Translate

sobota, 28 maja 2016

Rozdział LVII



Kaja(dzień wcześniej)
Obudziliśmy się dopiero po siedemnastej. Tylko Feliks był jakiś taki nie swój. Coś wyraźnie go gryzło. Po cichutku usiadłam koło niego na zwalonym pniu i nabiłam na patyk kawałek mięsa. Wyciągnęłam kij w kierunku ogniska.
-Cześć.-przywitałam się. Popatrzył na mnie zrezygnowany. Trąciłam go ramieniem. Spojrzał na mnie. -Proszę, uśmiechnij się.- przybliżyłam się do niego i uniosłam jego kąciki ust do góry. Nic nie powiedział tylko oparł głowę na moim ramieniu.- Feliks, co się dzieje?!- przestraszyłam się. Normalnie on się tak nie zachowuje.
-Miałem wizje.- wychrypiał. Dalej nie podniósł głowy.
-Czego dotyczyła?- położyłam rękę na jego czuprynie i ją zmierzwiłam.
-Widziałem Nadię i Kaspiana. Byli ubrani w więzienne uniformy. Stali na przeciwko siebie na placu apelacyjnym. Kaspian trzymał broń skierowaną wprost w Nadię. Widziałem, że coś do siebie mówią, ale nie słyszałem ich słów. Nagle generał strzelił i niebieskowłosa upadła na ziemię martwa. – zatkało mnie.
-Kiedy miałeś tę wizję?- spytałam spokojnie unosząc jego głowę. Popatrzył mi głęboko w oczy.
-Zobaczyłem to, gdy siedzieliśmy w poczekalni u tego lekarza od siedmiu boleści. Wcześniej nie miałem okazji nikomu tego powiedzieć.- położył się na moich kolanach i zasłonił dłonią oczy. Chciałam go zwalić, ale mnie powstrzymał.- Pozwól mi tak poleżeć przez parę minut.- zdecydowanie dziś nie jest sobą. Zaczęłam się bawić się bransoletkami na jego nadgarstku. Miał ich całkiem sporo, ale każda była inna i wyjątkowa.
-Dlaczego nosisz te bransoletki?- zagadałam. Po raz pierwszy odkąd tu siedzimy, uśmiechnął się.
-Mam je od moich podopiecznych. Twierdzą, że to amulety, które przynoszą mi szczęście. Szalone nie?- pogłaskał plecionki.
-Każda z nich została zrobiona przez jedno dziecko?- zaczęłam liczyć ozdoby. Jedna, druga…, piętnasta!- Ho, ho! Masz dużo dzieciaków do wykarmiania.- zaśmiałam się.
-Tak, ale mam bardzo dużo pieniędzy i nie mam, co z tym robić.- przyglądnęłam się mu uważniej. Nie należy do brzydkich facetów, a raczej do tych, na których dziewczyny dłużej zawieszają wzrok. Jego włosy ostatnio ściemniały. Teraz są wiśniowo – granatowe.
-Dobra, teraz podaj prawdziwy podwód, dla którego się nimi zajmujesz.- natychmiast posmutniał.
-Chyba nie chciałabyś znać tamtego mnie.- oznajmił i przekręcił się na bok. Zatchnęłam go z kolan. Runął na ziemię jak długi. Popatrzyliśmy na siebie. Wybuchliśmy śmiechem. Usiadł koło mnie.
-Po co ci wiedzieć, kim byłem zanim się poznaliśmy?- nie spodziewałam się takiego pytania. Nie wiedziałam jak odpowiedzieć. Zastanowiłam się dłuższą chwilę.
-Bo tak będzie łatwiej mi ciebie zrozumieć i się zaprzyjaźnić. Nie sądzisz?- trąciłam go.-Słyszałam od Nadii, że też zabijałeś, ale nie złych ludzi, tylko zwykłych obywateli, którzy byle czym cię wkurzyli.- powiedziałam. Nic nie powiedział. –Gdyby cie wtedy poznała, już dawno byłabym martwa.- roześmiałam się. Westchnął.
-To był czas, kiedy straciłem wszystko co kochałem, przebudziły się moje nowe moce i nie wiedziałem co mam ze sobą począć. Miałem ochotę wszystkich i wszytko zabić. I tak też robiłem. Zabijałem ludzi, którzy jak to ujęłaś „ zaleźli mi za skórę”, ale były momenty, w których odzyskiwałem przebłyski świadomości i zabierałem osierocone dzieciaki, aby stworzyć im nowy dom. Byłem takim samym potworem, ci ludzie, których zabijasz, więc gdybyśmy się wtedy poznali, bylibyśmy wrogami, a teraz jesteśmy czymś pomiędzy.- uśmiechnął się. Jego oczy przybrały niebieski kolor.
-Co oznaczają twoje niebieskie oczy?- tak wiem, że to pytanie to jakaś gramatyczna porażka, ale nie wiedziałam jak inaczej zapytać. Zaczął się bardzo głośno śmiać.
-Chciałaś zapytać, jakie emocje wyrażają?- zapytał przez łzy. Obrażona pokiwałam głową.
-Spokój i zaufanie.- wstał i pocałował mnie w czoło.
-Do jutra, idę spać.- zerwał się mocy wicher, ale nie zwróciliśmy na niego większej uwagi.
-Przecież cały dzień spaliśmy.- zdziwiłam się.
-Może ty, ale a nie mogłem zasnąć. Dzięki rozmowie z tobą może mi się udać.- wszedł do campera. W drzwiach minął się z Elizabeth.
-Jak twoja noga?- spytał.
-Dziękuje, dobrze. Już mogę biegać.- uśmiechnęła się.
-Nie szalej za bardzo.- oznajmił i schował się w przyczepie.
-Co dziś z nim nie tak?- spytała siadając koło mnie. Opowiedziałam jej całą wizję. Pokiwała głową.
-Rozumiem, ale wizje są długo terminowe, wiec miejmy nadzieję, że ta jeszcze się nie sprawdziła.- blondynka również nabiła mięso na kij. Moje było już gotowe, dlatego zaczęłam je polowi przeżuwać. Wiatr z każdą sekundą stawał się silniejszy.
-Jak poznałaś Feliksa?- spytała zaciekawiona. Popatrzyła na mnie uważnie.
-Chcesz wersję dla rodziców czy przyjaciół?
-Tą prawdziwą.
-Kiedyś próbował mnie zabić.- oznajmiła ze spokojem. Zakrztusiłam się.
-Co zrobiłaś w tej sytuacji?- zaciekawiła mnie ta historia.
-Po dłuższej walce stwierdziłam, że jest dobry i zaproponowałam mu pracę. Nastąpiła bardzo długa wymiana zdań, poglądów, aż się zgodził. Pomogłam dojść mu do siebie.
-Jak?- spytałam.
-Tak samo jak Kaspianowi i Nadii.- udawała wielce zainteresowaną swoim kawałkiem mięsa.
-Czyli?- nalegałam.
-Nie powiem ci nawet jakbyś…- podmuch wiatru prawie wywrócił samochód, w którym spali chłopaki, ale Eliza złapała go za pomocą magii powietrza.
-Dobry refleks.- pochwaliłam ją.
-Dzięki. Jak widać lepszy niż twój, Czarny Kruku.- odgryzła się. Nagle zerwała się zawierucha.
-Co to było?!- musiałam krzyczeć, aby czerwonooka usłyszała moje słowa.
-Tornado!- wrzasnęła. –Biegnij do samochodu! Natychmiast!- podmuchem powietrza odrzuciła na bok zwalające się drzewo.-Ale wcześniej utwórz wał z ziemi wokół auta, żebyś nie odlecieli!- szybko wykonałam jej polecenie. Kamienne ściany otoczyły pojazd i zapanował spokój. Weszłyśmy do środka. Nasze rzeczy walały się po podłodze, garnki wypadły z szafek, niektóre meble legły na podłogę, a gacie Naito zawisły na lampie. Mimo to nasi koledzy spali w najlepsze. Tylko Puszek siedział skulony pod stołem.
-Feliks, Naito! Wstawajcie huragan nadciąga!- krzyknęłam. Nic spali dalej. Eliza zamiast pomóc mi ich obudzić, szperała w szafkach w poszukiwaniu… no właśnie, czego? W końcu, z pod materaca, wyjęła obszerną książkę.
-Co to?- spytałam zabierając jej książkę. Podeszła do białowłosego i kopnęła go. Wstał natychmiast.
-Nie mogłabyś choć raz obudzić mnie buziakiem, albo czymś podobnym?- przeciągnął się. Zerknął na tom w moich rękach.
-Po co wam ta książka. Wiecie, że jest moja?- usiadł przy stole.
-Nie wiedziałem, że umiesz czytać.- Płomień również się przebudził. Trener w odpowiedzi prychnął. Beth skarciła go wzrokiem i zamilkł. Nastolatka zabrała głos.
-Niestety brakło nam czasu na ratunek naszych przyjaciół i jesteśmy zmuszeni zrobić to dopiero po odzyskaniu księgi, która znajduję się w tym tornadzie. Problem polega na tym, że nie jest ono zwykłe. Nie da się go zniszczyć za pomocą magii, przynajmniej na naszym poziomie. Na dodatek jest dziesięć razy groźniejsze, ponieważ obraca się w drugą stronę, czyli wyrzuca z siebie rozpędzone powietrze, niszczący tym samym wszystko w odległości pięciu kilometrów od oka cyklonu. Ulegnie zniszczeniu, kiedy Kaja wyjmie z niego księgę.
-Sprzeciw! Nie mam magii powietrza.- Przeraziłam się.-Nawet się do niego nie zbliżę.
-Dlatego ja polecę z tobą i wrzucę cie do jego oka. Resztą będziesz musiała zając się sama. To sprawdzian od żywiołu.
-Przecież to samobójstwo!- wrzask Feliksa nie wywołał na niej żadnego wrażenia.
-Wiedziała, na co się pisze.
-Dosyć nie fair. Nie uważasz?
-Życie jest nie fair.- zwróciła się do mnie.- Zbieraj się, musisz to zrobić, czy ci się podoba czy nie.- oznajmiła. Jej spojrzenie było nie do złamania. Uderzyłam pięścią w stół. Po chwili się uspokoiłam
-Wiesz chociaż, jak wygląda środek. Co tam będzie? Gdzie mam szukać tej zasranej księgi? Wiesz?! Odpowiedz mi!- milczała.- Nie ma sprawy, zrobię to.- zirytowana ubrałam ciepły sweter, spodnie, wysokie, wiązane buty oraz kurtkę. Pod ubrania wsunęłam medalion, włosy związałam w warkocz i spięłam go czerwoną wstążką z dzwoneczkiem na końcu. Nauszniki skutecznie tłumiły nawoływania przyjaciół. Oburzona wyskoczyłam z samochodu.
-Zaczekaj!- Feliks złapał mnie za rękę i zaprowadził z powrotem do pojazdu.- Eliza chciała ci cos powiedzieć.- mruknął.
-Przepraszam, powinna być milsza, zdaję sobie sprawę, że skok w serce huraganu to coś nie wyobrażalnego.- spojrzała na Płomienia. – Zadowolony?!- warknęła.
-I to bardzo.- wkurzony, usiadł na krześle. Zdjęłam kurtkę i nauszniki.
-Jak wyobrażasz sobie moją podróż do oka cyklonu?- westchnęłam.
-Przewiąże cię liną w pasie, drugi koniec przywiąże do siebie. Następnie delikatnie opuszczę cię do środka. Reszta należy do ciebie.
-Jak będziemy się kontaktować?- spytałam.
-Po co?
-Skąd będziesz wiedzieć, kiedy wciągnąć mnie na górę, albo chodźmy czy dalej żyję?- powoli zaczynałam się trząść ze złości.
-Feliks zrobi komunikatory.- oznajmiła.
-Warto wiedzieć.- chłopak gwałtownie wstał przewracając przy tym krzesło, które z hukiem upadło na posadzkę.
-Plan genialny, ale jak masz zamiar tam podlecieć?- dziewczyna wyjęła zwój, ugryzła się w palce i maźnęła do krwią. Jeden magiczny błysk i na stole pojawiła się lotnia.
-Będziemy lecieć ty?- zdziwiłam się.- Przecież jest jedno osobowa.
-Przyczepisz się do mojego brzucha.- zaśmiała się.-Damy siebie radę.
-W to nie wątpię.- wróżbita rzucił nam zrobione na prędce komunikatory.
-Czas zacząć zabawę.- oznajmiłam, wychodząc z campera.
***
Udaliśmy się nad morze. Królowa kazała mi się do siebie przytulić i wystartowałyśmy. Na początku miała wielkie trudności z złapaniem równowagi i właściwego prądu. Z resztą nie dziwie się jej. Wiało niemiłosiernie, na dodatek śnieg wzbijał się w powietrze i z nim mieszał, bijąc przy tym po całej twarzy. Myślałam, że nos mi odpadnie. W końcu podleciałyśmy wystarczająco blisko. Eliza rozpoczęła mozolne spuszczanie mnie do wnętrza trąby powietrznej. Życzcie mi powodzenia.
Feliks
Zostaliśmy sami. Ja, Naito i Puszek. Nie wiedziałem co z sobą począć, więc zacząłem chodzić tam i z powrotem po plaży.
-Spokojnie, na pewno wrócą całe i zdrowe.- Naito uśmiechnął się.
-Oby.- kopnąłem kamień.
-Ale chyba nie tylko to zaprząta ci myśli.- zagadał. Miał rację. Nie tylko tą misją się przejmuję. Cholernie boję się o Nadię i Kaspian. Co z nimi będzie i czy nadal jeszcze żyją. Zamiast ich ratować, to uganiamy się za jakimś głupim tornadem.
-Ostatnio miałem wizję, w której Kaspian zastrzelił Nadię.- odpowiedziałem bez obwijania w bawełnę. Gwizdnął.
-Widzę, że masz przestarzałe informacje mój przyjacielu.- powiedział, puszczając kaczkę na wzburzonym morzu.
-O co ci chodzi?- zbliżyłem się do niego zaciekawiony.
-Przecież wiesz, że ja też mam wizję, więc czemu patrzysz się na mnie z takim głupkowatym wyrazem twarzy?!- wykrzyknął.
-Jaką wizję miałeś.
-Taką samą jak ty.- odparł. Przyłamałem się.
-Czyli nie dowiem się niczego nowego.- przeczesałem ręką włosy.
-Widziałem to samo co ty, ale w rozszerzonej wersji.- zaśmiał się.
-I co?- dopytywałem. Chłopak westchnął.
-Nadia jednak żyje, ponieważ skorzystała z pomocy starego znajomego.
-Kogo?
-Jonathana Omari.


sobota, 14 maja 2016

Rozdział LVI

Nadia
Czułam się fatalnie. Nie jestem w stanie oddać słowami bólu, jakiego doświadczyłam przez ostatnią noc. Co chwilę mdlałam, ale natychmiast budziłam się, ponieważ szorowałam ciałem po nagich ścianach. Rany momentalnie się goiły. I tak cały czas. Cały czas. Na dodatek przez okienko do celi dostawał się śnieg. Zaczęłam brzydko kaszleć. Było mi okropnie zimno w nogi. Na dodatek było za zimno, aby śnieg topniał. Dostałam gorączki.
Kaspian
Kara Nadii skończyła się już wczoraj. Jak inni magowie wody pracuje ona w szpitalu. Chociaż zabronili nam ze sobą rozmawiać, to przynajmniej mogę na nią patrzeć i wiem, ze jak na razie nie dzieje jej się krzywda. Pracownicy palcówki nasmarowali mnie jakąś maścią, po której czuję się znacznie lepiej. Nadia się zbliża, ale nie może tego robić. Idzie w moją stronę pchając wózek z lekami. „Przez przypadek” upuściła tackę z zużytymi wacikami. Zwinięta w kuleczkę karteczka poturlała się i zatrzymała się tuż koło mojego łóżka. Gdy upewniłem się, że nikt nie zwraca na mnie większej uwagi, podniosłem gryps. Zacząłem czytać.
„Wiem jak możemy się stąd wydostać, ale ten plan może ci się nie spodobać. W celi odwiedził mnie Jonathan i zaproponował pomoc. Na dodatek…
-Hej, wyrzutku co tam masz?- zaciekawiony strażnik sunął w moim kierunku. Zobaczyłem przerażoną minę Nadii i bez wahania połknąłem karteczkę. –Kuź**! Ty zeżarłeś robala!?- jak się cieszę, że ten krety nic nie podejrzewa.
-Jak należycie nas nie karmicie to co mam jeść? Lepszy robal niż własne gówno. Prawda?- uśmiechnąłem się. Facet spojrzał na mnie z obrzydzeniem i odszedł. Niebieskowłosa przysłuchiwała się rozmowie z bijącym sercem, kiedy strażnik odszedł, zeszło z niej całe powietrze. Uśmiechnęła się słabo i wróciła do swoich obowiązków. Nadal rozglądała się nerwowo. Było po niej widać, ze ma zamiar coś wykombinować.
Nadia
Nie mam pojęcia, jaką część wiadomości zdążył przeczytać, ale mam nadzieję, że jak najwięcej. Wygląda jak kupka nieszczęścia. Nawet przez współpracowników nie mogę się z nim porozumieć. Jeżeli strażnik widzi jak z kimś rozmawiam, to nie pozwala się takiej osobie przez cały dzień opiekować się Kaspianem. Muszę zdobyć pankuronium. Jest to środek, który zatrzymuje funkcje życiowe człowieka. Jest tu tego od groma. Często zabijają tym ludzi, dodając roztwór do kroplówek. Ja potrzebuję go dla siebie. Jestem zmuszona wstrzyknąć go sobie w odpowiedniej chwili, aby się stąd wydostać. Tak wiem, to brzmi jak samobójstwo, ale tak nie jest. Jak wiecie regeneruję się samoistnie, więc powstające w moim ciele przeciwciała zabiją specyfik. Rozejrzałam się. Nikt oprócz kumpla mnie nie obserwuje. Podeszłam do stojącej nieopodal półeczki i wyjęłam z niej jedną fiolkę leku. Motalnie schowałam ją do wcześniej upiętego koka, aby przy przeszukiwaniu, czy nic nie zabraliśmy, nie znaleziono go. Cała w nerwach udałam się na obchód sąsiedniego pomieszczenia.
Kaspian
-Kaspian, wychodzisz! – jeden ze strażników przekazał mi radosną nowinę.
-No nareszcie! Już myślałem, że tu umrę.
-Jak byś to zrobił, to byś nam oszczędził kłopotów.- złapał mnie za koszulkę i szarpnął do góry. Popatrzył na mnie z pogardą i wyrzucił przez drzwi, wprost w specjalnie przygotowaną zaspę śniegu. ***
Wróciłem do swojego baraku. Ktoś ukradł mi buty, więc musiałem przejść tę calusieńką drogę na piechotę. Weszłam do salki. Nikogo nie zastałem. Nawet nie wiedziałem jaki przydział ma mój domek. Usiadłem na łóżku. Chwila ulgi. Rozmasowałem zamarznięte stopy. Znowu wrednie kaszlę. Chyba szykuje się zapalenie płuc. Nagle drzwi do pokoju otwarły się z hukiem i do środka weszła Jane.
-Jane!- krzyknąłem uśmiechnięty. Dziewczyna zdziwiła się.
-Po pierwsze dlaczego nadal żyjesz? Po drugie dlaczego cię wypuścili?
-Czemu zadajesz takie głupie pytania. Chyba logiczne, że w szpatu pomagają pacjentom, a potem ich wypuszczają. Nic w tym dziwnego. Naprawdę.- zaśmiałem się. Nastolatka rzuciła mi spojrzenie pełne niedowierzania.
-Czyli nie dosyć, że ci pomogli to jeszcze wypuścili. Coś tu jest nie tak.- zmarszczyła brwi
-Niby co?- dziewczyna usiadła obok mnie. Przeniosła na mnie swój chłodny wzrok i oznajmiła
-Dotąd żaden pacjent nie wyszedł stamtąd żywy. Ty jesteś pierwszy.- zrobiło mi się gorąco. Czyli to podstęp.
-Czyli chcą mnie zabić w jakiś inny sposób?- spytałem głośno przełykając ślinę.
-Tak, i mają zamiar zrobić to w spektakularny sposób.- zmartwiła się.
-Tak, żeby nikt długo tego nie zapomniał.- kontynuowałem.
-I więcej nie próbował uciec.- dodała zakrywając dłońmi twarz. Zacząłem intensywnie myśleć. Wbrew pozorom nie jestem głupi. Olśniło mnie.
-Słuchaj moja przyjaciółka wie o wszystkim!- zawołałem podniecony.
-Jak to?- Jane otworzyła szeroko oczy ze udziwnienia.
-Ona jest tkaczem!
-Takim najprawdziwszym?! Takim co potrafi wskrzeszać zmarłych, zmieniać rzeczywistość, zaginać czasoprzestrzeń! I wiele więcej.
-Tak. Mam też przyjaciela, który jest wróżbitą i przekazuję jej wszystkie niezbędne informacje do tego żeby mogła tkać.- wytłumaczyłem.
-Gdzie on jest?- spytała.
-Nie tutaj. Przekazał jej wizję na odległość, a ona postępuję według wskazówek umieszczonych na wybranej drodze.
-Czekaj, bo się gubię. Jak to wszystko wygląda?
-Jest sobie tkacz. On dostaje przepowiednie wydarzeń jakie mają nadejść. Aby temu zapowiedz zostaje tak jakby zawieszony między światami i staje pod ogromnym drzewem, z którego zrywa liść. Następnie ukazują się przed nim różne drogi z rozwiązaniami danej sytuacji. Każda jest inna. Mogą być dwie, a czasem bywa, że pojawia się ich nawet dziesięć.
-Jak znajdują właściwą?
-Tego to ja nie wiem, ale to chyba jakiś zmysł. Więc wybiera drogę, widzi rozwiązanie i wykorzystuje go prawdziwym życiu. Tak musiało się stać i teraz. Wszystko mi wyjaśniła w liściku…- dziewczyna poderwała się z miejsca.
-To wspaniale!
-Ale ja go zjadłem. Bo szedł strażnik, a ja nie chciałem, żebyśmy zostali ukarani i szybko go zjadłem, a on zapytał co tam masz, a ja na to, że robaka i muszę coś jeść jak nas nie karmią i sobie poszedł, a ja dalej nie wiem co chciała mi przekazać, wiec muszę ją odnaleźć, ale nie wolną mi z nią rozmawiać i jak mnie na tym złapią to znów mnie publicznie wychłostają, a Nadię zamkną w tej klatce na czterdzieści osiem godzin. Nie chcę tego!- wyrecytowałem. Schowałem głowę w kolanach. Jasna cholera! Powiedziałem Nadia, ale chyba się nie zorientowała.
-W takim razie ja z nią pogadam.- poklepała mnie po plecach. Ulżyło mi.
-Dziękuję. Jaki przydział ma nasz barak?- spytałem niechętnie.
-W kamieniołomach.- odpowiedziała wstając.
-Jak to? Przecież nie mamy mocy.
-No właśnie. To dlatego. Chcą nas upodlić do reszty. To tak samo jak magowie wody pracujący przy umierających ludziach, którym w normalnych okolicznościach mogliby bez trudu pomóc. Albo magowie powietrza pracujący przy paleniu zwłok. Mimo braku mocy, nadal mają świetny węch.
-A co z magami ognia?
-Ktoś musi podgrzewać wodę, produkować prąd i świadczyć inne usługi, aby naszym kochanym strażnikom żyło się jak najlepiej.- odpowiedziała ze złością. –Musimy już iść. Za długo mnie nie ma, nie mówiąc o tobie.- razem opuściliśmy domek.
***
Praca w kamieniołomach to okropna sprawa, a wielkie płaty śniegu sypiące się z nieba nie polepszały naszej sytuacji. Po kilku godzinach harówy, nasza zmiana dobiegła końca. Z radością rzuciłem łopatę i skierowałem się do domku. Niespodziewanie przez megafon nadano komunikat
-Wszyscy więźniowie proszeni są na plac apelacyjny, powtarzam wszyscy więźniowie proszeni są na plac apelacyjny.- o nie! Znów publiczna egzekucja. Mam nadzieję, że Nadia nie jest w nią zamieszana. Pobiegłem na plac ile sił w nogach. Po dłuższej chwili przedzierałem się przez tłum gapiów, aż nalazłem się na samym przedzie. Wianuszek ludzi utworzył się wokół jednego z generałów. Nie miałem z nim przyjemności, ale sądząc po kolarze włosów, jest magiem wody.
-Dziś miał miejsce akt spisku. Doszły nas słuchy, że w śród magów ziemi ma dość do rebelii, więc postanowiliśmy temu zapowiedz. Na komendę, magowie ziemi wystąp!- moi nowi znajomi wystąpili na środek odśnieżonego asfaltu.- W rzędzie ustaw się!- zakrzyknął. Zaraz nastąpi dziesiątkowanie. Specjalnie ustawiłem się jako dwunasty. –Do dwunastu odlicz!- jak to! Zawsze jest do dziesięciu. Chciałem zamienić się z jakimś facetem koło mnie, ale jeden z pilnujących żołnierzy przyłożył mi karabin do głowy.
-Jeszcze jeden krok, a sanitariusze będą zeskrobywać twój mózg z asfaltu.- syknął. Wróciłem na miejsce. Domyśliłem się, że ta liczba nie została wybrana przypadkowo, a żadnej wieść o rebelii nigdy nie było. To zamach na mnie! Dostrzegłem w tłumie Nadię. Uśmiechnęła się. Jej spojrzenie zdawało się mówić „wszystko będzie dobrze”. Tak, to musi być jej plan. Gdy tylko mnie zastrzelą, ona wykradnie moje ciało i ożywi mnie i razem uciekniemy. Tak, to na pewno to napisała mi w grypsie. Kolejka dochodzi do mnie.
-Dwanaście.- odpowiedziałem. Gdy śmiertelna wyliczanka dobiegła końca, rozkazano nam ustawić się wzdłuż muru, przodem do zabójcy. Był nim nie kto inny jak ten wygolony do połowy, mag wody. Złapał za pistolet i wygłosił mogę.
-Czy jest tu ktoś, kto chciałby zamienić się miejscem z którymś z tych więźniów.- odczekał sekundę. –Nie, to doskonale.- nagle z tłumu wystąpiła Nadia. Moja Nadia.
-Ja chcę.- oznajmiła ze stoickim spokojem. Mężczyzna uśmiechnął.
-Trochę żal będzie mi ciebie zabijać śliczna. Kogo chcesz ocali?- spytał uprzejmie. Podniosła rękę.
-Z nim.- powiedziała. Palcem wskazywał mnie. Byłem w szoku. Co ona robi?! Przecież bez niej sobie nie poradzę! Ona nie może za mnie umrzeć! Jak ja będę dalej żyć bez niej?!
-Nie możesz tego zrobić!- wrzeszczałem jak opętany.-Nie możecie jej zabić! Błagam! Nie mogę się z nią zamienić!
-Zamknij się!- krzyknęła.-Nie robię tego dla ciebie, tylko dla siebie. Mam już dość tego wariatkowa i już od dawna czekam na idealną okazję do odebrania sobie życia w jakiś celu. A teraz mam ku temu sposobność.- popatrzyła na mnie oczami bez wyrazu. Ona mówi na poważnie! Cały mój świat ma zamiar umrzeć!
-Nie pozwolę ci na to!- krzyknąłem. Rzuciłem się w kierunku dziewczyny, ale wojskowi obezwładnili mnie. Niebieskooka zajęła moje miejsce. Rozpoczęła się egzekucja. Krzyczałem i to bardzo głośno. W końcu doszli do Nadii. Generał westchnął.
-Nie mam serca tego zrobić.- oznajmił. Moje serce przepełniła radość. Nigdy w życiu nie poczułem się tak wspaniale jak w tej chwili. – Chłopaki, puśćcie go. Mam dla naszego kolegi zadanie specjalne.- podbiegłem do niego.
-Co mam zrobić?- spytałem. On podał mi pistolet. Wziąłem do ręki doskonale znane mi urządzenie. Zbladłem. Domyślałem się, co mam w tym momencie zrobić, ale wolałem się upewnić. –Dlaczego mi to dałeś?- wychrypiałem.
-Naprawdę się nie domyślasz? Ty wieli Kaspian Mountrose, nie wie do czego służy pistolet?- zaśmiał się.
-Rzeczywiście już wiem.- momentalnie skierowałem spluwę w jego stronę i zacząłem strzelać. Zanim zdążył przejąć nade mną kontrolę, zraniłem go w rękę oraz nogę.
-Ja pier****!- zawył z bólu.- To ją miałeś zabić, a nie mnie!- dokładnie tych słów się spodziewałem, ale jakoś nie mogłem w nie uwierzyć.
-Nie zrobię tego!- krzyczałem przez napływające mi do oczy łzy.
-Zrobisz, a ja z wielką radością ci w tym pomogę.- moje ręce samoistnie uniosły się do góry, a lufa skierowała w stronę Nadii. Usiłowałem walczyć z tym potworem, ale nie byłem w stanie wyrwać się z jego uścisku.
-Jakieś ostatnie słowa?- spytał.
-Wiem, że zdajesz sobie z tego sprawę, ale ja cię kocham!- krzyknąłem.
-U, jakie wyznanie. Co na to twoją przyjaciółeczka?- Nadia zrobiła się dziwnie blada. Wyglądała jakby miała zaraz zemdleć.
-Kaspian, nienawidzę cię.- rozkleiłem się jak baba. Jej słowa niesamowicie mnie zabolały.
-No to mamy dramat. Szkoda, że nie będzie nam pisane zobaczyć dalszych części.- mój palec spoczął na spuście. Walczyłem do końca. Co z tego, że mnie nienawidzi. Może kiedyś jej to przejdzie i mnie pokocha, ale nie udało się. Kula wystrzeliła i trafiła prosto w jej serce. Osunęła się na podłoże martwa. Odzyskałem kontrolę nad ciałem. Nie myślałem racjonalnie. Przyłożyłem pistolet do skroni. Strażnicy powstrzymali mnie przed samobójstwem.
-Zamknijcie go w jakimś odosobnieniu do czasu odwołania. Myślę, że uraz psychiczny jest lepszy od śmierć. Teraz będzie cierpiał do końca życia i może się nam na coś przydać w późniejszym czasie.- byłem w szoku. Nie miałem siły na nic. Żaden krzyk, płacz, lamet. Nie chciało mi się żyć. Cały mój świat leżał tam, nieżywy. Ja też zabije się przy pierwszej lepszej okazji.

sobota, 7 maja 2016

Rozdział LV



Nadia
Odzyskałam przytomność dobiera gdy poczułam bolesne ukłucie w przegub prawej ręki. Odruchowo kopnęła sprawcę bólu.
-Pani Julio, spokojnie. Wstrzykujemy pani niegroźny mikroelement, który ma za zadanie pozbawić pani zdolności go tkania wody.- przerażona całkowicie wyrwałam się ze snu i zaczęłam energicznie rzucać na wszystkie strony. Nie było mowy o ucieczce, ponieważ zostałam przywiązana do krzesała z kolei ktoś to krzesło wmurował w podłogę gabinetu Aleksego. Po mojej prawej znajdował się na wpół przebudzony Oskar. Coś kontaktował ale nie za wiele. Z kolei po lewej stronie wiercił się Kaspian. Jego przypięli staranniej ode mnie. Przywiązali mu szyję, klatkę piersiową, brzuch, ręce i nogi. Zapomniałam dodać, że każdy z nas miał zapieczętowane usta. Do pokoju wszedł drugi generał obozu, ten sam, który odpowiedzialny jest za pilnowanie oddziału magów ziemi. Duży, barczysty i łysy. Na dodatek prawie zawsze krzyczy. Tak było i tym razem
-Aleksy! Po jaką cholerę kazałeś mi tu przyłazić!- wrzasnął na dzień dobry.
-Mnie też ciebie miło wiedzieć Berg.- brunet uśmiechnął się- Widzisz problem tkwi w tym, że nie możemy zabić naszych małych, niedoszłych uciekinierów. W końcu są objęci immunitetem przez Waylanda.- spojrzał wymownie na kolegę. Mężczyźnie szczęka opadał.
-Powiedziałeś Waylanda? Czy ja mam coś nie tak z uszami!!!!!- ryknął.-Czyli ten sku****** żyje!!!! Wyślij po niego wszystkie jednostki. Niech zjawi się tutaj minimalnie za godzinę! Samodzielnie chcę ukręcić mu łeb!- był tak podniecony, że na zewnątrz zerwała się zawierucha i zniszczyła okna w pomieszczeniu.
-Hej, uspokój się, bo za niedługo nie będę miał gdzie uzupełniać papierów i sądzić więźniów.- machnął na mnie ręką.- Naszym priorytetem jest zrobienie czegoś z tą trójką.- wskazał na nas. Przełknęłam ślinę. Przynajmniej nie mogą nas zabić. Mag powietrza jakby czytał mi w myślach.
-Jedynym powodem dla którego nie możemy ich zabić to fakt, że są więźniami politycznymi?- spytał z dziwnie podejrzaną miną.
-No tak.- przyznał czerwonooki.
-Skoro są tu na polecenie zdrajcy, a on wraz ze swoją „śmiercią" stracił stanowisko, w takim razie możesz zmienić im status bez żadnego problemu.- zaśmiał się łajdacko. To jesteśmy ugotowani. Aleksy rozpromienił się.
-Masz rację! I tak uważają Kaspiana za członka Krwawego Omenu to dlaczego  możemy zepchnąć na niego i jego adiutantkę całą winę za morderstwo sześciu generałów. Wtedy po cichu i bez krzyku zabijemy ich wszystkich razem z Waylandem na czele.
-Plan doskonały, ale ma lukę. Nie możemy zabić od razu tej dwójki póki nie staną się jeszcze bardziej znienawidzeni.- facet podrapał się po swojej łysej głowie. Brunet usiadł na obrotowym krześle i zakręcił się w kółko.
-W takim razie tego tam- wskazał na Oskara- zabijemy jeszcze dziś – chłopak zaczął się wiercić, ale po chwili przestał i spuścił głowę. –Kaspian nie sprawiał nam wcześniej problemu, więc możemy go tylko ukarać publicznie, ale Julia to poważy kłopot.- zamyślił się.
-Ją możemy wtrącić do celi stojącej na dwa dni bez jedzenia i picia.- oznajmił łysol. Ewidentnie był z siebie zadowolony.
-Doskonały pomysł. Zatem go wykonajmy.- klasnął w dłonie i do gabinetu weszło sześciu mężczyzn. Dwóch zabrało Oskara, kolejna para Kaspiana, a następni podnieśli mnie. Tyko ja nie opuściłam budynku. Znieśli mnie do piwnicy i bez żadnego słowa zamknęli w ciasnej izolatce. Nie było tu miejsca na żaden ruch. Mogłam tylko stać z podniesioną głową aby łapać tlen. Mam nadzieję, ze nie będzie padać śnieg.
Kaspian
Nadal trochę osowiały usiłowałem wyrwać się z uścisku żołnierzy.
-Nie ruszaj się tak.- jeden z nich przypalił mi ramię. Poczułem swąd palącej się skóry. Za mną wojskowi ciągnęli tego chłopaka, który pomagał Nadii. Obróciłem głowę w jego stronę i szepnąłem „dziękuję". Chyba mnie zrozumiał, bo odpowiedział bladym uśmiechem. Z głośników przymocowanych do słupów wzdłuż drogi rozległ się komunikat.
-Uwaga, uwaga. Wszyscy więźniowie proszeni są na plac apelacyjny. Powtarzam, wszyscy więźniowie są proszeni na plac apelacyjny. – zapewne będą oglądać szopkę wraz z naszym udziałem.
***
Klęczałem na środku palcu, bez koszulki. Nade mną stał mężczyzna z pejczem zakończonym ostrymi haczykami. Oskar wisiał naprzeciwko mnie. Jego ręce skrzętnie przymocowano do poprzecznie wiszącej belki. Obok niego przechadzał się strażnik pilnujący uwiązanych na łańcuchu wygłodniałych psów. Czekały na przyzwolenie do skoku i rozerwanie gardła magowi.
-Ci oto więźniowie dzisiejszej nocy próbowali uciec z naszego pięknego, miłosiernego obozu. Wiecie jak każemy takie wyskoki. Śmiercią prawda? – spojrzałem po tych wszystkich przerażonych twarzach. W tłumie dostrzegłem Jane. Patrzyła na mnie z politowaniem. –Czas wymierzyć karę!- na ten znak ogiery zostały spuszczone ze smyczy i rzuciły się na niebieskowłosego. Zaczęły go łapczywie kąsać. Odrywały fragmenty jego ciała i zżerały je z przyjemnością. Chłopak krzyczał w nie bogłosy. Błagał o litość, ale żołnierz pozostawał niewzruszony. Upadłem na ziemię. Padło pierwsze uderzenie. Potem drugie. Kolejne i kolejne. Haczyki zatapiały się z moim ciele ja w maśle. Z każdym ciosem traciłem jakieś kilo mięsa i dwa litry krwi. Przynajmniej takie odnosiłem wrażenie. Zaciskałem zęby i zamkniętymi oczami usiłowałem przeczekać ból. Myślałem o Nadii, mojej siostrze, przyjaciołach oraz o rodzicach, których nie pamiętam. Ciekawe co teraz robią. Kara dobiegła końca. Facet kopnął mnie buciorem w obolałe plecy i upadłem na śnieg. Przyjemny chłód. Chwila ulgi.
-Wstawaj.- mocne szarpnięcie i stałem na nogach. Zakręciło mi się w głowie i zwymiotowałem krwią. Chyba rozwalił mi żebra. Uniosłem wzrok na maga wody. Nie mogłem go dostrzec. Czekajcie. Wcześniej nie widziałem tam zawieszonego wielkiego kawału mięcha. Ale dlaczego ma na sobie więzienny uniformy? Kuź** to Oska! Ponownie zwymiotowałem. Mundurowy splunął na mnie i odszedł. Przezwyciężając bój i mdłości, podciąłem mu nogi. Zarył mordą w śnieg. Wyrwałem mu bicz i zdążyłem się parę razy zamachnąć. Drugi mag zareagował stosunkowo późno. Rzucił się na mnie i założył mi ziemne kajdanki, a tym samym przytwierdzając mnie do podłoża.
-Cholerny bachor!- gościu, któremu wpieprzyłem, parę razy skopał mnie po brzuchu i uderzył pręgierzem. W końcu mi odpuścili i uwolnili. Nie mogłem się ruszać. Ból narastał z każdym oddechem. Ludzie zaczęli się oddalać. Nikt nie chciał mieć ze mną do czynienia. Leżałam na dworze około godziny, gdy zjawili się sanitariusze ze szpitala. Przed nimi zjawili się goście z krematorium i zabrali to co zostało po znajomym Nadii. Medycy przełożyli mnie ostrożnie na zrobione z podartych ubrań nosze i zanieśli do bloku magów wody, gdzie mieścił się szpital. Oczywiście piecze nad nim sprawowali tkacze wody, ale byli bez swoich umiejętności, więc nie mogli za dużo zdziałać. Pomogli mi na miarę swoich możliwości. Po wszystkim podeszła do mnie jedna z dziewczyn
-Co dokładnie stało się z Oskarem?- spytała cicho, udając, że poprawia mi poduszkę. Najwyraźniej dużo ryzykuje rozmawiając z mną.
-Chciał pomóc mnie i mojej koleżance uciec z tego miejsca.- oznajmiłem.
-Czyli nie kłamali...- zabrała zakrwawione wacik i odeszła. Resztę dni spędziłem gapiąc się w sufit.
Kaja
Jakiś facet mnie rozpoznał. Cóż nic dziwnego, że zapadałam mu w pamięć. W końcu jestem zjawiskowo piękna. Dobra odłóżmy pierdoły na bok. Muszę się bronić, a potem dotrzeć do Feliksa i reszty. Przeciwnicy odcięli mi drogę ucieczki, więc pobiegłam w głąb budynku. Przybliżałam ściany za sobą, niszczyłam sufity, zawalałam korytarze, a oni dalej nie ustępowali. W biegu rozłożyłam zwój i wyjęłam z niego kuszę. Trochę zwolniłam, ale ustrzeliłam paru policjantów. Gdy skończyły mi się strzały, wyrzuciłam ją za siebie. kolejno wyciągnęłam kulki. Dlaczego akurat kulki?! Wysypałam je tuż za palcami. Ci idioci się na nich poślizgnęli. Myślałam, że to działa tylko na kreskówkach. Najwyraźniej ich nie oglądali. Współczuje im dzieciństwa. Skręciłam w ślepy zaułek. Na moje nieszczęście napotkałam szklaną ścianę. Tak na marginesie- nie umiem tkać szkła! Oparłam się plecami o stopiony piasek. Przeciwnicy byli coraz bliżej. Otoczyli mnie. Przed ich przybyciem wydobyłam miecz. Odbiłam nim salwę noży, wahadełko oraz posiekałam kilka lin. Jakiś mag ziemi usiłował przygwoździć mnie do sufitu za pomocą magii ziemi, ale udało mi się uskoczyć. Kolejny chciał mnie podpalić, jeszcze inny zamrozić. Grałam na czas. W duchu liczyłam na jakiś nieoczekiwany zwrot akcji, który jednak nie nadszedł. Zostałam pojada i zamknięta w pomieszczeniu. Wisiałam głową w dół nad zbiornikiem pełnym lodowatej wody. Nie mogłam się ruszyć. Do pokoju wszedł jakiś facet i rozpoczęło się przesłuchanie. Już po pierwszym pytaniu zanurkowałam w baseniku.
Feliks
Biegłem ile sił w nogach. Odczuwałem wyraźną ulgę pomieszaną ze strachem. Wiedziałem, że Eliza i Naito są bezpieczni, ale z drugiej stronie życie Kai wisi na włosku. Nie mogę wparować do tego posterunku i krzyknąć „Oddawajcie Kaję!". Roi się tam od strażników. Muszę mieć jakiś plan.
***
Jestem na miejscu. Obiegłem całą kwaterę kilka razy. Zauważyłem lukę w miejscu, gdzie wcześniej Omarii wybiła dziurę. Jak na razie tylko prowizorycznie ją załatali. Jak uderzę z odpowiednią siłą to mur się rozpadnie i uda mi się wejść do środka. Zerknąłem przez małe okienko, czy ktoś jest w środku. Pusto. Odsunąłem się trochę od cegieł i uderzyłem w osłabione miejsce kulą ognia. Budynek zachwiał się, a ścianą pękła. Mam mało czasu. Zaraz zorientują się, że ktoś się im włamał. Szedłem śladem zniszczeń i dotarłem do szklanej ściany. Spóźniłem się. W tym miejscu odbyła się zażarta walka. Cholera! Ktoś idzie. Wyważyłem pierwsze lepsze drzwi i schowałem się w ciemnym pokoju. Patrol zatrzymał się akurat w tym miejscu na dłuższą pogawędkę.
Kaja
Choć przytopiona, nie odpowiedziałam na żadne pytanie. Niech sobie nie myśli, że może mnie złamać.
-Zapytam jeszcze raz. Dla kogo pracujesz!- zielonooki warknął. Zaśmiałam się i plunęłam mu w twarz. On pociągnął za wajchę i ponownie zanurzyłam się w cieczy. Byłam tam dłużej niż przedtem. Gdy myślałam, że odlecę pozwolił mi się wynurzyć.
-Imię i nazwisko. Twoje i kolegów.
-Nie znam.- cały czas zachowywałam kamienną twarz. Zjazd w dół i ponownie przecięłam taflę wody.
-Jaki jest cel twojej organizacji?
-Ta woda zrobiła się dziwnie ciepła. – oznajmiłam.
-Naprawdę?- zdziwił się i zanurzył dłoń w zbiorniku. Tylko na to czekałam. Przesłałam prąd do cieczy i wojskowy wpadł nie żywy do zbiornika. Za pomocą metalowych paznokci udało mi się rozciąć kokon. Wybiegłam na korytarz. Nikogo nie było. Z bijącym sercem wyjrzałam zza narożnika. Zderzyłam się z kimś. Klapnęłam na podłogę. Mężczyzna podał mi dłoń. To Feliks! Rzuciłam się mu na szyję.
-Feliks, wiedziałam, że po mnie przyjdziesz!- zawołałam. On momentalnie zatkał mi dłonią usta.
-Pogięło cię. Przecież nas usłyszą.- wysyczał. Złapał mnie za rękę i bez większych problemów wydostaliśmy się za zewnątrz.
-Gdzie Eliza i Naito? Myślałam, że będą czekać na nas na dworze.
-Elizę zabrał Puszek, a Naito leży w kontenerze na odpady. Właśnie po niego biegniemy.
-Czemu ta odpowiedź mnie nie dziwi.- zaśmiałam się.
-Nasze życie jest powalone.- oznajmił.
-Zgadzam się.- zdyszani zatrzymaliśmy się w uliczce, gdzie wróżbita porzucił Nazaje. Podniósł wieko kontenera i naszym oczom ukazał się grający na telefonie Naito.
-Naito!- krzyknęliśmy równocześnie.
-O, część wam.- pomachał.- Szybko załatwiliście sprawy. Mam nadzieję, że możemy już ruszać.- mówił to wszystko tak lekko, że aż się to w głowie nie mieści.
-Czy ty na serio jesteś tak głupi, czy tylko udajesz! Prawie dziś zginęliśmy, a ty grasz w śmietniku na telefonie w jakiś głupie gierki? Zamiast nam pomóc?!- krzyczałam rozżalona. On bez słowa wyskoczył ze śmietnika i ruszył przed siebie, nie zwracając na nas uwagi.-Patrz! I teraz się obrazi za to, że uratowałeś mu tyłek!- wrzeszczałam jak opętana miałam dość. Marzyłam o śnie. Nic mnie już nie obchodziło. Sfrustrowana kopnęłam kontener i poszłam za Naito. W końcu nie możemy się rozdzielać.