Translate

sobota, 9 kwietnia 2016

Rozdział LII



Nadia
Z posterunku policji wyprowadzili nas tylnym wyjściem. Kaspian wyglądał tragicznie, więc nie było mowy o jakiejkolwiek ucieczce. Pospiesznie wrzucili nas do przyczepy wojskowego samochodu. Dokładnie zaryglowali drzwi.
-Zawieźcie ich do obozu.- nieznajomy żołnierz rozkazała kierowcy.
-Tak jest!- mężczyzna wszedł do samochodu i ruszyliśmy. W  wagonie panował półmrok. Od przewoźnika dzieliła nas cienka ścianka, przez którą słyszał każde nasz słowo. Ani mnie, ani Kaspiana już nie traktują jak potencjalne zagrożenie. Nawet nas nie związali.
-Julia.- podniósł głowę do góry.
-Kaspian jak się czujesz?- szepnęłam.
-Nawet.- uśmiechnął się blado. Wyciągnął przed siebie dłoń. Pokazał cztery palce. Zapaliła mi się lampka. Sposób przekazywania informacji. Przekaz mówił „czytaj co czwarte słowo”.
-Rozumiem.- odpowiedziałam.
-Opowiem ci historię, jak pies mojego kolegi uciekł z domu.- wyobrażałam siebie jak mundurowy w kabinie obok musiał wytężać słuch. Dobra, to mamy pytanie jak uciekniemy?
-Ciekawe, czy zwierze było w jakiś sposób ranne?- Jesteś ranny.
-Kolega kochał go i dbał o niego. Co, jeśli się razem z bratem bili go? Tego nie można tolerować!- I co z tego! Ta zabawa jest głupia i męcząca. Głowa mnie boli o tego całego wymyślania. Pokazałam mu na migi, że koniec z tym. Westchnął. Przyłożyłam palce do ust. Cichutko wstałam i podeszłam do ściany. Dołożyłam rękę do przeszkody. Wyczułam za nią człowieka. Mocno się skupiłam i zawładnęłam ciałem faceta. Na tyle ile to było możliwe, bezpiecznie zjechałam z drogi. Usłyszałam jakieś krzyki i pisk opon. Dalej sprawując kontrolę nad mężczyzną, delikatnie odsunęłam dłoń w tył.
-Co się dzieje?!- zawołał jego kolega.
-To.- odpowiedziałam i nagle pchnęłam nadgarstkiem w przód. Wojskowy uderzył głową o kierownice i stracił przytomność. Drugim wyszłam z ciężarówki i otworzyłam przyczepkę. Wzięłam Kaspian pod bok, i wyskoczyliśmy z wagoniku. Szybko oddaliliśmy się od ciężarówki. Posadziłam generała na śniegu, koło jakiegoś strumyczka.
-Cieszmy się, że jest tu las. Przynajmniej nas osłoni.- powiedział.
-Nie możemy zostać tu z długo. Wskakuj do potoku.- popatrzył na mnie jak na idiotkę.- Szybciej cię uzdrowię.- dodałam. Roztopiłam lód i brunet wszedł  do przerębli.
-Jak się nabawię zapalenia płuc…
-Nie nabawisz.- rozpoczęłam uzdrawianie. Zagoiłam rany, poskładałam kości i wyleczyłam lekkie wstrząśnienie mózgu. Pomogłam wyjść mu na brzeg.  Ruchem ręki wysuszyłam jego ubranie.
-Od razu lepiej się czuję.- tupnął w ziemię aby, użyć magii ziemi i upadł. Pieczęć na jego szyi rozbłysła i zaczął się trząść. Po chwili zwymiotował.
-Co to był?- zdziwił się.
-To pieczęć Krwawego Omenu.- oznajmiłam.
-Cudownie, czyli jestem bezbronny?
-Tak, ale bić się możesz.
-Przynajmniej tyle. Nadia uważaj!- obróciłam się. Stanęłam twarzą w twarz z żołnierzem. Poczułam ukłucie. Spojrzałam w dół. W moim boku tkwiła maczeta. Mężczyzna zagiął ostrze, a że nie mogłam go wyjąć. Rana zagoiła się na tyle ile mogła. Mężczyzna z łajdackim uśmiecham wyrwał go ze mnie przy okazji uszkadzając mi wnętrzności. Zemdlałam.
Kaja
Staliśmy w pomieszczeniu bez wyjścia. Do generała dołączyło paru osiłków. Aktywowałam paznokcie, Feliks sięgnął po pistolet, Eliza rozłożyła włócznie, a Naito przyjął pozycję obronną. Białowłosy mag stojący po prawej stronie dowodzącego, rozpylił w powietrzu dziwną substancję.
-Feliks kopuła!- nastolatek natychmiast osłonił nas przed wybuchem prochu strzelniczego. Gdy zagrożenie minęło, królowa wyskoczyła z dymu i rzuciła się na napastnika. On zamachnął się, ale ona prześlizgnęła się pod jego ręką, stanęła za jego palcami i przebiła go włócznią przybijając do sufitu. Złożyła ją i łotr opadł na posadzkę łamiąc sobie kości. Natychmiast zaatakowała kolejnego, ale ten był sprytniejszy. Najwyraźniej to medyk, ponieważ od razu złapał ją za chorą nogą i złamał. Zawyła z bólu i prawie przewróciła się, lecz Puszek złapał ją i odsunął na bok. Beth zmienił Płomień. On cechuje się walką z lekkiego dystansu. Dołączyłam do niego. Oboje walczyliśmy jak oszalali tłukąc kilku przeciwników na raz. Osłanialiśmy się nawzajem. Ja, nie wiem jak, doskonale posługiwałam się trzema żywiołami naraz. Nie zorientowałam się, kiedy z pomieszczenia uciekł Wayland. Wybiłam dziurę w ścianie.
-Naito! Bież Elizę i uciekaj!- nie musiałam dwa razy powtarzać. Po załatwieniu ostatniego wroga, dogoniliśmy przyjaciół. Siedzieli na jednym z mniejszych placyków na wyspie.
-Cholera! Ale mnie załatwił!- dziewczyna nie była w stanie ruszyć nogą.
-Musimy znaleźć lekarza na Thiefmore i to jak najszybciej.- zmiennooki czasem wpada na dobre pomysły. Blondynka przez dłuższy czas siedziała cicho.
-Zostawicie mnie samą i ruszajcie za nimi. Jeszcze damy radę ich obić.- oznajmiła.
-Chyba cię pogięło!- zawołałam.- Nie możemy cię zostawić!
-Obiecałam ojcu, że będę chronić mojego brata, więc bez dyskusji masz go uratować! To jest rozkaz!- wrzeszczała jak opętana.
-Zamknij się!- krzyknęłam.- Jesteśmy drużyną! Mogę ewentualnie rozważyć propozycję porzucenia ciebie! Rozumiesz?!- wrzasnęłam. Wokół nas utworzył się niezły wianuszek gapiów.
-Uspokójcie się!- Feliks przywołał nas do porządku.- Zachowujcie się jak zwierzęta! Mam to gdzieś co postanowicie, ale jedno jest pewne. We wszystkim co zamierzacie zrobić, Elizabeth jest bezużyteczna, więc może łaskawie się ogarnie, naprawi nogę i ruszymy dalej?!- pierwszy raz wróżbita miał pretensje nie tylko do mnie.
-Dobrze, gdzie ten lekarz?
Nadia
Ocknęłam się, gdy żołnierz wyrzucał mnie jak worek ziemniaków na peron. Potoczyłam się tuż pod jakiś budynek z cegły.
-Brama główna.- przeczytałam. Przekręciłam się na bok i ujrzałam lecącego w moim kierunku Kaspiana. Mężczyzna zakuł nas w kajdany i poprowadził korytarzem na dziedziniec. Po prawej, jak i po lewej, znajdowały się dwa bloki.
-Ty!- wskazał na mnie palcem.- Będziesz mieszkać tam. A ty- obrócił się do bruneta- tam!- wskazał dwa różne budynki i do tego po przeciwnych stronach.
-Ale…- dostałam w twarz.
-Julia!- zielonooki zapienił się- Ty…- pokopał go prąd. I to mocno.
-Chciałeś coś powiedzieć?- strażnik spytał.
-Kaspian, przestań!- on mnie nie słuchał.
-Tak! Że jesteś…- znowu go poraził. Tym razem mocnej.
-Coś jeszcze.
-Nie!- patrzyłam na niego błagalnie.
-Ch**!- Elektryczność  wstrząsnęła jego ciałem.
-Zostaw ich.- w naszym kierunku zmierzał wysoki, postawny mag. Mógł mieć koło dwudziestu lat. Jego włosy  były w kolorze hebanu, a pomarańczowe oczy gryzły się z zielonym mundurem. Na kilometr czuć, że tka ogień. Facet, który nas torturował, stanął na baczność.
-Dowódco!- zasalutował.
-Witaj. Kogo przywiozłeś?- z zaciekawieniem się nam przyglądał.
-Kaspian Mountrose i Julia Hunter, przywiezieni na rozkaz generała Waylanda jako więźniowie polityczni.- ten mag to idiota. Wkopał swojego szefa, ale nowoprzybyły wydawał się tego nie zauważyć.
-Dobrze się spisałeś możesz odjechać.- kierowca pożegnał się i poszedł. Dowódca wyjął z kieszeni telefon i wykręcił numer.
-Jack? Śledź tego gościa co odjechał. Prawdopodobnie Wayland żyje.- rozłączył się.
-Ach Kaspian, nawet sobie nie wyobrażasz w jakie gówno się wpakowałeś.- to kolejny z najlepszych przyjaciół brata Elizy?
-Zamknij się Aleksy. Z porucznika zostać zdegradowanym do roli strażnika w obozie koncentracyjnym, to dopiero porażka.
-Nie jako strażnik, ale dowódca bloku twojej adiutantki.- popatrzyłam na niego. Czyli moje życie będzie w jego rękach.
-Hej, nie patrz tak na mnie. Mimo wszystko nie jestem taki zły. Mountrose, słuchaj, ze względu na naszą starą przyjaźń mogę dopilnować, żeby twojej koleżance nie stała się wielka krzywda.
-Czego chcesz w zamian?- zareagował od razu.
-W zamian opowiesz mi o Alaricku, zgoda?- wyciągnął do niego dłoń.
-Nie ma sprawy. – dołączył do nas kolejny gościu. Nie wyglądał na tak ugodowego jak ten pierwszy. Na jego głowie nie uświadczycie ani jednego włosa. Na nosie miał okulary przeciwsłoneczne. Szeroki w barach i okropnie wysoki.
-Które z nich należy do mnie?- spytał oschle.
-Ten tu, Kas…
-Nie interesuje mnie jego imię.- złapał chłopaka za kołnierz i powlókł w kierunku baraku.
-Póki co nie możesz go zabić!- zawołał za osiłkiem. Zwrócił się do mnie. –Czas na nas.- zaprowadził mnie do małego ciasnego i zupełnie nie ogrzewanego domku. Oprócz mnie było w nim dziesięć osób. Ośmiu mężczyzn i dwie kobiety. Mieli na sobie koszule i długie spodnie. Niektórzy z nich chronili stopy przed zimnem za pomocą chodaków. Inni niestety trzymali nogi bezpośrednio na betonie. W pokoiku znajdował się tylko jedno, trzy piętrowe łóżko, całkowicie wykonane z metalu. Nic więcej.
-Od dzisiaj to twój nowy dom. – podszedł do posłania i ściągnął z niego strój więźnia. –Masz, przebierz się. –podał mi rzeczy.
-Nie chcę.- oznajmiłam. Uśmiechnął się.
-Albo zrobisz to po dobroci, albo zmuszę cie do tego siłą. – oznajmił. Ani drgnęłam. Westchnął. –Numer 345 i 346 złapcie ją i przytrzymajcie!- więźniowie wykonali rozkaz i dowódca zaczął zdzierać ze mnie ciuchy. Kazał mnie puścić, gdy zostałam w bieliźnie.
-To co na tobie zostało, możesz potraktować jako prezent.- rzucił we mnie więziennym uniformem i wyszedł. Założyłam go na siebie.
-Ale zimno.- oznajmiłam siadając w kącie, ale nikt mnie nie słuchał. Każdy szybko wstał. Z różnych zakamarków wyjęli koce i się nimi opatulili. Jeden z nastolatków podszedł do mnie i podał mi narzutkę. Odznaczał się granatowymi, krótko ściętymi włosami i turkusowymi oczami. Jako jedyny miał podkoszulek pod koszulą.
-Wiemy, że to karalne, ale inaczej nie przetrwamy zimy. Jestem Oskar, a to Migiel, Ernest, Tomasz, Grzegorz, Wojciech, Devil, Konstanty, Róża i Melisa. Wszyscy jesteśmy magami wody w specjalnym bloku hamującym nasze zdolności.- podał mi dłoń.
-Mam na imię Julia i cieszę się, że was poznałam.
-Żeby tu przetrwać musisz się wiele nauczyć. - oznajmił

Brak komentarzy: