-Czemu to na mnie trafiło? Gdybym się trochę pospieszyła to
prawdopodobnie nie było by nas tutaj.- tak oto właśnie narzekałam, podczas gdy
Kaspian usiłował skołować jakąś sensowną broń.
-O! Patrz jakie cudeńko.- chłopak wyciągnął zardzewiały miecz
z kupki czegoś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak kości.
-Wow! Zardzewiały miecz! Ile możliwości. – dla podkreślenia
mojego udawanego zachwytu złapałam się oburącz za policzki.
-Nie kpij sobie to bardzo porządny kawałek stali. Jeżeli go
dobrze oczyszczę, to będę w stanie go przekształcić w nówkę, i będę się miał
czym bronić, nie tak jak ty.- popatrzył na mnie wyniośle.
-I co? Myślisz, że skoro masz zardzewiały kawałek metalu to
jesteś lepszy ode mnie. – wkurzyłam się.
-Dokładnie. – uśmiechnął się.- Patrz i się ucz.- chwycił
miecz obiema rękami, bez najmniejszego wysiłku, zgiął go w małą kuleczkę.
-Nie wiedziałam, że tak umiesz.
-Widzisz, nie bez powodu jestem generałem.
-Tego nie powiedziałam.
-Ale to miałaś na myśli.- spojrzał na mnie.
-Zrób sobie tą wykałaczkę i idziemy dalej bo niedługo się
ściemni.
-Masz rację.- w jednej chwili w jego ręce zalśniła piękna i
wymodelowana klinga. Czemu ja tak nie umiem? Przemierzaliśmy piękne łąki,
ohydne bagna i ciemne bory. Zwierzęta w puszczy, otaczającej fortecę, raczej
nie są do nas przyjaźnie nastawione. Nie jestem pewna czy dwójka magów da radę
coś upolować.
-Nadia, stój.- szepnął.
-Co?- spytałam przejęta.
-Masz komara na ramieniu.- mówiąc to rzucił w owada swoim
mieczem. Ostrze utkwiło w drzewnie za mną. Przez chwilę stałam jak
sparaliżowana. Odwróciłam się. Klinga utkwiła
głęboko w korze, więżąc jeszcze żywego moskitiera wielkość mojej pięść.
-Powaliło cię?! Mogłeś mnie zabić!- krzyknęłam. Byłam
bardziej wściekła niż przerażona.
-Ale nie zabiłem.- uśmiechnął się szyderczo. Dopiero co
zagłębiliśmy się w las, a ja już miałam ochotę go poćwiartować.
-Ty suki…- coś zaszeleściło. Chłopak wyrwał broń z dębu i
stanął przede mną. Czekaliśmy w napięciu
na pojawienie się naszej kolacji. Dobiegał do nas dźwięk łamanych gałązek oraz
szelesty ściółki leśnej. Wyraźnie coś się zbliżało. Duże coś. Z krzaków przed
nami wyłoniła się…
-Wiewiórka?- zdezorientowany chłopak opóźnił kord. To był
błąd. Za Baśką w mgnieniu oka pojawiła się hydra. Potwór ten sięga swoim
wiekiem czasów antycznej Grecji. Ciekawe skąd Elizabeth ją wytrzasnęła.
Monstrum miało dziesięć głów, z czego(na nasze nieszczęście) jedną nie
śmiertelną. Była ogromna. Jej cielsko wysokością dorównywało czteropiętrowemu
blokowi mieszkalnemu, a szeroka była na dwa radiowozy policyjne ustawione w
poprzek. Z tego jej cielska wyrastały długie i bardzo liczne macki. To właśnie
nimi łapała swoje ofiary. Czasami połykała je w całości dzięki swoim długim,
bardzo długim szyjom.
-Czy mięso z hydry jest jadalne?- zadał pytanie.
-Zaraz się przekonamy.- odetkałam bukłak z wodą i stworzyłam
lodowy łuk. Wystrzeliłam kilka pocisków w kierunku zwierzątka. Odbiły się od
jego „smukłej tali”. Tylko nie potrzebie je rozwścieczyłam. Zwierze ruszyło w
moim kierunku. Kaspian zepchnął mnie z trajektorii szarży stworzenia.
Sturlaliśmy się z górki. To dziwne chłopak chronił bardziej mnie przed
obrażeniami, niż samego siebie. Zatrzymaliśmy się tuż przed rzeką.
-Woda!- ucieszyłam się, ponieważ zgubiłam mój łuk.
-Co wiesz na temat tego potwora?- spytał.
-Cóż… pochodzi z mitologii greckiej. W dawnych czasach
mieszkała przy bagnie, przez które biegła ścieżka. Tą dróżką musiał przejść
każdy, kto zmierzał z Argolidy do Lakonii. Jego hobby było napadanie na miasto
Lerna, skąd wzięło się określenie hydra lernejska. Zabił ją Herakles.
-Jak to zrobił?
-Jego metoda jest dla nas nie osiągalna.- westchnęłam.
-Mów!- krzyknął.
-Po odcięciu przypalał jej rany po odciętych szyjach aby nie
odrastały.
-Nie ma z nami Feliksa.- pokiwał głową.
-Czekaj. Chyba coś wymyśliłam. Nachyl się.- opowiedziałam mu
cały plan do ucha. Słuchał bardzo uważnie.
-Ok. to może się udać, ale też nie musi. Masz plan B?
-Nie, w razie czego wymyślę go podczas ucieczki.-
uśmiechnęłam się. Hydra już się zbliżała. Wybiegłam jej na spotkanie.
-Hej, głupia hydro! Tutaj jestem!- natychmiast zostałam
zauważona przez zwierzę, które ruszyło za mną. Wszystko szło po naszej myśli.
Muszę pamiętać o jednej bardzo ważnej rzeczy. Jad hydry jest trujący i wszystko
na czym się znajdzie, rozpuszcza. Starałam się nie zwracać uwagi na ogromne
pokrzywy sięgające mi do pasa oraz paprocie uniemożliwiające szybki bieg.
Czułam się jak w koszmarze. A co jeśli Kaspian zostawi mnie na pastwę potwora,
a sam weźmie nogi za pas?
-Nadia teraz ty!- pierwsza z głów leżała na trawie. Z rany
momentalnie zaczęły się wykluwać trzy kolejne. Skupiłam się na strugach jadu
wypływających z rany kolosa. Zamroziłam je. Z zapartym tchem czekaliśmy na
rezultat. Nic się nie wydarzyło. Dzięki Bogu. Teraz musimy przeżyć jeszcze
osiem takich akcji. Działaliśmy jak dobrze naoliwiona maszyna. Kaspian siekał,
ja zamrażałam. W końcu monstrum broniło się już tylko za pomocą jednej głowy.
Okazało się, że ta dziesiąta nie pluje trucizną, czyli nie jest na nią odporna.
-Kaspian!- zawołałam.
-No!- odkrzyknął.
-Wiem jak ją wykończyć, ale masz tylko jedną szansę!-
spojrzałam na niebo. Zaraz będzie padało jak z cebra i nici z pomysłu.
-Co mam robić!
-Podejdź do jednej z głów i zamocz w niej klingę miecza. Nie
wiem czemu ale ten metal odporny jest na jej ślinę.
-No już! Co dalej!
-Po prostu rzuć nim prosto do paszczy potwora!- zerwał się
mocy wiatr. Teraz w ogóle nie słyszałam słów chłopaka.
-Co?! Nie słyszę cię!- na ziemie zaczęły spadać pierwsze
krople. Udało mi się do niego odrobinę zbliżyć. Usłyszałam urywek wypowiedzi
generała
-…Jeżeli teraz trafie, to nie będę musiał polować przez
najbliższy miesiąc.- uśmiechnęłam się. Wziął szeroki zamach-Kto jadem wojuje,
ten od jadu ginie!- krzyknął i miecz poszybował w gardziel hydry. Deszcz
rozpadał się na dobre. Zwierze łyknęło przynętę. Po chwili było po wszystkim. Usiadłam na ziemi. Odczułam wyraźną ulgę. Kaspian
osunął się na kolana.
Udało się!- podniósł ręce ku niebu. Ja również się
cieszyłam. Nie mieliśmy siły nawet wstać. Siedzieliśmy tak przez dłuższy czas.
Nie zrobiłam nawet kopuły chroniącej mnie i piętnastolatka przed wodą. Byliśmy
cali ubłoceni i poranieni.
-Masz jakiś pomysł jak zabrać tą kupę mięcha do bazy?-
spytałam.
-No tylko na razie nie mam na to siły. Daj mi jeszcze pięć
minut. Przyjrzałam się towarzyszowi. Cały czas trzymał się za lewe ramię i
ciężko oddychał.
-Kaspian z tobą na pewno jest wszystko w porządku?
-Oczywiście, że tak.- powiedział.
-No to tym bardziej możemy już iść.- obserwowałam bruneta.
-Tak. – zacisnął szczęki w wstał. Zachwiał się i już miał
upaść ale załapałam go. Zaśmiałam się.
-Jak długo masz zamiar mnie oszukiwać?- zadałam pytanie.
-Przepraszam.- wysapał. Zdjęłam jego rękę z ramienia. Pod
nią skrywała się paskudna rana.
-O ja cię kręcę! Chłopie! Jeszcze chwila a nie miałabym
czego ratować.- zebrałam wodę na ranie zielonookiego. Skupiłam się chwilkę.
Ciecz rozbłysła błękitnym światłem i wsiąkła w obrażenie, uzdrawiając je. Przy
okazji wlałam w niego trochę mojej siły, ale o tym nie musi wiedzieć.
-Gotowe.-wstałam.
-Dziękuje, czuję się od razu lepiej.
-Masz szczęście, że ślina nie rozniosła się zbytnio po twoim
organizmie. To jaki masz pomysł?
-Będę ją eskortował za pomocą magii ziemi.- oznajmił i
zabrał się do roboty. Po mozolnej wędrówce w końcu stanęliśmy na placu
zamkowym. Z tryumfem wciągnęliśmy zdobycz do salonu. Wszyscy byli mega
zdziwieni. Ich miny były warte otarcia się o śmierć.
-Oto mamy prawdziwych łowców.- Elizabeth złapała nasze ręce
i uniosła je do góry. Feliks i Kaja gwizdali i klaskali.
-Szczerze, spodziewałam się jakiegoś ptaka stymfalijskiego a
nie hydry lernejskiej. Zadziwiliście mnie. Brawo. Teraz macie wolne aż do kolacji,
którą przyrządzą profesorek i mniszka.
-Co?!- krzyknęli równocześnie, ale my już nie słyszeliśmy
ich kłótni. Wyjechaliśmy windą na pierwsze piętro i zaszyliśmy w swoich
sypialniach. Postanowiłam wyjść po raz pierwszy na balkon. Jego rozmiary są niesamowite.
Można spokojnie grać tutaj w siatkówkę. Podeszłam do balustrady. Znad morza
dotarł do mnie powiew bryzy. Było tak niedaleko. Dosłownie dwadzieścia metrów.
Pałac stał na skarpie, nad tym ogromnym zbiornikiem. Wróciłam do sypialni. Prawie
wskoczyłam do łóżka ale w ostatniej chwili przypomniałam sobie o ubłoconych
spodniach, bluzce oraz całym ciele. Podeszłam więc do szafy. Otworzyłam ją. Na
wieszaku wisiał mój ulubiony podkoszulek. Chwyciłam go. Wieszak nie dał się
ruszyć. Sprawdziłam co jest tego przyczyną. Jeden z jego końców utkwił pomiędzy
ściankami komody. Pociągnęłam mocniej. Nic z tego. Oparłam jedną nogę o bok
garderoby i szarpnęłam z całej siły. Poleciałam do tyłu razem z tylną ścianą
szafy. Podniosłam się z paneli. Uniosłam wzrok na mebel alby ocenić ewentualne
zniszczenia. Komoda miała drugie dno! Na prawdziwej ściance zawieszone zostały
typy różnorodnej broni. Zarówno palnej jak i mieczy, kusz, noży, łuków, igieł i
wielu innych których nazwy nawet nie znałam. Na dole, na samym środku stał sejf
o wymiarach metr na metr. Tak na oko. Skoro tył skrywał takie skarby, to co z
bokami. Chwyciłam jeden ze sztyletów i
podważyłam nim płytę po lewej stronie. Ustąpiło. Tak samo stało się z drugą.
Prawa skrywała przeróżne trutki jak i odtrutki jak i dzienniczek jak ich
używać. Lewa zawierała różnorodnego rodzaje zioła starannie podzielone i
podpisane. Ktoś włożył w to wiele roboty. mój wzrok automatycznie zszedł na
sejf. To on jak na razie był największą tajemnicą. Przyklękłam przed nim. Zaczęłam
wstukiwać jakiekolwiek kody. Poświeciłam tej zabawie cały wolny czas.
-Nadia, kolacja!- zawołał Kaspian.
-Czekaj zaraz wyjdę!- odkrzyknęłam. Dawaj, proszę, otwórz
się. Wpisałam ostatni szyfr. Była to data urodzin Elizabeth. 1912.
Dziewiętnasty grudnia. Zamek puścił. Otworzyłam drzwiczki. Pusto?
-Nadia!- zawołał.
-Czekaj chwilę!- włożyłam rękę. Tam, gdzie spodziewałam się
ściany, była pustka. Korytarz? Cóż na razie nie mam czasu o tym myśleć. Muszę
się przebrać czyste ciuchy i iść na kolację. Mam wrażenie, że Kaspian za moment
wywarzy drzwi do mojego pokoju. Szybko wciągnęłam na grzbiet nową bluzkę,
zmieniłam spodnie i założyłam czyste buty.
-Hej.- wyskoczyłam na korytarz. Przekręciłam klucz w zamku i
schowałam go do kieszeni.
-Idziemy?
-Tak.- weszliśmy do jadalni znajdującej się na piątym
poziomie. Zasiedliśmy do suto zastawionego stołu. Dzisiejsze menu to mięsko z
hydry, zupa z hydry, potrawka z hydry, pierogi z farszem z hydry, knedle z
hydry oraz wiele innych przysmaków. Przewodnicząca zabrała głos.
-Dzisiaj staliście się prawdziwymi członkami „Odrodzenia”. Każdemu z was kładę do głowy, że
nasza organizacja ma na celu zakończenie tej wojny, ale nikomu nie powiedziałam
jak to ma wyglądać. Wy zostaliście staranie wybrani i prześwietleni pod każdym
kątem. Wasze życie, rodziny, hobby, a nawet przyjaciele. Wybór nie padł na was
przypadkiem. Tylko wy macie siłę i potencjał by odnaleźć „Księgę Żywiołów”…
-Co to jest „Księga Żywiołów”?- Kaspian wszedł jej w słowo.
-Bracie...ty nigdy nie wiesz o co chodzi. Może ktoś wie.-
popatrzyła na nasze twarze. –Nie, nikt. W takim razie opowiem ma wszystko od początku.
Gdy na świecie panował chaos, nie było nic. Po pewnym czasie z nicości wyłoniły
się dwa bóstwa- Początek i Koniec. Coś w stylu Ing i Jang. Mieli za sobą
czwórkę wspaniałych i potężnych dzieci. Cztery żywioły. Ziemię, Wodę, Powietrze
i Ogień. Rodzeństwo żyło ze sobą w harmonii, do czasu wielkiej bitwy między pierwszymi
ludźmi. Siły natury podzieliły się na dwa fronty. Po jednej stronie stanęli
Powietrze i Ogień, po drugiej Woda i Ziemia. Walki trwały kilka wieków. Początek
wszystko notował, każdą technikę, strategię, potyczkę. Jego dzieci swoją mocą
obdarzały najlepszych wojowników ich czasów. Tak pojawili się magowie, czyli
my. Początek i Koniec mieli jeszcze jedno dziecko. To właśnie on zakończył
wojnę. Do tego osiągnięcia użył księgi ojca. Gdy żywioły dowiedziały się o tej
niesamowitej broni natychmiast chciały ją mieć. Podarły rękopis na cztery
części, każda z nich zawierała jego własne techniki, zaszyły się gdzieś w
świecie. Naszym zadaniem jest ją odnaleźć i złożyć do kupy. Rozumiecie?
-Skąd ta pewność, że nam się uda?- spytał Feliks.
-Trzeba w siebie wierzyć kotku.- obdarzyła go promiennym
uśmiechem.
-Rozumiem.- powiedział niemalże natychmiast.
-W takim razie smacznego.- przy stole panowała przyjazna atmosfera.
Śmialiśmy się, gadaliśmy, wygłupialiśmy. Wreszcie po sączonym posiłku,
wsiedliśmy do windy.
-Dawno tak dobrze się nie bawiłam.- stwierdziła Kaja.
-No ja też.- Przytaknął Feliks.
-Było super!- oznajmił Kaspian.
-Macie rację.- dodałam.
-Nie cieszcie się na zapas.- królowa zatrzymała windę. –Jutro
zaczynamy trening od samego rana.
-Ale jutro jest poniedziałek. Każdy z nas musi iść do
pracy.- powiedziałam.
-Wasz trening będzie wyglądał następująco. Cały jutrzejszy dzień
Nadia spędza z Kają, a Kaja z Nadią. To samo tyczy się chłopaków. Wy macie
dzień dla siebie. Okej? Ćwiczenie ma na celu pogłębienie waszych relacji i
dowiedzenia się czegoś nowego o kumplach z drużyny.- ruszyliśmy. Każdy momentalnie
wybiegł na korytarz.- Wspólne dni zaczynają się od siódmej. Rozpoczynamy je
wspólnym śniadaniem. Dobranoc. Zatrzasnęłam drzwi przed oczami dalej mam obraz
stojącej nastolatki uśmiechniętej od ucha do ucha i machającej do nas niewinnie.
Po krótkim prysznicu wróciłam do dormitorium. Zgasiłam światło żeby wyglądało
na to, że poszłam spać. Tak naprawdę wyciągnęłam z szuflady latarkę i podeszłam
do metalowej skrzynki. Poświeciłam do jej wnętrza. To co zobaczyłam zamurowało
mnie. Zupełnie się tego nie spodziewałam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz