To co skrywał sejf zupełnie mnie zdziwiło. Był to… tunel?
Tak to na pewno tunel. Był zaskakująco czysty. Zero kurzu czy pajęczyn. został
wykonany ze stali nierdzewnej. Poświeciłam w głąb. Jedyne co zobaczyłam to
pustka. Nic po za ciemnością. Przeczucie mówiło mi, żeby tam nie schodzić ale
ciekawość wzięła górę i na czworaka zaczęłam brnąć w nieznanym kierunku. Przez
krótki czas korytarz nie zmieniał się aż tu nagle… spad. Poczułam się jak na
zjeżdżalni wodnej w Aqua Parku. Byłoby
to nawet przyjemne doświadczenie gdyby była tu woda, ponieważ szorowanie
brzuchem po gołym metalu nie należy do najprzyjemniejszych. Wpadłam z rozmachem
do jakiegoś pomieszczenia. Oczywiście, że zahamowałam twarzą. Pokój nie miał
żadnych okien więc jedyne światło stanowiła moja latarka. Wstałam z podłogi.
Zaczęłam skrupulatnie przeszukiwać każdy centymetr ściany w poszukiwaniu
włącznika światła. W końcu moje palce natrafiły na upragniony przycisk. Blask
lamp na moment mnie oślepił. Gdy zaczęłam normalnie wiedzieć, moim oczom
ukazała się ogromna sala treningowa. Ściany pokryte zostały gigantycznymi
lustrami na szerokość każdej z nich. Miały na celu ukazanie nam naszych błędów
podczas ćwiczeń i dostrzeżenie ruchów przeciwników z innej perspektywy. Nie
wiem czemu ale podłogę zdobiła mozaika. Przedstawiała ona różne sceny z życia
pierwszych Żywiołów. Woda pijąca z krystalicznego źródła, Ziemia na polowaniu,
Powietrze gaworzące z ptakami, Ogień pilnujący ogniska oraz jakiś piąty
mężczyzna. Posiadał dłuższe ale znowu nie tak długie, białe włosy. Jego,
wyzierające zza kapuzy płaszcza, oczy stanowiły odbicie galaktyki. Łobuzerski
uśmiech idealnie komponował się z arystokratycznymi rysami. Odziany był w, jak
wspomniałam w znoszony czarny płaszcz z
kapturem, luźne spodnie powiązane rzemykami, rękawiczki bez palców sięgające
do nadgarstków. Nie można było zobaczyć co ma pod płaszczem. Można się
domyślać, że to po prostu czarny podkoszulek. Buty również nie budziły
zachwytu. Wysokie, byle jak zasznurowane, porządnie styrane trzewiki. Przez
ramię przewieszony miał obusieczny miecz. Ilustracja ukazywała go w otoczeniu
sił natury. To dziwne wydaje się jakby potrafił nimi władać. Za nim rozpościera
się sklepienie niebieskie pokryte gwiazdozbiorami. Wyglądał na około
dwadzieścia lat, ale prawda zapewne jest inna. Podejrzewam, że wiekiem
dorównywać może naszym bóstwom, które liczą blisko pięć tysiącleci. Udało mi
się oderwać wzrok od rysunku. Pomieszczenie liczy gdzieś około połowę
Stadionu Narodowego w Warszawie. Całe zapełnione jest różnorodnymi sprzętami i
torami przeszkód. Uniosłam głowę do góry. Sufit znajdował się niebywale wysoko.
Gdzieś około czwartego piętra. Przymocowano do liny, drabiny, uprzęże. Te
ostatnie zainstalowano na potrzeby ścianki wspinaczkowej przede mną. Pod ścianą,
po prawej stronie dojrzałam kilka wajch. Z czystej ciekawości pchnęłam jedną.
Podłoga zadrżała. Stojący na środku ring znikł, na jego miejscu pojawił się
basen. Czad. Ciekawe co ukrywają kolejne przełączniki. Pchnęłam kolejny.
Pierwsze z luster obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni. Za nim było kolejne
ale tym razem nieźle wysłużone. Widniały na nim liczne zadrapania i wypalone
ślady oraz kawałki skał. Moją uwagę najbardziej przykuł napis. Ktoś otoczył go
serduszkiem. W środku były dwa imiona. Jedno pod drugim, połączone plusem.
Elizabeth oraz… N…o? Nie mam pojęcia. Imię tej drugiej osoby zostało staranie
zatarte nożem. Wyglądało to tak jakby
ten chłopak, bo to zapewne imię chłopaka,
chciał wymacać się z pamięci Elizabeth. A może to przewodnicząca tak go
nienawidziła, że pociachała jego nazwisko. Ale po co by to robiła. Dobrze wie o
tej sali więc jeżeli chciałaby zapomnieć, to po prostu mogła ją spalić na wiór,
albo zamienić w gustowną spiżarkę. Nie moja sprawa. Ziewnęłam. Ale jestem
zmęczona. Dziś jest niedziela. Właśnie kończy się ostatni dzień weekendu. Jutro
muszę iść do pracy. Pora wracać. Wejścia nie było. Szlag. Co ja teraz zrobię?
Nie mam przy sobie telefonu komórkowego. Jestem taka śpiąca. Rozwiązanie znajdę…
jutro. Oparłam się o następną dźwignię. Zasnęłam. Obudził mnie przytłumiony
stukot i wołanie. Przeciągnęłam się.
-Co ja tu robię…? Oh! Już wszystko pamiętam. Ogarnęłam
wzrokiem pomieszczenie. Natychmiast spostrzegłam dziurę w ścianie
wspinaczkowej. Tak! To musi być wyjście. Zerwałam się z miejsca i jak szalona
pobiegłam przed siebie. Wskoczyłam do otworu. Drzwiczki natychmiast się
zatrzasnęły i poczułam, że podnoszę się do góry. Kolejna winda? Zapewne tak.
Ciekawe gdzie prowadzi. Zatrzymała się. O w mordę jestem w sąsiednim pokoju
należącym do Kaspiana. Mam szczęście. Brunet jeszcze mocno chrapał. Co to?
Panel sterujący? Najwyraźniej. Kliknęłam cyfrę dwa mając nadzieje, że prowadzi
do mojej sypialni. Chwała Bogu. Znalazłam się w moim dormitorium. Co prawda pod
biurkiem, ale cała i zdrowa. Ktoś walił o moje drzwi.
-Nadia nie chcę być nieuprzejma więc informuję, że mam
zamiar dostać się do twojego pokoju siłą.- to była Kaja. Faktycznie! Dziś
zaczynają się wspólne dni. Która godzina? Ósma?! Jestem spóźniona do pracy!
Porwałam z szafy mundur Czerwonego Krzyża. Założyłam go w natychmiastowym
tempie. Przez ten czas białowłosa rozbroiła zamek wsuwką do włosów.
-Czemu nic nie mówiłaś. Dobijam się do ciebie od godziny.-
powiedziała z wyrzutem.
-Przepraszam, kamienny sen. Wiesz jak to jest.- uśmiechnęłam
się.
-Okej… zrobiłam nam drugie śniadanie. Łap!- rzuciła mi
kanapkę.
-Dzięki.
-Czym w ogóle się zajmujesz?- spytała
-Opowiem ci po drodze. Jestem okropnie spóźniona. Ty pewnie
też.- ruszyłyśmy.
-Nie, ja pracuje wieczorami więc z tym akurat nie ma
problemu.- zaśmiała się. Dzisiaj miała rozpuszczone włosy. Naprawdę są
niewiarygodnie długie.
-A co konkretnie robisz?- popatrzyła na mnie.- Przepraszam,
o ile mogę spytać.
-To niespodzianka.- uśmiechnęła się krzywo.
-Rozumiem. Ja pracuje w Czerwonym Krzyżu.- drgnęła.
-Haha! To pewnie zajmujesz się również zabłąkanymi dziećmi,
prawda?
-Tak. Czasem się zdarzają. Czasem czyli codziennie po
kilka.- spuściła głowę. Zaraz odzyskała humor. Złapała mnie z rękę. Jej fioletowe oczy
emanowały nadzieją.
-A pamiętałabyś któreś z nich gdybym pokazała ci fotografię?
-Nie mam pojęcia.- odparłam.
-Ale też nie mówisz nie.- sięgnęła pod bluzkę i wyciągnęła
naszyjnik. Otworzyła go. W jego wnętrzu były dwa zdjęcia. Młodego,
uśmiechniętego chłopaka i chłopczyka pokazującego znak pokoju. Obaj mieli szare
włosy, bardzo podobne rysy twarzy oraz niebieskie oczy.
-Przykro mi nie kojarzę chłopca. To twoi bracia?- spytałam.
Jej oczy pociemniały.
-Nie twój interes.- odparła szorstko. Szłyśmy w milczeniu.
Nastolatka ubrała się cała na czarno. Wokół nadgarstka obwinęła sobie czerwoną
wstążkę z dzwoneczkiem. To właśnie jego dźwięk był przerywnikiem tej
niezręcznej ciszy. Na ramionach miała mały plecaczek. Zapewne z roboczym
strojem. Mogę się założyć, że jest zakonnicą. Nie wieżę zbytnio w teorię Feliksa.
W końcu dotarłyśmy na plac. Aż do godziny czwartej po południu pomagałyśmy
potrzebującym.
-Choć usiądziemy na ławce.- zaproponowałam. Zgodziła się.
-Przy okazji może zjemy drugie śniadanie?- zaproponowała.
-Tak to dobry pomysł.- rozpakowałam zawiniątko. Znajdowała
się tam przepysznie wyglądająca kanapka. Pochłonęłam ją w mgnieniu oka.
-Pycha!- krzyknęłam
-Co ci się dziwić cały dzień nic nie jadłaś… Christopher?-
wstała jak oparzona. –Christopher!- zawołała. Ruszyła w tylko sobie znanym
kierunku. Nie miałam wyjścia pobiegłam za nią. Nawet nie macie pojęcia jak
szybki może być mag powietrza gdy mu na tym zależy. Dziewczyna gnała uliczkami
na nic nie zważając. Z trudem ją ścigałam. Cały czas krzyczała „Chris” lub
„Christopher”. W końcu zobaczyłam ją w ciemnym zaułku. Tuliła chłopca. Jego
wiek? Około piątej klasy szkoły podstawowej. Łudząco przypominał tego
roześmianego dzieciaka ze zdjęcia.
-W końcu cię znalazłam braciszku. Już nigdy nikomu nie
pozwolę cię mi zabrać.- płakała.
-O co chodzi?- spytał nieznajomy.- Ja nie jestem żadnym
Christopherem. Proszę mnie puścić!- wyrwał się z objęć nastolatki.
-Jak to…? Przecież wyglądasz identycznie!- krzyknęła
desperacko.
- Zostaw mnie w spokoju! – zawołał. Przebiegł koło mnie.
Załapałam go za rękę.
-Jak się nazywasz?
-Jason, a co?- zadał pytanie.
- Nie wyglądasz na takiego, który ma się gdzie podziać.-
odpysknęłam
-No i?
-No i się gnoi. Moim obowiązkiem jest zapewnić ci opiekę.
Proszę tutaj masz pięćset monet. Powinno ci to wystarczyć na jakiś czas. I…
-Dzięki!- porwał pieniądze i uciekł. Wiem, że wróci dzieci
zawsze wracają. Są jak koty, chodzą własnymi Ścieżkami ale gdy okaże się im
trochę serca, wracają. Pomachałam mu na pożegnanie. Obróciłam się do Kai.
Siedziała pod murem. Podkuliła kolana, oplotła je ramionami i płakała.
Przysiadłam się do niej.
-Może w końcu powiesz co cię dręczy? Tak łatwiej będzie mi
ci pomóc.- powiedziałam łagodnie.
-Ty nie możesz mi pomóc! Tylko Kaspian on tam był tego dnia,
gdy zabrali moich braci!- szlochała. Łzy ciekły jej po policzkach.
-Opowiedz mi swoją historię, proszę.- nastolatka nieco
złagodniała.
-Dobrze… wszystko zaczęło się od tego koszmarnego
wydarzenia, na które wszyscy tak bardzo czekaliśmy. Były to igrzyska magów
powietrza, odbywające się raz na cztery lata. Udział w zawodach mogli wziąć czarodzieje w latach od czternastu do osiemnastu. Ja wtedy niedawno
skończyłam owe czternaście lat. Razem z moim osiemnastoletnim bratem, Jonathanem,
twardo się do niego przygotowywaliśmy. Naszym celem była wygrana, zresztą to
był cel każdego z uczestników. Razem z nami ćwiczył nasz młodszy braciszek…
Christopher. Już wtedy zapowiadał się na świetnego maga. Wszyscy go kochaliśmy.
Zawsze uśmiechnięty i pomocny. Spędzaliśmy razem mnóstwo czasu. Pomimo swojego
młodego wieku, był bardzo inteligentny. Bardzo chciał wziąć razem z nami udział
w igrzyskach lecz dziesięciolatków nie przyjmowali. Tego zawody miały być
wyjątkowe, ponieważ nadzorowali je magowie ziemi. Karty zgłoszeń wypełniliśmy
ja, John oraz mój najlepszy przyjaciel Eneasz. Walczyliśmy najlepiej ze
wszystkich. Nawet nie zorientowaliśmy się gdy nasi rodzice zniknęli z widowni.
Udało się! Stanęliśmy na podium. Ja zajęłam pierwsze miejsce, Jonathan drugie,
a Eneasz trzecie. Jeden z oficerów przyszedł nam pogratulować. Towarzyszyli mu
dwaj żołnierze. Stanęli za nami. Gdy wyższy rangą pstryknął palcami, pojawiła
się kolejna dwójka. Oni za to dźwigali ciężkie pakunki. Za nim wyłonił się
zielony na twarzy Chris.
-Gratulacje moi drodzy.- do dziś te słowa dźwięczą mi w
uszach.- Jesteście elitą tego narodu. Oto nagroda za pierwsze miejsce.-
żołnierze otworzyli torby. To co wysypało się na ziemie…
-Chris, zamknij oczy! Natychmiast!- to byli nasi martwi
rodzice. Rzuciłam się w stronę oficera. Jeden z magów wbił mi sztylet w brzuch.
Upadłam.
-Nagroda za drugie miejsce to oferta wstąpienia do naszego
wojska lub natychmiastowa śmierć.- mina Johna mówiła sama z siebie. Zapewne
wybrałby śmierć ale powstrzymałam go.
-Musisz żyć. Jak nie dla mnie to dla Chrisa, rozumiesz.-
popatrzył na mnie. Schylił się.
-Obiecuję ci, że się nim zajmę. Ty postaraj się do tego
czasu przeżyć.- głośniej dodał.-Przyjmuję pańską ofertę.
-Nagroda za trzecie miejsce to wolność. – te słowa zabrzmiały
tak pięknie. W naszej sytuacji wydawały się snem. Ulotnym marzeniem.
-Dziękuję.- skłonił się. Mag ziemi stworzył podest. Stanął
na nim.
-Słuchajcie wszyscy. Kto pomoże tej dziewczynie ściągnie na
siebie wyrok śmierci!- wszyscy zadrżeli. Czy on myślał, że od takiego ciosu
zginę. Nie ma mowy. Jak tylko odjadą to Chris mi pomoże i będzie okej.
-Siostrzyczko!- zawołał
-Czy pozwoliłam ci otworzyć oczy?!- zgięłam się z bólu. Mały
biegł w moją stronę.
-Kaja!
-Stój!- wydawało mi się, że krzyknęłam ale z mojego gardła
wydobył się zduszony jęk. Chłopczyk podbiegł do mnie.
-Czekaj, zaraz ci pomogę.- ukląkł przy mnie miałam to
szczęście, że zdążył podłożyć mi maść uzdrawiającą
-Co powiedziałeś chłopczyku?!- ryknął oficer.
-Powiedziałem, że pomogę mojej siostrze! Masz z tym jakiś
problem!- zacisnął dłonie w pięści. Mężczyzna zaśmiał się.
-Ty? A co ty możesz, szczylu!
-Dużo!- nie wierzyłam własnym oczom. Przez pół godziny
walczyli jak równy z równym. Gdyby inni żołnierze nie zareagowali młody mógłby
nawet wygrać. Obezwładnili do i wrzucili jak psa do jednego z wagonów. Wtedy to
zobaczyłam. Kaspiana siedzącego w luksusowym przedziale, obojętnie oglądającego
całe zdarzenie. On na pewno musi coś wiedzieć! Ale gdy go oto spytałam
powiedział, że stracił pamięć. Gorszej wymówki nie słyszałam! On jest ostatnią
osobą, która może mi coś powiedzieć. O tym dniu, w którym po raz ostatni
widziałam moich braci. Eneasz mi wtedy bardzo pomógł. Uzdrowił moje rany i
razem uciekliśmy z naszego miasta. Dotarliśmy razem do zakonu św. Urszuli. Tam
przyjęto nas z otwartymi ramionami. Przyjął imię Ksawery. Ja pozostałam przy
swoim. Tam było nam o tyle dobrze, że mogłam wychodzić kiedy chciałam i wracać
nawet po upływie kilku tygodni. Oni zawsze mnie przygarnęli. Wiedzieli, że cały
ten czas poświęcam na szukanie braci. Czasem nawet mi pomagali. Oto moja historia.-
otarła łzy.
-Pora się zbierać.-
oznajmiła.
-Gdzie?- spytałam.
-Zabić parę osób.- uśmiechnęła się. Feliks miał racje. Ona jest
płatną zabójczynią!
___________________________________________________________________________________
Hejka jestem Soraja za namową moich znajomych zaczęłam pisać bloga. Posty będą dodawane w każdą sobotę w godzinach między 20-22.00 :P Wraz z obrazkami bohaterów. Własnoręcznie rysuje je moja przyjaciółka Juki :) Jeśli blog wam się podoba to piszcie w komentarzach albo na asku:
http://ask.fm/TFrevenge
___________________________________________________________________________________
Hejka jestem Soraja za namową moich znajomych zaczęłam pisać bloga. Posty będą dodawane w każdą sobotę w godzinach między 20-22.00 :P Wraz z obrazkami bohaterów. Własnoręcznie rysuje je moja przyjaciółka Juki :) Jeśli blog wam się podoba to piszcie w komentarzach albo na asku:
http://ask.fm/TFrevenge
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz