Translate

sobota, 25 czerwca 2016

Rozdział LX



Nadia
Przez kilka dni graliśmy w gry, chodziliśmy na spacery, oglądaliśmy filmy. Jednym słowem odpoczywaliśmy, ale żadne z nas nie potrafiło wyluzować się do końca. Każdy z nas miał świadomość, że musimy odbić brata Kai. Nie tylko dlatego, że raz nam pomógł lecz z czystego poczucia sprawiedliwości, to też cztery dni przed jego straceniem wznowiliśmy treningi, przygotowywanie broni oraz obmyślanie strategii. Naito oglądnął mnie i moich przyjaciół z dokładnością. Każdej osobie wytknął jakąś wadę. Kaja musi o wiele więcej walczyć przy użyciu nowych żywiołów, ponieważ według niego jest w tym beznadziejna i o dziwo jeszcze nikt jej nie zabił. Ja tak nie uważam. Radzi sobie całkiem dobrze. Kaspian nie zawsze może walczyć wręcz, został zmuszony do ćwiczenia celności. Według mnie ślepy ma większe szanse od generała na zostanie snajperem. Do Feliksa nie mógł za bardzo się przyczepić, więc stwierdził, że na razie niech poćwiczy leczenie za pomocą magii ognia. Nawrzeszczał nawet na swoją dziewczynę. Kazał jej więcej ćwiczyć pieczętowanie. Mnie zalecił poprawę walki wręcz, dlatego że ponoć  zdziadziłam. To jego słowa nie moje. Tak więc od wczoraj wszyscy chodzą niewyspani i  z okropnymi zakwasami po porannym joggingu.
-Zbiórka!- krzyknął trener. Nie mięliśmy za wiele do gadania.- Jest szósta rano. Wasza ulubiona godzina. Cały  dzisiejszy dzień zagramy w grę pod tytułem „Kogo zabije Naito?”. Teraz mój pomocnik rozda wam przedmioty jakich możecie używać.- z campera wybiegł Puszek i rozdał wszystkim po plecaku. –Śmiało, otwórzcie.-zachęcił nas. W moim zawiniątku znalazłam krótki sztylet, jedzenie, zapalnik i linę. Zerknęłam na resztę drużyny. Kaspian wyciągnął kuszę, naboje, jedzenie i linę. Dzwoneczek dostała kawałek metalu oraz jedzenie. Płomień wyjął krzesiwo, zapałki, zapalnik, apteczkę, linę, miecz oraz jedzenie. W „zabawie” udział brała również Elizabeth. Ona w swoim tobołku znalazła zwój do pieczętowania, kredę, jakiś proszek, czyste kartki, włócznie oraz jedzenie.- Widzę, że każdy z was jest zadowolony ze swoich przyborów. Teraz wyjaśnię wam zasady.- kiedyś wspomniałam wam, że Naito uwielbia chodzić bez koszulki oraz butów. Tylko i wyłącznie w szarych lub czarnych dresach. Tak było i dziś. Ale z małą różnicą. Na prawą dłoń założył skórzaną rękawiczkę.- Otóż rozbiegacie się po całym lesie. Ja was szukam i wyłapuję. Pewnie zabawa wydaje się wam banalna, ale taka nie jest. Pamiętacie wady, które wam wytknąłem? Macie je podszkolić, więc możecie walczyć tylko w ten sposób. W tym celu rozdałem wam te małe podarunki. – zrzucił rękawiczkę. Pokazał nam dłoń. Zalśniła na niej krwistoczerwona pieczęć. Kontynuował.- Jeżeli was dotknę automatycznie odpadacie. Rozumiemy się?
-Ale wiesz, że będziemy zmuszeni używać żywiołów?- spytał Feliks.
-Oczywiście, liczę się z tym, że znajdziecie ich inne zastosowanie niż dotychczas.- dwudziestolatek uśmiechnął się krzywo.
-Ile to będzie trwać?- zabójczyni wyrwała mi pytanie z ust.
-Dopóki wszystkich was nie złapie.- oświadczył.
-W taki razie podłożymy ci się od razu i po problemie.- skwitował mag ziemi.
-Gdyby to było takie proste…- królowa przyłamała się.
-Tylko ten co wygra nie będzie musiał robić wyzwania oraz dostanie nagrodę.- uśmiechnął się podle.
-Co to będzie?! Co to będzie?!- Dzwoneczek skakała wokół przewodniczącego.
-Teraz mogę wam zdradzić jaka będzie kara dla osoby na ostatnim miejscu.- zaśmiał się. wstrzymaliśmy oddech. W planach na pewno ma coś strasznego.
-Dla każdego indywidualna.- parsknął. Przeklęłam pod nosem. Klasnął w dłonie.- W takim razie pora zaczyń. Już w pół do siódmej. Gotowi, na miejsca, start!- ruszyliśmy jak wystrzeleni z procy. Automatycznie rozdzieliliśmy się. Nikt nie chciał pomagać nikomu. W tym momencie przyjaciel staje się rywalem. Naito ma bardzo ułatwione zadanie. Śnieg sięga nam do kolan i pozastawiamy w nim głębokie ślady. Jestem do przodu, dlatego że tak jak Kaja mogę je szybko za sobą zatrzeć. Gorzej z pozostałą trójką. Okropnie zimno aż oddech zamarza. Muszę znaleźć sobie jakieś schronie w innym wypadku zamarznę.
Kaja
Jak ja nienawidzę zimy, śniegu, zimna, sopli i ogólnie wszystkiego związanego z tą okropną porą roku. Jaki idiota w ogóle wymyślił zimę? Po co na komu. W Kraju Ognia doskonale radzą sobie bez niej. Z każdym krokiem zaraz bardziej zamarzam. Z jakiego drzewa spadła na mnie czapa śniegu. Wygrzebywałam się z niej przez dobre parę minut. Gdyby nie kontrola nad ogniem, zamarzłabym na kość. Jeżeli pochoruję się przez tego idiotę to mu nogi z dumy powyrywam. Zobaczy. Pociągając nosem szłam dalej.
Kaspian
Czy ktoś łaskawie mi zdradzi jak naciąga się cięciwę w kuszy? Próbuję to ogarnąć od kiedy schowałem się w ciepłej i bezpiecznej jaskini. Rozpalenie ogniska nie zajęło mi za dużo czasu, nie mówiąc o wyrobieniu sobie jakieś normalniejszej broni na przykład noży do rzucania. One są o niebo lepsze od tego gówna. Cholera! Ale oddała mi po palcach. Jestem przekonany, że gdyby nie skórzane rękawice nie miałbym palców. Po długich chwilach męczarni, zorientowałem się, że nie odbezpieczyłem mechanizmu. Co z tego. Nawet po tym, gdy umieściłem pocisk oddał mi rykoszetem w czoło. Dobrze, że słabo naciągnąłem kuszę. Jak Nadia może z czegoś takiego strzelać? Co ja jeszcze mam w tej torbie. Pogrzebałem trochę głębiej i dokopałem się do łuku. To inna rozmowa. To przynajmniej miałem już w rękach. Odliczyłem czterdzieści kroków od miejsca, w którym siedziałem, założyłem strzałę i napiąłem łuk. To nie może być takie trudne. Nadia strzela bez problemy. Przyłożyłem strzałę do policzka i pościłem ją. Pewnie chcielibyście usłyszeć, że pocisk trafił w sam środek tarczy. Bardzo mi przykro, ale muszę was rozczarować. Strzała nie przeleciała nawet jednego metra. Zahaczyła się o żyłkę i wesoło z niej dyndała. Westchnąłem głęboko. Chyba wrócę do miecza, mimo zakazu Naito. Przecież nie zorientuję się, użyję szabli przeciwko wiewiórkom, a gdy będę z nim walczyć to dopiero wtedy wyjmę łuk. Tak to bardzo dobry pomysł.
Feliks
Nie jestem przyzwyczajony do tak skrajnych temperatur. Przez nie moc ognia jest okropnie niepewna. Kurde! Jakiś hałas! To pewnie Naito! Momentalnie wskoczyłem za pień buku i błagałem aby mnie nie zauważył. Cisza. Musiał mnie usłyszeć. Z bijącym sercem otworzyłem plecak i wydobyłem z niego miecz. Pospiesznie przywiązałem do niego linę. Jej drugi koniec przymocowałem do nadgarstka. Nie chcę ryzykować, że trener wybije mi go z ręki, a dzięki temu manewrowi mogę rzucić kordem i szybko go odzyskać. Stałem spokojnie wsłuchując się w ciszę. Tupnięcie! Ktoś przycupnął na gałęzi tuż nad moją głową, albo odrobinę dalej. Usłyszałem odgłos mięcia kartki i skrobania długopisem. Pospiesznie przewertowałem w pamięci wyposażenie moich przyjaciół. Olśniło mnie. Elizabeth! Zanim zdążyłem zawołać na nią, do moich stóp upadła kartka papieru. Widniał na niej dziwny symbol!
-Więzy!- krzyknęła blondynka. Kilkanaście łańcuchów wystrzeliło ze świstka i oplotło kolejno moje nadgarstki, przeguby, łokcie barki, szyję, tors, brzuch, uda, łyki i kostki. Przypominałem żelazną mumię. Wysłałem ciepło do łańcuchów, aby je rozszerzyć. Nastolatka zeskoczyła z drzewa. Spojrzała na mnie ze zdziwieniem. Podeszła do mnie i złapała mnie za włosy, unosząc moją głowę. Nie ukrywam, zabolało mnie to.
-Nie ciebie się tu spodziewałam.- warknęła. Upuściła moją twarz w śnieg. –Odwołanie!- zawołała. Kajdany wróciły do wnętrza papieru. Podniosła go i schowała do kieszeni.
-Dziękuję.- burknąłem, strzepując z siebie śnieg.
-Nie dziękuj, tylko nie wchodź mi w drogę.- wskoczyła na drzewo i zniknęła w koronach. Znów zostałem sam. Bardzo dobrze. Bałbym się mieć ją za pomagierkę.
Kaspian
Nie mogę spędzić tu całego życia. Muszę zmienić kryjówkę. Ta jaskinia to pierwsze miejsce, w którym zawita Naito. Stworzyłem dziurę i wrzuciłem do niej resztki po ognisku, kości z kurczaka oraz opakowania po zupce chińskiej. Przerzuciłem placka przez ramię i opuściłem moją bezpieczną kryjówkę. Powiem wam, że mam idealny refleks. Gdyby nie ta zasrana kusza, odpadłbym jako pierwszy. Pocisk przeleciał tuż nad głową Naito. Szybko podniosłem się ze śniegu i pobiegłem przed siebie. Czułem jego oddech na swoich placach. W tym całym zamieszaniu porzuciłem kuszę. Przekręciłem plecak na brzuch… i mim ciałem zawładnęła dziwna siła. Moje ciało walczyło samo. Nagle stanęłam na rękach i zacząłem wymachiwać nogami jak jakiś tancerz powalając przy tym trenera. Wyjąłem z plecaka noże, które wcześniej przygotowałem i bezbłędnymi rzutami przykułem do drzewa obie dłonie napastnika. Moc opuściła moje ciało i upadłem na kolana. Nie wiem co się ze mną stało. Zamiast przypływu potęgi, pojawiła się Nadia. Wyrosła jak z pod ziemi. pomogła mi wstać, zgarnęła kuszę i pociągnęła mnie za sobą. Biegliśmy dobry kawałek zanim stwierdziła, że tyle nam wystarczy. Usiedliśmy w igloo.
-Co ty była za siła?- spytałem, kiedy udało mi się złapać oddech.
-Magia krwi.- odpowiedziała, podając mi ciepłą herbatę. Nie zauważyłem kiedy zagrzała wodę.
-Napij się i uciekaj. Przyciągniemy go, będą razem.- nerwowo przebierała nogami. Stwierdziłem, że nie będę jej stresować i dopiłem wywar. Poczułem się o niebo lepiej.
-Co mi dałaś?- spytałem. Tak wiem, trochę spóźniona reakcja, ale ona jest jedyną osobą, która by mnie nie otruła, jaką znam.
-Lepiej, że nie wiesz.- uśmiechnęła się słabo.- Idź już.-nalegała.
-Dobrze.- pokiwałem głową. Spakowałem swoje rzeczy, naciągnąłem kurtkę i wyczołgałem się z lodowego domku. Ktoś klepnął mnie z plecy. Obróciłem się. Naito!
-Nadia, uciekaj!- tyle zdążyłem krzyknąć, zanim straciłem kontakt ze światem.
Nadia
Przeszły mnie ciarki. Przecież poustawiałam wokół domku wiele pułapek. Jakim cudem przeszedł koło nich nie zahaczając chodźmy  o jedną? Teraz nie mam czasy na rozmyślania. Zapięłam kurtkę, zgasiłam ognisko i założyłam plecak. Nie myślcie sobie, że bez przyczyny zbudowałam to igloo. Posłuży mi jak igły jeżowi. Pora włączyć tryb obronny. Magią wody zamknęłam wejście i z wody stworzyłam ostre na metr szpikulce. Napakowałam nim domek, który zmienił się w kulę. W takim czymś uda mi się przeczekać jego atak. Dzięki śniegowi doskonale wiedziałam, gdzie go szukać. Każdy atak był idealnie wymierzony i dopracowany, ale i on wziął się na sposób. Podskoczył i nie ma go od dłuższej chwili. Zapewne siedzi na jakieś gałęzi. Coś za cicho. Nagłe uderzenie ognia roznosiło cały mój wysiłek. stałam pomiędzy skorupami mojego dzieła. Nie wiem czemu ale byłam w lekkim szoku. Gdyby nie szybka interwencja Feliksa, białowłosy mógłby mnie nawet zwęglić. Razem zanurkowaliśmy w śnieg. Tym razem ja zasłoniłam nas puchową kołdrą. Wygrzebaliśmy się z pod lodu. Odskoczyliśmy w przeciwne kierunki. Feliks zionął ogniem, tym samy kupując mi czas na jakąś sensowną akcję. Stworzyłam dwa wodne bicze. Jednym złapałam dłoń chłopaka, a drugą przecięłam ją. Skórzana rękawica rozdarła się, ale… to nie była właściwa ręka. Miałam nadzieję, że zniszczę pieczęć.
-Nadia! Nic się nie stało!- krzyknął Płomień. Trochę podniósł mnie tym na duchu.
-Można się było spodziewać, że to zepsujesz!- zaśmiał się Naito. Właśnie skończył opatrywać rękę i ruszył do ofensywy.
-Feliks!- krzyknęłam. Nie zdążyłam nic zrobić. Kucharz momentalnie pozbył się drugiej rękawiczki i pacnął filozofa ręką w czoło. Osiemnastolatek zmienił się w słup czerwonego światła i zniknął. Nie mogłam nic zrobić. Nie byłam wystarczająco szybka, chociaż mogłam go z łatwością zablokować, bo nauczyciel użył jako przyspieszenia mojego żywiołu. Ale to przerznęłam. Pospiesznie założył rękawiczkę i rozpoczęliśmy nasza walkę. Kopniaki, gwiazdy, salta. Nic na niego nie działało. Jedynie kopniakiem z półobrotu udało mi się złamać jego obojczyk. Cofnął się chwytając za ramię.
-No, no. Jednak coś tam umiesz.- pochwalił. –Ale nie zablokujesz tego!- rękawiczka zsunęła się z jego palców. Przełknęłam ślinę. Dam radę. Wymieniliśmy wiele pięknych kopnięci i przerzutów. Złamałam mu przy tym kilka kości, ale on dalej stał i miał się całkiem dobrze.
-Bummmmm!!!!!!!!!!!!- rozkojarzył mnie nagły wybuch. Nastąpił naprawdę blisko. Mam nadzieję, że nikomu nic się nie stało.
-Patrz z czego żyjesz!- wrzasnął i ruszył. Tym razem nie pozwoliłam mu zaskoczyć się własnym przyspieszeniem. Podcięłam go i zaliczył bliskie spotkanie z drzewem. Zabrałam nogi za pas. Kilometr dalej, zmęczona oparłam się o jakiś pień. Dyszałam jak stara lokomotywa. Przycupnęłam w śniegu. Skoczyłam jak oparzona do przodu. Korzenie drzewa wystrzeliły w moim kierunku. Byłam bez szans. Zostałam unieruchomiona. Pojawił się białowłosy.
-Całkiem dobrze ci szło, ale to by było nie fair, gdybym cię wypuścił za dobre sprawowanie.- parsknął.
Nie jesteśmy w więzieniu! Pomyślałam, ponieważ zakneblował mi usta. –Życzę ci miłych snów.- pogłaskał mnie pieczęcią po policzku. Zrobiło mi się słabo. Zamknęłam oczy.

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

Co dalej?