Nadia
Przez kilka dni graliśmy w gry, chodziliśmy na spacery,
oglądaliśmy filmy. Jednym słowem odpoczywaliśmy, ale żadne z nas nie potrafiło
wyluzować się do końca. Każdy z nas miał świadomość, że musimy odbić brata Kai.
Nie tylko dlatego, że raz nam pomógł lecz z czystego poczucia sprawiedliwości,
to też cztery dni przed jego straceniem wznowiliśmy treningi, przygotowywanie
broni oraz obmyślanie strategii. Naito oglądnął mnie i moich przyjaciół z
dokładnością. Każdej osobie wytknął jakąś wadę. Kaja musi o wiele więcej
walczyć przy użyciu nowych żywiołów, ponieważ według niego jest w tym
beznadziejna i o dziwo jeszcze nikt jej nie zabił. Ja tak nie uważam. Radzi
sobie całkiem dobrze. Kaspian nie zawsze może walczyć wręcz, został zmuszony do
ćwiczenia celności. Według mnie ślepy ma większe szanse od generała na zostanie
snajperem. Do Feliksa nie mógł za bardzo się przyczepić, więc stwierdził, że na
razie niech poćwiczy leczenie za pomocą magii ognia. Nawrzeszczał nawet na
swoją dziewczynę. Kazał jej więcej ćwiczyć pieczętowanie. Mnie zalecił poprawę
walki wręcz, dlatego że ponoć zdziadziłam. To jego słowa nie moje. Tak więc
od wczoraj wszyscy chodzą niewyspani i z
okropnymi zakwasami po porannym joggingu.
-Zbiórka!- krzyknął trener. Nie mięliśmy za wiele do
gadania.- Jest szósta rano. Wasza ulubiona godzina. Cały dzisiejszy dzień zagramy w grę pod tytułem
„Kogo zabije Naito?”. Teraz mój pomocnik rozda wam przedmioty jakich możecie
używać.- z campera wybiegł Puszek i rozdał wszystkim po plecaku. –Śmiało, otwórzcie.-zachęcił
nas. W moim zawiniątku znalazłam krótki sztylet, jedzenie, zapalnik i linę.
Zerknęłam na resztę drużyny. Kaspian wyciągnął kuszę, naboje, jedzenie i linę.
Dzwoneczek dostała kawałek metalu oraz jedzenie. Płomień wyjął krzesiwo,
zapałki, zapalnik, apteczkę, linę, miecz oraz jedzenie. W „zabawie” udział
brała również Elizabeth. Ona w swoim tobołku znalazła zwój do pieczętowania,
kredę, jakiś proszek, czyste kartki, włócznie oraz jedzenie.- Widzę, że każdy z
was jest zadowolony ze swoich przyborów. Teraz wyjaśnię wam zasady.- kiedyś
wspomniałam wam, że Naito uwielbia chodzić bez koszulki oraz butów. Tylko i
wyłącznie w szarych lub czarnych dresach. Tak było i dziś. Ale z małą różnicą.
Na prawą dłoń założył skórzaną rękawiczkę.- Otóż rozbiegacie się po całym
lesie. Ja was szukam i wyłapuję. Pewnie zabawa wydaje się wam banalna, ale taka
nie jest. Pamiętacie wady, które wam wytknąłem? Macie je podszkolić, więc
możecie walczyć tylko w ten sposób. W tym celu rozdałem wam te małe podarunki.
– zrzucił rękawiczkę. Pokazał nam dłoń. Zalśniła na niej krwistoczerwona pieczęć.
Kontynuował.- Jeżeli was dotknę automatycznie odpadacie. Rozumiemy się?
-Ale wiesz, że będziemy zmuszeni używać żywiołów?- spytał
Feliks.
-Oczywiście, liczę się z tym, że znajdziecie ich inne
zastosowanie niż dotychczas.- dwudziestolatek uśmiechnął się krzywo.
-Ile to będzie trwać?- zabójczyni wyrwała mi pytanie z ust.
-Dopóki wszystkich was nie złapie.- oświadczył.
-W taki razie podłożymy ci się od razu i po problemie.-
skwitował mag ziemi.
-Gdyby to było takie proste…- królowa przyłamała się.
-Tylko ten co wygra nie będzie musiał robić wyzwania oraz
dostanie nagrodę.- uśmiechnął się podle.
-Co to będzie?! Co to będzie?!- Dzwoneczek skakała wokół
przewodniczącego.
-Teraz mogę wam zdradzić jaka będzie kara dla osoby na
ostatnim miejscu.- zaśmiał się. wstrzymaliśmy oddech. W planach na pewno ma coś
strasznego.
-Dla każdego indywidualna.- parsknął. Przeklęłam pod nosem.
Klasnął w dłonie.- W takim razie pora zaczyń. Już w pół do siódmej. Gotowi, na
miejsca, start!- ruszyliśmy jak wystrzeleni z procy. Automatycznie
rozdzieliliśmy się. Nikt nie chciał pomagać nikomu. W tym momencie przyjaciel
staje się rywalem. Naito ma bardzo ułatwione zadanie. Śnieg sięga nam do kolan
i pozastawiamy w nim głębokie ślady. Jestem do przodu, dlatego że tak jak Kaja
mogę je szybko za sobą zatrzeć. Gorzej z pozostałą trójką. Okropnie zimno aż
oddech zamarza. Muszę znaleźć sobie jakieś schronie w innym wypadku zamarznę.
Kaja
Jak ja nienawidzę zimy, śniegu, zimna, sopli i ogólnie
wszystkiego związanego z tą okropną porą roku. Jaki idiota w ogóle wymyślił
zimę? Po co na komu. W Kraju Ognia doskonale radzą sobie bez niej. Z każdym
krokiem zaraz bardziej zamarzam. Z jakiego drzewa spadła na mnie czapa śniegu.
Wygrzebywałam się z niej przez dobre parę minut. Gdyby nie kontrola nad ogniem,
zamarzłabym na kość. Jeżeli pochoruję się przez tego idiotę to mu nogi z dumy
powyrywam. Zobaczy. Pociągając nosem szłam dalej.
Kaspian
Czy ktoś łaskawie mi zdradzi jak naciąga się cięciwę w
kuszy? Próbuję to ogarnąć od kiedy schowałem się w ciepłej i bezpiecznej
jaskini. Rozpalenie ogniska nie zajęło mi za dużo czasu, nie mówiąc o
wyrobieniu sobie jakieś normalniejszej broni na przykład noży do rzucania. One
są o niebo lepsze od tego gówna. Cholera! Ale oddała mi po palcach. Jestem
przekonany, że gdyby nie skórzane rękawice nie miałbym palców. Po długich
chwilach męczarni, zorientowałem się, że nie odbezpieczyłem mechanizmu. Co z
tego. Nawet po tym, gdy umieściłem pocisk oddał mi rykoszetem w czoło. Dobrze,
że słabo naciągnąłem kuszę. Jak Nadia może z czegoś takiego strzelać? Co ja
jeszcze mam w tej torbie. Pogrzebałem trochę głębiej i dokopałem się do łuku.
To inna rozmowa. To przynajmniej miałem już w rękach. Odliczyłem czterdzieści
kroków od miejsca, w którym siedziałem, założyłem strzałę i napiąłem łuk. To
nie może być takie trudne. Nadia strzela bez problemy. Przyłożyłem strzałę do
policzka i pościłem ją. Pewnie chcielibyście usłyszeć, że pocisk trafił w sam
środek tarczy. Bardzo mi przykro, ale muszę was rozczarować. Strzała nie
przeleciała nawet jednego metra. Zahaczyła się o żyłkę i wesoło z niej dyndała.
Westchnąłem głęboko. Chyba wrócę do miecza, mimo zakazu Naito. Przecież nie
zorientuję się, użyję szabli przeciwko wiewiórkom, a gdy będę z nim walczyć to
dopiero wtedy wyjmę łuk. Tak to bardzo dobry pomysł.
Feliks
Nie jestem przyzwyczajony do tak skrajnych temperatur. Przez
nie moc ognia jest okropnie niepewna. Kurde! Jakiś hałas! To pewnie Naito! Momentalnie
wskoczyłem za pień buku i błagałem aby mnie nie zauważył. Cisza. Musiał mnie
usłyszeć. Z bijącym sercem otworzyłem plecak i wydobyłem z niego miecz. Pospiesznie
przywiązałem do niego linę. Jej drugi koniec przymocowałem do nadgarstka. Nie chcę
ryzykować, że trener wybije mi go z ręki, a dzięki temu manewrowi mogę rzucić
kordem i szybko go odzyskać. Stałem spokojnie wsłuchując się w ciszę. Tupnięcie!
Ktoś przycupnął na gałęzi tuż nad moją głową, albo odrobinę dalej. Usłyszałem odgłos
mięcia kartki i skrobania długopisem. Pospiesznie przewertowałem w pamięci wyposażenie
moich przyjaciół. Olśniło mnie. Elizabeth! Zanim zdążyłem zawołać na nią, do moich
stóp upadła kartka papieru. Widniał na niej dziwny symbol!
-Więzy!- krzyknęła blondynka. Kilkanaście łańcuchów
wystrzeliło ze świstka i oplotło kolejno moje nadgarstki, przeguby, łokcie
barki, szyję, tors, brzuch, uda, łyki i kostki. Przypominałem żelazną mumię. Wysłałem
ciepło do łańcuchów, aby je rozszerzyć. Nastolatka zeskoczyła z drzewa. Spojrzała
na mnie ze zdziwieniem. Podeszła do mnie i złapała mnie za włosy, unosząc moją
głowę. Nie ukrywam, zabolało mnie to.
-Nie ciebie się tu spodziewałam.- warknęła. Upuściła moją
twarz w śnieg. –Odwołanie!- zawołała. Kajdany wróciły do wnętrza papieru. Podniosła
go i schowała do kieszeni.
-Dziękuję.- burknąłem, strzepując z siebie śnieg.
-Nie dziękuj, tylko nie wchodź mi w drogę.- wskoczyła na
drzewo i zniknęła w koronach. Znów zostałem sam. Bardzo dobrze. Bałbym się mieć
ją za pomagierkę.
Kaspian
Nie mogę spędzić tu całego życia. Muszę zmienić kryjówkę. Ta
jaskinia to pierwsze miejsce, w którym zawita Naito. Stworzyłem dziurę i
wrzuciłem do niej resztki po ognisku, kości z kurczaka oraz opakowania po zupce
chińskiej. Przerzuciłem placka przez ramię i opuściłem moją bezpieczną kryjówkę.
Powiem wam, że mam idealny refleks. Gdyby nie ta zasrana kusza, odpadłbym jako
pierwszy. Pocisk przeleciał tuż nad głową Naito. Szybko podniosłem się ze
śniegu i pobiegłem przed siebie. Czułem jego oddech na swoich placach. W tym
całym zamieszaniu porzuciłem kuszę. Przekręciłem plecak na brzuch… i mim ciałem
zawładnęła dziwna siła. Moje ciało walczyło samo. Nagle stanęłam na rękach i zacząłem
wymachiwać nogami jak jakiś tancerz powalając przy tym trenera. Wyjąłem z
plecaka noże, które wcześniej przygotowałem i bezbłędnymi rzutami przykułem do drzewa
obie dłonie napastnika. Moc opuściła moje ciało i upadłem na kolana. Nie wiem
co się ze mną stało. Zamiast przypływu potęgi, pojawiła się Nadia. Wyrosła jak
z pod ziemi. pomogła mi wstać, zgarnęła kuszę i pociągnęła mnie za sobą. Biegliśmy
dobry kawałek zanim stwierdziła, że tyle nam wystarczy. Usiedliśmy w igloo.
-Co ty była za siła?- spytałem, kiedy udało mi się złapać
oddech.
-Magia krwi.- odpowiedziała, podając mi ciepłą herbatę. Nie zauważyłem
kiedy zagrzała wodę.
-Napij się i uciekaj. Przyciągniemy go, będą razem.- nerwowo
przebierała nogami. Stwierdziłem, że nie będę jej stresować i dopiłem wywar. Poczułem
się o niebo lepiej.
-Co mi dałaś?- spytałem. Tak wiem, trochę spóźniona reakcja,
ale ona jest jedyną osobą, która by mnie nie otruła, jaką znam.
-Lepiej, że nie wiesz.- uśmiechnęła się słabo.- Idź
już.-nalegała.
-Dobrze.- pokiwałem głową. Spakowałem swoje rzeczy,
naciągnąłem kurtkę i wyczołgałem się z lodowego domku. Ktoś klepnął mnie z
plecy. Obróciłem się. Naito!
-Nadia, uciekaj!- tyle zdążyłem krzyknąć, zanim straciłem kontakt
ze światem.
Nadia
Przeszły mnie ciarki. Przecież poustawiałam wokół domku
wiele pułapek. Jakim cudem przeszedł koło nich nie zahaczając chodźmy o jedną? Teraz nie mam czasy na rozmyślania. Zapięłam
kurtkę, zgasiłam ognisko i założyłam plecak. Nie myślcie sobie, że bez
przyczyny zbudowałam to igloo. Posłuży mi jak igły jeżowi. Pora włączyć tryb
obronny. Magią wody zamknęłam wejście i z wody stworzyłam ostre na metr
szpikulce. Napakowałam nim domek, który zmienił się w kulę. W takim czymś uda
mi się przeczekać jego atak. Dzięki śniegowi doskonale wiedziałam, gdzie go
szukać. Każdy atak był idealnie wymierzony i dopracowany, ale i on wziął się na
sposób. Podskoczył i nie ma go od dłuższej chwili. Zapewne siedzi na jakieś gałęzi.
Coś za cicho. Nagłe uderzenie ognia roznosiło cały mój wysiłek. stałam pomiędzy
skorupami mojego dzieła. Nie wiem czemu ale byłam w lekkim szoku. Gdyby nie
szybka interwencja Feliksa, białowłosy mógłby mnie nawet zwęglić. Razem zanurkowaliśmy
w śnieg. Tym razem ja zasłoniłam nas puchową kołdrą. Wygrzebaliśmy się z pod
lodu. Odskoczyliśmy w przeciwne kierunki. Feliks zionął ogniem, tym samy
kupując mi czas na jakąś sensowną akcję. Stworzyłam dwa wodne bicze. Jednym
złapałam dłoń chłopaka, a drugą przecięłam ją. Skórzana rękawica rozdarła się,
ale… to nie była właściwa ręka. Miałam nadzieję, że zniszczę pieczęć.
-Nadia! Nic się nie stało!- krzyknął Płomień. Trochę podniósł
mnie tym na duchu.
-Można się było spodziewać, że to zepsujesz!- zaśmiał się Naito.
Właśnie skończył opatrywać rękę i ruszył do ofensywy.
-Feliks!- krzyknęłam. Nie zdążyłam nic zrobić. Kucharz momentalnie
pozbył się drugiej rękawiczki i pacnął filozofa ręką w czoło. Osiemnastolatek
zmienił się w słup czerwonego światła i zniknął. Nie mogłam nic zrobić. Nie byłam
wystarczająco szybka, chociaż mogłam go z łatwością zablokować, bo nauczyciel
użył jako przyspieszenia mojego żywiołu. Ale to przerznęłam. Pospiesznie założył
rękawiczkę i rozpoczęliśmy nasza walkę. Kopniaki, gwiazdy, salta. Nic na niego
nie działało. Jedynie kopniakiem z półobrotu udało mi się złamać jego obojczyk.
Cofnął się chwytając za ramię.
-No, no. Jednak coś tam umiesz.- pochwalił. –Ale nie zablokujesz
tego!- rękawiczka zsunęła się z jego palców. Przełknęłam ślinę. Dam radę. Wymieniliśmy
wiele pięknych kopnięci i przerzutów. Złamałam mu przy tym kilka kości, ale on
dalej stał i miał się całkiem dobrze.
-Bummmmm!!!!!!!!!!!!- rozkojarzył mnie nagły wybuch. Nastąpił
naprawdę blisko. Mam nadzieję, że nikomu nic się nie stało.
-Patrz z czego żyjesz!- wrzasnął i ruszył. Tym razem nie
pozwoliłam mu zaskoczyć się własnym przyspieszeniem. Podcięłam go i zaliczył
bliskie spotkanie z drzewem. Zabrałam nogi za pas. Kilometr dalej, zmęczona
oparłam się o jakiś pień. Dyszałam jak stara lokomotywa. Przycupnęłam w śniegu.
Skoczyłam jak oparzona do przodu. Korzenie drzewa wystrzeliły w moim kierunku. Byłam
bez szans. Zostałam unieruchomiona. Pojawił się białowłosy.
-Całkiem dobrze ci szło, ale to by było nie fair, gdybym cię
wypuścił za dobre sprawowanie.- parsknął.
Nie jesteśmy w
więzieniu! Pomyślałam, ponieważ zakneblował mi usta. –Życzę ci miłych
snów.- pogłaskał mnie pieczęcią po policzku. Zrobiło mi się słabo. Zamknęłam oczy.