Translate

sobota, 14 maja 2016

Rozdział LVI

Nadia
Czułam się fatalnie. Nie jestem w stanie oddać słowami bólu, jakiego doświadczyłam przez ostatnią noc. Co chwilę mdlałam, ale natychmiast budziłam się, ponieważ szorowałam ciałem po nagich ścianach. Rany momentalnie się goiły. I tak cały czas. Cały czas. Na dodatek przez okienko do celi dostawał się śnieg. Zaczęłam brzydko kaszleć. Było mi okropnie zimno w nogi. Na dodatek było za zimno, aby śnieg topniał. Dostałam gorączki.
Kaspian
Kara Nadii skończyła się już wczoraj. Jak inni magowie wody pracuje ona w szpitalu. Chociaż zabronili nam ze sobą rozmawiać, to przynajmniej mogę na nią patrzeć i wiem, ze jak na razie nie dzieje jej się krzywda. Pracownicy palcówki nasmarowali mnie jakąś maścią, po której czuję się znacznie lepiej. Nadia się zbliża, ale nie może tego robić. Idzie w moją stronę pchając wózek z lekami. „Przez przypadek” upuściła tackę z zużytymi wacikami. Zwinięta w kuleczkę karteczka poturlała się i zatrzymała się tuż koło mojego łóżka. Gdy upewniłem się, że nikt nie zwraca na mnie większej uwagi, podniosłem gryps. Zacząłem czytać.
„Wiem jak możemy się stąd wydostać, ale ten plan może ci się nie spodobać. W celi odwiedził mnie Jonathan i zaproponował pomoc. Na dodatek…
-Hej, wyrzutku co tam masz?- zaciekawiony strażnik sunął w moim kierunku. Zobaczyłem przerażoną minę Nadii i bez wahania połknąłem karteczkę. –Kuź**! Ty zeżarłeś robala!?- jak się cieszę, że ten krety nic nie podejrzewa.
-Jak należycie nas nie karmicie to co mam jeść? Lepszy robal niż własne gówno. Prawda?- uśmiechnąłem się. Facet spojrzał na mnie z obrzydzeniem i odszedł. Niebieskowłosa przysłuchiwała się rozmowie z bijącym sercem, kiedy strażnik odszedł, zeszło z niej całe powietrze. Uśmiechnęła się słabo i wróciła do swoich obowiązków. Nadal rozglądała się nerwowo. Było po niej widać, ze ma zamiar coś wykombinować.
Nadia
Nie mam pojęcia, jaką część wiadomości zdążył przeczytać, ale mam nadzieję, że jak najwięcej. Wygląda jak kupka nieszczęścia. Nawet przez współpracowników nie mogę się z nim porozumieć. Jeżeli strażnik widzi jak z kimś rozmawiam, to nie pozwala się takiej osobie przez cały dzień opiekować się Kaspianem. Muszę zdobyć pankuronium. Jest to środek, który zatrzymuje funkcje życiowe człowieka. Jest tu tego od groma. Często zabijają tym ludzi, dodając roztwór do kroplówek. Ja potrzebuję go dla siebie. Jestem zmuszona wstrzyknąć go sobie w odpowiedniej chwili, aby się stąd wydostać. Tak wiem, to brzmi jak samobójstwo, ale tak nie jest. Jak wiecie regeneruję się samoistnie, więc powstające w moim ciele przeciwciała zabiją specyfik. Rozejrzałam się. Nikt oprócz kumpla mnie nie obserwuje. Podeszłam do stojącej nieopodal półeczki i wyjęłam z niej jedną fiolkę leku. Motalnie schowałam ją do wcześniej upiętego koka, aby przy przeszukiwaniu, czy nic nie zabraliśmy, nie znaleziono go. Cała w nerwach udałam się na obchód sąsiedniego pomieszczenia.
Kaspian
-Kaspian, wychodzisz! – jeden ze strażników przekazał mi radosną nowinę.
-No nareszcie! Już myślałem, że tu umrę.
-Jak byś to zrobił, to byś nam oszczędził kłopotów.- złapał mnie za koszulkę i szarpnął do góry. Popatrzył na mnie z pogardą i wyrzucił przez drzwi, wprost w specjalnie przygotowaną zaspę śniegu. ***
Wróciłem do swojego baraku. Ktoś ukradł mi buty, więc musiałem przejść tę calusieńką drogę na piechotę. Weszłam do salki. Nikogo nie zastałem. Nawet nie wiedziałem jaki przydział ma mój domek. Usiadłem na łóżku. Chwila ulgi. Rozmasowałem zamarznięte stopy. Znowu wrednie kaszlę. Chyba szykuje się zapalenie płuc. Nagle drzwi do pokoju otwarły się z hukiem i do środka weszła Jane.
-Jane!- krzyknąłem uśmiechnięty. Dziewczyna zdziwiła się.
-Po pierwsze dlaczego nadal żyjesz? Po drugie dlaczego cię wypuścili?
-Czemu zadajesz takie głupie pytania. Chyba logiczne, że w szpatu pomagają pacjentom, a potem ich wypuszczają. Nic w tym dziwnego. Naprawdę.- zaśmiałem się. Nastolatka rzuciła mi spojrzenie pełne niedowierzania.
-Czyli nie dosyć, że ci pomogli to jeszcze wypuścili. Coś tu jest nie tak.- zmarszczyła brwi
-Niby co?- dziewczyna usiadła obok mnie. Przeniosła na mnie swój chłodny wzrok i oznajmiła
-Dotąd żaden pacjent nie wyszedł stamtąd żywy. Ty jesteś pierwszy.- zrobiło mi się gorąco. Czyli to podstęp.
-Czyli chcą mnie zabić w jakiś inny sposób?- spytałem głośno przełykając ślinę.
-Tak, i mają zamiar zrobić to w spektakularny sposób.- zmartwiła się.
-Tak, żeby nikt długo tego nie zapomniał.- kontynuowałem.
-I więcej nie próbował uciec.- dodała zakrywając dłońmi twarz. Zacząłem intensywnie myśleć. Wbrew pozorom nie jestem głupi. Olśniło mnie.
-Słuchaj moja przyjaciółka wie o wszystkim!- zawołałem podniecony.
-Jak to?- Jane otworzyła szeroko oczy ze udziwnienia.
-Ona jest tkaczem!
-Takim najprawdziwszym?! Takim co potrafi wskrzeszać zmarłych, zmieniać rzeczywistość, zaginać czasoprzestrzeń! I wiele więcej.
-Tak. Mam też przyjaciela, który jest wróżbitą i przekazuję jej wszystkie niezbędne informacje do tego żeby mogła tkać.- wytłumaczyłem.
-Gdzie on jest?- spytała.
-Nie tutaj. Przekazał jej wizję na odległość, a ona postępuję według wskazówek umieszczonych na wybranej drodze.
-Czekaj, bo się gubię. Jak to wszystko wygląda?
-Jest sobie tkacz. On dostaje przepowiednie wydarzeń jakie mają nadejść. Aby temu zapowiedz zostaje tak jakby zawieszony między światami i staje pod ogromnym drzewem, z którego zrywa liść. Następnie ukazują się przed nim różne drogi z rozwiązaniami danej sytuacji. Każda jest inna. Mogą być dwie, a czasem bywa, że pojawia się ich nawet dziesięć.
-Jak znajdują właściwą?
-Tego to ja nie wiem, ale to chyba jakiś zmysł. Więc wybiera drogę, widzi rozwiązanie i wykorzystuje go prawdziwym życiu. Tak musiało się stać i teraz. Wszystko mi wyjaśniła w liściku…- dziewczyna poderwała się z miejsca.
-To wspaniale!
-Ale ja go zjadłem. Bo szedł strażnik, a ja nie chciałem, żebyśmy zostali ukarani i szybko go zjadłem, a on zapytał co tam masz, a ja na to, że robaka i muszę coś jeść jak nas nie karmią i sobie poszedł, a ja dalej nie wiem co chciała mi przekazać, wiec muszę ją odnaleźć, ale nie wolną mi z nią rozmawiać i jak mnie na tym złapią to znów mnie publicznie wychłostają, a Nadię zamkną w tej klatce na czterdzieści osiem godzin. Nie chcę tego!- wyrecytowałem. Schowałem głowę w kolanach. Jasna cholera! Powiedziałem Nadia, ale chyba się nie zorientowała.
-W takim razie ja z nią pogadam.- poklepała mnie po plecach. Ulżyło mi.
-Dziękuję. Jaki przydział ma nasz barak?- spytałem niechętnie.
-W kamieniołomach.- odpowiedziała wstając.
-Jak to? Przecież nie mamy mocy.
-No właśnie. To dlatego. Chcą nas upodlić do reszty. To tak samo jak magowie wody pracujący przy umierających ludziach, którym w normalnych okolicznościach mogliby bez trudu pomóc. Albo magowie powietrza pracujący przy paleniu zwłok. Mimo braku mocy, nadal mają świetny węch.
-A co z magami ognia?
-Ktoś musi podgrzewać wodę, produkować prąd i świadczyć inne usługi, aby naszym kochanym strażnikom żyło się jak najlepiej.- odpowiedziała ze złością. –Musimy już iść. Za długo mnie nie ma, nie mówiąc o tobie.- razem opuściliśmy domek.
***
Praca w kamieniołomach to okropna sprawa, a wielkie płaty śniegu sypiące się z nieba nie polepszały naszej sytuacji. Po kilku godzinach harówy, nasza zmiana dobiegła końca. Z radością rzuciłem łopatę i skierowałem się do domku. Niespodziewanie przez megafon nadano komunikat
-Wszyscy więźniowie proszeni są na plac apelacyjny, powtarzam wszyscy więźniowie proszeni są na plac apelacyjny.- o nie! Znów publiczna egzekucja. Mam nadzieję, że Nadia nie jest w nią zamieszana. Pobiegłem na plac ile sił w nogach. Po dłuższej chwili przedzierałem się przez tłum gapiów, aż nalazłem się na samym przedzie. Wianuszek ludzi utworzył się wokół jednego z generałów. Nie miałem z nim przyjemności, ale sądząc po kolarze włosów, jest magiem wody.
-Dziś miał miejsce akt spisku. Doszły nas słuchy, że w śród magów ziemi ma dość do rebelii, więc postanowiliśmy temu zapowiedz. Na komendę, magowie ziemi wystąp!- moi nowi znajomi wystąpili na środek odśnieżonego asfaltu.- W rzędzie ustaw się!- zakrzyknął. Zaraz nastąpi dziesiątkowanie. Specjalnie ustawiłem się jako dwunasty. –Do dwunastu odlicz!- jak to! Zawsze jest do dziesięciu. Chciałem zamienić się z jakimś facetem koło mnie, ale jeden z pilnujących żołnierzy przyłożył mi karabin do głowy.
-Jeszcze jeden krok, a sanitariusze będą zeskrobywać twój mózg z asfaltu.- syknął. Wróciłem na miejsce. Domyśliłem się, że ta liczba nie została wybrana przypadkowo, a żadnej wieść o rebelii nigdy nie było. To zamach na mnie! Dostrzegłem w tłumie Nadię. Uśmiechnęła się. Jej spojrzenie zdawało się mówić „wszystko będzie dobrze”. Tak, to musi być jej plan. Gdy tylko mnie zastrzelą, ona wykradnie moje ciało i ożywi mnie i razem uciekniemy. Tak, to na pewno to napisała mi w grypsie. Kolejka dochodzi do mnie.
-Dwanaście.- odpowiedziałem. Gdy śmiertelna wyliczanka dobiegła końca, rozkazano nam ustawić się wzdłuż muru, przodem do zabójcy. Był nim nie kto inny jak ten wygolony do połowy, mag wody. Złapał za pistolet i wygłosił mogę.
-Czy jest tu ktoś, kto chciałby zamienić się miejscem z którymś z tych więźniów.- odczekał sekundę. –Nie, to doskonale.- nagle z tłumu wystąpiła Nadia. Moja Nadia.
-Ja chcę.- oznajmiła ze stoickim spokojem. Mężczyzna uśmiechnął.
-Trochę żal będzie mi ciebie zabijać śliczna. Kogo chcesz ocali?- spytał uprzejmie. Podniosła rękę.
-Z nim.- powiedziała. Palcem wskazywał mnie. Byłem w szoku. Co ona robi?! Przecież bez niej sobie nie poradzę! Ona nie może za mnie umrzeć! Jak ja będę dalej żyć bez niej?!
-Nie możesz tego zrobić!- wrzeszczałem jak opętany.-Nie możecie jej zabić! Błagam! Nie mogę się z nią zamienić!
-Zamknij się!- krzyknęła.-Nie robię tego dla ciebie, tylko dla siebie. Mam już dość tego wariatkowa i już od dawna czekam na idealną okazję do odebrania sobie życia w jakiś celu. A teraz mam ku temu sposobność.- popatrzyła na mnie oczami bez wyrazu. Ona mówi na poważnie! Cały mój świat ma zamiar umrzeć!
-Nie pozwolę ci na to!- krzyknąłem. Rzuciłem się w kierunku dziewczyny, ale wojskowi obezwładnili mnie. Niebieskooka zajęła moje miejsce. Rozpoczęła się egzekucja. Krzyczałem i to bardzo głośno. W końcu doszli do Nadii. Generał westchnął.
-Nie mam serca tego zrobić.- oznajmił. Moje serce przepełniła radość. Nigdy w życiu nie poczułem się tak wspaniale jak w tej chwili. – Chłopaki, puśćcie go. Mam dla naszego kolegi zadanie specjalne.- podbiegłem do niego.
-Co mam zrobić?- spytałem. On podał mi pistolet. Wziąłem do ręki doskonale znane mi urządzenie. Zbladłem. Domyślałem się, co mam w tym momencie zrobić, ale wolałem się upewnić. –Dlaczego mi to dałeś?- wychrypiałem.
-Naprawdę się nie domyślasz? Ty wieli Kaspian Mountrose, nie wie do czego służy pistolet?- zaśmiał się.
-Rzeczywiście już wiem.- momentalnie skierowałem spluwę w jego stronę i zacząłem strzelać. Zanim zdążył przejąć nade mną kontrolę, zraniłem go w rękę oraz nogę.
-Ja pier****!- zawył z bólu.- To ją miałeś zabić, a nie mnie!- dokładnie tych słów się spodziewałem, ale jakoś nie mogłem w nie uwierzyć.
-Nie zrobię tego!- krzyczałem przez napływające mi do oczy łzy.
-Zrobisz, a ja z wielką radością ci w tym pomogę.- moje ręce samoistnie uniosły się do góry, a lufa skierowała w stronę Nadii. Usiłowałem walczyć z tym potworem, ale nie byłem w stanie wyrwać się z jego uścisku.
-Jakieś ostatnie słowa?- spytał.
-Wiem, że zdajesz sobie z tego sprawę, ale ja cię kocham!- krzyknąłem.
-U, jakie wyznanie. Co na to twoją przyjaciółeczka?- Nadia zrobiła się dziwnie blada. Wyglądała jakby miała zaraz zemdleć.
-Kaspian, nienawidzę cię.- rozkleiłem się jak baba. Jej słowa niesamowicie mnie zabolały.
-No to mamy dramat. Szkoda, że nie będzie nam pisane zobaczyć dalszych części.- mój palec spoczął na spuście. Walczyłem do końca. Co z tego, że mnie nienawidzi. Może kiedyś jej to przejdzie i mnie pokocha, ale nie udało się. Kula wystrzeliła i trafiła prosto w jej serce. Osunęła się na podłoże martwa. Odzyskałem kontrolę nad ciałem. Nie myślałem racjonalnie. Przyłożyłem pistolet do skroni. Strażnicy powstrzymali mnie przed samobójstwem.
-Zamknijcie go w jakimś odosobnieniu do czasu odwołania. Myślę, że uraz psychiczny jest lepszy od śmierć. Teraz będzie cierpiał do końca życia i może się nam na coś przydać w późniejszym czasie.- byłem w szoku. Nie miałem siły na nic. Żaden krzyk, płacz, lamet. Nie chciało mi się żyć. Cały mój świat leżał tam, nieżywy. Ja też zabije się przy pierwszej lepszej okazji.

Brak komentarzy: