Kaspian
Trafiłem do najgorszego pokoju jaki tylko mieli. Naprawdę.
Cały domek był drewniany. Nigdzie śladu ogrzewania, toalety i tym bardziej
bieżącej wody. Przywlókł mnie tutaj durnowaty osiłek, który jest równocześnie
strażnikiem naszego więzienia. Nasz blok znacznie różni się od innych.
Zacznijmy od tego, że jest nas w nim za dużo. W normalnych pokojach na przykład
u magów ognia jest koło dwudziestu osób
w jednym pomieszczeniu i to tego dwa trzy -piętowe łóżka. Za to my mieszkamy w
czterdziestoosobowej noże z trzema piętrowymi łóżkami. Siedzę w kącie i nie
zwracam na nikogo uwagi. Jakoś nie chcę się z nikim zaprzyjaźniać.
-Kogo my tu mamy! Czyżby to sam wielki generał Mountrose.- i
pozamiatane. Z tłumu wyszedł jakieś osiłek, złapał mnie za koszule i podciągnął
do góry uderzając mną z całej siły o ścianę pokoju.
-Puść mnie!- zawołałem ale on nic nie robił sobie z moich
krzyków.
-Widzicie ludzie! Nawet na tym podłym śmiecie jest jakaś
sprawiedliwość!- wrzasnął w kierunku tłumu. Wszyscy zaczęli klaskać. Zbliżył twarz
do mojej.- Nawet nie wiesz jak długo czekałem na ten moment…- zacisnąłem dłonie
na jego ręce, porządnie wykręciłem, on zgiął się w pół. Szybko wskoczyłem na
jego plecy nie puszczając jego kończyny. Położyłem stopę na jego głowie i
wcisnąłem w parkiet.
-Czy jeszcze ktoś chciałby wrazić jakiekolwiek poglądy na
mój temat!- warknąłem. Tłum zamilkł. Ludzie spuścili głowy. Puściłem frajera,
który mnie zaatakował i wróciłem do swojego kąta. Nie minęła minuta, gdy
podeszła do mnie jakaś dziewczyna. Miała czarne włosy i tak jak Kaja fiołkowe
oczy. Rzuciła mi kawałek chleba.
-Dlaczego mi to dajesz?- spytałem zdziwiony. Prychnęła.
-Nie moja wina, że już na wstępie masz plecy.- burknęła. Usłyszałam
jak burczy jej w brzuchu. Przełamałem bochenek na pół i podałem go nastolatce.
-Pewnie jesteś głodna.- oznajmiłem. Długo się wahała, zanim
przyjęła podarunek.
-Dzięki. – usiadła koło mnie.
-Jak masz na imię?- spytałem.
-Nie mam imienia. Tylko numerek. Tysiąc dziewięćset…
-Nie kończ.- skrzywiłem się.- Pytam o imię, a nie serię.
-Jane.- uśmiechnęła się.
-Kto kazał ci mi to dać?- drążyłem temat. Może jest
nadzieja, że ja i Nadia stąd uciekniemy.
-Tylko obiecaj, że mnie nie wkopiesz. Twój kolega zapewniał
mnie, że tego nie zrobisz, ale wolę mieć pewność.
-Przyrzekam no. Gadaj, kim on jest.?
-Mag powietrza. Jeden z uprzywilejowanych więźniów. Jest nim
Jonathan Omari.- myślałem, że zwrócę. Jonathan tu jest?!
Nadia
Nadszedł wieczór. Na zewnątrz była prawdziwa zamieć śnieżna.
To idealny moment na ucieczkę. Wszyscy pogrążyli się w śnie. Podeszłam do
Oskara, z którym zdążyłam się zaprzyjaźnić.
-Halo Oskar, obudź się.- szarpnęłam go za ramię. Obudził się
natychmiast. Najwyraźniej ma bardzo lekki sen.
-Co jest?- spytał przeciągając się.
-Dlaczego nie uciekniemy?- popatrzył na mnie jakby go
spytała, czy jest dziewczyną.
-Spadłaś z konia, czy co? Wiesz, że nie możemy używać magii,
to niby jak mamy to zrobić?
-Ale pieczęć działa tylko kilka dni…
-Tak masz rację, ale po tym czasie każdemu magowi zostaje
wstrzyknięty chip pod skórę, który hamuję nasze zdolność.
-Ja go jeszcze nie mam.- uśmiechnęłam się.
-Pieczęć jeszcze działa.- spojrzał na mnie kpiąco i obrócił
się na drugi bok.
-Ona nie ma na mnie wpływu.- szepnęłam mu do ucha. Poderwał
się z miejsca.
-To dlaczego nie uciekłaś!?- krzyknął.- Mogłaś to zrobić
tyle razy…
-Zamknij się bo obudzisz resztę. Złapano mnie i mojego
kolegę. Ja sama się uzdrowiłam, ale on był w bardzo złym stanie. Raz udało nam
się uciec, ale ponownie nas znaleźli i przewieźli tutaj.
-Teraz rozumiem.- pokiwał głową. Wstał z łóżka i podszedł go
maleńkiego okienka. –Dziś jest idealna noc do opuszczenia tego miejsca.
***
Razem z chłopakiem, opatuleni w koce, opuściliśmy nas domek,
czego nie wolno nam było robić pod żadnym pretekstem. Już za sam ten czyn grozi
nam kara śmierci. Obiegliśmy przedział do koła stając miedzy naszym blokiem, a
oddziałem magów powietrza.
- Teraz niezauważeni musimy przebiec do tamtego bloku.-
wskazał palcem na największą budowle.
-Tam jest Kaspian?
-Jeżeli naprawdę jest magiem ziemi to tam.- wychylił się zza
rogu.-Nikogo nie ma.
-Dobra, złap mnie za rękę.- poleciałam.
-Po co?- zdziwił się. Przewróciłam oczami.
-Przecież muszę użyć przyspieszania. Wtedy zwiększymy swoje
szanse na powodzenie misji.
-Masz rację.- podał mi dłoń i prześlizgnęliśmy się tuż pod
nogami dwóch strażników.
-Co to było?- zdziwił się jeden. Wstrzymałam oddech.
-Pewnie jakieś zwierzę. Ciężko coś zobaczyć przez tą
cholerną zamieć. Piź*** jak by ktoś jej zapłacił.- poszli dalej. Odetchnęłam.
-Mieliśmy fart.
-O tak. Chodźmy dalej.- tym razem on prowadził. Podbiegł do
jednego z okien i zapukał w nie trzy razy. Odczekał dłuższą chwilę i nic. –Cholera.
Czemu nie otwiera?
-Kto? Moja znajoma.- oznajmił. Zapukał jeszcze raz. Tym razem
ktoś otworzył okno, ale nie za bardzo przypominał dziewczynę.
-Kto tam?- szepnął.
-Oskar.- brunet bez zbędnych pytań wciągnął nas go środka. –Gdzie
Jane?- spytał.
-Zajmuję się jakimś nowym. Jak mu było? Kaspian?- ścięło
mnie. Złapałam go za ramię.
-Powiedziałeś Kaspian?- dopytywałam.
-Tak się chyba nazywa…- spojrzałam na maga wody. Uśmiechnął
się.
-Zabierz nas do niego.
***
Pokonywaliśmy korytarze z duszą na ramieniu. Z każdą chwilą
zza rogu mógł wyłonić się jakiś strażnik i byłoby po nas. Na szczęście żaden z
nich nie wpadł na pomysł, aby urządzić sobie nocny obchód.
-To tutaj.- mężczyzna otworzył drzwi. w pomieszczeniu
panował zaduch. Podskoczyłam. Coś prześlizgnęło mi się po nodze. Chyba szczur. Wzdrygnęłam
się. rozejrzałam się do koła. Gdzieś tu jest Kaspian. Chciałabym go zawołać,
ale mogę kogoś obudzić i plan ucieczki nie wypali.
-Jak wygląda twój przyjaciel?- spytał Oskar.
-Wysoki brunet o zielonych oczach, dobrze zbudowany.-
oznajmiałam.
-Tylko tyle?
-Jestem słaba w opisywaniu ludzi.- burknęłam, nie
przerywając poszukiwań Kaspiana. Nagle do pokoju wparował strażnik.
-Pobudka! Poranny obchód! Wstawać!- ludzie zaczęli się podnosić.
Zapanowało ogólne poruszenie. Ktoś zapalił latarkę. W tłumię więźniów
zobaczyłam Kaspiana. Zaczęłam się delikatnie przesuwać w jego kierunku. Gdy byłam
na tyle blisko, aby złapać go za rękę, zauważył mnie kat.
-Ty tam!- wskazał na mnie palcem. Generał dopiero teraz mnie
zauważył. Zrobił wielkie oczy na mój widok. Przyłożyłam palec do ust. Pokiwał głową.
–Nie słyszysz mnie!?- wrzasnął. Kobieta stojąca nieopodal mnie, zemdlała.
-Słucham?- odwróciłam się w jego kierunku.
-Nie wyglądasz mi na maga ziemi.- zaczął do mnie podchodzić.
–Podaj mi swój numer.
-Nie znam.
-Od kiedy tu jesteś?- był coraz bliżej.
-Nie wiem.- oddychałam ciężko. Choćby nie wiem co się stało,
nie może mnie kojarzyć z Kaspianem, bo wtedy i jego ukarzą.
-Dlaczego do nas trafiłaś?
-Nie wiem.- okropnie się zdenerwował. Złapał mnie za włosy i
pociągnął w dół zmuszając do uklęknięcia.
-W takim razie kim jesteś?
-Nie wiem.- powstrzymała się od płaczu. Nie mogę użyć mocy. Jest
tu za dużo świadków.
-To ja ci powiem.- odchylił kołnierz mojego uniformu. Przepisał
numer do telefonu i po krótkiej chwili wiedział kim jestem. Uśmiechnął się
cierpko.
-Julia Hunter. Niestety nie mogę cię zabić, więc co mam z
tobą zrobić?- wyciągnął pistolet. – Na pewno nie przyszłaś tutaj sama. Wskaż tego,
co cię tu przyprowadził, a obejdzie się bez kary.- przełknęłam ślinę. Wielu
żołnierz z wojsk Nathaniela stosuję tę metodę. Najpierw pyta z im jesteś, a ty
odruchowo patrzysz na tę osobę, a tamta dostaje kulkę w łeb. Zerknęłam więc na
jakiegoś kompletnie nieznajomego gości. Padł strzał. Mężczyzna osunął się martwy.
Nie chciało mi się płakać. Chyba ponownie wyzbywam się człowieczeństwa. Czuję się
dziwnie. Straciłam kontrolę nad ciałem. Momentalnie przejęłam pistolet
napastnika i strzeliłam mu w czoło. Kula przebiła jego czaszkę na wylot.
-Nawet nie miałeś mózgu, który spowolniłby kulę.- prychnęłam
i kopnęłam zwłoki na bok.
-Kaspian, Oskar ruszcie się.- na nic nie zważając, szłam
korytarzem. Za mną skradali się moi przyjaciele.
-Julia co ty robisz?!- kolega z domku usiłował do mnie
przemówić, ale ja nie miałam ochoty go słuchać. Wpadłam w trans zabijania. Zza rogu
wyłoniło się dwóch strażników. Dwa strzały później już ich nie było. Wypadliśmy
na zewnątrz. Śnieg ranił mi twarz. Szłam dalej nie zważając na to. W oddziale magów
ziemi w końcu rozbrzmiał alarm. Śmiałam się jak dziecko.
-Chodźcie tu i zabijcie mnie jeżeli potraficie!- zielonooki złapał
mnie za ramiona. Mocno potrząsnął.
-Co ty najlepszego wyprawiasz?! – wrzasnął. – Nie możesz dać
się zabić! Czy choć przez chwile pomyślałaś o mnie? Otrząśnij się i uciekajmy! Błagam!
Nadia!- dobrze, że Oskar nie usłyszał mojego prawdziwego imienia. Odepchnęłam bruneta.
-Nie!- zawołałam. Stworzyłam lodowe miecze i natarłam na nadchodzących
nieprzyjaciół. Cięłam, kułam i siekałam jak oszalałam. Napędzała mnie siła
śnieżycy oraz księżyc w pełni. Po stoczonej bitwie stałam w kręgu trupów. Śnieg
zmienił barwę na czerwoną. Otrząsnęłam się.
-To ja ich zabiłam?- spytałam niedowierzająco. Brat Elizy
kiwnął głową. Mag wody stał przerażony spoglądając na mnie. Byłam cała w
posoce.
-To nie ważne, musimy uciekać!- gdy tylko skoczył to zdanie,
dostał w udo usypiającą strzałką, tak samo jak ja i mój przewodnik. Wszystko się
rozmazało. Zasnęłam.
1 komentarz:
Jesteś genialna:)
Prześlij komentarz