Nadia
Z posterunku policji wyprowadzili nas tylnym wyjściem.
Kaspian wyglądał tragicznie, więc nie było mowy o jakiejkolwiek ucieczce.
Pospiesznie wrzucili nas do przyczepy wojskowego samochodu. Dokładnie
zaryglowali drzwi.
-Zawieźcie ich do obozu.- nieznajomy żołnierz rozkazała
kierowcy.
-Tak jest!- mężczyzna wszedł do samochodu i ruszyliśmy. W wagonie panował półmrok. Od przewoźnika
dzieliła nas cienka ścianka, przez którą słyszał każde nasz słowo. Ani mnie,
ani Kaspiana już nie traktują jak potencjalne zagrożenie. Nawet nas nie
związali.
-Julia.- podniósł głowę do góry.
-Kaspian jak się czujesz?- szepnęłam.
-Nawet.- uśmiechnął się blado. Wyciągnął przed siebie dłoń. Pokazał
cztery palce. Zapaliła mi się lampka. Sposób przekazywania informacji. Przekaz
mówił „czytaj co czwarte słowo”.
-Rozumiem.- odpowiedziałam.
-Opowiem ci historię, jak
pies mojego kolegi uciekł z domu.- wyobrażałam
siebie jak mundurowy w kabinie obok musiał wytężać słuch. Dobra, to mamy
pytanie jak uciekniemy?
-Ciekawe, czy zwierze
było w jakiś sposób ranne?- Jesteś
ranny.
-Kolega kochał go
i dbał o niego. Co, jeśli się razem z
bratem bili go? Tego nie można
tolerować!- I co z tego! Ta zabawa jest
głupia i męcząca. Głowa mnie boli o tego całego wymyślania. Pokazałam mu na
migi, że koniec z tym. Westchnął. Przyłożyłam palce do ust. Cichutko wstałam i
podeszłam do ściany. Dołożyłam rękę do przeszkody. Wyczułam za nią człowieka. Mocno
się skupiłam i zawładnęłam ciałem faceta. Na tyle ile to było możliwe,
bezpiecznie zjechałam z drogi. Usłyszałam jakieś krzyki i pisk opon. Dalej sprawując
kontrolę nad mężczyzną, delikatnie odsunęłam dłoń w tył.
-Co się dzieje?!- zawołał jego kolega.
-To.- odpowiedziałam i nagle pchnęłam nadgarstkiem w przód. Wojskowy
uderzył głową o kierownice i stracił przytomność. Drugim wyszłam z ciężarówki i
otworzyłam przyczepkę. Wzięłam Kaspian pod bok, i wyskoczyliśmy z wagoniku. Szybko
oddaliliśmy się od ciężarówki. Posadziłam generała na śniegu, koło jakiegoś
strumyczka.
-Cieszmy się, że jest tu las. Przynajmniej nas osłoni.-
powiedział.
-Nie możemy zostać tu z długo. Wskakuj do potoku.- popatrzył
na mnie jak na idiotkę.- Szybciej cię uzdrowię.- dodałam. Roztopiłam lód i
brunet wszedł do przerębli.
-Jak się nabawię zapalenia płuc…
-Nie nabawisz.- rozpoczęłam uzdrawianie. Zagoiłam rany,
poskładałam kości i wyleczyłam lekkie wstrząśnienie mózgu. Pomogłam wyjść mu na
brzeg. Ruchem ręki wysuszyłam jego
ubranie.
-Od razu lepiej się czuję.- tupnął w ziemię aby, użyć magii
ziemi i upadł. Pieczęć na jego szyi rozbłysła i zaczął się trząść. Po chwili
zwymiotował.
-Co to był?- zdziwił się.
-To pieczęć Krwawego Omenu.- oznajmiłam.
-Cudownie, czyli jestem bezbronny?
-Tak, ale bić się możesz.
-Przynajmniej tyle. Nadia uważaj!- obróciłam się. Stanęłam
twarzą w twarz z żołnierzem. Poczułam ukłucie. Spojrzałam w dół. W moim boku
tkwiła maczeta. Mężczyzna zagiął ostrze, a że nie mogłam go wyjąć. Rana zagoiła
się na tyle ile mogła. Mężczyzna z łajdackim uśmiecham wyrwał go ze mnie przy
okazji uszkadzając mi wnętrzności. Zemdlałam.
