Translate

sobota, 30 maja 2015

Rozdział VIII



Razem z Kają opuściłyśmy uliczkę. Mijałyśmy slumsy, przeludnione blokowiska, mniejsze domki i te większe, należące do bogatszych mieszczan. W końcu dotarłyśmy do dzielnicy, poświęconej wyłącznie high- tech. Tutaj zawsze było coś ciekawo. Tylko w tej części miasta uliczkami przechadzały się różne roboty, jeździły prototypy samochodów oraz latały przeróżne samochody. Nie kiedy mogliście wdepnąć w wirtualną kupę zmechanizowanego psa. Po prostu raj dla informatyków i techników. Świat najwyższej technologii. Skierowałyśmy swoje kroki pod bramę okrągłego budynku. Największego w całej stolicy. Siedziba „Przyszłości Jutra” największa z firmy i najbardziej wpływowa. Nie ma ze sobą równych. Kaja podeszła do czytnika. Z kieszeni wyciągnęła identyfikator. Przyłożyła go do skanera. Brama natychmiast otworzyła się.
-Witaj, Dzwoneczku. Życzymy udanej misji.- nie ma to jak sztuczna inteligencja życząca ci powodzenia. Zabójczyni poluzowała wstążkę krępującą jej nadgarstek. Złapała tasiemkę w locie. Podczas gdy ja podziwiałam nienagannie urządzone wnętrze, fioletowooka szybko spięła włosy w niechlujny warkocz i związała go ową tasiemką z dzwoneczkiem.
-Hej, Dzwoneczek!- jakiś męski głos zawołał moją przyjaciółkę. Natychmiast odwróciła się łapiąc nóż wcelowany w jej plecy.
-Czujna jak zawsze.- zaśmiał się mężczyzna.
-Ponury, czego ode mnie chcesz.
-Popatrz na rękojeść.- dziewczyna odwinęła papierek przymocowany do sztyletu.
-To… misja z tablicy ogłoszeń! Co ja do niej mam? Ty zerwałeś, ty wykonujesz.- parsknęła.
-No miej serce. Potrzebuje cię. Ty jako jedyny mag powietrza w siedzibie nie masz jeszcze zadania.
-Ho ho. Musisz się nieźle napocić żeby mnie przekonać.
-O tym już pomyślałem.- powiedział ochoczo.
-Tak? Jestem ciekawa co wymyśliłeś.- założyła ręce na piersi.
-Cóż… idziemy zabić pewnego faceta o imieniu Jason…
-Co?! Najlepszego barmana wszech czasów. Zawsze chciałam spróbować jego drinków. Ruszamy Ponury.- chłopak ucieszył się. Nieźle to wykombinował. Wiedział, że skusi Kaję na alkohol. To jej pięta Achillesa.
-To ja tu na was zaczekam.- powiedziałam i usiadłam w mięciutkim, białym fotelu.
-O nie. Ty idziesz z nami! Taka jest zasada Elizabeth.- szesnastolatka podbiegła do mnie i złapała za kark.
-Ponury, otwórz okno.- rozkazała.
-Robi się szefowo.- chłopak natychmiast rozwarł okiennicy.
 -Raz, dwa…
-Hej, co ty robisz?!- krzyknęłam przerażona. Dziewczyna biegła w kierunku okna, dalej trzymając mnie za szyję.
-Trzy!- wszyscy razem ( niektórzy wbrew swej woli) wyskoczyliśmy z siedziby firmy. Nie skądże. Od ziemi wcale nie dzieliło nas trzydzieści metrów. Co wy.
-Aaaa!- darłam się na całe gardło. Kaja i Ponury śmiali się w na cały głos.
-Jesteście potworami!
-Lepiej użyj żywiołu do zamortyzowania upadku.- chłopak ostrzegł mnie. Wcale nie był brzydki. Miał nawet ładną twarz, w której dominowały piwne oczy. Jego włosy są tak czarne jak heban. Nieco dłuższe i postawione na żelu. Na ustach nastolatka prawie cały czas gości uśmiech, więc nie mam pojęcia czemu nazywają go Ponurym. Szlak. Nie mam pomysłu jak zabezpieczyć się wodą. Miałam tylko dwa litry. Tyle mieści się w moim bukłaku. Już wiem. Kiedy będę upadać to skumuluje ciecz wokół nóg i użyję jej jako amortyzatora. Pięć metrów, cztery, obrót nogami w dół, trzy, odkręcenie nakrętki, dwa metry, jeden… i zderzenie z rzeczywistością. Nie bolało tak bardzo jak myślałam. Białowłosa z gracją opadła na ziemię. Zazdroszczę jej w tej chwili bycia magiem powietrza. Spojrzałam na Ponurego. Chłopak w ogóle nie krył się z tym, że ląduje. W miejscu gdzie stał, został płonący krater. Jak wół mag ognia. Równocześnie założyli maski na twarze. Dziewczyny przypominała coś na kształt lisa, a bruneta nie wyglądała zbytnio zachęcająco. Występował na niej okropny grymas nienawiści i strachu.
-Mam na dzieję, że nie będziesz nas opóźniać… jak ty w ogóle masz na imię?- jacie jaki zapłon. Gratuluje chłopie.
-Nazywam się Nadia…- nie powiem mu mojego nazwiska, ponieważ nie mam pojęcia czy nie wiszę na ich tablicy do odstrzału. Lepiej nie ryzykować. Ciekawe ile jest warta moja głowa? Zresztą wolę nie wiedzieć. Wiem po prostu zmienię nazwisko.- Tylko Nadia.- uśmiechnęłam się.
-Acha… wykorzystaj magię wody aby zwiększyć swoją szybkość!- zawołał. Ledwo go usłyszałam, bo już szorował do linii wysokiego napięcia. Tak wiem to dziwne. Taki sposób magów ognia i błyskawicy. Używają prądu z linii jako napędu. Niesamowite. My, czyli magowie wody, zwyczajnie zamrażamy jakiś odcinek drogi i ślizgamy się po nim w zawrotnym tempie. Czarodzieje powietrza, tacy jak Kaja, minimalizują siłę oporu powietrza. Zawsze wygrywają maratony i przeważnie są kurierami. Nie wiem jak radzą sobie z tym żołnierze Nathaniela. No to w drogę. Muszę dorównać kroku temu zarozumiałemu zabójcy. Nie mogę być gorsza.
-Hej Nadia.- nastolatka zrównała się z mną. – Jak tam prędkość? Wytrzymujesz? -spytała
-Tak. Nie ma problemu, Dzwoneczku.- uśmiechnęłam się.-Daj spokój, czemu akurat taka ksywka? Jest wiele innych.
-Ale ta najbardziej do niej pasuje.- teraz się zorientowałam, że Ponury dołączył do nas.
-Niby czemu?- zadałam pytanie.
-Jeszcze się nie domyśliłaś?- pokręcił głową. –Kaję kiedyś nazywano cichą. Kiedy w gildii nie panowała zasada pojedynku, była ona nie zrównana w bezszelestnych zabójstwach. Ten kogo miała na celowniku, nigdy nie wiedział, z której strony dostał. Ale kiedy weszła ustawa o pojedynkach Kaja zaopatrzyła się w dzwoneczek do swojej czerwonej tasiemki. Teraz każdy przed śmiercią może chociaż ją usłyszeć.- wszystko to powiedział na jednym wdechu. Jakby wyklepaną formułkę. –Dotarliśmy. Idę na zwiady. Wy tu zostajecie. Zaraz wracam.- zniknął. Widziałyśmy go wchodzącego do podziemnego baru o nazwie „Dark Rose”.
-Dobra, poszedł sobie. Teraz ja opowiem ci moją wersję wydarzeń. Widzisz ten dzwoneczek. Wcale nie zakładam go po to, żeby ofiary mogły znać moje położenie. Po prostu przypomina mi o domu. Mój braciszek miał kiedyś swoją ulubioną maskotkę. Takiego dużego misia. Strasznie go kochał. Wszędzie go ze sobą targał. Do sklepu, przedszkola, czy lekarza. Ale jak to dziecko w końcu z niego wyrósł. Chciał go wyrzucić, ale ja się na to nie zgodziłam. Schowałam go najgłębiej jak mogłam. Tam leżał i leżał do tego dnia kiedy straciłam Christophera. Wyjęłam go i zabrałam ze sobą do zakonu. Kiedy zmieniono zasady w siedzibie, stwierdzałam czemu ja nie mogę czegoś zmienić. Zapałam nóż i rozcięłam brzuch maskotki wyjmując z niej ten oto dzwoneczek. Zawsze biorę go na misję. Przypomina mi o tym, że muszę przeżyć za wszelką cenę, nie wiadomo jak by ona nie była.- nastolatka wzdrygnęła się.- Wiadomość od Ponurego. Wchodzimy.- wparowałyśmy do baru. Nastolatek spokojnie siedział przy barze i w najlepsze gawędził sobie z barmanem. Naszym celem był mężczyzna gdzieś koło dwudziestu dwóch lat. Miał dłuższe, luźno opadające na ramiona blond włosy. Grzywkę spiął wsuwką. Na nosie miał okulary. Odziany w koszulę włożoną w czarne, obcisłe rurki z łańcuchem z boku. Na to tego samego koloru marynarka z podwiniętymi rękawami. Obrazu dopełniał czerwony, niechlujnie zawiązany krawat. W ustach miał wykałaczkę. Głupi nawyk. Miejsce jego pracy w cale nie było taką meliną, jaką sobie wyobrażałam. Pomieszczenia nie należało do najmniejszych, ale ogromne też nie było. Można by rzec, że w sam raz. Miało jakąś taką swoją przyjemną atmosferę. Ściany były imitacją ceglastego muru, co dawało fajny efekt. Stoły proste, brązowe. Przy każdym z nich po cztery krzesła. Barek i ladę oświetlono poprzez wmontowanie światełek ledowych. Za mężczyzną rozciągały się pułki, które uginały się od różnego rodzaju spirytusów, wódek, win, nalewek i jeszcze masy innych trunków, które po raz pierwszy na oczy widzę.
-O już jesteście!- zakrzyknął Ponury.
-To twoje przyjaciółki, o których mówiłeś?- spytał Jason z uśmiechem. Widać, że nie ma pojęcia co go czeka, kiedy Kaja wypije swojego obiecanego drinka.
-Tak, to one. Czy mógł byś zrobić napój dla Kai? Zawsze chciała się napić twojego specjału.
-Oczywiście!- mężczyzna z radością zabrał się do przyrządzenia drinka, który przyniósł mu niesamowitą sławę. Dark rose. Po upływie pięciu minut nastolatka otrzymała upragniony wywar. Pochłonęła go momentalnie.
-Obłędny!- zawołała.- Jaka szkoda, że musimy cię zabić.- oznajmiła ze stoickim spokojem.
-Co?!- krzyk Jasona był bardzo donośny. Brunet wstał od lady.
-Niestety, taka prawda. Nie mamy wyjścia. Gdybyśmy się spotkali w innych okolicznościach to na pewno bym się z tobą zaprzyjaźnił.-stwierdził
-Wiem, chłopie ja z tobą też. No cóż widzę, że innego rozwiązania nie ma. Muszę odpokutować za swoje czyny.- wzruszył ramionami. Myślałam, że zacznie robić jakieś wymówki, a ten od tak przyjmuje karę śmierci od dwójki małolatów i to we własnym zakładzie pracy. Dziwny facet.
-Jako, że jesteśmy Czarnymi Krukami, masz prawo do wyboru przeciwnika. Ja albo ona.- wskazał najpierw na siebie, później na Kaję.
-Więc, nie mieszajmy w to dziewczyn, załatwmy to między sobą ok?
-Zgadzam się. Czas rozpocząć pojedynek na śmierć i życie.- mag ognia już przymierzał się do ataku ale przeszkodził mu w tym jego przeciwnik.
-Zaczekaj! Możemy nie walczyć tutaj. Nie chciałbym przysporzyć mojemu szefowi kłopotów.- uśmiechnął się zawstydzony.
-No to przenosimy się na dwór.
-Doskonale.- blondyn klasnął w dłonie. Wyszliśmy na zewnątrz. Walkę rozpoczął ogromny piorun wycelowany w Jasona. Ten nie tracił czasu i uskoczył w bok. Cisnął  w naszego sporymi odłamkami chodnika. Wiadomo już, że barman jest magiem ziemi. Tym razem fikołka wykonał Ponury i schował się za pobliskim słupem reklamowym. Mężczyzna pewnym krokiem ruszył przed siebie, nie zważając na ewentualnie zastawione pułapki. Potknął się o wcześniej przygotowaną linkę przez Ponurego połączonej z miną. Gdyby nie płaszcz z ziemi, niebieskooki byłby martwy. Brunet jak z procy wystrzelił zza słupa i przystąpił do walki w ręcz. Jeden bił drugi blokował i tak na zmianę. Ja nie mogę dawno nie widziałam tak wyrównanej walki.
-Jak myślisz, kto wygra?- spytałam.
-Nie mam pojęcia.- wypowiedź fioletowookiej zagłuszył dźwięk wybuchającej bomby.
-Co?
-Mówię, że nie mam pojęcia!- krzyknęła
-Aha.- Jason podciął nogi zabójcy przez to ten wylądował tyłkiem na kostce brukowej. Mag ziemi przygotował się do zadania ciosu ostatecznego, lecz nastolatek wsparł się na rękach i momentalnie zaczął wywijać nogami w różne strony. Nagła fala ognia mocno sparzyła dłonie niczego nie spodziewającego się blondyna. Zachwiał się. To była okazja do ataku. Ponury oczywiście nie mógł jej przepuścić. O nie. To była podpucha. Facet tylko udawał potknięcie. Złapał piwnookiego w locie i mocno przywalił nim o ziemię. Chodnik popękał. Przyjaciel Kai cicho zawył i splunął krwią.
-Wydaje się, że wygrałem. Przepraszam, ale nie mam zamiaru cię zabijać. Mam  nadzieję, że jeszcze kiedyś wpadniesz na drinka. Ciao.
-O Boże. Ponury!- krzyknęła Kaja. Podbiegła do niego. -Jak się czujesz?
-Mam chyba połamane żebra. Wyjdę z tego. Zabierz mnie do bazy.- stęknął.
-Robi się. Nadia pomóż mi.- wzięłyśmy chłopaka pod ręce i pobiegłyśmy w kierunku „Przyszłości Jutra”. Gdy tam dotarłyśmy natychmiast zajęto się nim.
-Zaczekaj tutaj. Pójdę złożyć raport wracam za dziesięć minut.- oznajmiła białowłosa.
-Dobrze.- usiadłam w bardzo wygodnym fotelu. To wnętrze naprawdę jest niesamowite. Wszystko w barwach niebieskiego, fioletowego oraz białego. Najnowocześniejsze meble idealnie współgrały z metalowo- szklaną konstrukcją budynku. Zamiast drzwi gościły tutaj zasłonki z korali. Na ścianach wisiały telewizory ustawione na wiadomości i programy śledcze.
-Załatwiłam, co miałam załatwić. Wracajmy.- bez słowa wstałam i skierowałyśmy się do naszego wspólnego domu. Wszyscy już na nas czekali z kolacją. Dziś specjałem było mięso z lwa. Nie polecam. Smakuje jak podeszwa. W końcu zostaliśmy sami. Była godzina dwudziesta pierwsza kiedy to stanęłam przed pokojem Kaspiana. Zapukałam.
-Proszę!- zawołał.
-Przepraszam, że tak nagle, ale chciałabym  cię o coś prosić.
-O co?- nieco się zdziwił.
-Naprawdę nie wiesz, co przytrafiło się braciom Kai?- spytałam.
-A więc o to chodzi. Nie wiem. Już to jej mówiłem.- skrzywił się.
-A może ktoś z twoich znajomych coś o tym wie?- zastanowił się.
-No..może Misiael coś wie.- stwierdził.
-Misiael? A nie Michael?- zdziwiłam się.
-Nie. On jest taki miły i potulny, że nie da się do niego inaczej mówić. Ale jest jeszcze jedna osoba, którą chciałbym sprawdzić. Jeden z emerytowanych oficerów, który brał udział w tej misji. Jutro spędzam dzień z Kają. Prawda?
-No.
-Więc pójdę z nią w odwiedziny do tych gości. Zgoda?
-Umowa stoi.- przystałam na te korzystne warunki umowy.
-W taki razie dobranoc.- westchnął. Naprawdę jest zmęczony. Dam mu już spokój.
-Pa.- wzięłam szybki prysznic, przebrałam się w piżamę i poszłam spać. Zasnęłam bez problemu. Śniło mi się, że drzwi na mój balkon zostały otwarte. Przebudziłam się. Tak to prawda. Wstałam, żeby je zamknąć. Do moich uszu dobiegł czyjś głos. Wyszłam na zewnątrz. Momentalnie spostrzegłam postać siedzącą pod jedną z kolumn łączących balkon  z innym piętrem. Miała ona jedną nogę dyndającą po zewnętrznej stronie barierki, na drugiej zaś podparła łokieć. Na dłoni oparła policzek. Czarny płaszcz powiewał na wietrze, ale ja zdawałam się nie widzieć tego wszystkie, ponieważ byłam zasłuchana w słodki ton melodii piosenki śpiewanej przez nieznajomego
Tam, gdzie na wietrze opada liść,
Nidy nie wiem, gdzie mam iść…
Na rozstaju dróg,
Stoi nasz wspólny wróg…
Jest nim czas,
Który wyniszcza nas.
Miałam nieodparte wrażenie, że ta piosenka dotyczy mnie. Tego kim jestem i kim mam się stać.
-Przepraszam, że cię obudziłem.- chłopak obrócił się w moim kierunku. Machał nogami po bezpiecznej stornie poręczy.
-Kim jesteś?- zadałam pytanie.
-To nieistotne.- rozwarł szeroko ramiona. Z jego twarzy opadł kaptur. – Powiedz Elizabeth, że wróciłem.- przechylił się w tył. Za balustradę. Pobiegłam w kierunku nastolatka, żeby go załapać. Kiedy popatrzyłam w dół, ujrzałam na ziemi pusty, czarny płaszcz. To był mężczyzna z mozaiki!




******
Przedstawiam Kaję :D
 

sobota, 23 maja 2015

Rozdział VII



To co skrywał sejf zupełnie mnie zdziwiło. Był to… tunel? Tak to na pewno tunel. Był zaskakująco czysty. Zero kurzu czy pajęczyn. został wykonany ze stali nierdzewnej. Poświeciłam w głąb. Jedyne co zobaczyłam to pustka. Nic po za ciemnością. Przeczucie mówiło mi, żeby tam nie schodzić ale ciekawość wzięła górę i na czworaka zaczęłam brnąć w nieznanym kierunku. Przez krótki czas korytarz nie zmieniał się aż tu nagle… spad. Poczułam się jak na zjeżdżalni wodnej w Aqua  Parku. Byłoby to nawet przyjemne doświadczenie gdyby była tu woda, ponieważ szorowanie brzuchem po gołym metalu nie należy do najprzyjemniejszych. Wpadłam z rozmachem do jakiegoś pomieszczenia. Oczywiście, że zahamowałam twarzą. Pokój nie miał żadnych okien więc jedyne światło stanowiła moja latarka. Wstałam z podłogi. Zaczęłam skrupulatnie przeszukiwać każdy centymetr ściany w poszukiwaniu włącznika światła. W końcu moje palce natrafiły na upragniony przycisk. Blask lamp na moment mnie oślepił. Gdy zaczęłam normalnie wiedzieć, moim oczom ukazała się ogromna sala treningowa. Ściany pokryte zostały gigantycznymi lustrami na szerokość każdej z nich. Miały na celu ukazanie nam naszych błędów podczas ćwiczeń i dostrzeżenie ruchów przeciwników z innej perspektywy. Nie wiem czemu ale podłogę zdobiła mozaika. Przedstawiała ona różne sceny z życia pierwszych Żywiołów. Woda pijąca z krystalicznego źródła, Ziemia na polowaniu, Powietrze gaworzące z ptakami, Ogień pilnujący ogniska oraz jakiś piąty mężczyzna. Posiadał dłuższe ale znowu nie tak długie, białe włosy. Jego, wyzierające zza kapuzy płaszcza, oczy stanowiły odbicie galaktyki. Łobuzerski uśmiech idealnie komponował się z arystokratycznymi rysami. Odziany był w, jak wspomniałam w  znoszony czarny płaszcz z kapturem, luźne spodnie powiązane rzemykami, rękawiczki bez palców sięgające do nadgarstków. Nie można było zobaczyć co ma pod płaszczem. Można się domyślać, że to po prostu czarny podkoszulek. Buty również nie budziły zachwytu. Wysokie, byle jak zasznurowane, porządnie styrane trzewiki. Przez ramię przewieszony miał obusieczny miecz. Ilustracja ukazywała go w otoczeniu sił natury. To dziwne wydaje się jakby potrafił nimi władać. Za nim rozpościera się sklepienie niebieskie pokryte gwiazdozbiorami. Wyglądał na około dwadzieścia lat, ale prawda zapewne jest inna. Podejrzewam, że wiekiem dorównywać może naszym bóstwom, które liczą blisko pięć tysiącleci. Udało mi się oderwać wzrok od rysunku. Pomieszczenie liczy gdzieś około połowę Stadionu Narodowego w Warszawie. Całe zapełnione jest różnorodnymi sprzętami i torami przeszkód. Uniosłam głowę do góry. Sufit znajdował się niebywale wysoko. Gdzieś około czwartego piętra. Przymocowano do liny, drabiny, uprzęże. Te ostatnie zainstalowano na potrzeby ścianki wspinaczkowej przede mną. Pod ścianą, po prawej stronie dojrzałam kilka wajch. Z czystej ciekawości pchnęłam jedną. Podłoga zadrżała. Stojący na środku ring znikł, na jego miejscu pojawił się basen. Czad. Ciekawe co ukrywają kolejne przełączniki. Pchnęłam kolejny. Pierwsze z luster obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni. Za nim było kolejne ale tym razem nieźle wysłużone. Widniały na nim liczne zadrapania i wypalone ślady oraz kawałki skał. Moją uwagę najbardziej przykuł napis. Ktoś otoczył go serduszkiem. W środku były dwa imiona. Jedno pod drugim, połączone plusem. Elizabeth oraz… N…o? Nie mam pojęcia. Imię tej drugiej osoby zostało staranie zatarte nożem. Wyglądało to  tak jakby ten chłopak, bo  to zapewne imię chłopaka, chciał wymacać się z pamięci Elizabeth. A może to przewodnicząca tak go nienawidziła, że pociachała jego nazwisko. Ale po co by to robiła. Dobrze wie o tej sali więc jeżeli chciałaby zapomnieć, to po prostu mogła ją spalić na wiór, albo zamienić w gustowną spiżarkę. Nie moja sprawa. Ziewnęłam. Ale jestem zmęczona. Dziś jest niedziela. Właśnie kończy się ostatni dzień weekendu. Jutro muszę iść do pracy. Pora wracać. Wejścia nie było. Szlag. Co ja teraz zrobię? Nie mam przy sobie telefonu komórkowego. Jestem taka śpiąca. Rozwiązanie znajdę… jutro. Oparłam się o następną dźwignię. Zasnęłam. Obudził mnie przytłumiony stukot i wołanie. Przeciągnęłam się.
-Co ja tu robię…? Oh! Już wszystko pamiętam. Ogarnęłam wzrokiem pomieszczenie. Natychmiast spostrzegłam dziurę w ścianie wspinaczkowej. Tak! To musi być wyjście. Zerwałam się z miejsca i jak szalona pobiegłam przed siebie. Wskoczyłam do otworu. Drzwiczki natychmiast się zatrzasnęły i poczułam, że podnoszę się do góry. Kolejna winda? Zapewne tak. Ciekawe gdzie prowadzi. Zatrzymała się. O w mordę jestem w sąsiednim pokoju należącym do Kaspiana. Mam szczęście. Brunet jeszcze mocno chrapał. Co to? Panel sterujący? Najwyraźniej. Kliknęłam cyfrę dwa mając nadzieje, że prowadzi do mojej sypialni. Chwała Bogu. Znalazłam się w moim dormitorium. Co prawda pod biurkiem, ale cała i zdrowa. Ktoś walił o moje drzwi.
-Nadia nie chcę być nieuprzejma więc informuję, że mam zamiar dostać się do twojego pokoju siłą.- to była Kaja. Faktycznie! Dziś zaczynają się wspólne dni. Która godzina? Ósma?! Jestem spóźniona do pracy! Porwałam z szafy mundur Czerwonego Krzyża. Założyłam go w natychmiastowym tempie. Przez ten czas białowłosa rozbroiła zamek wsuwką do włosów.
-Czemu nic nie mówiłaś. Dobijam się do ciebie od godziny.- powiedziała z wyrzutem.
-Przepraszam, kamienny sen. Wiesz jak to jest.- uśmiechnęłam się.
-Okej… zrobiłam nam drugie śniadanie. Łap!- rzuciła mi kanapkę.
-Dzięki.
-Czym w ogóle się zajmujesz?- spytała
-Opowiem ci po drodze. Jestem okropnie spóźniona. Ty pewnie też.- ruszyłyśmy.
-Nie, ja pracuje wieczorami więc z tym akurat nie ma problemu.- zaśmiała się. Dzisiaj miała rozpuszczone włosy. Naprawdę są niewiarygodnie długie.
-A co konkretnie robisz?- popatrzyła na mnie.- Przepraszam, o ile mogę spytać.
-To niespodzianka.- uśmiechnęła się krzywo.
-Rozumiem. Ja pracuje w Czerwonym Krzyżu.- drgnęła.
-Haha! To pewnie zajmujesz się również zabłąkanymi dziećmi, prawda?
-Tak. Czasem się zdarzają. Czasem czyli codziennie po kilka.- spuściła głowę. Zaraz odzyskała humor. Złapała mnie z rękę. Jej fioletowe oczy emanowały nadzieją.
-A pamiętałabyś któreś z nich gdybym pokazała ci fotografię?
-Nie mam pojęcia.- odparłam.
-Ale też nie mówisz nie.- sięgnęła pod bluzkę i wyciągnęła naszyjnik. Otworzyła go. W jego wnętrzu były dwa zdjęcia. Młodego, uśmiechniętego chłopaka i chłopczyka pokazującego znak pokoju. Obaj mieli szare włosy, bardzo podobne rysy twarzy oraz niebieskie oczy.
-Przykro mi nie kojarzę chłopca. To twoi bracia?- spytałam. Jej oczy pociemniały.
-Nie twój interes.- odparła szorstko. Szłyśmy w milczeniu. Nastolatka ubrała się cała na czarno. Wokół nadgarstka obwinęła sobie czerwoną wstążkę z dzwoneczkiem. To właśnie jego dźwięk był przerywnikiem tej niezręcznej ciszy. Na ramionach miała mały plecaczek. Zapewne z roboczym strojem. Mogę się założyć, że jest zakonnicą. Nie wieżę zbytnio w teorię Feliksa. W końcu dotarłyśmy na plac. Aż do godziny czwartej po południu pomagałyśmy potrzebującym.
-Choć usiądziemy na ławce.- zaproponowałam. Zgodziła się.
-Przy okazji może zjemy drugie śniadanie?- zaproponowała.
-Tak to dobry pomysł.- rozpakowałam zawiniątko. Znajdowała się tam przepysznie wyglądająca kanapka. Pochłonęłam ją w mgnieniu oka. -Pycha!- krzyknęłam
-Co ci się dziwić cały dzień nic nie jadłaś… Christopher?- wstała jak oparzona. –Christopher!- zawołała. Ruszyła w tylko sobie znanym kierunku. Nie miałam wyjścia pobiegłam za nią. Nawet nie macie pojęcia jak szybki może być mag powietrza gdy mu na tym zależy. Dziewczyna gnała uliczkami na nic nie zważając. Z trudem ją ścigałam. Cały czas krzyczała „Chris” lub „Christopher”. W końcu zobaczyłam ją w ciemnym zaułku. Tuliła chłopca. Jego wiek? Około piątej klasy szkoły podstawowej. Łudząco przypominał tego roześmianego dzieciaka ze zdjęcia.
-W końcu cię znalazłam braciszku. Już nigdy nikomu nie pozwolę cię mi zabrać.- płakała.
-O co chodzi?- spytał nieznajomy.- Ja nie jestem żadnym Christopherem. Proszę mnie puścić!- wyrwał się z objęć nastolatki.
-Jak to…? Przecież wyglądasz identycznie!- krzyknęła desperacko.
- Zostaw mnie w spokoju! – zawołał. Przebiegł koło mnie. Załapałam go za rękę.
-Jak się nazywasz?
-Jason, a co?- zadał pytanie.
- Nie wyglądasz na takiego, który ma się gdzie podziać.- odpysknęłam
-No i?
-No i się gnoi. Moim obowiązkiem jest zapewnić ci opiekę. Proszę tutaj masz pięćset monet. Powinno ci to wystarczyć na jakiś czas. I…
-Dzięki!- porwał pieniądze i uciekł. Wiem, że wróci dzieci zawsze wracają. Są jak koty, chodzą własnymi Ścieżkami ale gdy okaże się im trochę serca, wracają. Pomachałam mu na pożegnanie. Obróciłam się do Kai. Siedziała pod murem. Podkuliła kolana, oplotła je ramionami i płakała. Przysiadłam się do niej.
-Może w końcu powiesz co cię dręczy? Tak łatwiej będzie mi ci pomóc.- powiedziałam łagodnie.
-Ty nie możesz mi pomóc! Tylko Kaspian on tam był tego dnia, gdy zabrali moich braci!- szlochała. Łzy ciekły jej po policzkach.
-Opowiedz mi swoją historię, proszę.- nastolatka nieco złagodniała.
-Dobrze… wszystko zaczęło się od tego koszmarnego wydarzenia, na które wszyscy tak bardzo czekaliśmy. Były to igrzyska magów powietrza, odbywające się raz na cztery lata. Udział w zawodach mogli wziąć czarodzieje w latach od czternastu do osiemnastu. Ja wtedy niedawno skończyłam owe czternaście lat. Razem z moim osiemnastoletnim bratem, Jonathanem, twardo się do niego przygotowywaliśmy. Naszym celem była wygrana, zresztą to był cel każdego z uczestników. Razem z nami ćwiczył nasz młodszy braciszek… Christopher. Już wtedy zapowiadał się na świetnego maga. Wszyscy go kochaliśmy. Zawsze uśmiechnięty i pomocny. Spędzaliśmy razem mnóstwo czasu. Pomimo swojego młodego wieku, był bardzo inteligentny. Bardzo chciał wziąć razem z nami udział w igrzyskach lecz dziesięciolatków nie przyjmowali. Tego zawody miały być wyjątkowe, ponieważ nadzorowali je magowie ziemi. Karty zgłoszeń wypełniliśmy ja, John oraz mój najlepszy przyjaciel Eneasz. Walczyliśmy najlepiej ze wszystkich. Nawet nie zorientowaliśmy się gdy nasi rodzice zniknęli z widowni. Udało się! Stanęliśmy na podium. Ja zajęłam pierwsze miejsce, Jonathan drugie, a Eneasz trzecie. Jeden z oficerów przyszedł nam pogratulować. Towarzyszyli mu dwaj żołnierze. Stanęli za nami. Gdy wyższy rangą pstryknął palcami, pojawiła się kolejna dwójka. Oni za to dźwigali ciężkie pakunki. Za nim wyłonił się zielony na twarzy Chris.
-Gratulacje moi drodzy.- do dziś te słowa dźwięczą mi w uszach.- Jesteście elitą tego narodu. Oto nagroda za pierwsze miejsce.- żołnierze otworzyli torby. To co wysypało się na ziemie…
-Chris, zamknij oczy! Natychmiast!- to byli nasi martwi rodzice. Rzuciłam się w stronę oficera. Jeden z magów wbił mi sztylet w brzuch. Upadłam.
-Nagroda za drugie miejsce to oferta wstąpienia do naszego wojska lub natychmiastowa śmierć.- mina Johna mówiła sama z siebie. Zapewne wybrałby śmierć ale powstrzymałam go.
-Musisz żyć. Jak nie dla mnie to dla Chrisa, rozumiesz.- popatrzył na mnie. Schylił się.
-Obiecuję ci, że się nim zajmę. Ty postaraj się do tego czasu przeżyć.- głośniej dodał.-Przyjmuję pańską ofertę.
-Nagroda za trzecie miejsce to wolność. – te słowa zabrzmiały tak pięknie. W naszej sytuacji wydawały się snem. Ulotnym marzeniem.
-Dziękuję.- skłonił się. Mag ziemi stworzył podest. Stanął na nim.
-Słuchajcie wszyscy. Kto pomoże tej dziewczynie ściągnie na siebie wyrok śmierci!- wszyscy zadrżeli. Czy on myślał, że od takiego ciosu zginę. Nie ma mowy. Jak tylko odjadą to Chris mi pomoże i będzie okej.
-Siostrzyczko!- zawołał
-Czy pozwoliłam ci otworzyć oczy?!- zgięłam się z bólu. Mały biegł w moją stronę.
-Kaja!
-Stój!- wydawało mi się, że krzyknęłam ale z mojego gardła wydobył się zduszony jęk. Chłopczyk podbiegł do mnie.
-Czekaj, zaraz ci pomogę.- ukląkł przy mnie miałam to szczęście, że zdążył podłożyć mi maść uzdrawiającą
-Co powiedziałeś chłopczyku?!- ryknął oficer.
-Powiedziałem, że pomogę mojej siostrze! Masz z tym jakiś problem!- zacisnął dłonie w pięści. Mężczyzna zaśmiał się.
-Ty? A co ty możesz, szczylu!
-Dużo!- nie wierzyłam własnym oczom. Przez pół godziny walczyli jak równy z równym. Gdyby inni żołnierze nie zareagowali młody mógłby nawet wygrać. Obezwładnili do i wrzucili jak psa do jednego z wagonów. Wtedy to zobaczyłam. Kaspiana siedzącego w luksusowym przedziale, obojętnie oglądającego całe zdarzenie. On na pewno musi coś wiedzieć! Ale gdy go oto spytałam powiedział, że stracił pamięć. Gorszej wymówki nie słyszałam! On jest ostatnią osobą, która może mi coś powiedzieć. O tym dniu, w którym po raz ostatni widziałam moich braci. Eneasz mi wtedy bardzo pomógł. Uzdrowił moje rany i razem uciekliśmy z naszego miasta. Dotarliśmy razem do zakonu św. Urszuli. Tam przyjęto nas z otwartymi ramionami. Przyjął imię Ksawery. Ja pozostałam przy swoim. Tam było nam o tyle dobrze, że mogłam wychodzić kiedy chciałam i wracać nawet po upływie kilku tygodni. Oni zawsze mnie przygarnęli. Wiedzieli, że cały ten czas poświęcam na szukanie braci. Czasem nawet mi pomagali. Oto moja historia.- otarła łzy.
-Pora się zbierać.-  oznajmiła.
-Gdzie?- spytałam.
-Zabić parę osób.- uśmiechnęła się. Feliks miał racje. Ona jest płatną zabójczynią!
___________________________________________________________________________________

 Hejka jestem Soraja za namową moich znajomych zaczęłam pisać bloga. Posty będą dodawane w każdą sobotę w godzinach między 20-22.00 :P Wraz z obrazkami bohaterów. Własnoręcznie rysuje je moja przyjaciółka Juki :) Jeśli blog wam się podoba to piszcie w komentarzach albo na asku:
 http://ask.fm/TFrevenge

sobota, 16 maja 2015

Rozdział VI



-Czemu to na mnie trafiło? Gdybym się trochę pospieszyła to prawdopodobnie nie było by nas tutaj.- tak oto właśnie narzekałam, podczas gdy Kaspian usiłował skołować jakąś sensowną broń.
-O! Patrz jakie cudeńko.- chłopak wyciągnął zardzewiały miecz z kupki czegoś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak kości.
-Wow! Zardzewiały miecz! Ile możliwości. – dla podkreślenia mojego udawanego zachwytu złapałam się oburącz za policzki.
-Nie kpij sobie to bardzo porządny kawałek stali. Jeżeli go dobrze oczyszczę, to będę w stanie go przekształcić w nówkę, i będę się miał czym bronić, nie tak jak ty.- popatrzył na mnie wyniośle.
-I co? Myślisz, że skoro masz zardzewiały kawałek metalu to jesteś lepszy ode mnie. – wkurzyłam się.
-Dokładnie. – uśmiechnął się.- Patrz i się ucz.- chwycił miecz obiema rękami, bez najmniejszego wysiłku, zgiął go w małą kuleczkę.
-Nie wiedziałam, że tak umiesz.
-Widzisz, nie bez powodu jestem generałem.
-Tego nie powiedziałam.
-Ale to miałaś na myśli.- spojrzał na mnie.
-Zrób sobie tą wykałaczkę i idziemy dalej bo niedługo się ściemni.
-Masz rację.- w jednej chwili w jego ręce zalśniła piękna i wymodelowana klinga. Czemu ja tak nie umiem? Przemierzaliśmy piękne łąki, ohydne bagna i ciemne bory. Zwierzęta w puszczy, otaczającej fortecę, raczej nie są do nas przyjaźnie nastawione. Nie jestem pewna czy dwójka magów da radę coś upolować.
-Nadia, stój.- szepnął.
-Co?- spytałam przejęta.
-Masz komara na ramieniu.- mówiąc to rzucił w owada swoim mieczem. Ostrze utkwiło w drzewnie za mną. Przez chwilę stałam jak sparaliżowana. Odwróciłam się. Klinga utkwiła  głęboko w korze, więżąc jeszcze żywego moskitiera wielkość mojej pięść.
-Powaliło cię?! Mogłeś mnie zabić!- krzyknęłam. Byłam bardziej wściekła niż przerażona.  
-Ale nie zabiłem.- uśmiechnął się szyderczo. Dopiero co zagłębiliśmy się w las, a ja już miałam ochotę go poćwiartować.
-Ty suki…- coś zaszeleściło. Chłopak wyrwał broń z dębu i stanął przede mną.  Czekaliśmy w napięciu na pojawienie się naszej kolacji. Dobiegał do nas dźwięk łamanych gałązek oraz szelesty ściółki leśnej. Wyraźnie coś się zbliżało. Duże coś. Z krzaków przed nami wyłoniła się…
-Wiewiórka?- zdezorientowany chłopak opóźnił kord. To był błąd. Za Baśką w mgnieniu oka pojawiła się hydra. Potwór ten sięga swoim wiekiem czasów antycznej Grecji. Ciekawe skąd Elizabeth ją wytrzasnęła. Monstrum miało dziesięć głów, z czego(na nasze nieszczęście) jedną nie śmiertelną. Była ogromna. Jej cielsko wysokością dorównywało czteropiętrowemu blokowi mieszkalnemu, a szeroka była na dwa radiowozy policyjne ustawione w poprzek. Z tego jej cielska wyrastały długie i bardzo liczne macki. To właśnie nimi łapała swoje ofiary. Czasami połykała je w całości dzięki swoim długim, bardzo długim szyjom.
-Czy mięso z hydry jest jadalne?- zadał pytanie.
-Zaraz się przekonamy.- odetkałam bukłak z wodą i stworzyłam lodowy łuk. Wystrzeliłam kilka pocisków w kierunku zwierzątka. Odbiły się od jego „smukłej tali”. Tylko nie potrzebie je rozwścieczyłam. Zwierze ruszyło w moim kierunku. Kaspian zepchnął mnie z trajektorii szarży stworzenia. Sturlaliśmy się z górki. To dziwne chłopak chronił bardziej mnie przed obrażeniami, niż samego siebie. Zatrzymaliśmy się tuż przed rzeką.
-Woda!- ucieszyłam się, ponieważ zgubiłam mój łuk.
-Co wiesz na temat tego potwora?- spytał.
-Cóż… pochodzi z mitologii greckiej. W dawnych czasach mieszkała przy bagnie, przez które biegła ścieżka. Tą dróżką musiał przejść każdy, kto zmierzał z Argolidy do Lakonii. Jego hobby było napadanie na miasto Lerna, skąd wzięło się określenie hydra lernejska. Zabił ją Herakles.
-Jak to zrobił?
-Jego metoda jest dla nas nie osiągalna.- westchnęłam.
-Mów!- krzyknął.
-Po odcięciu przypalał jej rany po odciętych szyjach aby nie odrastały.
-Nie ma z nami Feliksa.- pokiwał głową.
-Czekaj. Chyba coś wymyśliłam. Nachyl się.- opowiedziałam mu cały plan do ucha. Słuchał bardzo uważnie.
-Ok. to może się udać, ale też nie musi. Masz plan B?
-Nie, w razie czego wymyślę go podczas ucieczki.- uśmiechnęłam się. Hydra już się zbliżała. Wybiegłam jej na spotkanie.
-Hej, głupia hydro! Tutaj jestem!- natychmiast zostałam zauważona przez zwierzę, które ruszyło za mną. Wszystko szło po naszej myśli. Muszę pamiętać o jednej bardzo ważnej rzeczy. Jad hydry jest trujący i wszystko na czym się znajdzie, rozpuszcza. Starałam się nie zwracać uwagi na ogromne pokrzywy sięgające mi do pasa oraz paprocie uniemożliwiające szybki bieg. Czułam się jak w koszmarze. A co jeśli Kaspian zostawi mnie na pastwę potwora, a sam weźmie nogi za pas?
-Nadia teraz ty!- pierwsza z głów leżała na trawie. Z rany momentalnie zaczęły się wykluwać trzy kolejne. Skupiłam się na strugach jadu wypływających z rany kolosa. Zamroziłam je. Z zapartym tchem czekaliśmy na rezultat. Nic się nie wydarzyło. Dzięki Bogu. Teraz musimy przeżyć jeszcze osiem takich akcji. Działaliśmy jak dobrze naoliwiona maszyna. Kaspian siekał, ja zamrażałam. W końcu monstrum broniło się już tylko za pomocą jednej głowy. Okazało się, że ta dziesiąta nie pluje trucizną, czyli nie jest na nią odporna.
-Kaspian!- zawołałam.
-No!- odkrzyknął.
-Wiem jak ją wykończyć, ale masz tylko jedną szansę!- spojrzałam na niebo. Zaraz będzie padało jak z cebra i nici z pomysłu.
-Co mam robić!
-Podejdź do jednej z głów i zamocz w niej klingę miecza. Nie wiem czemu ale ten metal odporny jest na jej ślinę.
-No już! Co dalej!
-Po prostu rzuć nim prosto do paszczy potwora!- zerwał się mocy wiatr. Teraz w ogóle nie słyszałam słów chłopaka.
-Co?! Nie słyszę cię!- na ziemie zaczęły spadać pierwsze krople. Udało mi się do niego odrobinę zbliżyć. Usłyszałam urywek wypowiedzi generała
-…Jeżeli teraz trafie, to nie będę musiał polować przez najbliższy miesiąc.- uśmiechnęłam się. Wziął szeroki zamach-Kto jadem wojuje, ten od jadu ginie!- krzyknął i miecz poszybował w gardziel hydry. Deszcz rozpadał się na dobre. Zwierze łyknęło przynętę. Po chwili było po wszystkim.  Usiadłam na ziemi. Odczułam wyraźną ulgę. Kaspian osunął się na kolana.
Udało się!- podniósł ręce ku niebu. Ja również się cieszyłam. Nie mieliśmy siły nawet wstać. Siedzieliśmy tak przez dłuższy czas. Nie zrobiłam nawet kopuły chroniącej mnie i piętnastolatka przed wodą. Byliśmy cali ubłoceni i poranieni.
-Masz jakiś pomysł jak zabrać tą kupę mięcha do bazy?- spytałam.
-No tylko na razie nie mam na to siły. Daj mi jeszcze pięć minut. Przyjrzałam się towarzyszowi. Cały czas trzymał się za lewe ramię i ciężko oddychał.
-Kaspian z tobą na pewno jest wszystko w porządku?
-Oczywiście, że tak.- powiedział.
-No to tym bardziej możemy już iść.- obserwowałam bruneta.
-Tak. – zacisnął szczęki w wstał. Zachwiał się i już miał upaść ale załapałam go. Zaśmiałam się.
-Jak długo masz zamiar mnie oszukiwać?- zadałam pytanie.
-Przepraszam.- wysapał. Zdjęłam jego rękę z ramienia. Pod nią skrywała się paskudna rana.
-O ja cię kręcę! Chłopie! Jeszcze chwila a nie miałabym czego ratować.- zebrałam wodę na ranie zielonookiego. Skupiłam się chwilkę. Ciecz rozbłysła błękitnym światłem i wsiąkła w obrażenie, uzdrawiając je. Przy okazji wlałam w niego trochę mojej siły, ale o tym nie musi wiedzieć.
-Gotowe.-wstałam.
-Dziękuje, czuję się od razu lepiej.
-Masz szczęście, że ślina nie rozniosła się zbytnio po twoim organizmie. To jaki masz pomysł?
-Będę ją eskortował za pomocą magii ziemi.- oznajmił i zabrał się do roboty. Po mozolnej wędrówce w końcu stanęliśmy na placu zamkowym. Z tryumfem wciągnęliśmy zdobycz do salonu. Wszyscy byli mega zdziwieni. Ich miny były warte otarcia się o śmierć.
-Oto mamy prawdziwych łowców.- Elizabeth złapała nasze ręce i uniosła je do góry. Feliks i Kaja gwizdali i klaskali.
-Szczerze, spodziewałam się jakiegoś ptaka stymfalijskiego a nie hydry lernejskiej. Zadziwiliście mnie. Brawo. Teraz macie wolne aż do kolacji, którą przyrządzą profesorek i mniszka.
-Co?!- krzyknęli równocześnie, ale my już nie słyszeliśmy ich kłótni. Wyjechaliśmy windą na pierwsze piętro i zaszyliśmy w swoich sypialniach. Postanowiłam wyjść po raz pierwszy na balkon. Jego rozmiary są niesamowite. Można spokojnie grać tutaj w siatkówkę. Podeszłam do balustrady. Znad morza dotarł do mnie powiew bryzy. Było tak niedaleko. Dosłownie dwadzieścia metrów. Pałac stał na skarpie, nad tym ogromnym zbiornikiem. Wróciłam do sypialni. Prawie wskoczyłam do łóżka ale w ostatniej chwili przypomniałam sobie o ubłoconych spodniach, bluzce oraz całym ciele. Podeszłam więc do szafy. Otworzyłam ją. Na wieszaku wisiał mój ulubiony podkoszulek. Chwyciłam go. Wieszak nie dał się ruszyć. Sprawdziłam co jest tego przyczyną. Jeden z jego końców utkwił pomiędzy ściankami komody. Pociągnęłam mocniej. Nic z tego. Oparłam jedną nogę o bok garderoby i szarpnęłam z całej siły. Poleciałam do tyłu razem z tylną ścianą szafy. Podniosłam się z paneli. Uniosłam wzrok na mebel alby ocenić ewentualne zniszczenia. Komoda miała drugie dno! Na prawdziwej ściance zawieszone zostały typy różnorodnej broni. Zarówno palnej jak i mieczy, kusz, noży, łuków, igieł i wielu innych których nazwy nawet nie znałam. Na dole, na samym środku stał sejf o wymiarach metr na metr. Tak na oko. Skoro tył skrywał takie skarby, to co z bokami. Chwyciłam jeden  ze sztyletów i podważyłam nim płytę po lewej stronie. Ustąpiło. Tak samo stało się z drugą. Prawa skrywała przeróżne trutki jak i odtrutki jak i dzienniczek jak ich używać. Lewa zawierała różnorodnego rodzaje zioła starannie podzielone i podpisane. Ktoś włożył w to wiele roboty. mój wzrok automatycznie zszedł na sejf. To on jak na razie był największą tajemnicą. Przyklękłam przed nim. Zaczęłam wstukiwać jakiekolwiek kody. Poświeciłam tej zabawie cały wolny czas.
-Nadia, kolacja!- zawołał Kaspian.
-Czekaj zaraz wyjdę!- odkrzyknęłam. Dawaj, proszę, otwórz się. Wpisałam ostatni szyfr. Była to data urodzin Elizabeth. 1912. Dziewiętnasty grudnia. Zamek puścił. Otworzyłam drzwiczki. Pusto?
-Nadia!- zawołał.
-Czekaj chwilę!- włożyłam rękę. Tam, gdzie spodziewałam się ściany, była pustka. Korytarz? Cóż na razie nie mam czasu o tym myśleć. Muszę się przebrać czyste ciuchy i iść na kolację. Mam wrażenie, że Kaspian za moment wywarzy drzwi do mojego pokoju. Szybko wciągnęłam na grzbiet nową bluzkę, zmieniłam spodnie i założyłam czyste buty.
-Hej.- wyskoczyłam na korytarz. Przekręciłam klucz w zamku i schowałam go do kieszeni.
-Idziemy?
-Tak.- weszliśmy do jadalni znajdującej się na piątym poziomie. Zasiedliśmy do suto zastawionego stołu. Dzisiejsze menu to mięsko z hydry, zupa z hydry, potrawka z hydry, pierogi z farszem z hydry, knedle z hydry oraz wiele innych przysmaków. Przewodnicząca zabrała głos.
-Dzisiaj staliście się prawdziwymi członkami  „Odrodzenia”. Każdemu z was kładę do głowy, że nasza organizacja ma na celu zakończenie tej wojny, ale nikomu nie powiedziałam jak to ma wyglądać. Wy zostaliście staranie wybrani i prześwietleni pod każdym kątem. Wasze życie, rodziny, hobby, a nawet przyjaciele. Wybór nie padł na was przypadkiem. Tylko wy macie siłę i potencjał by odnaleźć „Księgę Żywiołów”…
-Co to jest „Księga Żywiołów”?- Kaspian wszedł jej w słowo.
-Bracie...ty nigdy nie wiesz o co chodzi. Może ktoś wie.- popatrzyła na nasze twarze. –Nie, nikt. W takim razie opowiem ma wszystko od początku. Gdy na świecie panował chaos, nie było nic. Po pewnym czasie z nicości wyłoniły się dwa bóstwa- Początek i Koniec. Coś w stylu Ing i Jang. Mieli za sobą czwórkę wspaniałych i potężnych dzieci. Cztery żywioły. Ziemię, Wodę, Powietrze i Ogień. Rodzeństwo żyło ze sobą w harmonii, do czasu wielkiej bitwy między pierwszymi ludźmi. Siły natury podzieliły się na dwa fronty. Po jednej stronie stanęli Powietrze i Ogień, po drugiej Woda i Ziemia. Walki trwały kilka wieków. Początek wszystko notował, każdą technikę, strategię, potyczkę. Jego dzieci swoją mocą obdarzały najlepszych wojowników ich czasów. Tak pojawili się magowie, czyli my. Początek i Koniec mieli jeszcze jedno dziecko. To właśnie on zakończył wojnę. Do tego osiągnięcia użył księgi ojca. Gdy żywioły dowiedziały się o tej niesamowitej broni natychmiast chciały ją mieć. Podarły rękopis na cztery części, każda z nich zawierała jego własne techniki, zaszyły się gdzieś w świecie. Naszym zadaniem jest ją odnaleźć i złożyć do kupy. Rozumiecie?
-Skąd ta pewność, że nam się uda?- spytał Feliks.
-Trzeba w siebie wierzyć kotku.- obdarzyła go promiennym uśmiechem.
-Rozumiem.- powiedział niemalże natychmiast.
-W takim razie smacznego.- przy stole panowała przyjazna atmosfera. Śmialiśmy się, gadaliśmy, wygłupialiśmy. Wreszcie po sączonym posiłku, wsiedliśmy do windy.
-Dawno tak dobrze się nie bawiłam.- stwierdziła Kaja.
-No ja też.- Przytaknął Feliks.
-Było super!- oznajmił Kaspian.
-Macie rację.- dodałam.
-Nie cieszcie się na zapas.- królowa zatrzymała windę. –Jutro zaczynamy trening od samego rana.
-Ale jutro jest poniedziałek. Każdy z nas musi iść do pracy.- powiedziałam.
-Wasz trening będzie wyglądał następująco. Cały jutrzejszy dzień Nadia spędza z Kają, a Kaja z Nadią. To samo tyczy się chłopaków. Wy macie dzień dla siebie. Okej? Ćwiczenie ma na celu pogłębienie waszych relacji i dowiedzenia się czegoś nowego o kumplach z drużyny.- ruszyliśmy. Każdy momentalnie wybiegł na korytarz.- Wspólne dni zaczynają się od siódmej. Rozpoczynamy je wspólnym śniadaniem. Dobranoc. Zatrzasnęłam drzwi przed oczami dalej mam obraz stojącej nastolatki uśmiechniętej od ucha do ucha i machającej do nas niewinnie. Po krótkim prysznicu wróciłam do dormitorium. Zgasiłam światło żeby wyglądało na to, że poszłam spać. Tak naprawdę wyciągnęłam z szuflady latarkę i podeszłam do metalowej skrzynki. Poświeciłam do jej wnętrza. To co zobaczyłam zamurowało mnie. Zupełnie się tego nie spodziewałam.