówno się wpakowałeś.- to kolejny z najlepszych przyjaciół brata Elizy?
-Zamknij się Aleksy. Z porucznika zostać zdegradowanym do roli strażnika w obozie koncentracyjnym, to dopiero porażka.
-Nie jako strażnik, ale dowódca bloku twojej adiutantki.- popatrzyłam na niego. Czyli moje życie będzie w jego rękach.
-Hej, nie patrz tak na mnie. Mimo wszystko nie jestem taki zły. Mountrose, słuchaj, ze względu na naszą starą przyjaźń mogę dopilnować, żeby twojej koleżance nie stała się wielka krzywda.
-Czego chcesz w zamian?- zareagował od razu.
-W zamian opowiesz mi o Alaricku, zgoda?- wyciągnął do niego dłoń.
-Nie ma sprawy. – dołączył do nas kolejny gościu. Nie wyglądał na tak ugodowego jak ten pierwszy. Na jego głowie nie uświadczycie ani jednego włosa. Na nosie miał okulary przeciwsłoneczne. Szeroki w barach i okropnie wysoki.
-Które z nich należy do mnie?- spytał oschle.
-Ten tu, Kas…
-Nie interesuje mnie jego imię.- złapał chłopaka za kołnierz i powlókł w kierunku baraku.
-Póki co nie możesz go zabić!- zawołał za osiłkiem. Zwrócił się do mnie. –Czas na nas.- zaprowadził mnie do małego ciasnego i zupełnie nie ogrzewanego domku. Oprócz mnie było w nim dziesięć osób. Ośmiu mężczyzn i dwie kobiety. Mieli na sobie koszule i długie spodnie. Niektórzy z nich chronili stopy przed zimnem za pomocą chodaków. Inni niestety trzymali nogi bezpośrednio na betonie. W pokoiku znajdował się tylko jedno, trzy piętrowe łóżko, całkowicie wykonane z metalu. Nic więcej.
-Od dzisiaj to twój nowy dom. – podszedł do posłania i ściągnął z niego strój więźnia. –Masz, przebierz się. –podał mi rzeczy.
-Nie chcę.- oznajmiłam. Uśmiechnął się.
-Albo zrobisz to po dobroci, albo zmuszę cie do tego siłą. – oznajmił. Ani drgnęłam. Westchnął. –Numer 345 i 346 złapcie ją i przytrzymajcie!- więźniowie wykonali rozkaz i dowódca zaczął zdzierać ze mnie ciuchy. Kazał mnie puścić, gdy zostałam w bieliźnie.
-To co na tobie zostało, możesz potraktować jako prezent.- rzucił we mnie więziennym uniformem i wyszedł. Założyłam go na siebie.
-Ale zimno.- oznajmiłam siadając w kącie, ale nikt mnie nie słuchał. Każdy szybko wstał. Z różnych zakamarków wyjęli koce i się nimi opatulili. Jeden z nastolatków podszedł do mnie i podał mi narzutkę. Odznaczał się granatowymi, krótko ściętymi włosami i turkusowymi oczami. Jako jedyny miał podkoszulek pod koszulą.
-Wiemy, że to karalne, ale inaczej nie przetrwamy zimy. Jestem Oskar, a to Migiel, Ernest, Tomasz, Grzegorz, Wojciech, Devil, Konstanty, Róża i Melisa. Wszyscy jesteśmy magami wody w specjalnym bloku hamującym nasze zdolności.- podał mi dłoń.
-Mam na imię Julia i cieszę się, że was poznałam.
-Żeby tu przetrwać musisz się wiele nauczyć. - oznajmił

sobota, 2 kwietnia 2016

Rozdział LI



Kaja
Po zjedzeniu obiadu wyszliśmy na zewnątrz. Uderzył mnie przenikliwy chłód. Zima rozpoczęła się na dobre. Całkiem blisko do Nowego Roku.
-Ktoś wie, gdzie jest ten posterunek?- spytałam pocierając zmarznięte dłonie.
-Ja chyba się orientuję.- zdziwiłam się. Naito coś wie?
-Ty wiesz?- jak widać nie tylko ja mam wątpliwości, Feliks również.
-Czy to naprawdę takie niesamowite?!- krzyknął.
-Ciszej, bo ściągamy na siebie uwagę.- Eliza uspokoiła nas.
-Prowadź.- westchnęłam. Chłopak nałożył kaptur na głowę, włożył ręce do kieszeni i pospiesznie ruszył przed siebie. Szliśmy za nim krok w krok. Przypominaliśmy jego osobistą ochronę, przez co wyglądaliśmy co najmniej podejrzanie. Dobrze, ze poruszaliśmy się główną ulicą, bo podejrzewam, że gdyby było inaczej już dawno zostalibyśmy napadnięci przez tutejsze gangi, na które można się  natknąć na każdym kroku.
-Daleko jeszcze? Jak tak dalej pójdzie to moja efektywność spadnie.- filozof poskarżył się. Racja. Im chłodniej, tym mag ognia staje się bardziej bezużyteczny. Nazaja zatrzymał się. Wpadłam na niego.
-To za rogiem.- oznajmił cicho.- Posłuchajcie uważnie. Na samym początku jest recepcja i tam stoi plus minus dwóch policjantów. Trzeba ich cichutko zlikwidować.
-Skąd wiesz, że tam są?- uniosłam jedną brew do góry.
-Większość moich znajomych kiblowała na Thiefmore.- oznajmił.
-Fajnych masz znajomych.- oznajmiałam.
-Jestem jedną z nich.- gorzki uśmiech królowej mówił sam za siebie.- Za mich czasów posterunek był w innym miejscu, ale schemat budowy jest taki sam. Proponuje, żebyśmy to my ich załatwiły. Co ty na to?- podała mi sztylet.
-Wchodzę w to.- nie ma to jak rozwalić gościa na poprawę humoru. Schowałam nóż w rękawie i wyłoniłyśmy się zza rogu. Bez żadnego konkretnego planu działania weszłyśmy do budynku.
-Dzień dobry.- burknął wojskowy. W ogóle nie był zainteresowany naszym przybyciem. Zabłocone buty wywalił na biurko, na luzie pił kawkę oraz czytał gazetę. Drugi nieco bardziej angażował się w swoją pracę. Udawał, że coś kseruje. Pomińmy fakt, że wtyczka nie była wpięta do gniazdka.
-Chciałabym zgłosić kradzież.- wypaliłam. Blondynka spojrzała na mnie z politowaniem. Rzuciłam jej spojrzenie mówiące „ umiesz lepiej?”. Gościu przewrócił oczami.
-Na tych wyspach kradzież jest na porządku dziennym.- upił łyk kawy.-Nic na to nie poradzę. Niepotrzebnie się panie fatygowały.- wyraz twarzy Beth natychmiast się zmienił. Zagościł na niej diabelski uśmiech. Oparła się łokciami o blat, zatrzepotała rzęsami i słodkim głosikiem powiedziała
-POZABIJAJCIE SIĘ NAWZAJEM.- momentalnie oderwali się swoich zajęć. Byłam przygotowana na niezłą bijatykę i już miałam biec po popcorn ale przypomniałam sobie, że nie możemy narobić hałasu. Złapałam ją za ramię.
-Zatrzymaj ich.- warknęłam.
-Dlaczego?- w jednej chwili oprzytomniała. -STAĆ.- poleciła cicho lecz stanowczo. Wyciągnęła ręce przed siebie. –TY- wskazała na mężczyznę z kawą- WŁÓŻ PALCE DO KONTAKTU.- mag bezzwłocznie wykonał jej polecenie. Prąd przebiegł po jego ciele i lunął na podłogę.- A TY- czas na drugiego. Skinęła na mnie głową.-PO PROSTU NIE KRZYCZ.- sztylet utkwił w jego skroni.
-Nie było żadnej zabawy.- oznajmiłam.
-No. Liczyłam na jakąś akcję,- zapukała trzy razy w drzwi wejściowe.- a tu nudy.
-Długo wam to zajęło. Zaczęliśmy się martwić.- widok zatroskanego Płomienia jest niecodzienny.
-Przestaliśmy, kiedy Puszek poczuł krew.- chłopak schylił się i pogłaskał zwierzę, jednocześnie coś do niego mówiąc. Odsunęłam się. Mama uczyła mnie, abym nie utrzymywała kontaktu wzrokowego ze świrami. Nagle nadjechał samochód i razem z czerwonooką wciągnęłyśmy chłopaków do pomieszczenia. Popatrzyliśmy po sobie.
-I co teraz?- jęknęłam.
-Albo walka, albo szybka odbitka.- obie propozycje przywódczyni wydawały się złe. Wyprostowała się.- Zaraz tu będą.- zerknęła na nas bezsilnie.
-Naito, czy Puszek wytropi Nadię i Kaspiana?- błagam nich powie „tak”.
-Jasne.
-Więc szybka odbitka?
-Felikse, czytasz mi w myślach.
-Hej! Co tu robicie?!- zapamiętajcie. Zawsze, jeżeli coś idzie ci za dobrze, to musi się zepsuć. Podstawowe prawo życia. W naszą stronę zmierzało dziesięciu, uzbrojonych po zęby strażników.
-Przyszłam zgłosić kradzież?- uśmiechnęłam się głupkowato rozkładając ramiona.
-Oh, przestań z tym.- królowa skrzywiła się. Żołnierze nacierali w naszą stronę.
-Kaja schyl się po pieniążek.- szybko przykucnęłam i siostra generała odbiła się od moich placów, spadając na dwóch frajerów, którzy obserwowali piękny lot nastolatki.
-To musiało boleć. – po zdaniu wypowiedzianym przez maga ognia możecie sobie wyobrazić, gdzie spoczęły jej obcasy. Pięknym piruetem pokonała kolejnego napastnika. Zwinnym ruchem wytrącił wojskowemu broń z ręki i nadziała go na nią. Kolejnego przerzuciła przez bark, przy okazji wykręcając mu rękę. Pozostała piątka wykonała kilka kroków w tył. Dziewczyna strzepnęła za ramienia wyimaginowany pyłek.
-Bu!- krzyknęła. I tyle widzieliśmy złowrogie oddziały Nathaniela Darka.
-Puszek, szukaj!- wilk przeskoczył mężczyzn i pobiegł w głąb budynku. Zawył.
-Złapał trop?- w głosie Beth pojawił się cień nadziei.
-Nie.- odpowiedział kucharz.- On ich znalazł. -uradowani, dołączyliśmy do zwierzęcia. Położyłam dłoń na klamce.
Nadia
Kopnął mnie niesamowity zaszczyt. Moje przesłuchanie przeprowadzał sam generał Wayland. Czujecie ten sarkazm. Prawda? Poznałam go po głosie, bo oczywiście dla własnego bezpieczeństwa zasłonił mi oczy. Usadowił mnie na bardzo niewygodnym krześle z maciupeńkimi igiełkami na podłokietnikach. Nasączona kwasem lina krępowała moje nadgarstki, kostki oraz tułów. Nie ukrywam, że usiłowałam się uwolnić.
-Spokojnie, zaraz cię rozwiążę, tylko coś… cholera! Ile jeszcze zajmie ci zmywanie tej krwi z podłogi!- wrzasnął. Usłyszałam brzdęk kopniętego wiadra.
-Przepraszam pana już kończę.-coś zaszeleściło i chłopak ruszył w moją stronę.
-Ustalmy zasady. Ty ładnie odpowiadasz, a ja cię nie krzywdzę. Zgoda?- nic nie odpowiedziałam. Uderzył w krzesło. Razem z meblem runęłam na podłogę. Jak boli. Chyba rozwaliłam sobie głowę. Czerwona stróżka spłynęła mi po czole. Tak. Na pewno rozcięłam sobie skórę. Nagłym szarpnięciem postawił krzesło. –Och skaleczyłaś się. Ale z ciebie niezdara. Pozwól, że  pomogę ci ją opatrzyć.- czułam, że przybliża dłoń do mojej twarzy. –Niesamowite! Sama się regenerujesz, to znaczy, że nie muszę się ograniczać! Pierwsze pytanie. Dlaczego przyjechaliście na Thiefmore?- uwolnił mi usta. Już wcześniej ułożyłam sobie odpowiedź.
-Przyjechaliśmy spędzić razem ferie zimowe.- oznajmiłam spokojnie. Nie widziałam jego reakcji, ale nic się nie odezwał.
-Drugie. Skąd wiedzieliście, że żyję?
-Nie wiedzieliśmy. Kaspian powiedział, że nie wierzy w twoją śmierć i postanowił cię odwiedzić.- kłamałam.
-Trzecie.- stanął za mną i oparł na moich ramionach podejrzenie ciepłe ręce.- Od kogo wiedzieliście, że jestem na Thiefmore?- i po udawaniu.
-Nie wiem.- powiedziałam szybko. Jego dłonie rozgrzały się i wtopiły w moją skórę. Zawyłam z bólu.
-Kto wam to powiedział!?
-Mówię, że nie wiem.- jęknęłam obolała.
-Dobrze w takim razie zaciśnij mocno ząbki. To może zaboleć.- po raz kolejny usłyszałam brzeżek metalu i poczułam jak skalpel zanurza się pod paznokciem mojego wskazującego palca. Szarpnięcie i niebywały ból. Wrzasnęłam. Łzy pociekły mi po twarzy.
-Zapytam jeszcze raz, kto wam to powiedział!?- nie mogę wydać swoich.
-Mówię, że nie mam pojęcia!- oderwał mi kolejny paznokieć. Z własnej śliny stworzyłam mała igiełkę i plujnęłam przed siebie.
-Cholera! Jesteś zbyt niebezpieczna, ale zaraz cię naprawimy.- coś przyłożył mi do gardła. Poczułam znajome uczucie. Moje serce szybciej pompowało krew, mięśnie niemiłosierni piekły, a żołądek robił co tylko chciał. Już myślałam, że nie wytrzymam, ale ból cofną się. Jak to możliwe?
-Skąd masz pieczęć Krwawego Omenu?- wydyszałam.
-Dostałem ją w prezencie, po tym jak złożyłem przysięgę wierności.- zaśmiał się szyderczo i odsłonił mi oczy. W pokoju panował półmrok. Widziałam niewyraźny zarys sylwetki oprawcy. Uwolnił moje nadgarstki oraz nogi. Usunął także liny krępujące tułów. Skopał mnie z krzesła. Musiałam udawać, że jest ze mną bardzo źle, ale w rzeczywistości czułam się doskonale. Gdy po raz drugi oberwałam pieczątką, poczułam się silniejsza. Nie wiem czemu. Może to tak samo jak w przypadku ospy? Łapiemy ją raz, a potem jesteśmy odporni. Niespodziewanie drzwi do sali otwarły się.
-Generale, transport przyjechał.- oznajmił wojskowy.
-Doskonale. Zabierz ją do celi. Zaraz przewozimy ich do więzienia.- nieznajomy mag złapał mnie za ręce i wywlukł z pomieszczenia. Przeciągnął mnie korytarzem i wrzucił do klatki. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem.
-Julia!- Kaspian był już przytomny. –Co oni ci zrobili!- złapał moje dłonie i długo się im przyglądał. Wyrwałam je z jego uścisku. Usłyszeliśmy dziwny łoskot i wycie wilka. Popatrzyliśmy na siebie.
-To nasi!- zawołałam. Bardzo uważnie wsłuchiwaliśmy się w krzyki dobiegające z korytarza. Wywnioskowałam z nich, że żołnierze zaraz wyprowadzą nas tylnym wyjściem.
-Ocalą nas. Na pewno.- Montrose nie tracił nadziei.
-Posłuchaj mnie uważnie. Zostaw tu wszystkie rzeczy, jakie mogą nas utożsamiać z naszymi przyjaciółmi i Odrodzeniem. Rozumiesz? –spytałam.
-Masz rację. Nasi je znajdą i zabiorą w bezpieczne miejsce. –opróżniliśmy kieszenie. Nie mieliśmy za wiele. Tylko zwoje podarowane nam przez blondynkę. Ukryliśmy je w uszkodzonych cegłówkach klitki. Czekaliśmy. Drzwi ponownie otwarły się.
Kaja
Cele była pusta. Dokładnie ją przeszukaliśmy z nadzieją, że znajdziemy jakieś wskazówki pozostawione przez naszych przyjaciół. Tylko zwoje. Musieli znaleźć się w niezłych opałach, że pozbywają się wszystkich rzeczy łączących ich z nami.
-Nawet nie wiem, gdzie dokładnie się kierują.- westchnęłam. Kraty zatrzasnęły się.
-Wiecie, mogę was do nich zabrać.- tuż przy wejściu stał młody mężczyzna.
-Kto ty?- bąknęłam.
-Miło mi. Jestem Alaric Wayland.
Nadia
Nie ma już dla nas nadziei. Jesteśmy w drodze do obozu pracy. Możemy liczyć tylko na siebie.


***
Mam dla was Arię. Cieszycie się? :)