Translate

sobota, 9 maja 2015

Rozdział V



Oczywiście, że puściliśmy nowego przodem. Liczyliśmy na niezły ubaw. Argon i Tyson już czekali. Natychmiast wylecieli na spotkanie Feliksowi. Ten jakby nic, pogłaskał każdy z warczących łbów i swobodnie ruszył dalej. Okej… Teraz czas na fontanny. Bez zastanowienia podszedł do środkowej sikawki i zaczerpnął łyk wody. Razem z Kaspianem byliśmy zaskoczeni. Z labiryntem na sto procent nie pójdzie mu tak łatwo. Prawda? Powiedzcie, że tak… Jasny gwint ale człowiek może się pomylić. Chłopak przyłożył dłoń do żywopłotu. Uśmiechnął się i spokojnie ruszył przed siebie. Pobiegliśmy za nim. Stanęliśmy na dziedzińcu pałacowym. Zapukałam we wrota. Zero odzewu. Gdzie Elizabeth? Przeważnie wybiegała z zamku i rzucała się każdemu po kolei na szyję. Cóż, taki zwyczaj. Zaczęliśmy z magiem ziemi przetrząsać swoje kieszenie w poszukiwaniu klucza. Chłopak znalazł go pierwszy. Otworzył drzwi. Weszliśmy do środka.
-Jaka wypasiona chata!- osiemnastolatkowi szczęka opadła.
-Później będziesz podziwiał swój nowy dom. Teraz trzeba poszukać Elizy. – powiedziałam.
-Może jest w swoim pokoju.- stwierdził generał.
-Chodźmy to sprawdzić.- i wsiedliśmy do windy.
-Wow. I nawet macie własną windę.- ja cię, ten chłopak potrafi zachwycić się wszystkim. Wyjechaliśmy na piętro sypialne. Rześkim krokiem pomaszerowaliśmy w kierunku gabinetu Elizabeth. Drzwi były uchylone i już mieliśmy wchodzić do jej pokoju, gdy usłyszeliśmy dzwonek telefonu. Dziewczyna odebrała.
-Halo?- jej głos był nie pewny. Minęła chwila. Najwyraźniej ktoś się jej przedstawił  –Jak śmiesz dzwonić do mnie i proponować takie rzeczy!- z niewiadomych przyczyn przełączyła rozmówcę na głośnik.
-Nie krzycz tak Isa… to znaczy Elizabeth. Proponuje ci taki układ ponieważ wiem, co się stało z twoimi przyjaciółmi oraz gdzie jest to czego szukasz. Więc jak? Przystajesz na układ? Oboje wiemy, że nie wymagam od ciebie niewiadomo czego. To wręcz śmieszna cena za takie informacje. Do zobaczenia na balu.- głos należał niewątpliwie do jakiegoś starego faceta.
-Że co?! Dla ciebie życie kilku tysięcy osób to nic?!- w słuchawce rozległ się śmiech podobny do dławienia. Nagle wrota rozwarły się i telefon został wyrzucony przez nastolatkę, przez drzwi. Leciał i leciał aż zaliczył bliskie spotkanie ze ścianą, obok mojego pokoju, po drugiej stronie korytarza. Nie było już co zbierać. Rozwścieczona kobieta wypadła na korytarz. Jej czerwone oczy płonęły żądzą mordu, a blond włosy były w nieładzie. Chłopaki ze strachu schowali się za moimi plecami. Chrząknęłam znacząco. Obróciła się w naszą stronę. Na jej twarzy natychmiast zagościł fałszywy uśmiech dobroci.
-Witajcie moi drodzy. O widzę, że przyprowadziliście ze sobą nowego kolegę. Choć bliżej. Nie chowaj się. Czyżbyś się mnie wstydził?- jego wzrok raczej mówił „ co to za wariatka”, ale podszedł nieco bliżej Beth. –Trzeba było tak od razu!- poklepała chłopaka po plecach z taką siłą, że bałam się iż zaraz zaryje twarzą o podłogę. –Proszę to twój formularz zgłoszeniowy.- wyjęła z kieszeni świstek papieru i podała mężczyźnie. Ten spojrzał na nią pytająco.- Och! Nie patrz tak na mnie. Musisz uzupełnić druczek. Napisz tam swoje imię, nazwisko, pesel, grupę krwi w razie konieczności przetoczenia krwi w razie wypadku, adres zamieszkania i takie tam. Aha. Jeszcze jedno podpisz umowę, że ja nie biorę odpowiedzialności za twoje zwęglenie, nabicie na pal, spalenie, trwały uszczerbek na zdrowiu i tym podobne rzeczy. Ok? Teraz sprawa do was wszystkich jutro wyruszamy po Kaję. Śniadanie o ósmej, wymarsz o dziewiątej, kto się spóźni ten… a zresztą sami zobaczycie. Dobranoc.- zatrzasnęła drzwi do swojego dormitorium. Chwile staliśmy w milczeniu. Ciszę przerwał Feliks.
-Czy ona jest taka zawsze?- spytał.
-Tak.- odparłam bez namysłu.
-Nie, widać że coś ją martwi.- rzekł jej młodszy brat.- Muszę z nią na ten temat porozmawiać ale to później. Teraz Feliks musi wybrać sobie pokój.
-O matko. Sorry chłopaki, ale ja nie mam już sił na takie rozrywki. Zatoczyłam się do swojej sypialni. Stwierdziłam, że wezmę prysznic jutro rano zaraz przed śniadaniem. Do snu ukołysał mnie dźwięk morski fal uderzających o klif, na którym wybudowano nasz dom. Nikt z nas nie wiedział, że Elizabeth przepłakała całą noc.
                Nad rankiem obudziły mnie krzyki dochodzące z jadalni.
- Kto wypił moje mleko?!- Elizabeth. Otworzyłam jedno oko.
-Czemu gapisz się na mnie! To nowy pewnie ci je wypił.-Kaspian. Otworzyłam drugie oko.
-To nie ja. Zresztą ta lodówka i tak jest pusta!- Feliks. Podniosłam się na posłaniu.
-Zasada jest prosta „Jesz to co upolujesz”.- Elizabeth. Przeciągnęłam się.
-Tak?! Ciekawa teoria. To czemu ty wpierdzielasz jogurt?! Może też go upolowałaś?!- Feliks. Wstałam i zgarnęłam rzeczy do kąpieli oraz ciuchy na przebranie przygotowane uprzednio na szafeczce przy łóżku. Dzisiaj była to bokserka, rurki oraz sznurowane trzewiki. Na to kurtka. Wszystko tej samej barwy. Czarne.
-Zamknij się! Mogę jeść co chcę. Jestem królową.- wsiadłam do windy. Najpierw postanowiłam odwiedzić przyjaciół.
-Mam to w dupie!- popchnęłam drzwi do pawilonu jadalnego.
-Ty idioto! Zaraz pokarze ci… - dziewczyna już podwijała rękawy i szykowała się do bójki.
-Stop!- zawołałam. – Przez was nawet wyspać się nie można. Zachowujecie się jak małe dzieci. Musicie nauczyć się ze sobą dogadać chcąc ze sobą mieszkać. Rozumiecie? – emocje nieco padły. Sięgnęłam po chleb i dżem truskawkowy. Zrobiłam sobie kanapkę. Po jej zjedzeniu wzięłam „krótki” prysznic, który skończył się nawoływaniem Kaspiana i reszty (głównie Kaspiana) żebym wylazła z kibla. Z łazienki wygramoliłam się dopiero pięć po dziewiątej. Normalnie zbrodnia nie do wybaczenia. Nastolatka spiorunowała mnie wzrokiem.
-Dzięki Nadii, nie będziemy się nigdzie zatrzymywać po drodze.- oznajmiwszy to z podniesioną głową ruszyła hardo w kierunku zakonu św. Urszuli oddalonego od Sory o dwadzieścia kilometrów. To tam aktualnie przebywa Kaja. Szliśmy bite dwie godziny, aż naszym oczom ukazał się średniej wielkości klasztor wzniesiony z czarnego marmuru i otoczony brzozowym laskiem. Prowadziła do niego stroma i wijąca się dróżka. Mam wrażenie gdzieś po drodze wyplułam swoje płuca. Po przejściu ścieżki  dotarliśmy do celu. Cali spoceni i zdyszani. Musieliśmy uspokoić oddech zanim zapukaliśmy do klasztornych, starannie wykonanych bram z płaskorzeźbami przedstawiającymi sceny z życia świętych. Elizabeth z gracją stuknęła kilka razy we wrota. Odczekaliśmy dłuższą chwilę, po czym kobieta kilkakrotnie walnęła pięścią w drzwi. Stanęła przed nimi z  założonymi rękoma na piersiach tupiąc nagląco stopą w ziemię. W końcu zawiasy szczęknęły i zostaliśmy w puszczeni do środka. Pierwszą rzeczą jak rzuciła się nam w oczy, a raczej osobą, był młody mnich. Brunet o piwnych oczach i z miłym uśmiech. Rysy twarzy miał nieco trójkątne. Jego strój niczym nie różnił się od naszego.
-Witajcie w zakonie św. Urszuli. W czym mogę wam, zmęczonym podróżnym, pomóc?- przewodnicząca przybrała swoją maskę, którą zdobywa serca wszystkich, z którymi rozmawia.
-Dziękujemy za tak miłe powitanie. Z kim mam przyjemność?- uśmiechnęła się.
-Wikariusz Ksawery.- ukłonił się. –A pani?- Eliza zbladła. Przez moment nie wiedziała co powiedzieć. Wystąpiłam przed szereg.
-Czyż nie każdy jest mile widziany przed obliczem Boga? Ty nie musisz znać naszych imion. Najważniejsze, że On je zna.- powiedziałam to najspokojniej jak potrafiłam patrząc chłopakowi prosto w oczy.
-Święta prawda pani. Jaki jest cel waszej podróży do naszej malutkiej „Ziemi Świętej”?- moja przyjaciółka odzyskała pewność siebie, wiedząc że jej imię nie zostało ujawnione. Zakonnicy niechętnie witają w swoich progach arystokratów. Uważają ich za zło konieczne, a zwłaszcza oni. Blondynka zabrała głos.
-Chcemy się widzieć z generałem zakonu. – teraz to mnich zbladł.
-Przepraszam ale to na tę chwile nie jest wykonalne. Pani generał bardzo źle się czuje.- zmieszanie bruneta było tak ogromne jakby wstydził się za Kaję.
-Bracie Ksawery! Bracie Ksawery! Kaja znowu się…- chłopka natychmiast złapał biegnąco dziewczynę i zakrył jej usta dłonią.
-Nie krzycz tak bo przestraszysz GOŚCI.- na ostanie słowo położył ogromny nacisk. –Teraz ZAOPEIKUJ SIĘ nimi, a ja pójdę do Kai.
-Tak jest!- ruda bez namysłu zaatakowała nas. Ruszyła w naszą stronę zalewając nas salwą ognistych pocisków. Razem z Feliksem odparliśmy atak chroniąc w tym czasie Elizabeth, która niespostrzeżenie, tak jak magowie powietrza tylko to potrafią, znalazła się tuż przed mniszką. Z całej siły uderzyła kobietę w brzuch. Ta opadła na wyciągniętą przez Beth rękę.
-ZAŚNIJ.- komenda przewodniczącej dotarła i do nas. Zaczęliśmy ziewać, ale nie zareagowaliśmy tak jak dziewczyna znajdująca się w polu bezpośredniego rażenia. Upadła na ziemię zaczęła chrapać.
-Biegiem! – czerwonooka zerwała się z miejsca. Popatrzyliśmy na siebie. Cóż nie mieliśmy wyjścia. Ruszyliśmy pędem za liderką. Zrównałam się z nią w biegu.
-Co to było?- spytałam.
-To? Tylko manipulacja dźwiękiem. Nic nadzwyczajnego.- w mgnieniu oka dogoniliśmy mężczyznę, gdy wbiegał do pawilonu jadalnego. W środku przechadzało się wielu magów, którzy wybrali zakonne życie. Chłopak skierował się do ostatniego stolika w prawym rogu pomieszczenia.
-Ksawery! Ksawery! Więcej alkoholu! Nadal jestem trzeźwa! – donośny głos należał do dziewczyny o białych włosach splecionych w niechlujny warkocz już nieźle podpitej. Ciekawe jakby zareagował generał widząc jedną ze swoich podwładnych w takim stanie. Aż strach się bać.
-Mówiłem ci, że się skończył wypiłaś nasze roczne zapasy i wciąż ci mało!- Ksawery był mocno zdenerwowany.
-Nie krzycz na mnie…- czknęła- przygłupie. – rozwaliła butelkę o ścianę.
-Choć musimy cię ukryć. Masz bardzo nachalnych gości. Nie mam pojęcia ile czasu kupi nam Weronika.
-Przykro ale my już jesteśmy.- Elizabeth puknęła bruneta w ramię.
-Co!? To o nią ta afera z ucieczką?! Ona nie jest gościem.- białowłosa wskazała palcem na królową. Przewodnicząca zrobiła się cała czerwona na twarzy. Myślałam, blondynka zaraz zabije mniszkę, ale Kaspian szybko złapał załapał swoją siostrę w pasie i odłożył na bok.
-Przybyliśmy tutaj w sprawach dyplomatycznych. Chcemy ci prosić o zasilenie naszych szeregów swoją skromną osobą. Co pani na to?- byłam w szoku. Nie miałam pojęcia, że mag ziemi jest w stanie konstruować takie zadania. Fioletowooka dziewczyna roześmiała się na głos.
-Jaka pani? – wstała.- Jestem Kaja Omari. Generał zakonu Świętej Urszuli. Niby czemu miałabym przystąpić do waszej nędznej organizacji? – od niechcenia wyciągnęła nóż z kieszeni i zaczęła obracać go na ławie.
-Bardzo liczymy na pani…
-Twoją!
-Twoją pomoc w zakończeniu wojny.- oznajmił piętnastolatek.
-A więc na tym opiera się wasza instytucja. Już doszły mnie o niej słuchy. Jak jej tam było…- pstryknęła palcami . –wiem! „Odrodzenie”! Cóż… jakie mogę mieć z tego korzyści?- teraz to brunet się zaciął. Do gry wszedł Feliks.
-Mogłabyś na przykład polepszyć swoje umiejętności bojowe, wiedze teoretyczną i praktyczną oraz umiejętność tropienia. To ci się bardzo przyda w twoim drugim zawodzie.- chłopak wymownie spojrzał na dziewczynę.
-Hahaha! Ktoś jest tu nieźle poinformowany. A ty skąd wiesz o moim hobby?- spytała.
-Wiesz, na rynku można dowiedzieć się wielu rzeczy o wielu osobach.- nie mam pojęcia ale ich rozmowa wyglądała jak flirt ale okej.
- Ty pewnie jesteś tym zarozumiałym profesorkiem. Jak ci tam było… Feliks Kiear. Ta niebieskowłosa lalunia z grymasem na twarzy to księżniczka Nadia Wróblewska z Wody- nie wiem czemu ale wydawało mi się, że ma do mnie jakiś problem.- Ten wysoki osiłek to generał generałów, Kaspian Montrose, brat naszej „nieustraszonej” królowej. Naprawdę z was ciekaw banda.
-A żeby stworzyć drużynę marzeń potrzeba nam ciebie.- skomentowała Beth.
-Nie powiem, zaciekawiliście mnie. Powiedzcie czy w ofercie zawarte są wycieczki?
-I to ile.- widać, że dziewczyny znalazły wspólny język.
-Ludzie! Magowie ziemi się zbliżają.- jakaś spanikowana laska wbiegła do stołówki.
-Zaraz im pokażę gdzie raki zimują.- szesnastolatka już miała wybiec na spotkanie „przyjaciołom” lecz Elizabeth ich powstrzymała.
-Ja się z nim przywitam. Mam takie wrażenie, że to do mnie. Tu „przygotuj” salę konferencyjną. Wiesz co mam na myśli?- nienawidzę tego uśmiechu w wykonaniu założycielki. Coś mi mówi, że ci którzy się zbliżają, dziś trochę pocierpią.
-Za mną.- pani generał poprowadziła nas do niewielkiej salki. Jej sklepienie podtrzymywały cztery kolumny. Każda w innym rogu pomieszczenia. Dodatkowo przymocowano do nich pochodnie. Ktoś zapalił je tuż przed naszym wejściem. Na środku ustawiono niski, drewniany stół długości pokoju. W około poukładano kolorowe poduszki.
-Zajmijcie miejsca. Niech każdy ustawi się za inną kolumną i w razie kłopotów pomagamy Elizabeth. Rozumiecie?- spytała.
-Tak jest!- krzyknęliśmy.
-Rozproszyć się!- i takim to sposobem utknęliśmy w kuckach za filarami w zaciemnionym pomieszczeniu. Kobieta zjawiła się, kiedy cała krew odpłynęła mi z nóg.
-Elizabeth, kochanie. To ja Niklaus. Naprawdę mnie nie pamiętasz?- o mój Boże. To ten debil, z którym ostatnio walczyliśmy. Ale będzie fajnie zobaczyć jego reakcje na mój widok.
-Ach! Jednak coś mi świta. Proszę zajmij miejsce.- dziewczyna z gracją zajęła miejsce jak na końcu ławy. Chłopak chciał usiąść zaraz obok niej lecz kobieta wskazała mu poduszkę po drugiej stronie stolika.
-Cały czas jechałem za tobą aż dotarłem za tobą do tego dziwnego zamku.-pożalił się.
-Och! Ty biedaku. Tak bardzo cie przepraszam. A czemuż to kochany jechałeś za mną?- ledwo powstrzymywałam się od śmiechu. Eliza ma niesamowite zdolności aktorskie.
-Chciałem powiedzieć, że przyłączam się do waszego ruchu.- chyba się przesłyszałam. Że niby mamy być w jednej drużynie z nim?!
-Bardzo się cieszę z twojej decyzji.- klasnęła w dłonie. Matko co ona w nim widzi.
-Każda chwila spędzona z tobą jest dla mnie bezcenna.
- No ale nie będziemy się za dużo widywać, ponieważ takich kompetentnych osób bardzo mi potrzeba w Kraju Wody.- i wszystko jasne. Przewodnicząca odzyskała mój szacunek.
-Ale jak?! –chłopak poderwał się na równe nogi.- Przecież…
-Nie martw się. Zobaczymy się nie długo na balu u kanclerza. Uważam, naszą rozmowę za skończoną. Do widzenia. – wskazała mu drzwi. – Kochanie, czy mam cie odprowadzić do wyjścia czy sobie poradzisz?- znów ten straszny uśmiech.
-Dam radę.- wyszedł. Wszyscy wyszliśmy zza filarów.
-To jak. Mam się pakować?- spytała.
-Tak. I masz na to piętnaście minut.- czekaliśmy pod ścieżką na Kaje. Nie uwierzycie. Tyle czasu jej wystarczyło, żeby spakować wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy. Cała drogę wracaliśmy w milczeniu, ponieważ żadne z nas nie miało siły się odzywać. Tym razem zostawiliśmy nową samą przed bramą wejściową do naszego domu. Wszystko oglądaliśmy prze ukryte kamery na laptopie Elizabeth  w jej pokoju. Kaja została bardzo ciekawie przywitana prze oba psy. Jeden z nich oblizał jej całą twarz swoją lepką śliną, drugi z kolei zaczął na nią warczeć. Zaczęła uciekać. Wszystkie przeszkody pokonywała w zastraszającym tempie goniona przez trzygłowego psa imieniem Tyson. Nigdy go nie lubiła. Decyzje podejmowane przez kobietę były podejmowane pod wpływem chwili. Na początku miała ochotę napić się z pierwszej fontanny ale Argon szczeknął ostrzegawczo. Później, gdy biegła dalej, piasek sypnął jej w oczy i nie widziała drogi. Tylko dlatego, jak podejrzewam pokonała labirynt.
-Wpuście mnie!- zaczęła walić pięściami o wrota naszego pałacu. W końcu się nad nią zlitowaliśmy i wpuściliśmy do środka. Biedna była wykończona i mokra od psiej śliny.
-Zbiórka w stołówce za pięć minut.- po upływie czasu wszyscy razem siedzieliśmy przy olbrzymim stoliku. – Oznajmiam wam, że nie mamy kolacji, a Nadia spóźniła się na wymarsz, więc idzie do lasu na polowanie a towarzyszyć będzie jej Kaspian.- jak ja jej nienawidzę.
-Czemu ja?!- huknął chłopak.
-Przecież nie puszczę dziewczyny samej do lasu o tej porze.- wspominałam jak bardzo nienawidzę tego jej uśmieszku.
-Wygrałaś. – po chwili zostaliśmy wykopani na dwór. Nasi przyjaciele machali nam na pożegnanie. Najgorsze jest to, że nie mieliśmy przy sobie żadnej broni.

Brak komentarzy: