Translate

sobota, 23 maja 2015

Rozdział VII



To co skrywał sejf zupełnie mnie zdziwiło. Był to… tunel? Tak to na pewno tunel. Był zaskakująco czysty. Zero kurzu czy pajęczyn. został wykonany ze stali nierdzewnej. Poświeciłam w głąb. Jedyne co zobaczyłam to pustka. Nic po za ciemnością. Przeczucie mówiło mi, żeby tam nie schodzić ale ciekawość wzięła górę i na czworaka zaczęłam brnąć w nieznanym kierunku. Przez krótki czas korytarz nie zmieniał się aż tu nagle… spad. Poczułam się jak na zjeżdżalni wodnej w Aqua  Parku. Byłoby to nawet przyjemne doświadczenie gdyby była tu woda, ponieważ szorowanie brzuchem po gołym metalu nie należy do najprzyjemniejszych. Wpadłam z rozmachem do jakiegoś pomieszczenia. Oczywiście, że zahamowałam twarzą. Pokój nie miał żadnych okien więc jedyne światło stanowiła moja latarka. Wstałam z podłogi. Zaczęłam skrupulatnie przeszukiwać każdy centymetr ściany w poszukiwaniu włącznika światła. W końcu moje palce natrafiły na upragniony przycisk. Blask lamp na moment mnie oślepił. Gdy zaczęłam normalnie wiedzieć, moim oczom ukazała się ogromna sala treningowa. Ściany pokryte zostały gigantycznymi lustrami na szerokość każdej z nich. Miały na celu ukazanie nam naszych błędów podczas ćwiczeń i dostrzeżenie ruchów przeciwników z innej perspektywy. Nie wiem czemu ale podłogę zdobiła mozaika. Przedstawiała ona różne sceny z życia pierwszych Żywiołów. Woda pijąca z krystalicznego źródła, Ziemia na polowaniu, Powietrze gaworzące z ptakami, Ogień pilnujący ogniska oraz jakiś piąty mężczyzna. Posiadał dłuższe ale znowu nie tak długie, białe włosy. Jego, wyzierające zza kapuzy płaszcza, oczy stanowiły odbicie galaktyki. Łobuzerski uśmiech idealnie komponował się z arystokratycznymi rysami. Odziany był w, jak wspomniałam w  znoszony czarny płaszcz z kapturem, luźne spodnie powiązane rzemykami, rękawiczki bez palców sięgające do nadgarstków. Nie można było zobaczyć co ma pod płaszczem. Można się domyślać, że to po prostu czarny podkoszulek. Buty również nie budziły zachwytu. Wysokie, byle jak zasznurowane, porządnie styrane trzewiki. Przez ramię przewieszony miał obusieczny miecz. Ilustracja ukazywała go w otoczeniu sił natury. To dziwne wydaje się jakby potrafił nimi władać. Za nim rozpościera się sklepienie niebieskie pokryte gwiazdozbiorami. Wyglądał na około dwadzieścia lat, ale prawda zapewne jest inna. Podejrzewam, że wiekiem dorównywać może naszym bóstwom, które liczą blisko pięć tysiącleci. Udało mi się oderwać wzrok od rysunku. Pomieszczenie liczy gdzieś około połowę Stadionu Narodowego w Warszawie. Całe zapełnione jest różnorodnymi sprzętami i torami przeszkód. Uniosłam głowę do góry. Sufit znajdował się niebywale wysoko. Gdzieś około czwartego piętra. Przymocowano do liny, drabiny, uprzęże. Te ostatnie zainstalowano na potrzeby ścianki wspinaczkowej przede mną. Pod ścianą, po prawej stronie dojrzałam kilka wajch. Z czystej ciekawości pchnęłam jedną. Podłoga zadrżała. Stojący na środku ring znikł, na jego miejscu pojawił się basen. Czad. Ciekawe co ukrywają kolejne przełączniki. Pchnęłam kolejny. Pierwsze z luster obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni. Za nim było kolejne ale tym razem nieźle wysłużone. Widniały na nim liczne zadrapania i wypalone ślady oraz kawałki skał. Moją uwagę najbardziej przykuł napis. Ktoś otoczył go serduszkiem. W środku były dwa imiona. Jedno pod drugim, połączone plusem. Elizabeth oraz… N…o? Nie mam pojęcia. Imię tej drugiej osoby zostało staranie zatarte nożem. Wyglądało to  tak jakby ten chłopak, bo  to zapewne imię chłopaka, chciał wymacać się z pamięci Elizabeth. A może to przewodnicząca tak go nienawidziła, że pociachała jego nazwisko. Ale po co by to robiła. Dobrze wie o tej sali więc jeżeli chciałaby zapomnieć, to po prostu mogła ją spalić na wiór, albo zamienić w gustowną spiżarkę. Nie moja sprawa. Ziewnęłam. Ale jestem zmęczona. Dziś jest niedziela. Właśnie kończy się ostatni dzień weekendu. Jutro muszę iść do pracy. Pora wracać. Wejścia nie było. Szlag. Co ja teraz zrobię? Nie mam przy sobie telefonu komórkowego. Jestem taka śpiąca. Rozwiązanie znajdę… jutro. Oparłam się o następną dźwignię. Zasnęłam. Obudził mnie przytłumiony stukot i wołanie. Przeciągnęłam się.
-Co ja tu robię…? Oh! Już wszystko pamiętam. Ogarnęłam wzrokiem pomieszczenie. Natychmiast spostrzegłam dziurę w ścianie wspinaczkowej. Tak! To musi być wyjście. Zerwałam się z miejsca i jak szalona pobiegłam przed siebie. Wskoczyłam do otworu. Drzwiczki natychmiast się zatrzasnęły i poczułam, że podnoszę się do góry. Kolejna winda? Zapewne tak. Ciekawe gdzie prowadzi. Zatrzymała się. O w mordę jestem w sąsiednim pokoju należącym do Kaspiana. Mam szczęście. Brunet jeszcze mocno chrapał. Co to? Panel sterujący? Najwyraźniej. Kliknęłam cyfrę dwa mając nadzieje, że prowadzi do mojej sypialni. Chwała Bogu. Znalazłam się w moim dormitorium. Co prawda pod biurkiem, ale cała i zdrowa. Ktoś walił o moje drzwi.
-Nadia nie chcę być nieuprzejma więc informuję, że mam zamiar dostać się do twojego pokoju siłą.- to była Kaja. Faktycznie! Dziś zaczynają się wspólne dni. Która godzina? Ósma?! Jestem spóźniona do pracy! Porwałam z szafy mundur Czerwonego Krzyża. Założyłam go w natychmiastowym tempie. Przez ten czas białowłosa rozbroiła zamek wsuwką do włosów.
-Czemu nic nie mówiłaś. Dobijam się do ciebie od godziny.- powiedziała z wyrzutem.
-Przepraszam, kamienny sen. Wiesz jak to jest.- uśmiechnęłam się.
-Okej… zrobiłam nam drugie śniadanie. Łap!- rzuciła mi kanapkę.
-Dzięki.
-Czym w ogóle się zajmujesz?- spytała
-Opowiem ci po drodze. Jestem okropnie spóźniona. Ty pewnie też.- ruszyłyśmy.
-Nie, ja pracuje wieczorami więc z tym akurat nie ma problemu.- zaśmiała się. Dzisiaj miała rozpuszczone włosy. Naprawdę są niewiarygodnie długie.
-A co konkretnie robisz?- popatrzyła na mnie.- Przepraszam, o ile mogę spytać.
-To niespodzianka.- uśmiechnęła się krzywo.
-Rozumiem. Ja pracuje w Czerwonym Krzyżu.- drgnęła.
-Haha! To pewnie zajmujesz się również zabłąkanymi dziećmi, prawda?
-Tak. Czasem się zdarzają. Czasem czyli codziennie po kilka.- spuściła głowę. Zaraz odzyskała humor. Złapała mnie z rękę. Jej fioletowe oczy emanowały nadzieją.
-A pamiętałabyś któreś z nich gdybym pokazała ci fotografię?
-Nie mam pojęcia.- odparłam.
-Ale też nie mówisz nie.- sięgnęła pod bluzkę i wyciągnęła naszyjnik. Otworzyła go. W jego wnętrzu były dwa zdjęcia. Młodego, uśmiechniętego chłopaka i chłopczyka pokazującego znak pokoju. Obaj mieli szare włosy, bardzo podobne rysy twarzy oraz niebieskie oczy.
-Przykro mi nie kojarzę chłopca. To twoi bracia?- spytałam. Jej oczy pociemniały.
-Nie twój interes.- odparła szorstko. Szłyśmy w milczeniu. Nastolatka ubrała się cała na czarno. Wokół nadgarstka obwinęła sobie czerwoną wstążkę z dzwoneczkiem. To właśnie jego dźwięk był przerywnikiem tej niezręcznej ciszy. Na ramionach miała mały plecaczek. Zapewne z roboczym strojem. Mogę się założyć, że jest zakonnicą. Nie wieżę zbytnio w teorię Feliksa. W końcu dotarłyśmy na plac. Aż do godziny czwartej po południu pomagałyśmy potrzebującym.
-Choć usiądziemy na ławce.- zaproponowałam. Zgodziła się.
-Przy okazji może zjemy drugie śniadanie?- zaproponowała.
-Tak to dobry pomysł.- rozpakowałam zawiniątko. Znajdowała się tam przepysznie wyglądająca kanapka. Pochłonęłam ją w mgnieniu oka. -Pycha!- krzyknęłam
-Co ci się dziwić cały dzień nic nie jadłaś… Christopher?- wstała jak oparzona. –Christopher!- zawołała. Ruszyła w tylko sobie znanym kierunku. Nie miałam wyjścia pobiegłam za nią. Nawet nie macie pojęcia jak szybki może być mag powietrza gdy mu na tym zależy. Dziewczyna gnała uliczkami na nic nie zważając. Z trudem ją ścigałam. Cały czas krzyczała „Chris” lub „Christopher”. W końcu zobaczyłam ją w ciemnym zaułku. Tuliła chłopca. Jego wiek? Około piątej klasy szkoły podstawowej. Łudząco przypominał tego roześmianego dzieciaka ze zdjęcia.
-W końcu cię znalazłam braciszku. Już nigdy nikomu nie pozwolę cię mi zabrać.- płakała.
-O co chodzi?- spytał nieznajomy.- Ja nie jestem żadnym Christopherem. Proszę mnie puścić!- wyrwał się z objęć nastolatki.
-Jak to…? Przecież wyglądasz identycznie!- krzyknęła desperacko.
- Zostaw mnie w spokoju! – zawołał. Przebiegł koło mnie. Załapałam go za rękę.
-Jak się nazywasz?
-Jason, a co?- zadał pytanie.
- Nie wyglądasz na takiego, który ma się gdzie podziać.- odpysknęłam
-No i?
-No i się gnoi. Moim obowiązkiem jest zapewnić ci opiekę. Proszę tutaj masz pięćset monet. Powinno ci to wystarczyć na jakiś czas. I…
-Dzięki!- porwał pieniądze i uciekł. Wiem, że wróci dzieci zawsze wracają. Są jak koty, chodzą własnymi Ścieżkami ale gdy okaże się im trochę serca, wracają. Pomachałam mu na pożegnanie. Obróciłam się do Kai. Siedziała pod murem. Podkuliła kolana, oplotła je ramionami i płakała. Przysiadłam się do niej.
-Może w końcu powiesz co cię dręczy? Tak łatwiej będzie mi ci pomóc.- powiedziałam łagodnie.
-Ty nie możesz mi pomóc! Tylko Kaspian on tam był tego dnia, gdy zabrali moich braci!- szlochała. Łzy ciekły jej po policzkach.
-Opowiedz mi swoją historię, proszę.- nastolatka nieco złagodniała.
-Dobrze… wszystko zaczęło się od tego koszmarnego wydarzenia, na które wszyscy tak bardzo czekaliśmy. Były to igrzyska magów powietrza, odbywające się raz na cztery lata. Udział w zawodach mogli wziąć czarodzieje w latach od czternastu do osiemnastu. Ja wtedy niedawno skończyłam owe czternaście lat. Razem z moim osiemnastoletnim bratem, Jonathanem, twardo się do niego przygotowywaliśmy. Naszym celem była wygrana, zresztą to był cel każdego z uczestników. Razem z nami ćwiczył nasz młodszy braciszek… Christopher. Już wtedy zapowiadał się na świetnego maga. Wszyscy go kochaliśmy. Zawsze uśmiechnięty i pomocny. Spędzaliśmy razem mnóstwo czasu. Pomimo swojego młodego wieku, był bardzo inteligentny. Bardzo chciał wziąć razem z nami udział w igrzyskach lecz dziesięciolatków nie przyjmowali. Tego zawody miały być wyjątkowe, ponieważ nadzorowali je magowie ziemi. Karty zgłoszeń wypełniliśmy ja, John oraz mój najlepszy przyjaciel Eneasz. Walczyliśmy najlepiej ze wszystkich. Nawet nie zorientowaliśmy się gdy nasi rodzice zniknęli z widowni. Udało się! Stanęliśmy na podium. Ja zajęłam pierwsze miejsce, Jonathan drugie, a Eneasz trzecie. Jeden z oficerów przyszedł nam pogratulować. Towarzyszyli mu dwaj żołnierze. Stanęli za nami. Gdy wyższy rangą pstryknął palcami, pojawiła się kolejna dwójka. Oni za to dźwigali ciężkie pakunki. Za nim wyłonił się zielony na twarzy Chris.
-Gratulacje moi drodzy.- do dziś te słowa dźwięczą mi w uszach.- Jesteście elitą tego narodu. Oto nagroda za pierwsze miejsce.- żołnierze otworzyli torby. To co wysypało się na ziemie…
-Chris, zamknij oczy! Natychmiast!- to byli nasi martwi rodzice. Rzuciłam się w stronę oficera. Jeden z magów wbił mi sztylet w brzuch. Upadłam.
-Nagroda za drugie miejsce to oferta wstąpienia do naszego wojska lub natychmiastowa śmierć.- mina Johna mówiła sama z siebie. Zapewne wybrałby śmierć ale powstrzymałam go.
-Musisz żyć. Jak nie dla mnie to dla Chrisa, rozumiesz.- popatrzył na mnie. Schylił się.
-Obiecuję ci, że się nim zajmę. Ty postaraj się do tego czasu przeżyć.- głośniej dodał.-Przyjmuję pańską ofertę.
-Nagroda za trzecie miejsce to wolność. – te słowa zabrzmiały tak pięknie. W naszej sytuacji wydawały się snem. Ulotnym marzeniem.
-Dziękuję.- skłonił się. Mag ziemi stworzył podest. Stanął na nim.
-Słuchajcie wszyscy. Kto pomoże tej dziewczynie ściągnie na siebie wyrok śmierci!- wszyscy zadrżeli. Czy on myślał, że od takiego ciosu zginę. Nie ma mowy. Jak tylko odjadą to Chris mi pomoże i będzie okej.
-Siostrzyczko!- zawołał
-Czy pozwoliłam ci otworzyć oczy?!- zgięłam się z bólu. Mały biegł w moją stronę.
-Kaja!
-Stój!- wydawało mi się, że krzyknęłam ale z mojego gardła wydobył się zduszony jęk. Chłopczyk podbiegł do mnie.
-Czekaj, zaraz ci pomogę.- ukląkł przy mnie miałam to szczęście, że zdążył podłożyć mi maść uzdrawiającą
-Co powiedziałeś chłopczyku?!- ryknął oficer.
-Powiedziałem, że pomogę mojej siostrze! Masz z tym jakiś problem!- zacisnął dłonie w pięści. Mężczyzna zaśmiał się.
-Ty? A co ty możesz, szczylu!
-Dużo!- nie wierzyłam własnym oczom. Przez pół godziny walczyli jak równy z równym. Gdyby inni żołnierze nie zareagowali młody mógłby nawet wygrać. Obezwładnili do i wrzucili jak psa do jednego z wagonów. Wtedy to zobaczyłam. Kaspiana siedzącego w luksusowym przedziale, obojętnie oglądającego całe zdarzenie. On na pewno musi coś wiedzieć! Ale gdy go oto spytałam powiedział, że stracił pamięć. Gorszej wymówki nie słyszałam! On jest ostatnią osobą, która może mi coś powiedzieć. O tym dniu, w którym po raz ostatni widziałam moich braci. Eneasz mi wtedy bardzo pomógł. Uzdrowił moje rany i razem uciekliśmy z naszego miasta. Dotarliśmy razem do zakonu św. Urszuli. Tam przyjęto nas z otwartymi ramionami. Przyjął imię Ksawery. Ja pozostałam przy swoim. Tam było nam o tyle dobrze, że mogłam wychodzić kiedy chciałam i wracać nawet po upływie kilku tygodni. Oni zawsze mnie przygarnęli. Wiedzieli, że cały ten czas poświęcam na szukanie braci. Czasem nawet mi pomagali. Oto moja historia.- otarła łzy.
-Pora się zbierać.-  oznajmiła.
-Gdzie?- spytałam.
-Zabić parę osób.- uśmiechnęła się. Feliks miał racje. Ona jest płatną zabójczynią!
___________________________________________________________________________________

 Hejka jestem Soraja za namową moich znajomych zaczęłam pisać bloga. Posty będą dodawane w każdą sobotę w godzinach między 20-22.00 :P Wraz z obrazkami bohaterów. Własnoręcznie rysuje je moja przyjaciółka Juki :) Jeśli blog wam się podoba to piszcie w komentarzach albo na asku:
 http://ask.fm/TFrevenge

Brak komentarzy: