Nadia
Czułam się
fatalnie. Nie jestem w stanie oddać słowami bólu, jakiego doświadczyłam
przez ostatnią noc. Co chwilę mdlałam, ale natychmiast budziłam się,
ponieważ szorowałam ciałem po nagich ścianach. Rany momentalnie się
goiły. I tak cały czas. Cały czas. Na dodatek przez okienko do celi
dostawał się śnieg. Zaczęłam brzydko kaszleć. Było mi okropnie zimno w
nogi. Na dodatek było za zimno, aby śnieg topniał. Dostałam gorączki.
Kaspian
Kara
Nadii skończyła się już wczoraj. Jak inni magowie wody pracuje ona w
szpitalu. Chociaż zabronili nam ze sobą rozmawiać, to przynajmniej mogę
na nią patrzeć i wiem, ze jak na razie nie dzieje jej się krzywda.
Pracownicy palcówki nasmarowali mnie jakąś maścią, po której czuję się
znacznie lepiej. Nadia się zbliża, ale nie może tego robić. Idzie w moją
stronę pchając wózek z lekami. „Przez przypadek” upuściła tackę z
zużytymi wacikami. Zwinięta w kuleczkę karteczka poturlała się i
zatrzymała się tuż koło mojego łóżka. Gdy upewniłem się, że nikt nie
zwraca na mnie większej uwagi, podniosłem gryps. Zacząłem czytać.
„Wiem
jak możemy się stąd wydostać, ale ten plan może ci się nie spodobać. W
celi odwiedził mnie Jonathan i zaproponował pomoc. Na dodatek…
-Hej,
wyrzutku co tam masz?- zaciekawiony strażnik sunął w moim kierunku.
Zobaczyłem przerażoną minę Nadii i bez wahania połknąłem karteczkę.
–Kuź**! Ty zeżarłeś robala!?- jak się cieszę, że ten krety nic nie
podejrzewa.
-Jak należycie nas nie karmicie to
co mam jeść? Lepszy robal niż własne gówno. Prawda?- uśmiechnąłem się.
Facet spojrzał na mnie z obrzydzeniem i odszedł. Niebieskowłosa
przysłuchiwała się rozmowie z bijącym sercem, kiedy strażnik odszedł,
zeszło z niej całe powietrze. Uśmiechnęła się słabo i wróciła do swoich
obowiązków. Nadal rozglądała się nerwowo. Było po niej widać, ze ma
zamiar coś wykombinować.
Nadia
Nie
mam pojęcia, jaką część wiadomości zdążył przeczytać, ale mam nadzieję,
że jak najwięcej. Wygląda jak kupka nieszczęścia. Nawet przez
współpracowników nie mogę się z nim porozumieć. Jeżeli strażnik widzi
jak z kimś rozmawiam, to nie pozwala się takiej osobie przez cały dzień
opiekować się Kaspianem. Muszę zdobyć pankuronium. Jest to środek, który
zatrzymuje funkcje życiowe człowieka. Jest tu tego od groma. Często
zabijają tym ludzi, dodając roztwór do kroplówek. Ja potrzebuję go dla
siebie. Jestem zmuszona wstrzyknąć go sobie w odpowiedniej chwili, aby
się stąd wydostać. Tak wiem, to brzmi jak samobójstwo, ale tak nie jest.
Jak wiecie regeneruję się samoistnie, więc powstające w moim ciele
przeciwciała zabiją specyfik. Rozejrzałam się. Nikt oprócz kumpla mnie
nie obserwuje. Podeszłam do stojącej nieopodal półeczki i wyjęłam z niej
jedną fiolkę leku. Motalnie schowałam ją do wcześniej upiętego koka,
aby przy przeszukiwaniu, czy nic nie zabraliśmy, nie znaleziono go. Cała
w nerwach udałam się na obchód sąsiedniego pomieszczenia.
Kaspian
-Kaspian, wychodzisz! – jeden ze strażników przekazał mi radosną nowinę.
-No nareszcie! Już myślałem, że tu umrę.
-Jak
byś to zrobił, to byś nam oszczędził kłopotów.- złapał mnie za koszulkę
i szarpnął do góry. Popatrzył na mnie z pogardą i wyrzucił przez drzwi,
wprost w specjalnie przygotowaną zaspę śniegu. ***
Wróciłem
do swojego baraku. Ktoś ukradł mi buty, więc musiałem przejść tę
calusieńką drogę na piechotę. Weszłam do salki. Nikogo nie zastałem.
Nawet nie wiedziałem jaki przydział ma mój domek. Usiadłem na łóżku.
Chwila ulgi. Rozmasowałem zamarznięte stopy. Znowu wrednie kaszlę. Chyba
szykuje się zapalenie płuc. Nagle drzwi do pokoju otwarły się z hukiem
i do środka weszła Jane.
-Jane!- krzyknąłem uśmiechnięty. Dziewczyna zdziwiła się.
-Po pierwsze dlaczego nadal żyjesz? Po drugie dlaczego cię wypuścili?
-Czemu
zadajesz takie głupie pytania. Chyba logiczne, że w szpatu pomagają
pacjentom, a potem ich wypuszczają. Nic w tym dziwnego. Naprawdę.-
zaśmiałem się. Nastolatka rzuciła mi spojrzenie pełne niedowierzania.
-Czyli nie dosyć, że ci pomogli to jeszcze wypuścili. Coś tu jest nie tak.- zmarszczyła brwi
-Niby co?- dziewczyna usiadła obok mnie. Przeniosła na mnie swój chłodny wzrok i oznajmiła
-Dotąd żaden pacjent nie wyszedł stamtąd żywy. Ty jesteś pierwszy.- zrobiło mi się gorąco. Czyli to podstęp.
-Czyli chcą mnie zabić w jakiś inny sposób?- spytałem głośno przełykając ślinę.
-Tak, i mają zamiar zrobić to w spektakularny sposób.- zmartwiła się.
-Tak, żeby nikt długo tego nie zapomniał.- kontynuowałem.
-I
więcej nie próbował uciec.- dodała zakrywając dłońmi twarz. Zacząłem
intensywnie myśleć. Wbrew pozorom nie jestem głupi. Olśniło mnie.
-Słuchaj moja przyjaciółka wie o wszystkim!- zawołałem podniecony.
-Jak to?- Jane otworzyła szeroko oczy ze udziwnienia.
-Ona jest tkaczem!
-Takim najprawdziwszym?! Takim co potrafi wskrzeszać zmarłych, zmieniać rzeczywistość, zaginać czasoprzestrzeń! I wiele więcej.
-Tak.
Mam też przyjaciela, który jest wróżbitą i przekazuję jej wszystkie
niezbędne informacje do tego żeby mogła tkać.- wytłumaczyłem.
-Gdzie on jest?- spytała.
-Nie tutaj. Przekazał jej wizję na odległość, a ona postępuję według wskazówek umieszczonych na wybranej drodze.
-Czekaj, bo się gubię. Jak to wszystko wygląda?
-Jest
sobie tkacz. On dostaje przepowiednie wydarzeń jakie mają nadejść. Aby
temu zapowiedz zostaje tak jakby zawieszony między światami i staje pod
ogromnym drzewem, z którego zrywa liść. Następnie ukazują się przed nim
różne drogi z rozwiązaniami danej sytuacji. Każda jest inna. Mogą być
dwie, a czasem bywa, że pojawia się ich nawet dziesięć.
-Jak znajdują właściwą?
-Tego
to ja nie wiem, ale to chyba jakiś zmysł. Więc wybiera drogę, widzi
rozwiązanie i wykorzystuje go prawdziwym życiu. Tak musiało się stać i
teraz. Wszystko mi wyjaśniła w liściku…- dziewczyna poderwała się z
miejsca.
-To wspaniale!
-Ale
ja go zjadłem. Bo szedł strażnik, a ja nie chciałem, żebyśmy zostali
ukarani i szybko go zjadłem, a on zapytał co tam masz, a ja na to, że
robaka i muszę coś jeść jak nas nie karmią i sobie poszedł, a ja dalej
nie wiem co chciała mi przekazać, wiec muszę ją odnaleźć, ale nie wolną
mi z nią rozmawiać i jak mnie na tym złapią to znów mnie publicznie
wychłostają, a Nadię zamkną w tej klatce na czterdzieści osiem godzin.
Nie chcę tego!- wyrecytowałem. Schowałem głowę w kolanach. Jasna
cholera! Powiedziałem Nadia, ale chyba się nie zorientowała.
-W takim razie ja z nią pogadam.- poklepała mnie po plecach. Ulżyło mi.
-Dziękuję. Jaki przydział ma nasz barak?- spytałem niechętnie.
-W kamieniołomach.- odpowiedziała wstając.
-Jak to? Przecież nie mamy mocy.
-No
właśnie. To dlatego. Chcą nas upodlić do reszty. To tak samo jak
magowie wody pracujący przy umierających ludziach, którym w normalnych
okolicznościach mogliby bez trudu pomóc. Albo magowie powietrza
pracujący przy paleniu zwłok. Mimo braku mocy, nadal mają świetny węch.
-A co z magami ognia?
-Ktoś
musi podgrzewać wodę, produkować prąd i świadczyć inne usługi, aby
naszym kochanym strażnikom żyło się jak najlepiej.- odpowiedziała ze
złością. –Musimy już iść. Za długo mnie nie ma, nie mówiąc o tobie.-
razem opuściliśmy domek.
***
Praca
w kamieniołomach to okropna sprawa, a wielkie płaty śniegu sypiące się z
nieba nie polepszały naszej sytuacji. Po kilku godzinach harówy, nasza
zmiana dobiegła końca. Z radością rzuciłem łopatę i skierowałem się do
domku. Niespodziewanie przez megafon nadano komunikat
-Wszyscy
więźniowie proszeni są na plac apelacyjny, powtarzam wszyscy więźniowie
proszeni są na plac apelacyjny.- o nie! Znów publiczna egzekucja. Mam
nadzieję, że Nadia nie jest w nią zamieszana. Pobiegłem na plac ile sił w
nogach. Po dłuższej chwili przedzierałem się przez tłum gapiów, aż
nalazłem się na samym przedzie. Wianuszek ludzi utworzył się wokół
jednego z generałów. Nie miałem z nim przyjemności, ale sądząc po
kolarze włosów, jest magiem wody.
-Dziś miał
miejsce akt spisku. Doszły nas słuchy, że w śród magów ziemi ma dość do
rebelii, więc postanowiliśmy temu zapowiedz. Na komendę, magowie ziemi
wystąp!- moi nowi znajomi wystąpili na środek odśnieżonego asfaltu.- W
rzędzie ustaw się!- zakrzyknął. Zaraz nastąpi dziesiątkowanie.
Specjalnie ustawiłem się jako dwunasty. –Do dwunastu odlicz!- jak to!
Zawsze jest do dziesięciu. Chciałem zamienić się z jakimś facetem koło
mnie, ale jeden z pilnujących żołnierzy przyłożył mi karabin do głowy.
-Jeszcze
jeden krok, a sanitariusze będą zeskrobywać twój mózg z asfaltu.-
syknął. Wróciłem na miejsce. Domyśliłem się, że ta liczba nie została
wybrana przypadkowo, a żadnej wieść o rebelii nigdy nie było. To zamach
na mnie! Dostrzegłem w tłumie Nadię. Uśmiechnęła się. Jej spojrzenie
zdawało się mówić „wszystko będzie dobrze”. Tak, to musi być jej plan.
Gdy tylko mnie zastrzelą, ona wykradnie moje ciało i ożywi mnie i razem
uciekniemy. Tak, to na pewno to napisała mi w grypsie. Kolejka dochodzi
do mnie.
-Dwanaście.- odpowiedziałem. Gdy
śmiertelna wyliczanka dobiegła końca, rozkazano nam ustawić się wzdłuż
muru, przodem do zabójcy. Był nim nie kto inny jak ten wygolony do
połowy, mag wody. Złapał za pistolet i wygłosił mogę.
-Czy
jest tu ktoś, kto chciałby zamienić się miejscem z którymś z tych
więźniów.- odczekał sekundę. –Nie, to doskonale.- nagle z tłumu
wystąpiła Nadia. Moja Nadia.
-Ja chcę.- oznajmiła ze stoickim spokojem. Mężczyzna uśmiechnął.
-Trochę żal będzie mi ciebie zabijać śliczna. Kogo chcesz ocali?- spytał uprzejmie. Podniosła rękę.
-Z
nim.- powiedziała. Palcem wskazywał mnie. Byłem w szoku. Co ona robi?!
Przecież bez niej sobie nie poradzę! Ona nie może za mnie umrzeć! Jak ja
będę dalej żyć bez niej?!
-Nie możesz tego zrobić!- wrzeszczałem jak opętany.-Nie możecie jej zabić! Błagam! Nie mogę się z nią zamienić!
-Zamknij
się!- krzyknęła.-Nie robię tego dla ciebie, tylko dla siebie. Mam już
dość tego wariatkowa i już od dawna czekam na idealną okazję do
odebrania sobie życia w jakiś celu. A teraz mam ku temu sposobność.-
popatrzyła na mnie oczami bez wyrazu. Ona mówi na poważnie! Cały mój
świat ma zamiar umrzeć!
-Nie pozwolę ci na to!-
krzyknąłem. Rzuciłem się w kierunku dziewczyny, ale wojskowi
obezwładnili mnie. Niebieskooka zajęła moje miejsce. Rozpoczęła się
egzekucja. Krzyczałem i to bardzo głośno. W końcu doszli do Nadii.
Generał westchnął.
-Nie mam serca tego zrobić.-
oznajmił. Moje serce przepełniła radość. Nigdy w życiu nie poczułem się
tak wspaniale jak w tej chwili. – Chłopaki, puśćcie go. Mam dla naszego
kolegi zadanie specjalne.- podbiegłem do niego.
-Co
mam zrobić?- spytałem. On podał mi pistolet. Wziąłem do ręki doskonale
znane mi urządzenie. Zbladłem. Domyślałem się, co mam w tym momencie
zrobić, ale wolałem się upewnić. –Dlaczego mi to dałeś?- wychrypiałem.
-Naprawdę się nie domyślasz? Ty wieli Kaspian Mountrose, nie wie do czego służy pistolet?- zaśmiał się.
-Rzeczywiście
już wiem.- momentalnie skierowałem spluwę w jego stronę i zacząłem
strzelać. Zanim zdążył przejąć nade mną kontrolę, zraniłem go w rękę
oraz nogę.
-Ja pier****!- zawył z bólu.- To ją
miałeś zabić, a nie mnie!- dokładnie tych słów się spodziewałem, ale
jakoś nie mogłem w nie uwierzyć.
-Nie zrobię tego!- krzyczałem przez napływające mi do oczy łzy.
-Zrobisz,
a ja z wielką radością ci w tym pomogę.- moje ręce samoistnie uniosły
się do góry, a lufa skierowała w stronę Nadii. Usiłowałem walczyć z tym
potworem, ale nie byłem w stanie wyrwać się z jego uścisku.
-Jakieś ostatnie słowa?- spytał.
-Wiem, że zdajesz sobie z tego sprawę, ale ja cię kocham!- krzyknąłem.
-U, jakie wyznanie. Co na to twoją przyjaciółeczka?- Nadia zrobiła się dziwnie blada. Wyglądała jakby miała zaraz zemdleć.
-Kaspian, nienawidzę cię.- rozkleiłem się jak baba. Jej słowa niesamowicie mnie zabolały.
-No
to mamy dramat. Szkoda, że nie będzie nam pisane zobaczyć dalszych
części.- mój palec spoczął na spuście. Walczyłem do końca. Co z tego, że
mnie nienawidzi. Może kiedyś jej to przejdzie i mnie pokocha, ale nie
udało się. Kula wystrzeliła i trafiła prosto w jej serce. Osunęła się na
podłoże martwa. Odzyskałem kontrolę nad ciałem. Nie myślałem
racjonalnie. Przyłożyłem pistolet do skroni. Strażnicy powstrzymali mnie
przed samobójstwem.
-Zamknijcie go w jakimś
odosobnieniu do czasu odwołania. Myślę, że uraz psychiczny jest lepszy
od śmierć. Teraz będzie cierpiał do końca życia i może się nam na coś
przydać w późniejszym czasie.- byłem w szoku. Nie miałem siły na nic.
Żaden krzyk, płacz, lamet. Nie chciało mi się żyć. Cały mój świat leżał
tam, nieżywy. Ja też zabije się przy pierwszej lepszej okazji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz