Translate

sobota, 23 kwietnia 2016

Rozdział LIII


Kaspian
Trafiłem do najgorszego pokoju jaki tylko mieli. Naprawdę. Cały domek był drewniany. Nigdzie śladu ogrzewania, toalety i tym bardziej bieżącej wody. Przywlókł mnie tutaj durnowaty osiłek, który jest równocześnie strażnikiem naszego więzienia. Nasz blok znacznie różni się od innych. Zacznijmy od tego, że jest nas w nim za dużo. W normalnych pokojach na przykład u magów ognia jest  koło dwudziestu osób w jednym pomieszczeniu i to tego dwa trzy -piętowe łóżka. Za to my mieszkamy w czterdziestoosobowej noże z trzema piętrowymi łóżkami. Siedzę w kącie i nie zwracam na nikogo uwagi. Jakoś nie chcę się z nikim zaprzyjaźniać.
-Kogo my tu mamy! Czyżby to sam wielki generał Mountrose.- i pozamiatane. Z tłumu wyszedł jakieś osiłek, złapał mnie za koszule i podciągnął do góry uderzając mną z całej siły o ścianę pokoju.
-Puść mnie!- zawołałem ale on nic nie robił sobie z moich krzyków.
-Widzicie ludzie! Nawet na tym podłym śmiecie jest jakaś sprawiedliwość!- wrzasnął w kierunku tłumu. Wszyscy zaczęli klaskać. Zbliżył twarz do mojej.- Nawet nie wiesz jak długo czekałem na ten moment…- zacisnąłem dłonie na jego ręce, porządnie wykręciłem, on zgiął się w pół. Szybko wskoczyłem na jego plecy nie puszczając jego kończyny. Położyłem stopę na jego głowie i wcisnąłem w parkiet.
-Czy jeszcze ktoś chciałby wrazić jakiekolwiek poglądy na mój temat!- warknąłem. Tłum zamilkł. Ludzie spuścili głowy. Puściłem frajera, który mnie zaatakował i wróciłem do swojego kąta. Nie minęła minuta, gdy podeszła do mnie jakaś dziewczyna. Miała czarne włosy i tak jak Kaja fiołkowe oczy. Rzuciła mi kawałek chleba.
-Dlaczego mi to dajesz?- spytałem zdziwiony. Prychnęła.  
-Nie moja wina, że już na wstępie masz plecy.- burknęła. Usłyszałam jak burczy jej w brzuchu. Przełamałem bochenek na pół i podałem go nastolatce.
-Pewnie jesteś głodna.- oznajmiłem. Długo się wahała, zanim przyjęła podarunek.
-Dzięki. – usiadła koło mnie.
-Jak masz na imię?- spytałem.
-Nie mam imienia. Tylko numerek. Tysiąc dziewięćset…
-Nie kończ.- skrzywiłem się.- Pytam o imię, a nie serię.
-Jane.- uśmiechnęła się.
-Kto kazał ci mi to dać?- drążyłem temat. Może jest nadzieja, że ja i Nadia stąd uciekniemy.
-Tylko obiecaj, że mnie nie wkopiesz. Twój kolega zapewniał mnie, że tego nie zrobisz, ale wolę mieć pewność.
-Przyrzekam no. Gadaj, kim on jest.?
-Mag powietrza. Jeden z uprzywilejowanych więźniów. Jest nim Jonathan Omari.- myślałem, że zwrócę. Jonathan tu jest?!
Nadia
Nadszedł wieczór. Na zewnątrz była prawdziwa zamieć śnieżna. To idealny moment na ucieczkę. Wszyscy pogrążyli się w śnie. Podeszłam do Oskara, z którym zdążyłam się zaprzyjaźnić.
-Halo Oskar, obudź się.- szarpnęłam go za ramię. Obudził się natychmiast. Najwyraźniej ma bardzo lekki sen.
-Co jest?- spytał przeciągając się.
-Dlaczego nie uciekniemy?- popatrzył na mnie jakby go spytała, czy jest dziewczyną.
-Spadłaś z konia, czy co? Wiesz, że nie możemy używać magii, to niby jak mamy to zrobić?
-Ale pieczęć działa tylko kilka dni…
-Tak masz rację, ale po tym czasie każdemu magowi zostaje wstrzyknięty chip pod skórę, który hamuję nasze zdolność.
-Ja go jeszcze nie mam.- uśmiechnęłam się.
-Pieczęć jeszcze działa.- spojrzał na mnie kpiąco i obrócił się na drugi bok.
-Ona nie ma na mnie wpływu.- szepnęłam mu do ucha. Poderwał się z miejsca.
-To dlaczego nie uciekłaś!?- krzyknął.- Mogłaś to zrobić tyle razy…
-Zamknij się bo obudzisz resztę. Złapano mnie i mojego kolegę. Ja sama się uzdrowiłam, ale on był w bardzo złym stanie. Raz udało nam się uciec, ale ponownie nas znaleźli i przewieźli tutaj.
-Teraz rozumiem.- pokiwał głową. Wstał z łóżka i podszedł go maleńkiego okienka. –Dziś jest idealna noc do opuszczenia tego miejsca.
***
Razem z chłopakiem, opatuleni w koce, opuściliśmy nas domek, czego nie wolno nam było robić pod żadnym pretekstem. Już za sam ten czyn grozi nam kara śmierci. Obiegliśmy przedział do koła stając miedzy naszym blokiem, a oddziałem magów powietrza.
- Teraz niezauważeni musimy przebiec do tamtego bloku.- wskazał palcem na największą budowle.
-Tam jest Kaspian?
-Jeżeli naprawdę jest magiem ziemi to tam.- wychylił się zza rogu.-Nikogo nie ma.
-Dobra, złap mnie za rękę.- poleciałam.
-Po co?- zdziwił się. Przewróciłam oczami.
-Przecież muszę użyć przyspieszania. Wtedy zwiększymy swoje szanse na powodzenie misji.
-Masz rację.- podał mi dłoń i prześlizgnęliśmy się tuż pod nogami dwóch strażników.
-Co to było?- zdziwił się jeden. Wstrzymałam oddech.
-Pewnie jakieś zwierzę. Ciężko coś zobaczyć przez tą cholerną zamieć. Piź*** jak by ktoś jej zapłacił.- poszli dalej. Odetchnęłam.
-Mieliśmy fart.
-O tak. Chodźmy dalej.- tym razem on prowadził. Podbiegł do jednego z okien i zapukał w nie trzy razy. Odczekał dłuższą chwilę i nic. –Cholera. Czemu nie otwiera?
-Kto? Moja znajoma.- oznajmił. Zapukał jeszcze raz. Tym razem ktoś otworzył okno, ale nie za bardzo przypominał dziewczynę.
-Kto tam?- szepnął.
-Oskar.- brunet bez zbędnych pytań wciągnął nas go środka. –Gdzie Jane?- spytał.
-Zajmuję się jakimś nowym. Jak mu było? Kaspian?- ścięło mnie. Złapałam go za ramię.
-Powiedziałeś Kaspian?- dopytywałam.
-Tak się chyba nazywa…- spojrzałam na maga wody. Uśmiechnął się.
-Zabierz nas do niego.
***
Pokonywaliśmy korytarze z duszą na ramieniu. Z każdą chwilą zza rogu mógł wyłonić się jakiś strażnik i byłoby po nas. Na szczęście żaden z nich nie wpadł na pomysł, aby urządzić sobie nocny obchód.
-To tutaj.- mężczyzna otworzył drzwi. w pomieszczeniu panował zaduch. Podskoczyłam. Coś prześlizgnęło mi się po nodze. Chyba szczur. Wzdrygnęłam się. rozejrzałam się do koła. Gdzieś tu jest Kaspian. Chciałabym go zawołać, ale mogę kogoś obudzić i plan ucieczki nie wypali.
-Jak wygląda twój przyjaciel?- spytał Oskar.
-Wysoki brunet o zielonych oczach, dobrze zbudowany.- oznajmiałam.
-Tylko tyle?
-Jestem słaba w opisywaniu ludzi.- burknęłam, nie przerywając poszukiwań Kaspiana. Nagle do pokoju wparował strażnik.
-Pobudka! Poranny obchód! Wstawać!- ludzie zaczęli się podnosić. Zapanowało ogólne poruszenie. Ktoś zapalił latarkę. W tłumię więźniów zobaczyłam Kaspiana. Zaczęłam się delikatnie przesuwać w jego kierunku. Gdy byłam na tyle blisko, aby złapać go za rękę, zauważył mnie kat.
-Ty tam!- wskazał na mnie palcem. Generał dopiero teraz mnie zauważył. Zrobił wielkie oczy na mój widok. Przyłożyłam palec do ust. Pokiwał głową. –Nie słyszysz mnie!?- wrzasnął. Kobieta stojąca nieopodal mnie, zemdlała.
-Słucham?- odwróciłam się w jego kierunku.
-Nie wyglądasz mi na maga ziemi.- zaczął do mnie podchodzić. –Podaj mi swój numer.
-Nie znam.
-Od kiedy tu jesteś?- był coraz bliżej.
-Nie wiem.- oddychałam ciężko. Choćby nie wiem co się stało, nie może mnie kojarzyć z Kaspianem, bo wtedy i jego ukarzą.
-Dlaczego do nas trafiłaś?
-Nie wiem.- okropnie się zdenerwował. Złapał mnie za włosy i pociągnął w dół zmuszając do uklęknięcia.
-W takim razie kim jesteś?
-Nie wiem.- powstrzymała się od płaczu. Nie mogę użyć mocy. Jest tu za dużo świadków.
-To ja ci powiem.- odchylił kołnierz mojego uniformu. Przepisał numer do telefonu i po krótkiej chwili wiedział kim jestem. Uśmiechnął się cierpko.
-Julia Hunter. Niestety nie mogę cię zabić, więc co mam z tobą zrobić?- wyciągnął pistolet. – Na pewno nie przyszłaś tutaj sama. Wskaż tego, co cię tu przyprowadził, a obejdzie się bez kary.- przełknęłam ślinę. Wielu żołnierz z wojsk Nathaniela stosuję tę metodę. Najpierw pyta z im jesteś, a ty odruchowo patrzysz na tę osobę, a tamta dostaje kulkę w łeb. Zerknęłam więc na jakiegoś kompletnie nieznajomego gości. Padł strzał. Mężczyzna osunął się martwy. Nie chciało mi się płakać. Chyba ponownie wyzbywam się człowieczeństwa. Czuję się dziwnie. Straciłam kontrolę nad ciałem. Momentalnie przejęłam pistolet napastnika i strzeliłam mu w czoło. Kula przebiła jego czaszkę na wylot.
-Nawet nie miałeś mózgu, który spowolniłby kulę.- prychnęłam i kopnęłam zwłoki na bok.
-Kaspian, Oskar ruszcie się.- na nic nie zważając, szłam korytarzem. Za mną skradali się moi przyjaciele.
-Julia co ty robisz?!- kolega z domku usiłował do mnie przemówić, ale ja nie miałam ochoty go słuchać. Wpadłam w trans zabijania. Zza rogu wyłoniło się dwóch strażników. Dwa strzały później już ich nie było. Wypadliśmy na zewnątrz. Śnieg ranił mi twarz. Szłam dalej nie zważając na to. W oddziale magów ziemi w końcu rozbrzmiał alarm. Śmiałam się jak dziecko.
-Chodźcie tu i zabijcie mnie jeżeli potraficie!- zielonooki złapał mnie za ramiona. Mocno potrząsnął.
-Co ty najlepszego wyprawiasz?! – wrzasnął. – Nie możesz dać się zabić! Czy choć przez chwile pomyślałaś o mnie? Otrząśnij się i uciekajmy! Błagam! Nadia!- dobrze, że Oskar nie usłyszał mojego prawdziwego imienia. Odepchnęłam bruneta.
-Nie!- zawołałam. Stworzyłam lodowe miecze i natarłam na nadchodzących nieprzyjaciół. Cięłam, kułam i siekałam jak oszalałam. Napędzała mnie siła śnieżycy oraz księżyc w pełni. Po stoczonej bitwie stałam w kręgu trupów. Śnieg zmienił barwę na czerwoną. Otrząsnęłam się.
-To ja ich zabiłam?- spytałam niedowierzająco. Brat Elizy kiwnął głową. Mag wody stał przerażony spoglądając na mnie. Byłam cała w posoce.
-To nie ważne, musimy uciekać!- gdy tylko skoczył to zdanie, dostał w udo usypiającą strzałką, tak samo jak ja i mój przewodnik. Wszystko się rozmazało. Zasnęłam.

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

Jesteś genialna:)