Translate

sobota, 25 czerwca 2016

Rozdział LX



Nadia
Przez kilka dni graliśmy w gry, chodziliśmy na spacery, oglądaliśmy filmy. Jednym słowem odpoczywaliśmy, ale żadne z nas nie potrafiło wyluzować się do końca. Każdy z nas miał świadomość, że musimy odbić brata Kai. Nie tylko dlatego, że raz nam pomógł lecz z czystego poczucia sprawiedliwości, to też cztery dni przed jego straceniem wznowiliśmy treningi, przygotowywanie broni oraz obmyślanie strategii. Naito oglądnął mnie i moich przyjaciół z dokładnością. Każdej osobie wytknął jakąś wadę. Kaja musi o wiele więcej walczyć przy użyciu nowych żywiołów, ponieważ według niego jest w tym beznadziejna i o dziwo jeszcze nikt jej nie zabił. Ja tak nie uważam. Radzi sobie całkiem dobrze. Kaspian nie zawsze może walczyć wręcz, został zmuszony do ćwiczenia celności. Według mnie ślepy ma większe szanse od generała na zostanie snajperem. Do Feliksa nie mógł za bardzo się przyczepić, więc stwierdził, że na razie niech poćwiczy leczenie za pomocą magii ognia. Nawrzeszczał nawet na swoją dziewczynę. Kazał jej więcej ćwiczyć pieczętowanie. Mnie zalecił poprawę walki wręcz, dlatego że ponoć  zdziadziłam. To jego słowa nie moje. Tak więc od wczoraj wszyscy chodzą niewyspani i  z okropnymi zakwasami po porannym joggingu.
-Zbiórka!- krzyknął trener. Nie mięliśmy za wiele do gadania.- Jest szósta rano. Wasza ulubiona godzina. Cały  dzisiejszy dzień zagramy w grę pod tytułem „Kogo zabije Naito?”. Teraz mój pomocnik rozda wam przedmioty jakich możecie używać.- z campera wybiegł Puszek i rozdał wszystkim po plecaku. –Śmiało, otwórzcie.-zachęcił nas. W moim zawiniątku znalazłam krótki sztylet, jedzenie, zapalnik i linę. Zerknęłam na resztę drużyny. Kaspian wyciągnął kuszę, naboje, jedzenie i linę. Dzwoneczek dostała kawałek metalu oraz jedzenie. Płomień wyjął krzesiwo, zapałki, zapalnik, apteczkę, linę, miecz oraz jedzenie. W „zabawie” udział brała również Elizabeth. Ona w swoim tobołku znalazła zwój do pieczętowania, kredę, jakiś proszek, czyste kartki, włócznie oraz jedzenie.- Widzę, że każdy z was jest zadowolony ze swoich przyborów. Teraz wyjaśnię wam zasady.- kiedyś wspomniałam wam, że Naito uwielbia chodzić bez koszulki oraz butów. Tylko i wyłącznie w szarych lub czarnych dresach. Tak było i dziś. Ale z małą różnicą. Na prawą dłoń założył skórzaną rękawiczkę.- Otóż rozbiegacie się po całym lesie. Ja was szukam i wyłapuję. Pewnie zabawa wydaje się wam banalna, ale taka nie jest. Pamiętacie wady, które wam wytknąłem? Macie je podszkolić, więc możecie walczyć tylko w ten sposób. W tym celu rozdałem wam te małe podarunki. – zrzucił rękawiczkę. Pokazał nam dłoń. Zalśniła na niej krwistoczerwona pieczęć. Kontynuował.- Jeżeli was dotknę automatycznie odpadacie. Rozumiemy się?
-Ale wiesz, że będziemy zmuszeni używać żywiołów?- spytał Feliks.
-Oczywiście, liczę się z tym, że znajdziecie ich inne zastosowanie niż dotychczas.- dwudziestolatek uśmiechnął się krzywo.
-Ile to będzie trwać?- zabójczyni wyrwała mi pytanie z ust.
-Dopóki wszystkich was nie złapie.- oświadczył.
-W taki razie podłożymy ci się od razu i po problemie.- skwitował mag ziemi.
-Gdyby to było takie proste…- królowa przyłamała się.
-Tylko ten co wygra nie będzie musiał robić wyzwania oraz dostanie nagrodę.- uśmiechnął się podle.
-Co to będzie?! Co to będzie?!- Dzwoneczek skakała wokół przewodniczącego.
-Teraz mogę wam zdradzić jaka będzie kara dla osoby na ostatnim miejscu.- zaśmiał się. wstrzymaliśmy oddech. W planach na pewno ma coś strasznego.
-Dla każdego indywidualna.- parsknął. Przeklęłam pod nosem. Klasnął w dłonie.- W takim razie pora zaczyń. Już w pół do siódmej. Gotowi, na miejsca, start!- ruszyliśmy jak wystrzeleni z procy. Automatycznie rozdzieliliśmy się. Nikt nie chciał pomagać nikomu. W tym momencie przyjaciel staje się rywalem. Naito ma bardzo ułatwione zadanie. Śnieg sięga nam do kolan i pozastawiamy w nim głębokie ślady. Jestem do przodu, dlatego że tak jak Kaja mogę je szybko za sobą zatrzeć. Gorzej z pozostałą trójką. Okropnie zimno aż oddech zamarza. Muszę znaleźć sobie jakieś schronie w innym wypadku zamarznę.
Kaja
Jak ja nienawidzę zimy, śniegu, zimna, sopli i ogólnie wszystkiego związanego z tą okropną porą roku. Jaki idiota w ogóle wymyślił zimę? Po co na komu. W Kraju Ognia doskonale radzą sobie bez niej. Z każdym krokiem zaraz bardziej zamarzam. Z jakiego drzewa spadła na mnie czapa śniegu. Wygrzebywałam się z niej przez dobre parę minut. Gdyby nie kontrola nad ogniem, zamarzłabym na kość. Jeżeli pochoruję się przez tego idiotę to mu nogi z dumy powyrywam. Zobaczy. Pociągając nosem szłam dalej.
Kaspian
Czy ktoś łaskawie mi zdradzi jak naciąga się cięciwę w kuszy? Próbuję to ogarnąć od kiedy schowałem się w ciepłej i bezpiecznej jaskini. Rozpalenie ogniska nie zajęło mi za dużo czasu, nie mówiąc o wyrobieniu sobie jakieś normalniejszej broni na przykład noży do rzucania. One są o niebo lepsze od tego gówna. Cholera! Ale oddała mi po palcach. Jestem przekonany, że gdyby nie skórzane rękawice nie miałbym palców. Po długich chwilach męczarni, zorientowałem się, że nie odbezpieczyłem mechanizmu. Co z tego. Nawet po tym, gdy umieściłem pocisk oddał mi rykoszetem w czoło. Dobrze, że słabo naciągnąłem kuszę. Jak Nadia może z czegoś takiego strzelać? Co ja jeszcze mam w tej torbie. Pogrzebałem trochę głębiej i dokopałem się do łuku. To inna rozmowa. To przynajmniej miałem już w rękach. Odliczyłem czterdzieści kroków od miejsca, w którym siedziałem, założyłem strzałę i napiąłem łuk. To nie może być takie trudne. Nadia strzela bez problemy. Przyłożyłem strzałę do policzka i pościłem ją. Pewnie chcielibyście usłyszeć, że pocisk trafił w sam środek tarczy. Bardzo mi przykro, ale muszę was rozczarować. Strzała nie przeleciała nawet jednego metra. Zahaczyła się o żyłkę i wesoło z niej dyndała. Westchnąłem głęboko. Chyba wrócę do miecza, mimo zakazu Naito. Przecież nie zorientuję się, użyję szabli przeciwko wiewiórkom, a gdy będę z nim walczyć to dopiero wtedy wyjmę łuk. Tak to bardzo dobry pomysł.
Feliks
Nie jestem przyzwyczajony do tak skrajnych temperatur. Przez nie moc ognia jest okropnie niepewna. Kurde! Jakiś hałas! To pewnie Naito! Momentalnie wskoczyłem za pień buku i błagałem aby mnie nie zauważył. Cisza. Musiał mnie usłyszeć. Z bijącym sercem otworzyłem plecak i wydobyłem z niego miecz. Pospiesznie przywiązałem do niego linę. Jej drugi koniec przymocowałem do nadgarstka. Nie chcę ryzykować, że trener wybije mi go z ręki, a dzięki temu manewrowi mogę rzucić kordem i szybko go odzyskać. Stałem spokojnie wsłuchując się w ciszę. Tupnięcie! Ktoś przycupnął na gałęzi tuż nad moją głową, albo odrobinę dalej. Usłyszałem odgłos mięcia kartki i skrobania długopisem. Pospiesznie przewertowałem w pamięci wyposażenie moich przyjaciół. Olśniło mnie. Elizabeth! Zanim zdążyłem zawołać na nią, do moich stóp upadła kartka papieru. Widniał na niej dziwny symbol!
-Więzy!- krzyknęła blondynka. Kilkanaście łańcuchów wystrzeliło ze świstka i oplotło kolejno moje nadgarstki, przeguby, łokcie barki, szyję, tors, brzuch, uda, łyki i kostki. Przypominałem żelazną mumię. Wysłałem ciepło do łańcuchów, aby je rozszerzyć. Nastolatka zeskoczyła z drzewa. Spojrzała na mnie ze zdziwieniem. Podeszła do mnie i złapała mnie za włosy, unosząc moją głowę. Nie ukrywam, zabolało mnie to.
-Nie ciebie się tu spodziewałam.- warknęła. Upuściła moją twarz w śnieg. –Odwołanie!- zawołała. Kajdany wróciły do wnętrza papieru. Podniosła go i schowała do kieszeni.
-Dziękuję.- burknąłem, strzepując z siebie śnieg.
-Nie dziękuj, tylko nie wchodź mi w drogę.- wskoczyła na drzewo i zniknęła w koronach. Znów zostałem sam. Bardzo dobrze. Bałbym się mieć ją za pomagierkę.
Kaspian
Nie mogę spędzić tu całego życia. Muszę zmienić kryjówkę. Ta jaskinia to pierwsze miejsce, w którym zawita Naito. Stworzyłem dziurę i wrzuciłem do niej resztki po ognisku, kości z kurczaka oraz opakowania po zupce chińskiej. Przerzuciłem placka przez ramię i opuściłem moją bezpieczną kryjówkę. Powiem wam, że mam idealny refleks. Gdyby nie ta zasrana kusza, odpadłbym jako pierwszy. Pocisk przeleciał tuż nad głową Naito. Szybko podniosłem się ze śniegu i pobiegłem przed siebie. Czułem jego oddech na swoich placach. W tym całym zamieszaniu porzuciłem kuszę. Przekręciłem plecak na brzuch… i mim ciałem zawładnęła dziwna siła. Moje ciało walczyło samo. Nagle stanęłam na rękach i zacząłem wymachiwać nogami jak jakiś tancerz powalając przy tym trenera. Wyjąłem z plecaka noże, które wcześniej przygotowałem i bezbłędnymi rzutami przykułem do drzewa obie dłonie napastnika. Moc opuściła moje ciało i upadłem na kolana. Nie wiem co się ze mną stało. Zamiast przypływu potęgi, pojawiła się Nadia. Wyrosła jak z pod ziemi. pomogła mi wstać, zgarnęła kuszę i pociągnęła mnie za sobą. Biegliśmy dobry kawałek zanim stwierdziła, że tyle nam wystarczy. Usiedliśmy w igloo.
-Co ty była za siła?- spytałem, kiedy udało mi się złapać oddech.
-Magia krwi.- odpowiedziała, podając mi ciepłą herbatę. Nie zauważyłem kiedy zagrzała wodę.
-Napij się i uciekaj. Przyciągniemy go, będą razem.- nerwowo przebierała nogami. Stwierdziłem, że nie będę jej stresować i dopiłem wywar. Poczułem się o niebo lepiej.
-Co mi dałaś?- spytałem. Tak wiem, trochę spóźniona reakcja, ale ona jest jedyną osobą, która by mnie nie otruła, jaką znam.
-Lepiej, że nie wiesz.- uśmiechnęła się słabo.- Idź już.-nalegała.
-Dobrze.- pokiwałem głową. Spakowałem swoje rzeczy, naciągnąłem kurtkę i wyczołgałem się z lodowego domku. Ktoś klepnął mnie z plecy. Obróciłem się. Naito!
-Nadia, uciekaj!- tyle zdążyłem krzyknąć, zanim straciłem kontakt ze światem.
Nadia
Przeszły mnie ciarki. Przecież poustawiałam wokół domku wiele pułapek. Jakim cudem przeszedł koło nich nie zahaczając chodźmy  o jedną? Teraz nie mam czasy na rozmyślania. Zapięłam kurtkę, zgasiłam ognisko i założyłam plecak. Nie myślcie sobie, że bez przyczyny zbudowałam to igloo. Posłuży mi jak igły jeżowi. Pora włączyć tryb obronny. Magią wody zamknęłam wejście i z wody stworzyłam ostre na metr szpikulce. Napakowałam nim domek, który zmienił się w kulę. W takim czymś uda mi się przeczekać jego atak. Dzięki śniegowi doskonale wiedziałam, gdzie go szukać. Każdy atak był idealnie wymierzony i dopracowany, ale i on wziął się na sposób. Podskoczył i nie ma go od dłuższej chwili. Zapewne siedzi na jakieś gałęzi. Coś za cicho. Nagłe uderzenie ognia roznosiło cały mój wysiłek. stałam pomiędzy skorupami mojego dzieła. Nie wiem czemu ale byłam w lekkim szoku. Gdyby nie szybka interwencja Feliksa, białowłosy mógłby mnie nawet zwęglić. Razem zanurkowaliśmy w śnieg. Tym razem ja zasłoniłam nas puchową kołdrą. Wygrzebaliśmy się z pod lodu. Odskoczyliśmy w przeciwne kierunki. Feliks zionął ogniem, tym samy kupując mi czas na jakąś sensowną akcję. Stworzyłam dwa wodne bicze. Jednym złapałam dłoń chłopaka, a drugą przecięłam ją. Skórzana rękawica rozdarła się, ale… to nie była właściwa ręka. Miałam nadzieję, że zniszczę pieczęć.
-Nadia! Nic się nie stało!- krzyknął Płomień. Trochę podniósł mnie tym na duchu.
-Można się było spodziewać, że to zepsujesz!- zaśmiał się Naito. Właśnie skończył opatrywać rękę i ruszył do ofensywy.
-Feliks!- krzyknęłam. Nie zdążyłam nic zrobić. Kucharz momentalnie pozbył się drugiej rękawiczki i pacnął filozofa ręką w czoło. Osiemnastolatek zmienił się w słup czerwonego światła i zniknął. Nie mogłam nic zrobić. Nie byłam wystarczająco szybka, chociaż mogłam go z łatwością zablokować, bo nauczyciel użył jako przyspieszenia mojego żywiołu. Ale to przerznęłam. Pospiesznie założył rękawiczkę i rozpoczęliśmy nasza walkę. Kopniaki, gwiazdy, salta. Nic na niego nie działało. Jedynie kopniakiem z półobrotu udało mi się złamać jego obojczyk. Cofnął się chwytając za ramię.
-No, no. Jednak coś tam umiesz.- pochwalił. –Ale nie zablokujesz tego!- rękawiczka zsunęła się z jego palców. Przełknęłam ślinę. Dam radę. Wymieniliśmy wiele pięknych kopnięci i przerzutów. Złamałam mu przy tym kilka kości, ale on dalej stał i miał się całkiem dobrze.
-Bummmmm!!!!!!!!!!!!- rozkojarzył mnie nagły wybuch. Nastąpił naprawdę blisko. Mam nadzieję, że nikomu nic się nie stało.
-Patrz z czego żyjesz!- wrzasnął i ruszył. Tym razem nie pozwoliłam mu zaskoczyć się własnym przyspieszeniem. Podcięłam go i zaliczył bliskie spotkanie z drzewem. Zabrałam nogi za pas. Kilometr dalej, zmęczona oparłam się o jakiś pień. Dyszałam jak stara lokomotywa. Przycupnęłam w śniegu. Skoczyłam jak oparzona do przodu. Korzenie drzewa wystrzeliły w moim kierunku. Byłam bez szans. Zostałam unieruchomiona. Pojawił się białowłosy.
-Całkiem dobrze ci szło, ale to by było nie fair, gdybym cię wypuścił za dobre sprawowanie.- parsknął.
Nie jesteśmy w więzieniu! Pomyślałam, ponieważ zakneblował mi usta. –Życzę ci miłych snów.- pogłaskał mnie pieczęcią po policzku. Zrobiło mi się słabo. Zamknęłam oczy.

sobota, 11 czerwca 2016

Rozdział LIX



Nadia
Elizabeth zeskoczyła z muru i stanęła przede mną. Wyglądało to tak, jakby chciała mnie zasłonić. Wyprostowała się i dumnie uniosła głowę do góry jak to przystoi na królową. Jej twarz wydawała się spokojna, ale mnie nie oszuka. Czuję jej tętno. Przyspieszone i niespokojne.
-Nazywam się Elizabeth Mountrose. Jestem królową Kraju Powietrza i przyjechałam po to. Aby zrównać ten nielegalny obóz koncentracyjny z ziemią!- zakrzyknęła. Nie musiała w te słowa wkładać magii. I tak strażnicy zaczęli trząść portkami. Jeden z nich wystąpił przed szereg. Był to komendant obozu. Jest magiem ziemi, więc teoretycznie nie podlega wpływom Elizy.
-Wasza miłość- skłonił się, przy okazji podnosząc z podłoża mały kamyczek. Kontynuował wypowiedź podrzucając do w dłoni.-Jestem komendantem tego obozu i mogę zapewnić panią, że wszystko co się tu dzieję, jest w pełni zgodne z prawem mojego kraju, jak i pani.- uśmiechnął się. Ten szarmancki, czarowny brunet, potrafi zamydlić oczy nie jednemu rozmówcy. Blondynka parsknęła.
-Juli, moja doradczyni, zdaj mi raport z pobytu w tym miejscu.- zaschło mi w gardle. Spojrzałam na faceta, a on na mnie. Jego oczy zrobiły się ogromne jak spodki. –No dalej kochana. Przecież spędziłaś tu kawałek czasu i doskonale poznałaś panujące tu obyczaje i możesz mi o tym opowiedzieć. Zaczęłam mówić.
-Moja królowo- ukłoniłam się teatralnie – życie tu z pewnością nie należy do najlepszych. Za twoim rozkazem zwiedziłam wiele obozów, ale zdecydowanie ten wiedzie prym w okrucieństwie oraz braku poszanowania dla drugie człowieka. Ludzie śpią tu na łóżkach wykonanych z kamienia, metalu czy drewna w zależności od tkanego przez nich żywiołu. Ich imiona i nazwiska zostają zastąpione numerem seryjnym, a rzeczy osobiste odebrane i w zależność od wartości materialne, sprzedane lub spalone.- skończyłam opowieść. Brunet posłał mi pełne nienawiści spojrzenie.
-Miłościwa pani, ubolewam, że to wszystko musiało się tak skończyć. Życzę ci odpoczywania w pokoju.- zanim ktokolwiek z nas zdążył zareagować, kamyczek, którym mężczyzna bawił się od dłuższego czasu, wylądował pomiędzy jego kciukiem a palcem wskazującym. Pstryknął i skałka wystrzeliła jak z procy osiągając niesamowitą prędkość. Przywódczyni nie była w stanie jej uniknąć. Niespodziewanie wyrosła przed nią dwumetrowa, skalna ściana. Pocisk odbił się od niej rykoszetem. Czyżby Kaspian zdążył ochronić siostrę. Spojrzałam w jego kierunku. Nie wydaje mi się. Jest tak samo zszokowany jak reszta. Może to Kaja. Nie ona też nie. Zastygła z wyciągniętymi przed siebie rękami. W takim razie to musi być sprawka Naito. On spokojnie stoi pod drzewem i obserwuje całą sytuację. Ciszę przerywa męski, głęboki i donośny głos.
-Czy ty chciałeś zabić Elizabeth?- zza muru wyłania się postać zakuta w zbroję od góry do dołu. Bez wątpienia to mężczyzna. Ma niesamowicie rozbudowane ciało. Zza czarnej, powiewającej na wierze peleryny, wystaje ogromny i zapewne ciężki miecz. Kim jest ten rycerz? nie tylko ja byłam zdziwiona. Razem z towarzyszami wymieniliśmy pytające spojrzenia.
-Gościu nie wtrącaj się w sprawy, które cię nie dotyczą!- pisnął wystraszony strażnik. Nieznajomy zrobił parę kroków do przody.
-Ta sprawa dotyczy mnie bardziej, niż mieści ci się to w tej małej, popapranej główce.- parsknął.- Zwłaszcza, że słyszałam zeznania świadka i już nie dasz radę się wymigać z zarzutów.- z jego każdym słowem, żołnierz stawał się coraz mniejszy, ale nadal udawał chojraka.
-Za kogo się uważasz?! –zawołał. Zbrojny nic nie odpowiedział. –Skoro nie chcesz nic mówić, to cię zabiję! Łucznicy, strzelać! –rozkazał. Zanim mrugnęłam, leżeli powaleni. Jak to możliwe? Przecież nikt tak szybko nie potrafi zorientować się w rozmieszczeniu wroga i dodatkowo go pokonać. Jedynym magiem, który to potrafi jest…
-Pytałeś mnie kim jestem. Prawda?- oszołomiony brunet kiwnął głową. –Otóż nazywam się…- facet ściągnął hełm. Wszędzie poznam tę burzę brązowych włosów oraz szalone, czerwone oczy. To…
-…Nathaniel Dark.- strażnik pobladł. Otaczający nas mundurowi upadli na twarz i bili pokłony przed władcą dla którego służą, a przed momentem chcieli zabić.
-Panie, błagam o wybacz…- król podszedł do faceta i złapał za jego gardło.
-Nie wybaczę ci, ze chciałeś zabić moją ulubienicę.- po tych słowach skręcił mu kark. Zwłoki opadły na śnieg. –Czy któryś z was ma jeszcze jakiekolwiek ale?- rozejrzał się. –Nie, to świetnie. Jeszcze dziś obóz zostanie zrównany z ziemią, ludzie uwolnieni, a żołnierze t pracujący do legalnego obozu przymusowej pracy.- zerknął na Kaspiana.
-Generale.- chłopak zmieszał się.
-Co ja mam teraz z tobą zrobić?- zatroskał się. po chwili pstryknął w palce.-Powiem wszystkim, że byłeś tajnym agentem, którego zadaniem było zinfiltrowanie Krwawego Omenu, ale żeby tego dokonać musiałeś znaleźć się w obozie koncentracyjnym. Co ty na to?- spytał. Brunet zmieszał się. Gdy tak stali naprzeciwko siebie rozmawiając, mogłam wyłapać podobieństwa między nimi. Na przykład kolor włosów czy rysy twarzy. Zaraz jednak przestałam. Przecież to głupie dlaczego mieli być do siebie podobni.
-Oczywiście królu będzie jak chcesz.- pokłonił się.
-Od zaraz wracaj na stanowisko i zajmij się znalezieniem nowych generałów.- rzucił na odchodne. Chłopak zatrzymał go.
-Z całym szacunkiem, ale ten pomysł jest bezsensowny, skoro Krwawy Omen w dalszym ciągu atakuje. Żal mi wysyłać znakomitych magów na pewną śmierć.
-I nie zrobisz tego.- zapewnił go.
-Jak to?- zdziwił się.
-Doszliśmy do Krwawego Omenu i rozpracowaliśmy go. Za kilka dni na placu w Sorze ma odbyć się publiczna egzekucja ich lidera.- zaśmiał się. –Dobrze mu tak, co nie?  Pozwalał sobie na za dużo.- kolejna powalająca informacja. Christopher czyli brat Kai i przewodniczący Krwawego Omenu ma zostać stracony. Przerzuciłam wzrok na Kaję. Mocno ściskała Feliksa za rękę. Nie wyglądała najlepiej. Za pewne już obmyśla plan obicia brata i zrealizuje go z naszą pomocą lub też bez niej.
-Kiedy to ma nadejść? – generał był śmiertelnie poważny.
-W Wigilię.- oznajmił władca.
-To prawię zaraz.- westchnął przyjaciel.
-Tak, masz rację. Nie przejmuj się tym. Skup się na własnych problemach i powierzonym ci zadaniu. Mam nadzieję, że mnie nie zawiedziesz i znajdziesz odpowiednich kandydatów na miejsca swoich dawnych przyjaciół. Trzymaj się. do ponownego zobaczenia.- poklepał go po ramieniu i odszedł. Znikąd wyłonili się zwolennicy króla i zaczęli skuwać więźniów oraz zacierać ślady po działalność obozu. Byłam szczęśliwa, że to koniec.
***
Kurczak Naito jest przepyszny. Nigdy w życiu nie jadłam nic lepszego. Kaspian jest tego samego zdania. Nareszcie wszyscy razem siedzimy przy jednym stole i jesteśmy spokojni o jutro. Możemy się zrelaksować i pośmiać. Każdy z nas opowiadał zwariowane historie jakie się mu przydarzyły, praczas rozdzielania. Dowiedziałam się, że Elizabeth znowu miała złamaną nogę, że zostali pojmani, a Feliks ich uratował. Ja wytłumaczyłam jak sfingowałam własną śmierć oraz dlaczego moje włosy są brązowe, choć nie powinny takie być. Kaspian chwalił się tym, jak to wspaniale udawał depresję po mojej „śmierci”. Nareszcie nadeszła kolej Kai. Nastolatka poprosił, żeby mogła opowiadać na końcu. Zgodziliśmy się.
Kaja
W końcu nadeszła moja część opowieść. Rozradowana, wyciągnęłam z pod swojego łóżka starą, drewnianą szkatułkę. Przyjaciele oglądnęli ją staranie z każdej strony.
-Co to jest?- Nadia nie wytrzymała chwili napięcia.
-Wszystko zaczęło się pewnego wieczoru. Wiał porywisty wiatr, a ja byłam na dworze. Nagle towarzysząca mi przyjaciółka zakrzyknęła „tornado”. Czekała na to słowo całe życie. Byłam przygotowana na ten dzień.
-Wcale nie byłaś.- filozof poprawił wczuwającą się w narrację dziewczynę.
-Nie przerywaj. Tak więc, wraz z Elizą wyruszyłyśmy na spodnie trąbie powietrznej. Nikt nie mógł nam zagwarantować, ze wrócimy żywe. Blondynka związała nas liną i powiedziała:
-W razie niebezpieczeństwa pociągnij trzy razy. Wyciągnę cię stamtąd.- poczułam się pewniej i wzbiłyśmy się w przestworza.
-Szkoda, że to wszytko nie wyglądało tak heroicznie jak to opisujesz.- blondynka zaśmiała się.- Pamiętam jak darłaś się „ O bogowie, zaraz się rozbijemy!”, „Jestem za młoda, aby umierać!”. I tego typu hasła.- skwitowała z wielkim uśmiechem na ustach.
-To moja historia i będę ją opowiadać jak chcę.- oburzyłam się.-Na czym to ja…
-Niesamowity lat w przestworzach. Ten, podczas którego z idealnie ułożonymi włosami i perfekcyjnym makijażem pokonujesz swojego ograniczenia.- Eliza nie mogła się powstrzymać. Zignorowałam zaczepkę.
-Kiedy zbliżyłyśmy się do huraganu na wystarczającą odległość, Beth zaczęła mnie opuszczać. Modliłam się aby trafić w sam środek. Kompletnie nie wiedziałam, czego mogę się tam spodziewać. Nawet nie macie pojęcia, jak bardzo się zdziwiłam, gdy moje stopy znalazły oparcie na stabilnym gruncie. Był min ganek małego, drewnianego domku w środku tajfunu. Kręcił się od wraz z tornadem. Stanowił z nim jedność dzięki czterem palom oraz łańcuchom umieszczonych w kłębach pyły, piasku mgły i powietrza. O dziwno nie czułam się jak na karuzeli. Mogłam spokojnie przemieszczać się po konstrukcji. Zapukałam w drzwi i po chwili weszłam do wnętrza. Uderzył mnie odór zgnilizny, więc zasłoniłam sobie drogi oddechowe szalikiem. Dom został pięknie wykonany. Składał się z dwóch w pokoi, i łazienki. W pierwszym z nich znajdował się kominek ongiś ogrzewający całą budowlę. Widać nie używany od dawna. Przed nim stała zakurzona kanapa, koło niej suto zastawiony stół. Szkoda, że jedzenie zdarzyło zgnić, a świcie wypalić się do końca. Jedynym śladem po ich bytności był roztopiony wosk. Na drewnianych ścianach wisiały łby powypychanych zwierząt. Po przeciwległej stronie pomieszczenia ulokowano biurko. Panował na nim nie ład. Porozrzucane, pożółkłe strony walały się na blacie jak i pod nim. Podniosłam jedną z nich i przeczytałam początek.
„Drogi pamiętniku,
 jestem tu już od paru dobrych tygodni, wciąż łudząc się, że wybrany wkrótce nadejdzie i wybawi mnie od brzemienia, które przyszło mi dźwigać. Jestem bliski załapaniu nerwowemu. Boje się, ze dłużej nie wytrzymam i zrobię siebie krzywdę. Codziennie modlę się do mojej matki o kolejny dzień.
                               Mam nadzieję, że napiszę jutro. Jeżeli nie będzie to oznaczać, że się poddałem.
                                                                                                                                                                            Eryk
Pamiętnik należał nie do kogo innego jak do syna Arii, Eryka Jordana. Wiedziałam, że jestem bliska odnalezienia tego, czego pragnę. Przeszłam do drugiego pomieszczenia. Był to przedziwny pokój. Nie był większy od busa. Podłoga została wyłożona cieniowanymi, morskimi kafelkami, ściany mieniły się różnymi odcieniami zieleni. Salę oświetlał, niebiański żyrandol. W centralnej części małego pokoju znajdowało się coś na kształt prostokątnej sadzawki. Po jej powierzchni pływały lilie. Podeszłam, aby zerwać jedną. Przeżyłam szok. Po drogiej stronie tafli wody spoglądał na mnie mężczyzna jakby pogrążony we śnie. Jego białe włosy porywały się w rytmie falującej wody. Ręce złożone miał jak Faron. Do serca przyciskał szkatułkę. Poznałam jego tożsamość po dedykacji zamieszczonej na jego łańcuszku.
Kochanemu Erykowi, mama.
Wiedziałam, że odnalazłam księgę żywiołów. To właśnie od tej szkatułki odchodziły łańcuchy utrzymujące tornado. Były już zardzewiałe, więc z łatwością je rozerwałam i wydobyłam skrzynkę. Nagle dom zaczął się trząść i rozpadać w posagach. Musiałam uciekać. Przywiązałam kufer do liny nade mną i szarpnęłam ją trzy razy. Pech chciał, że wrednie się zahaczyła i Eliza nie miała jak mi pomóc. Wiedziałam, że moim jedynym wyjściem jest przecięcie liny. Wtedy uda się jej wyciągnąć pojemnik. Nic jej o tym nie mówiąc, przerwałam łączącą nas linę i zaczęłam spadać do oceanu. Lot nie trwał długo. Z hukiem przecięłam taflę wody. Byłam lekko oszołomiona. Przeżyłam tylko dlatego, że użyłam magii wody. Gdyby nie ta umiejętność, roztrzaskałabym się o fale.
-Nawet nie wiesz, ile się wtedy strachu najadłam, gdy wciągnęłam linę, a ciebie nie było.- królowa zaśmiała się histerycznie.
-Czyli w środku jest Księga Powietrza?- Nadia odsunęła się od kuferka.
-Tak.- potwierdziłam.
-W takim razie mamy wszystko, czego żądała powietrze.- zauważył brunet.
-Więc możemy ruszać do Arii.- zauważył Płomień.
-Ale przed tym uratujemy mojego brata.- oznajmiłam.
-Myślałam, że nigdy tego nie powiesz.- nowa brunetka zaśmiała się.- Masz już jakiś plan?- uśmiechnęła się łobuzersko.

sobota, 4 czerwca 2016

Rozdział LVIII



Kaspian
Dzisiejszej nocy okropnie wiało. Zmobilizowano całą ochronę do pełnej gotowości. Nadchodził huragan. Przez kilka godzin wichura wzmagała się. Było mi obojętne co się z nami stanie. Nadia nie żyła i nic nie mogło tego zmienić. Między północą a pierwszą w nocy, wszystko umilkło. Nastał spokój. Tornado jakby zgasło. Ale Eliza mówiła, że to nie możliwe…
Nadia
Nareszcie się ocknęłam. Siedziałam oparta za piecem do spalania zwłok. Tak jak prosiłam Jonathana, wszystko zrobił według planu. Przepraszam was, myśleliście, że naprawdę umarła, a to była tylko podpucha, aby żołnierze wykreślili mnie z listy więźniów oraz abym pozbyła się nadajnika blokującego moje umiejętności. Podciągnęłam się na rękach. Przeklęłam z bólu. Zaczęłam kaszleć. Wyplułam na dłoń zakrwawiony pocisk. Napadły mnie duszności i ponownie straciłam kontakt z otoczeniem. Tym razem byłam bardziej przytomna. Znalazłam się pod Drzewem. Tym razem nie mogłam zarwać liścia i miałam przed sobą tylko jedną drogę. Zaciekawiona postawiłam pierwszy krok na trakcie. Obróciłam się. Za mną nie było niczego, za to nad głową, zamiast pustki, po raz pierwszy zobaczyłam niebo. Niesamowite! Właśnie tak opisywali  go ludzie, których przeprowadzałam  na drugą stronę. Zmroziło mi krew w żyłach. Czyli po usunięciu pocisku umarłam? Nagle jakaś siła zaczęła mnie pchać przed siebie. Nie mogłam się zatrzymać. Po obu stronach drogi widziałam swoje życie. W pewnym monecie poczułam szarpnięcie i zatrzymałam się. Moja głowa samoistnie opuściła się i zobaczyłam coś dziwnego. Dość duży kawałek kostki brukowej różnił się kolorem. Przykucnęłam i z ciekawości oderwałam jeden kamień. Wzdrygnęłam się. Coś jakby mnie poraziło tylko nie w ten negatywny sposób. Poczułam się lepiej. Zaczęłam w pośpiechu odrywać pozostałe pustaki. Gdy skończyłam niszczyć pierwszy rząd, wspomnienia wokół tego odcinka zmieniły się. oczywiście był to bal, o którym wam wcześniej wspominałam, ale coś było nie tak. Panował na nim inna atmosfera, a ja wyglądałam na młodszą. W tłumie wyłapałam znajome twarze Nathaniela, mojej mamy, prezydenta Kraju Ognia oraz byłego króla Kraju Powietrza, a także… niewierze! Mojego tatę. Przecież on zmarł przed balem. Nie mógł być w tych wspomnieniach, tym bardziej nie mógł z uśmiechem na ustach ściskać dłoni Darka. Do władcy Kraju Ziemi podeszła MŁODSZA WERSJA ELIZABETH I PRZYTULIŁA SIĘ DO NIEGO! Co tu jest grane?! Potem ja, w sukni balowej, złapałam Elizę za rękę i zaciągnęłam na parkiet. Dołączył do nas również Kaspian!!! Ja już niczego nie rozumiem. Czyli przez cały ten czas znaliśmy się wcześniej?! Dlaczego Beth nic mi o tym nie powiedziała?! O nie! Za bardzo się rozkojarzyłam i wizja zachwiała się. Nie jestem wstanie nic więcej zobaczyć. Nie wiadomo skąd zerwał się wiatr i przyniósł ze sobą złoty liści. Po raz pierwszy ujrzałam na nim wyryty napis „wystarczy na dziś”. Wróciłam do siebie. Odetchnęłam z ulgą. Czyli jednak będę żyć. Czuję się dużo lepiej. Ściągnęłam z siebie koc i spostrzegłam liścik przywiązany do mojego nadgarstka. Zaczęłam czytać.
„Droga Nadio, zostawiłem ci urządzenie usuwające chipy blokujące zdolności, jedzenie oraz farbę do włosów. Użyj jej aby nikt cię nie rozpoznał. Magów ziemi jest dużo, więc będziesz spokojniejsza.
                                                                                                                                                             Jonathan”
Wstałam. Trochę zakręciło mi się w głowie, ale ogólnie czułam się dobrze. Szybko przefarbowałam włosy na ciemny brąz i przegryzłam coś. Założyłam nowy uniform, spakowałam rzeczy przyniesione mi prze Misiaela i ruszyłam po Kaspiana. zapewne trzymają go tam, gdzie mnie, więc wiem gdzie mam iść. Nogi mi się uginają. Nie mogę pozwolić sobie na błąd. Nigdzie ani śladu straży. Tylko przy murach obronnych utworzyło się jakiś zbiorowisko. Idealna szansa na ucieczkę. Obozowy zegar wybił siódmą rano. Schowałam się za barakiem magów powietrza, ponieważ usłyszałam rozmowę strażników i ledwo udało mi się schować. We wstrzymanym oddechem czekałam, aż się oddalą. Nagle jeden z nich się odwrócił i mnie zobaczył.
-Hej, co tu robisz!? Nie powinno cię tu być!- wrzasnął. Jedyne co mogłam zrobić to puścić się pędem pomiędzy blokami. Mężczyźni ruszyli za mną. Nie miałam szans im uciec. Ale łatwo dałam się wkopać. Co to? Nagły podmuch wiatru i obaj strażnicy z impetem uderzyli o ścianę domku. Stracili przytomność.
-Ile razy mam cię jeszcze uratować?!- spytał. Przede mną stał Jonathan. Jak zawsze uśmiech nie schodził mu z ust.
-Widziałeś się z Kaspianem.- gorączkowo zadałam pytanie.
-Tak.- mruknął.
-I co z nim?! Powiedz! Przecież nie będę wyciągać z ciebie każdej informacji.- wkurzyłam się.
-Wszystko w porządku, tylko trochę za bardzo przejął się swoją rolą męczennika.- uśmiechnął się blado. Od razu widać, że kłamie.
-Dlaczego mnie oszukujesz?- spojrzałam mu głęboko w oczy.
-Nie oszukuję. Sugeruję, abyśmy się pospieszyli, ponieważ w każdej chwili mogą skazać go na stracenie. – zauważył.
-Racja.- razem ruszyliśmy w dalszą drogę, zamykając nieprzytomnych żołnierzy w szopie na narzędzia.  Po dwudziestu minutach niesamowitego stresu udało nam się dostać do celi Kaspiana. Ledwo ją znaleźliśmy. Prawie całe kraty przysypał śnieg. Odgarnęłam go jednym ruchem ręki. W dołku, pod kratami stał trzęsący się z zimna nastolatek. Ulżyło mi, gdy zobaczyłam go całego i zdrowego.
-Kaspian.- szepnęłam. Chłopak nie reagował.-Kaspian.- powiedziałam nieco głośniej.
-Jane, co tu robisz?- wyjęczał.
-Jaka Jane? To ja Nadia.- chciało mi się płakać.
-Nadia nie żyje. Zabiłem ją.- jego głos był pusty.
-Wcale nie! Ja żyję i rozmawiam z tobą!- straciłam panowanie nad sobą. Jonathan musiał mnie przytrzymać. Przeszło mi po pięciu minutach.-Nie wiem co oni ci nagadali, ale mnie nie zabiłeś. To była część planu, który zapisałam ci na karteczce. Tej którą czytałeś!- krzyczałam.
-Ciszej.- brat Kai upomniał mnie.
-Masz rację.- mruknęłam. – Rozwalę te kraty, a ty trzymaj wartę.- zadecydowałam. Niebieskooki zgodził się. Zamroziłam pręty i rozbiłam je kopniakiem. –Kaspian, podaj mi dłoń to cię wyciągnę.- zażądałam.
-Dalej nie wieżę, że to ty. Jesteś złudzeniem. Nawet nie pamiętali jaki masz kolor włosów.- poskarżył się.
-Musiałam się przefarbować, żeby strażnicy zwracali na mnie mniejszą uwagę. Błagam podaj mi rękę. To ja Nadia. Musisz mi uwierzyć. Nasze palce splotły się. Pomogłam mu wyswobodzić się z pułapki. Gdy wyszedł, natychmiast zarył w śnieg.
-Nie dam rady iść sam.- skwitował, kiedy pomagałam mu wstać.
-Wiem, też tak miałam.- uśmiechnęłam się. Chłopak długo mi się przyglądał. Po chwili odparł
-To naprawdę ty.- zaśmiał się. w końcu przypominał starego siebie.
-Witaj stary.- Jonathan wziął generała pod drugie ramię.
-Dziękuję, że się nią zająłeś, gdy ja nie mogłem tego zrobić.- podziękował mu.
-E tam, dzięki temu mogłem ci się odwdzięczyć za to wszystko, co dla mnie zrobiłeś.- doprowadziliśmy go do krematorium. Roiło się tu od magów powietrza, ale żaden z nich nie zareagował na nasz widok. Ułożyliśmy nastolatka na kocu, za piecem i zaczęłam go uzdrawiać. Przez pobyt w stójce nabawił się zapalenia pęcherza, płuc oraz lekkiego odmrożenia kończyn. Pomogłam mu raz dwa. Potem John za pomocą swojego urządzenia, usunął mu chip.
-Nareszcie mogę używać magii.- ucieszył się.
-Chodźcie, pora na was.- wyszliśmy z budynku.
-Misiael, dlaczego wokół murów jest takie zamieszanie. To przez wczorajsze tornado?- brunet spytał.
-Tak, część fortyfikacji została całkowicie zepsuta i teraz trzeba ją naprawić, ponieważ prze powstałą dziurę zwiało kilkoro więźniów.- nie ukrywał zadowolenia.
-Widać, że ci to na rękę.- powiedziałam.
-Oczywiście, jeżeli jakiś więzień próbuje uciec to ja mu w tym pomagam. Idealna praca dla mnie. – zażartował.
-Nadia, powiedz w jaki sposób przeżyłaś?- Kaspian nie mógł podarować sobie tego pytanie.
-Więc wyglądało to następująco. Dostałam wizję, w której do mnie strzelasz i postanowiłam jej zapobiec. Jak zawsze udałam się pod drzewo i dostałam odpowiedź. Do ciebie napisałam list jak masz się zachowywać, załatwiłam sobie również środek hamujący czynność życiowe. Potem zamieniłam się z tobą miejscami. Przed tym zażyłam lek i gdy strzeliłeś, akacja mojego serca była już wstrzymana. Następnie ludzie Jonathana ukryli mnie za piecem i tam się obudziłam.- wyjaśniłam. – Przynajmniej  doczytałeś liścik do tej części ze sceną. Wiedziałeś jak masz się zachować. To było świetne jak krzyczałeś, że mnie kochasz. Prawie mnie przekonałeś.- zaśmiałam się.
-Tak masz rację, to był żart. – wyszeptał.
-Zbliżamy się do muru. Sprawa jest prosta. Najzwyczajniej w świecie macie uciec przez dziury w nim. Rozumiecie?- przyglądnął się nam. –Rozumiecie!?- ponowił zapytanie.
-Tak!- krzyknęliśmy i ruszyliśmy w stronę fortyfikacji z nadzieją, że może jednak nam się uda. Zamieszaliśmy się z tłumem. Nie spodziewaliśmy się, że zostaniemy rozpoznani.
-Czy to Kaspian?- jeden ze strażników wskazał palcem na mojego przyjaciela. To już po nas.
-A to jego towarzyszka, tylko, że się przefarbowała.- dorzucił drugi. Przybliżyłam się do Kaspiana. szepnęłam mu do ucha.
-Jesteś dawcą, co nie?
-Tak, a co?- oniemiał.
-Daj mi trochę swojej mocy.- poleciłam.
-Nie umiem.- wzbraniał się.
-Ja się nie pytam, czy umiesz czy nie po prostu mi ją daj!- podniosłam głos. Żołnierze byli coraz bliżej.
-Nawet z Naito mi to nie wychodziło.- pożalił się.
-Teraz od tego zależy twoje życie!- ponaglałam go.
-Mówię ci, że nie umiem.- coraz bardziej się irytował. Nie dobrze jak tak dalej pójdzie, to przebudzi się ukryta w nim, druga osobowość.
-Po prostu wyobraź sobie, że dajesz mi tę moc do ręki. – wysunęłam dłoń. Złapał ją agresywnie i mocno przyłożył swoją. Zielone światło przemknęło po jego dłoni i przeniosło się na mnie, wchłaniając w skórę.
-Zadowolona?- spytał.
-Tak.- jeden z żołnierzy złapał mnie za ramię. Jego mina była bezcenna, gdy odwinęłam mu w twarz kamienną pięścią.  Brunet stanął obok mnie.
-To zaczynajmy zabawę.- oznajmił.
-Nie zapomnijcie o nas!- na murze stali nasi przyjaciele. Nawet nie wiecie jaką ulgę poczułam, kiedy ich zobaczyłam.
-Co tu robicie!?- wrzasnęłam.
-Ratujemy was!-  głos Feliksa podniósł mnie na duchu. Jednak zdążyli na czas.

sobota, 28 maja 2016

Rozdział LVII



Kaja(dzień wcześniej)
Obudziliśmy się dopiero po siedemnastej. Tylko Feliks był jakiś taki nie swój. Coś wyraźnie go gryzło. Po cichutku usiadłam koło niego na zwalonym pniu i nabiłam na patyk kawałek mięsa. Wyciągnęłam kij w kierunku ogniska.
-Cześć.-przywitałam się. Popatrzył na mnie zrezygnowany. Trąciłam go ramieniem. Spojrzał na mnie. -Proszę, uśmiechnij się.- przybliżyłam się do niego i uniosłam jego kąciki ust do góry. Nic nie powiedział tylko oparł głowę na moim ramieniu.- Feliks, co się dzieje?!- przestraszyłam się. Normalnie on się tak nie zachowuje.
-Miałem wizje.- wychrypiał. Dalej nie podniósł głowy.
-Czego dotyczyła?- położyłam rękę na jego czuprynie i ją zmierzwiłam.
-Widziałem Nadię i Kaspiana. Byli ubrani w więzienne uniformy. Stali na przeciwko siebie na placu apelacyjnym. Kaspian trzymał broń skierowaną wprost w Nadię. Widziałem, że coś do siebie mówią, ale nie słyszałem ich słów. Nagle generał strzelił i niebieskowłosa upadła na ziemię martwa. – zatkało mnie.
-Kiedy miałeś tę wizję?- spytałam spokojnie unosząc jego głowę. Popatrzył mi głęboko w oczy.
-Zobaczyłem to, gdy siedzieliśmy w poczekalni u tego lekarza od siedmiu boleści. Wcześniej nie miałem okazji nikomu tego powiedzieć.- położył się na moich kolanach i zasłonił dłonią oczy. Chciałam go zwalić, ale mnie powstrzymał.- Pozwól mi tak poleżeć przez parę minut.- zdecydowanie dziś nie jest sobą. Zaczęłam się bawić się bransoletkami na jego nadgarstku. Miał ich całkiem sporo, ale każda była inna i wyjątkowa.
-Dlaczego nosisz te bransoletki?- zagadałam. Po raz pierwszy odkąd tu siedzimy, uśmiechnął się.
-Mam je od moich podopiecznych. Twierdzą, że to amulety, które przynoszą mi szczęście. Szalone nie?- pogłaskał plecionki.
-Każda z nich została zrobiona przez jedno dziecko?- zaczęłam liczyć ozdoby. Jedna, druga…, piętnasta!- Ho, ho! Masz dużo dzieciaków do wykarmiania.- zaśmiałam się.
-Tak, ale mam bardzo dużo pieniędzy i nie mam, co z tym robić.- przyglądnęłam się mu uważniej. Nie należy do brzydkich facetów, a raczej do tych, na których dziewczyny dłużej zawieszają wzrok. Jego włosy ostatnio ściemniały. Teraz są wiśniowo – granatowe.
-Dobra, teraz podaj prawdziwy podwód, dla którego się nimi zajmujesz.- natychmiast posmutniał.
-Chyba nie chciałabyś znać tamtego mnie.- oznajmił i przekręcił się na bok. Zatchnęłam go z kolan. Runął na ziemię jak długi. Popatrzyliśmy na siebie. Wybuchliśmy śmiechem. Usiadł koło mnie.
-Po co ci wiedzieć, kim byłem zanim się poznaliśmy?- nie spodziewałam się takiego pytania. Nie wiedziałam jak odpowiedzieć. Zastanowiłam się dłuższą chwilę.
-Bo tak będzie łatwiej mi ciebie zrozumieć i się zaprzyjaźnić. Nie sądzisz?- trąciłam go.-Słyszałam od Nadii, że też zabijałeś, ale nie złych ludzi, tylko zwykłych obywateli, którzy byle czym cię wkurzyli.- powiedziałam. Nic nie powiedział. –Gdyby cie wtedy poznała, już dawno byłabym martwa.- roześmiałam się. Westchnął.
-To był czas, kiedy straciłem wszystko co kochałem, przebudziły się moje nowe moce i nie wiedziałem co mam ze sobą począć. Miałem ochotę wszystkich i wszytko zabić. I tak też robiłem. Zabijałem ludzi, którzy jak to ujęłaś „ zaleźli mi za skórę”, ale były momenty, w których odzyskiwałem przebłyski świadomości i zabierałem osierocone dzieciaki, aby stworzyć im nowy dom. Byłem takim samym potworem, ci ludzie, których zabijasz, więc gdybyśmy się wtedy poznali, bylibyśmy wrogami, a teraz jesteśmy czymś pomiędzy.- uśmiechnął się. Jego oczy przybrały niebieski kolor.
-Co oznaczają twoje niebieskie oczy?- tak wiem, że to pytanie to jakaś gramatyczna porażka, ale nie wiedziałam jak inaczej zapytać. Zaczął się bardzo głośno śmiać.
-Chciałaś zapytać, jakie emocje wyrażają?- zapytał przez łzy. Obrażona pokiwałam głową.
-Spokój i zaufanie.- wstał i pocałował mnie w czoło.
-Do jutra, idę spać.- zerwał się mocy wicher, ale nie zwróciliśmy na niego większej uwagi.
-Przecież cały dzień spaliśmy.- zdziwiłam się.
-Może ty, ale a nie mogłem zasnąć. Dzięki rozmowie z tobą może mi się udać.- wszedł do campera. W drzwiach minął się z Elizabeth.
-Jak twoja noga?- spytał.
-Dziękuje, dobrze. Już mogę biegać.- uśmiechnęła się.
-Nie szalej za bardzo.- oznajmił i schował się w przyczepie.
-Co dziś z nim nie tak?- spytała siadając koło mnie. Opowiedziałam jej całą wizję. Pokiwała głową.
-Rozumiem, ale wizje są długo terminowe, wiec miejmy nadzieję, że ta jeszcze się nie sprawdziła.- blondynka również nabiła mięso na kij. Moje było już gotowe, dlatego zaczęłam je polowi przeżuwać. Wiatr z każdą sekundą stawał się silniejszy.
-Jak poznałaś Feliksa?- spytała zaciekawiona. Popatrzyła na mnie uważnie.
-Chcesz wersję dla rodziców czy przyjaciół?
-Tą prawdziwą.
-Kiedyś próbował mnie zabić.- oznajmiła ze spokojem. Zakrztusiłam się.
-Co zrobiłaś w tej sytuacji?- zaciekawiła mnie ta historia.
-Po dłuższej walce stwierdziłam, że jest dobry i zaproponowałam mu pracę. Nastąpiła bardzo długa wymiana zdań, poglądów, aż się zgodził. Pomogłam dojść mu do siebie.
-Jak?- spytałam.
-Tak samo jak Kaspianowi i Nadii.- udawała wielce zainteresowaną swoim kawałkiem mięsa.
-Czyli?- nalegałam.
-Nie powiem ci nawet jakbyś…- podmuch wiatru prawie wywrócił samochód, w którym spali chłopaki, ale Eliza złapała go za pomocą magii powietrza.
-Dobry refleks.- pochwaliłam ją.
-Dzięki. Jak widać lepszy niż twój, Czarny Kruku.- odgryzła się. Nagle zerwała się zawierucha.
-Co to było?!- musiałam krzyczeć, aby czerwonooka usłyszała moje słowa.
-Tornado!- wrzasnęła. –Biegnij do samochodu! Natychmiast!- podmuchem powietrza odrzuciła na bok zwalające się drzewo.-Ale wcześniej utwórz wał z ziemi wokół auta, żebyś nie odlecieli!- szybko wykonałam jej polecenie. Kamienne ściany otoczyły pojazd i zapanował spokój. Weszłyśmy do środka. Nasze rzeczy walały się po podłodze, garnki wypadły z szafek, niektóre meble legły na podłogę, a gacie Naito zawisły na lampie. Mimo to nasi koledzy spali w najlepsze. Tylko Puszek siedział skulony pod stołem.
-Feliks, Naito! Wstawajcie huragan nadciąga!- krzyknęłam. Nic spali dalej. Eliza zamiast pomóc mi ich obudzić, szperała w szafkach w poszukiwaniu… no właśnie, czego? W końcu, z pod materaca, wyjęła obszerną książkę.
-Co to?- spytałam zabierając jej książkę. Podeszła do białowłosego i kopnęła go. Wstał natychmiast.
-Nie mogłabyś choć raz obudzić mnie buziakiem, albo czymś podobnym?- przeciągnął się. Zerknął na tom w moich rękach.
-Po co wam ta książka. Wiecie, że jest moja?- usiadł przy stole.
-Nie wiedziałem, że umiesz czytać.- Płomień również się przebudził. Trener w odpowiedzi prychnął. Beth skarciła go wzrokiem i zamilkł. Nastolatka zabrała głos.
-Niestety brakło nam czasu na ratunek naszych przyjaciół i jesteśmy zmuszeni zrobić to dopiero po odzyskaniu księgi, która znajduję się w tym tornadzie. Problem polega na tym, że nie jest ono zwykłe. Nie da się go zniszczyć za pomocą magii, przynajmniej na naszym poziomie. Na dodatek jest dziesięć razy groźniejsze, ponieważ obraca się w drugą stronę, czyli wyrzuca z siebie rozpędzone powietrze, niszczący tym samym wszystko w odległości pięciu kilometrów od oka cyklonu. Ulegnie zniszczeniu, kiedy Kaja wyjmie z niego księgę.
-Sprzeciw! Nie mam magii powietrza.- Przeraziłam się.-Nawet się do niego nie zbliżę.
-Dlatego ja polecę z tobą i wrzucę cie do jego oka. Resztą będziesz musiała zając się sama. To sprawdzian od żywiołu.
-Przecież to samobójstwo!- wrzask Feliksa nie wywołał na niej żadnego wrażenia.
-Wiedziała, na co się pisze.
-Dosyć nie fair. Nie uważasz?
-Życie jest nie fair.- zwróciła się do mnie.- Zbieraj się, musisz to zrobić, czy ci się podoba czy nie.- oznajmiła. Jej spojrzenie było nie do złamania. Uderzyłam pięścią w stół. Po chwili się uspokoiłam
-Wiesz chociaż, jak wygląda środek. Co tam będzie? Gdzie mam szukać tej zasranej księgi? Wiesz?! Odpowiedz mi!- milczała.- Nie ma sprawy, zrobię to.- zirytowana ubrałam ciepły sweter, spodnie, wysokie, wiązane buty oraz kurtkę. Pod ubrania wsunęłam medalion, włosy związałam w warkocz i spięłam go czerwoną wstążką z dzwoneczkiem na końcu. Nauszniki skutecznie tłumiły nawoływania przyjaciół. Oburzona wyskoczyłam z samochodu.
-Zaczekaj!- Feliks złapał mnie za rękę i zaprowadził z powrotem do pojazdu.- Eliza chciała ci cos powiedzieć.- mruknął.
-Przepraszam, powinna być milsza, zdaję sobie sprawę, że skok w serce huraganu to coś nie wyobrażalnego.- spojrzała na Płomienia. – Zadowolony?!- warknęła.
-I to bardzo.- wkurzony, usiadł na krześle. Zdjęłam kurtkę i nauszniki.
-Jak wyobrażasz sobie moją podróż do oka cyklonu?- westchnęłam.
-Przewiąże cię liną w pasie, drugi koniec przywiąże do siebie. Następnie delikatnie opuszczę cię do środka. Reszta należy do ciebie.
-Jak będziemy się kontaktować?- spytałam.
-Po co?
-Skąd będziesz wiedzieć, kiedy wciągnąć mnie na górę, albo chodźmy czy dalej żyję?- powoli zaczynałam się trząść ze złości.
-Feliks zrobi komunikatory.- oznajmiła.
-Warto wiedzieć.- chłopak gwałtownie wstał przewracając przy tym krzesło, które z hukiem upadło na posadzkę.
-Plan genialny, ale jak masz zamiar tam podlecieć?- dziewczyna wyjęła zwój, ugryzła się w palce i maźnęła do krwią. Jeden magiczny błysk i na stole pojawiła się lotnia.
-Będziemy lecieć ty?- zdziwiłam się.- Przecież jest jedno osobowa.
-Przyczepisz się do mojego brzucha.- zaśmiała się.-Damy siebie radę.
-W to nie wątpię.- wróżbita rzucił nam zrobione na prędce komunikatory.
-Czas zacząć zabawę.- oznajmiłam, wychodząc z campera.
***
Udaliśmy się nad morze. Królowa kazała mi się do siebie przytulić i wystartowałyśmy. Na początku miała wielkie trudności z złapaniem równowagi i właściwego prądu. Z resztą nie dziwie się jej. Wiało niemiłosiernie, na dodatek śnieg wzbijał się w powietrze i z nim mieszał, bijąc przy tym po całej twarzy. Myślałam, że nos mi odpadnie. W końcu podleciałyśmy wystarczająco blisko. Eliza rozpoczęła mozolne spuszczanie mnie do wnętrza trąby powietrznej. Życzcie mi powodzenia.
Feliks
Zostaliśmy sami. Ja, Naito i Puszek. Nie wiedziałem co z sobą począć, więc zacząłem chodzić tam i z powrotem po plaży.
-Spokojnie, na pewno wrócą całe i zdrowe.- Naito uśmiechnął się.
-Oby.- kopnąłem kamień.
-Ale chyba nie tylko to zaprząta ci myśli.- zagadał. Miał rację. Nie tylko tą misją się przejmuję. Cholernie boję się o Nadię i Kaspian. Co z nimi będzie i czy nadal jeszcze żyją. Zamiast ich ratować, to uganiamy się za jakimś głupim tornadem.
-Ostatnio miałem wizję, w której Kaspian zastrzelił Nadię.- odpowiedziałem bez obwijania w bawełnę. Gwizdnął.
-Widzę, że masz przestarzałe informacje mój przyjacielu.- powiedział, puszczając kaczkę na wzburzonym morzu.
-O co ci chodzi?- zbliżyłem się do niego zaciekawiony.
-Przecież wiesz, że ja też mam wizję, więc czemu patrzysz się na mnie z takim głupkowatym wyrazem twarzy?!- wykrzyknął.
-Jaką wizję miałeś.
-Taką samą jak ty.- odparł. Przyłamałem się.
-Czyli nie dowiem się niczego nowego.- przeczesałem ręką włosy.
-Widziałem to samo co ty, ale w rozszerzonej wersji.- zaśmiał się.
-I co?- dopytywałem. Chłopak westchnął.
-Nadia jednak żyje, ponieważ skorzystała z pomocy starego znajomego.
-Kogo?
-Jonathana Omari.