Kaja
Staliśmy w pomieszczeniu bez wyjścia. Do generała dołączyło
paru osiłków. Aktywowałam paznokcie, Feliks sięgnął po pistolet, Eliza
rozłożyła włócznie, a Naito przyjął pozycję obronną. Białowłosy mag stojący po
prawej stronie dowodzącego, rozpylił w powietrzu dziwną substancję.
-Feliks kopuła!- nastolatek
natychmiast osłonił nas przed wybuchem prochu strzelniczego. Gdy zagrożenie
minęło, królowa wyskoczyła z dymu i rzuciła się na napastnika. On zamachnął się,
ale ona prześlizgnęła się pod jego ręką, stanęła za jego palcami i przebiła go włócznią
przybijając do sufitu. Złożyła ją i łotr opadł na posadzkę łamiąc sobie kości. Natychmiast
zaatakowała kolejnego, ale ten był sprytniejszy. Najwyraźniej to medyk,
ponieważ od razu złapał ją za chorą nogą i złamał. Zawyła z bólu i prawie
przewróciła się, lecz Puszek złapał ją i odsunął na bok. Beth zmienił Płomień. On
cechuje się walką z lekkiego dystansu. Dołączyłam do niego. Oboje walczyliśmy
jak oszalali tłukąc kilku przeciwników na raz. Osłanialiśmy się nawzajem. Ja,
nie wiem jak, doskonale posługiwałam się trzema żywiołami naraz. Nie zorientowałam
się, kiedy z pomieszczenia uciekł Wayland. Wybiłam dziurę w ścianie.
-Naito! Bież Elizę i uciekaj!- nie
musiałam dwa razy powtarzać. Po załatwieniu ostatniego wroga, dogoniliśmy przyjaciół.
Siedzieli na jednym z mniejszych placyków na wyspie.
-Cholera! Ale mnie załatwił!- dziewczyna
nie była w stanie ruszyć nogą.
-Musimy znaleźć lekarza na Thiefmore
i to jak najszybciej.- zmiennooki czasem wpada na dobre pomysły. Blondynka
przez dłuższy czas siedziała cicho.
-Zostawicie mnie samą i ruszajcie
za nimi. Jeszcze damy radę ich obić.- oznajmiła.
-Chyba cię pogięło!- zawołałam.-
Nie możemy cię zostawić!
-Obiecałam ojcu, że będę chronić
mojego brata, więc bez dyskusji masz go uratować! To jest rozkaz!- wrzeszczała
jak opętana.
-Zamknij się!- krzyknęłam.- Jesteśmy
drużyną! Mogę ewentualnie rozważyć propozycję porzucenia ciebie! Rozumiesz?!-
wrzasnęłam. Wokół nas utworzył się niezły wianuszek gapiów.
-Uspokójcie się!- Feliks
przywołał nas do porządku.- Zachowujcie się jak zwierzęta! Mam to gdzieś co postanowicie,
ale jedno jest pewne. We wszystkim co zamierzacie zrobić, Elizabeth jest
bezużyteczna, więc może łaskawie się ogarnie, naprawi nogę i ruszymy dalej?!-
pierwszy raz wróżbita miał pretensje nie tylko do mnie.
-Dobrze, gdzie ten lekarz?
Nadia
Ocknęłam się, gdy żołnierz
wyrzucał mnie jak worek ziemniaków na peron. Potoczyłam się tuż pod jakiś budynek
z cegły.
-Brama główna.- przeczytałam. Przekręciłam
się na bok i ujrzałam lecącego w moim kierunku Kaspiana. Mężczyzna zakuł nas w
kajdany i poprowadził korytarzem na dziedziniec. Po prawej, jak i po lewej, znajdowały
się dwa bloki.
-Ty!- wskazał na mnie palcem.-
Będziesz mieszkać tam. A ty- obrócił się do bruneta- tam!- wskazał dwa różne
budynki i do tego po przeciwnych stronach.
-Ale…- dostałam w twarz.
-Julia!- zielonooki zapienił się-
Ty…- pokopał go prąd. I to mocno.
-Chciałeś coś powiedzieć?-
strażnik spytał.
-Kaspian, przestań!- on mnie nie
słuchał.
-Tak! Że jesteś…- znowu go
poraził. Tym razem mocnej.
-Coś jeszcze.
-Nie!- patrzyłam na niego błagalnie.
-Ch**!- Elektryczność wstrząsnęła jego ciałem.
-Zostaw ich.- w naszym kierunku
zmierzał wysoki, postawny mag. Mógł mieć koło dwudziestu lat. Jego włosy były w kolorze hebanu, a pomarańczowe oczy
gryzły się z zielonym mundurem. Na kilometr czuć, że tka ogień. Facet, który nas
torturował, stanął na baczność.
-Dowódco!- zasalutował.
-Witaj. Kogo przywiozłeś?- z
zaciekawieniem się nam przyglądał.
-Kaspian Mountrose i Julia Hunter,
przywiezieni na rozkaz generała Waylanda jako więźniowie polityczni.- ten mag
to idiota. Wkopał swojego szefa, ale nowoprzybyły wydawał się tego nie
zauważyć.
-Dobrze się spisałeś możesz odjechać.-
kierowca pożegnał się i poszedł. Dowódca wyjął z kieszeni telefon i wykręcił
numer.
-Jack? Śledź tego gościa co
odjechał. Prawdopodobnie Wayland żyje.- rozłączył się.
-Ach Kaspian, nawet sobie nie
wyobrażasz w jakie gówno się wpakowałeś.- to kolejny z najlepszych przyjaciół
brata Elizy?
-Zamknij się Aleksy. Z porucznika
zostać zdegradowanym do roli strażnika w obozie koncentracyjnym, to dopiero
porażka.
-Nie jako strażnik, ale dowódca
bloku twojej adiutantki.- popatrzyłam na niego. Czyli moje życie będzie w jego
rękach.
-Hej, nie patrz tak na mnie. Mimo
wszystko nie jestem taki zły. Mountrose, słuchaj, ze względu na naszą starą
przyjaźń mogę dopilnować, żeby twojej koleżance nie stała się wielka krzywda.
-Czego chcesz w zamian?- zareagował
od razu.
-W zamian opowiesz mi o Alaricku,
zgoda?- wyciągnął do niego dłoń.
-Nie ma sprawy. – dołączył do nas
kolejny gościu. Nie wyglądał na tak ugodowego jak ten pierwszy. Na jego głowie
nie uświadczycie ani jednego włosa. Na nosie miał okulary przeciwsłoneczne. Szeroki
w barach i okropnie wysoki.
-Które z nich należy do mnie?-
spytał oschle.
-Ten tu, Kas…
-Nie interesuje mnie jego imię.-
złapał chłopaka za kołnierz i powlókł w kierunku baraku.
-Póki co nie możesz go zabić!-
zawołał za osiłkiem. Zwrócił się do mnie. –Czas na nas.- zaprowadził mnie do
małego ciasnego i zupełnie nie ogrzewanego domku. Oprócz mnie było w nim
dziesięć osób. Ośmiu mężczyzn i dwie kobiety. Mieli na sobie koszule i długie
spodnie. Niektórzy z nich chronili stopy przed zimnem za pomocą chodaków. Inni niestety
trzymali nogi bezpośrednio na betonie. W pokoiku znajdował się tylko jedno,
trzy piętrowe łóżko, całkowicie wykonane z metalu. Nic więcej.
-Od dzisiaj to twój nowy dom. –
podszedł do posłania i ściągnął z niego strój więźnia. –Masz, przebierz się. –podał
mi rzeczy.
-Nie chcę.- oznajmiłam. Uśmiechnął
się.
-Albo zrobisz to po dobroci, albo
zmuszę cie do tego siłą. – oznajmił. Ani drgnęłam. Westchnął. –Numer 345 i 346
złapcie ją i przytrzymajcie!- więźniowie wykonali rozkaz i dowódca zaczął
zdzierać ze mnie ciuchy. Kazał mnie puścić, gdy zostałam w bieliźnie.
-To co na tobie zostało, możesz
potraktować jako prezent.- rzucił we mnie więziennym uniformem i wyszedł. Założyłam
go na siebie.
-Ale zimno.- oznajmiłam siadając
w kącie, ale nikt mnie nie słuchał. Każdy szybko wstał. Z różnych zakamarków
wyjęli koce i się nimi opatulili. Jeden z nastolatków podszedł do mnie i podał
mi narzutkę. Odznaczał się granatowymi, krótko ściętymi włosami i turkusowymi
oczami. Jako jedyny miał podkoszulek pod koszulą.
-Wiemy, że to karalne, ale
inaczej nie przetrwamy zimy. Jestem Oskar, a to Migiel, Ernest, Tomasz,
Grzegorz, Wojciech, Devil, Konstanty, Róża i Melisa. Wszyscy jesteśmy magami
wody w specjalnym bloku hamującym nasze zdolności.- podał mi dłoń.
-Mam na imię Julia i cieszę się,
że was poznałam.
-Żeby tu przetrwać musisz się wiele
nauczyć. - oznajmił
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz