Translate

sobota, 16 maja 2015

Rozdział VI



-Czemu to na mnie trafiło? Gdybym się trochę pospieszyła to prawdopodobnie nie było by nas tutaj.- tak oto właśnie narzekałam, podczas gdy Kaspian usiłował skołować jakąś sensowną broń.
-O! Patrz jakie cudeńko.- chłopak wyciągnął zardzewiały miecz z kupki czegoś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak kości.
-Wow! Zardzewiały miecz! Ile możliwości. – dla podkreślenia mojego udawanego zachwytu złapałam się oburącz za policzki.
-Nie kpij sobie to bardzo porządny kawałek stali. Jeżeli go dobrze oczyszczę, to będę w stanie go przekształcić w nówkę, i będę się miał czym bronić, nie tak jak ty.- popatrzył na mnie wyniośle.
-I co? Myślisz, że skoro masz zardzewiały kawałek metalu to jesteś lepszy ode mnie. – wkurzyłam się.
-Dokładnie. – uśmiechnął się.- Patrz i się ucz.- chwycił miecz obiema rękami, bez najmniejszego wysiłku, zgiął go w małą kuleczkę.
-Nie wiedziałam, że tak umiesz.
-Widzisz, nie bez powodu jestem generałem.
-Tego nie powiedziałam.
-Ale to miałaś na myśli.- spojrzał na mnie.
-Zrób sobie tą wykałaczkę i idziemy dalej bo niedługo się ściemni.
-Masz rację.- w jednej chwili w jego ręce zalśniła piękna i wymodelowana klinga. Czemu ja tak nie umiem? Przemierzaliśmy piękne łąki, ohydne bagna i ciemne bory. Zwierzęta w puszczy, otaczającej fortecę, raczej nie są do nas przyjaźnie nastawione. Nie jestem pewna czy dwójka magów da radę coś upolować.
-Nadia, stój.- szepnął.
-Co?- spytałam przejęta.
-Masz komara na ramieniu.- mówiąc to rzucił w owada swoim mieczem. Ostrze utkwiło w drzewnie za mną. Przez chwilę stałam jak sparaliżowana. Odwróciłam się. Klinga utkwiła  głęboko w korze, więżąc jeszcze żywego moskitiera wielkość mojej pięść.
-Powaliło cię?! Mogłeś mnie zabić!- krzyknęłam. Byłam bardziej wściekła niż przerażona.  
-Ale nie zabiłem.- uśmiechnął się szyderczo. Dopiero co zagłębiliśmy się w las, a ja już miałam ochotę go poćwiartować.
-Ty suki…- coś zaszeleściło. Chłopak wyrwał broń z dębu i stanął przede mną.  Czekaliśmy w napięciu na pojawienie się naszej kolacji. Dobiegał do nas dźwięk łamanych gałązek oraz szelesty ściółki leśnej. Wyraźnie coś się zbliżało. Duże coś. Z krzaków przed nami wyłoniła się…
-Wiewiórka?- zdezorientowany chłopak opóźnił kord. To był błąd. Za Baśką w mgnieniu oka pojawiła się hydra. Potwór ten sięga swoim wiekiem czasów antycznej Grecji. Ciekawe skąd Elizabeth ją wytrzasnęła. Monstrum miało dziesięć głów, z czego(na nasze nieszczęście) jedną nie śmiertelną. Była ogromna. Jej cielsko wysokością dorównywało czteropiętrowemu blokowi mieszkalnemu, a szeroka była na dwa radiowozy policyjne ustawione w poprzek. Z tego jej cielska wyrastały długie i bardzo liczne macki. To właśnie nimi łapała swoje ofiary. Czasami połykała je w całości dzięki swoim długim, bardzo długim szyjom.
-Czy mięso z hydry jest jadalne?- zadał pytanie.
-Zaraz się przekonamy.- odetkałam bukłak z wodą i stworzyłam lodowy łuk. Wystrzeliłam kilka pocisków w kierunku zwierzątka. Odbiły się od jego „smukłej tali”. Tylko nie potrzebie je rozwścieczyłam. Zwierze ruszyło w moim kierunku. Kaspian zepchnął mnie z trajektorii szarży stworzenia. Sturlaliśmy się z górki. To dziwne chłopak chronił bardziej mnie przed obrażeniami, niż samego siebie. Zatrzymaliśmy się tuż przed rzeką.
-Woda!- ucieszyłam się, ponieważ zgubiłam mój łuk.
-Co wiesz na temat tego potwora?- spytał.
-Cóż… pochodzi z mitologii greckiej. W dawnych czasach mieszkała przy bagnie, przez które biegła ścieżka. Tą dróżką musiał przejść każdy, kto zmierzał z Argolidy do Lakonii. Jego hobby było napadanie na miasto Lerna, skąd wzięło się określenie hydra lernejska. Zabił ją Herakles.
-Jak to zrobił?
-Jego metoda jest dla nas nie osiągalna.- westchnęłam.
-Mów!- krzyknął.
-Po odcięciu przypalał jej rany po odciętych szyjach aby nie odrastały.
-Nie ma z nami Feliksa.- pokiwał głową.
-Czekaj. Chyba coś wymyśliłam. Nachyl się.- opowiedziałam mu cały plan do ucha. Słuchał bardzo uważnie.
-Ok. to może się udać, ale też nie musi. Masz plan B?
-Nie, w razie czego wymyślę go podczas ucieczki.- uśmiechnęłam się. Hydra już się zbliżała. Wybiegłam jej na spotkanie.
-Hej, głupia hydro! Tutaj jestem!- natychmiast zostałam zauważona przez zwierzę, które ruszyło za mną. Wszystko szło po naszej myśli. Muszę pamiętać o jednej bardzo ważnej rzeczy. Jad hydry jest trujący i wszystko na czym się znajdzie, rozpuszcza. Starałam się nie zwracać uwagi na ogromne pokrzywy sięgające mi do pasa oraz paprocie uniemożliwiające szybki bieg. Czułam się jak w koszmarze. A co jeśli Kaspian zostawi mnie na pastwę potwora, a sam weźmie nogi za pas?
-Nadia teraz ty!- pierwsza z głów leżała na trawie. Z rany momentalnie zaczęły się wykluwać trzy kolejne. Skupiłam się na strugach jadu wypływających z rany kolosa. Zamroziłam je. Z zapartym tchem czekaliśmy na rezultat. Nic się nie wydarzyło. Dzięki Bogu. Teraz musimy przeżyć jeszcze osiem takich akcji. Działaliśmy jak dobrze naoliwiona maszyna. Kaspian siekał, ja zamrażałam. W końcu monstrum broniło się już tylko za pomocą jednej głowy. Okazało się, że ta dziesiąta nie pluje trucizną, czyli nie jest na nią odporna.
-Kaspian!- zawołałam.
-No!- odkrzyknął.
-Wiem jak ją wykończyć, ale masz tylko jedną szansę!- spojrzałam na niebo. Zaraz będzie padało jak z cebra i nici z pomysłu.
-Co mam robić!
-Podejdź do jednej z głów i zamocz w niej klingę miecza. Nie wiem czemu ale ten metal odporny jest na jej ślinę.
-No już! Co dalej!
-Po prostu rzuć nim prosto do paszczy potwora!- zerwał się mocy wiatr. Teraz w ogóle nie słyszałam słów chłopaka.
-Co?! Nie słyszę cię!- na ziemie zaczęły spadać pierwsze krople. Udało mi się do niego odrobinę zbliżyć. Usłyszałam urywek wypowiedzi generała
-…Jeżeli teraz trafie, to nie będę musiał polować przez najbliższy miesiąc.- uśmiechnęłam się. Wziął szeroki zamach-Kto jadem wojuje, ten od jadu ginie!- krzyknął i miecz poszybował w gardziel hydry. Deszcz rozpadał się na dobre. Zwierze łyknęło przynętę. Po chwili było po wszystkim.  Usiadłam na ziemi. Odczułam wyraźną ulgę. Kaspian osunął się na kolana.
Udało się!- podniósł ręce ku niebu. Ja również się cieszyłam. Nie mieliśmy siły nawet wstać. Siedzieliśmy tak przez dłuższy czas. Nie zrobiłam nawet kopuły chroniącej mnie i piętnastolatka przed wodą. Byliśmy cali ubłoceni i poranieni.
-Masz jakiś pomysł jak zabrać tą kupę mięcha do bazy?- spytałam.
-No tylko na razie nie mam na to siły. Daj mi jeszcze pięć minut. Przyjrzałam się towarzyszowi. Cały czas trzymał się za lewe ramię i ciężko oddychał.
-Kaspian z tobą na pewno jest wszystko w porządku?
-Oczywiście, że tak.- powiedział.
-No to tym bardziej możemy już iść.- obserwowałam bruneta.
-Tak. – zacisnął szczęki w wstał. Zachwiał się i już miał upaść ale załapałam go. Zaśmiałam się.
-Jak długo masz zamiar mnie oszukiwać?- zadałam pytanie.
-Przepraszam.- wysapał. Zdjęłam jego rękę z ramienia. Pod nią skrywała się paskudna rana.
-O ja cię kręcę! Chłopie! Jeszcze chwila a nie miałabym czego ratować.- zebrałam wodę na ranie zielonookiego. Skupiłam się chwilkę. Ciecz rozbłysła błękitnym światłem i wsiąkła w obrażenie, uzdrawiając je. Przy okazji wlałam w niego trochę mojej siły, ale o tym nie musi wiedzieć.
-Gotowe.-wstałam.
-Dziękuje, czuję się od razu lepiej.
-Masz szczęście, że ślina nie rozniosła się zbytnio po twoim organizmie. To jaki masz pomysł?
-Będę ją eskortował za pomocą magii ziemi.- oznajmił i zabrał się do roboty. Po mozolnej wędrówce w końcu stanęliśmy na placu zamkowym. Z tryumfem wciągnęliśmy zdobycz do salonu. Wszyscy byli mega zdziwieni. Ich miny były warte otarcia się o śmierć.
-Oto mamy prawdziwych łowców.- Elizabeth złapała nasze ręce i uniosła je do góry. Feliks i Kaja gwizdali i klaskali.
-Szczerze, spodziewałam się jakiegoś ptaka stymfalijskiego a nie hydry lernejskiej. Zadziwiliście mnie. Brawo. Teraz macie wolne aż do kolacji, którą przyrządzą profesorek i mniszka.
-Co?!- krzyknęli równocześnie, ale my już nie słyszeliśmy ich kłótni. Wyjechaliśmy windą na pierwsze piętro i zaszyliśmy w swoich sypialniach. Postanowiłam wyjść po raz pierwszy na balkon. Jego rozmiary są niesamowite. Można spokojnie grać tutaj w siatkówkę. Podeszłam do balustrady. Znad morza dotarł do mnie powiew bryzy. Było tak niedaleko. Dosłownie dwadzieścia metrów. Pałac stał na skarpie, nad tym ogromnym zbiornikiem. Wróciłam do sypialni. Prawie wskoczyłam do łóżka ale w ostatniej chwili przypomniałam sobie o ubłoconych spodniach, bluzce oraz całym ciele. Podeszłam więc do szafy. Otworzyłam ją. Na wieszaku wisiał mój ulubiony podkoszulek. Chwyciłam go. Wieszak nie dał się ruszyć. Sprawdziłam co jest tego przyczyną. Jeden z jego końców utkwił pomiędzy ściankami komody. Pociągnęłam mocniej. Nic z tego. Oparłam jedną nogę o bok garderoby i szarpnęłam z całej siły. Poleciałam do tyłu razem z tylną ścianą szafy. Podniosłam się z paneli. Uniosłam wzrok na mebel alby ocenić ewentualne zniszczenia. Komoda miała drugie dno! Na prawdziwej ściance zawieszone zostały typy różnorodnej broni. Zarówno palnej jak i mieczy, kusz, noży, łuków, igieł i wielu innych których nazwy nawet nie znałam. Na dole, na samym środku stał sejf o wymiarach metr na metr. Tak na oko. Skoro tył skrywał takie skarby, to co z bokami. Chwyciłam jeden  ze sztyletów i podważyłam nim płytę po lewej stronie. Ustąpiło. Tak samo stało się z drugą. Prawa skrywała przeróżne trutki jak i odtrutki jak i dzienniczek jak ich używać. Lewa zawierała różnorodnego rodzaje zioła starannie podzielone i podpisane. Ktoś włożył w to wiele roboty. mój wzrok automatycznie zszedł na sejf. To on jak na razie był największą tajemnicą. Przyklękłam przed nim. Zaczęłam wstukiwać jakiekolwiek kody. Poświeciłam tej zabawie cały wolny czas.
-Nadia, kolacja!- zawołał Kaspian.
-Czekaj zaraz wyjdę!- odkrzyknęłam. Dawaj, proszę, otwórz się. Wpisałam ostatni szyfr. Była to data urodzin Elizabeth. 1912. Dziewiętnasty grudnia. Zamek puścił. Otworzyłam drzwiczki. Pusto?
-Nadia!- zawołał.
-Czekaj chwilę!- włożyłam rękę. Tam, gdzie spodziewałam się ściany, była pustka. Korytarz? Cóż na razie nie mam czasu o tym myśleć. Muszę się przebrać czyste ciuchy i iść na kolację. Mam wrażenie, że Kaspian za moment wywarzy drzwi do mojego pokoju. Szybko wciągnęłam na grzbiet nową bluzkę, zmieniłam spodnie i założyłam czyste buty.
-Hej.- wyskoczyłam na korytarz. Przekręciłam klucz w zamku i schowałam go do kieszeni.
-Idziemy?
-Tak.- weszliśmy do jadalni znajdującej się na piątym poziomie. Zasiedliśmy do suto zastawionego stołu. Dzisiejsze menu to mięsko z hydry, zupa z hydry, potrawka z hydry, pierogi z farszem z hydry, knedle z hydry oraz wiele innych przysmaków. Przewodnicząca zabrała głos.
-Dzisiaj staliście się prawdziwymi członkami  „Odrodzenia”. Każdemu z was kładę do głowy, że nasza organizacja ma na celu zakończenie tej wojny, ale nikomu nie powiedziałam jak to ma wyglądać. Wy zostaliście staranie wybrani i prześwietleni pod każdym kątem. Wasze życie, rodziny, hobby, a nawet przyjaciele. Wybór nie padł na was przypadkiem. Tylko wy macie siłę i potencjał by odnaleźć „Księgę Żywiołów”…
-Co to jest „Księga Żywiołów”?- Kaspian wszedł jej w słowo.
-Bracie...ty nigdy nie wiesz o co chodzi. Może ktoś wie.- popatrzyła na nasze twarze. –Nie, nikt. W takim razie opowiem ma wszystko od początku. Gdy na świecie panował chaos, nie było nic. Po pewnym czasie z nicości wyłoniły się dwa bóstwa- Początek i Koniec. Coś w stylu Ing i Jang. Mieli za sobą czwórkę wspaniałych i potężnych dzieci. Cztery żywioły. Ziemię, Wodę, Powietrze i Ogień. Rodzeństwo żyło ze sobą w harmonii, do czasu wielkiej bitwy między pierwszymi ludźmi. Siły natury podzieliły się na dwa fronty. Po jednej stronie stanęli Powietrze i Ogień, po drugiej Woda i Ziemia. Walki trwały kilka wieków. Początek wszystko notował, każdą technikę, strategię, potyczkę. Jego dzieci swoją mocą obdarzały najlepszych wojowników ich czasów. Tak pojawili się magowie, czyli my. Początek i Koniec mieli jeszcze jedno dziecko. To właśnie on zakończył wojnę. Do tego osiągnięcia użył księgi ojca. Gdy żywioły dowiedziały się o tej niesamowitej broni natychmiast chciały ją mieć. Podarły rękopis na cztery części, każda z nich zawierała jego własne techniki, zaszyły się gdzieś w świecie. Naszym zadaniem jest ją odnaleźć i złożyć do kupy. Rozumiecie?
-Skąd ta pewność, że nam się uda?- spytał Feliks.
-Trzeba w siebie wierzyć kotku.- obdarzyła go promiennym uśmiechem.
-Rozumiem.- powiedział niemalże natychmiast.
-W takim razie smacznego.- przy stole panowała przyjazna atmosfera. Śmialiśmy się, gadaliśmy, wygłupialiśmy. Wreszcie po sączonym posiłku, wsiedliśmy do windy.
-Dawno tak dobrze się nie bawiłam.- stwierdziła Kaja.
-No ja też.- Przytaknął Feliks.
-Było super!- oznajmił Kaspian.
-Macie rację.- dodałam.
-Nie cieszcie się na zapas.- królowa zatrzymała windę. –Jutro zaczynamy trening od samego rana.
-Ale jutro jest poniedziałek. Każdy z nas musi iść do pracy.- powiedziałam.
-Wasz trening będzie wyglądał następująco. Cały jutrzejszy dzień Nadia spędza z Kają, a Kaja z Nadią. To samo tyczy się chłopaków. Wy macie dzień dla siebie. Okej? Ćwiczenie ma na celu pogłębienie waszych relacji i dowiedzenia się czegoś nowego o kumplach z drużyny.- ruszyliśmy. Każdy momentalnie wybiegł na korytarz.- Wspólne dni zaczynają się od siódmej. Rozpoczynamy je wspólnym śniadaniem. Dobranoc. Zatrzasnęłam drzwi przed oczami dalej mam obraz stojącej nastolatki uśmiechniętej od ucha do ucha i machającej do nas niewinnie. Po krótkim prysznicu wróciłam do dormitorium. Zgasiłam światło żeby wyglądało na to, że poszłam spać. Tak naprawdę wyciągnęłam z szuflady latarkę i podeszłam do metalowej skrzynki. Poświeciłam do jej wnętrza. To co zobaczyłam zamurowało mnie. Zupełnie się tego nie spodziewałam.

Brak komentarzy: