W końcu w domu. Nie wiecie jak się z tego powodu bardzo
cieszę. Uciekłam Carterowi, który uporczywie zaprasza mnie na tą zasraną kawę.
Podeszłam do szafy i wyjęłam piżamę. W łazience zeskrobałam błoto z twarzy i
innych części ciała. Wzięłam długą kąpiel. Jak dobrze. Wytarłam się i założyłam
ubranie. Wyjechałam windą na piąte piętro, ponieważ mam ochotę na ciepłą
herbatkę. O! Nie jestem sama. W kuchni stoi, zajęta otwieraniem butelki
szampana, Kaja.
-Hej.- przywitałam się.
-Cześć. Jak tam?- spytała grzebiąc w szufladzie za
korkociągiem.
-Jestem asystentką Kaspiana.- oznajmiłam siadając przy
stole.
-Gratulacje. Łyczek.- pomachała mi butelką przed nosem.
-Pijesz z radości czy masz żałobę?
-Z radości. Dzisiejsza misja przebiegłą bez żadnych
komplikacji. Jestem taka szczęśliwa. Nie masz pojęcia jak ta misja była łatwa.
– przysiadała się do mnie i kontynuowała opowieść – razem ze Sroką udawaliśmy
zakochaną parę. Kiedy kelner podał nam zamówione dania, ja zaczęłam udawać że
rodzę, bo przebrałam się za kobietę w ciąży. W tym czasie „mój mąż” zakradł się
na zaplecze, gdzie znalazł tego typka i złamał mu kark. Jak tylko usłyszałam
dźwięk łamanych kość, skończyłam szopkę i wyszłam z lokalu.- zaczęła huśtać się
na krześle.
-Będę udawać, że nie jest potrzebna ci pomoc psychologa.-
wstałam i zaparzyłam torebkę miętowej herbaty.
-Dzięki.- skierowała butelkę w moją stronę i kiwnęła głową.
Potem pociągnęła łyk.
-Sroka to twój nowy partner?- spytałam.
-Tak. Na prawdę nazywa się August Nowlan. Kolejny mag ognia
z zaburzeniami psychicznymi. Ale jest taki przystojny! –uniosła ręce do góry w
geście zachwytu – ma taką ładną mocną szczękę, dwudniowy, brązowy zarost i
postawioną na żelu grzywkę, żeby nie zasłaniała jego bajecznych, niebieskich
oczu – rozmarzyła się.
-Czemu nazywacie do Sroką?- wyrzuciłam torbeczkę go kosza i
posłodziłam napój.
-Bo w prawym uchu ma mnóstwo kolczyków, na dłoniach ma pełno
różnorodnych pierścionków, a na nadgarstkach brzęczą mu bransolety.
-Gej?- zadałam pytanie ponownie zasiadając przy stole.
-Jasne, że nie!- zaprzeczyła gwałtownie wstając przewracając
przy tym stolik. Wylałaby moją herbatkę ale jako mag wody, złapałam ją w
ostatniej chwili.
-Hej! – zawołałam – prawie wylałaś moją herbatę.
-Sorki. Idę spać.- postawiła ławę i wyszła z kuchni.
Zostałam sama. Spojrzałam na zegarek wiszący na ścianie. Dwudziesta druga. Czas
spać. Wróciłam do pokoju i najzwyczajniej w świecie zasnęłam. Rano obudził mnie
ustawiony uprzednio budzik. Jak ja nienawidzę wstawać o szóstej. Kaspian
załatwił mi wczoraj nowy mundur, ponieważ mój stary nie nadawał się do użytku.
Chyba gorzej niż wczoraj być nie może. Z takimi to myślami pojawiłam się na
śniadaniu. Pierwszy raz od dawna przy wszyscy razem zjedliśmy posiłek.
-Jak tam projekty?- spytała Elizabeth.
-Skończyłem dwa, teraz pracuję nad kolejnymi. Masz.- brat
podał jej szkice. Nastolatka przeglądnęła je.
-Mogą być. Kaja łap!- rzuciła je zabójczyni.
-Zacznij powoli szyć.
-Rozumiem.- powiedziała.
-A ty Feliks stwórz bronie.- poleciła nauczycielowi.
-Tak jest.- zasalutował.
-Nadia, ty będziesz im załatwiać wszystkie niezbędne
materiały i minerały.- kiwnęłam głową na znak, że rozumiem. Dziewczyna
pochyliła się nieco.
-Obserwowałam was przez pewien czas i zauważyłam, że każde z
was wraz z drugim poziomem zyskało ekstra bonus.
-Jak się zorientowałaś?- naiwne pytanie Dzwoneczka rozbawiło
liderkę.
-Wiesz, ostatnio przeganiałam krasnale z naszego podjazdu.-
popatrzyła na nią znacząco. – ale to nie ja będę odpowiedzialna za rozwój
waszych nowych umiejętności. – uśmiechnęła się.
-To kto?- tym razem pytanie zadał filozof.
-Niespodzianka.- wstała i tyle ją widzieliśmy.
-Nadia, my też musimy się zbierać.
-Już idę. – wyszliśmy z pałacu. Odetchnęłam świeżym powietrzem.
-Pospiesz się.- nastolatek błyskawicznie znalazł się na
motorze. Dołączyłam do niego. Szybko pokonaliśmy odcinek drogi dzielący nas od
ratusza. Przejechaliśmy leśną dróżką oraz koło mojego starego domu. Kiedy
tamtędy przejeżdżam przypominam sobie moment rekrutacji Kaspiana. Jego drugie
ja...
-Hej, dojechaliśmy.- pomachał mi ręką przed oczami.
-Przepraszam, zamyśliłam się. – pomógł mi zejść z maszyny. Przeszliśmy
tymi samymi korytarzami, ale tym razem ludzie zwracali na mnie uwagę.
Wskazywali mnie palcami i mówili „ To ta”. Super. Jestem popularna.
-Nie przejmuj się nimi. Choć, pokażę ci twoje nowe miejsce
pracy.- nacisnął klamkę i drzwi ustąpiły. Weszliśmy do ładnego, bardzo
nowocześnie urządzonego pomieszczenia. Wszystkie meble były czarne, podświetlane
lampkami, a ściany pomalowano na szaro. W pokoju stały dwa biurka naprzeciwko siebie. jedno koło drzwi,
drugie pod ścianą. Po prawej stronie zamiast ściany były okna, od sufitu, do
podłogi. W kącie stała jakaś roślinka. Lewą ścianę zasłaniały subtelne regały
naszpikowane jakimiś teczkami, papierami i
listami.
-Tamto biurko koło drzwi jest twoje, a szafkę którą ci
przygotowałem znajdziesz tam. – wskazał na ogromną komodę tuż obok.
-Dzięki.- powiedziałam i usiadłam na obrotowym krześle. Ktoś
zapukał do drzwi.
-Tak?- spytał Kaspian. do środka wtargnął zdyszany żołnierz.
-Mamy wezwanie.- oznajmił z uśmiechem na twarzy.
-Jakie?- spytał zaintrygowany generał.
-Przewóz bardzo ważnego więźnia.- blondyn uśmiechnął się
łajdacko w moim kierunku.
-Kogo?- zadałam pytanie wstając ze stołka.
-Jacoba Kena.- odparł. Prawie zemdlałam. W co wpakował się
braciszek?
-Co takiego zrobił?- dopytywałam się.
-Spiskował przeciw generałowi Niklausowi.
-Ja to bym mu za to order wręczyła.- wzruszyłam ramionami. Musze
wymyślić jakiś genialny plan uratowania go.
-Ruszajmy, czas nas nagli.- Kaspian przerwał moją zadumę. Bez
dalszych rozmów przeszliśmy korytarzami i znaleźliśmy się na placu. Tam czekała
na nas opancerzona furgonetka. Przełknęłam ślinę. Chyba ciężko będzie go
uwolnić.
-Tyle zabiegu względem jednego faceta?- zaśmiałam się histerycznie.
-Jest bardzo niebezpieczny. Za cel obrał sobie zabicie
wszystkich generałów. Tak przynajmniej słyszałem, a ja rzadko kiedy się mylę. –
już nie lubię tego gościa.
-Pospieszcie się!- generał siedział za kierownicą pojazdu i
wyglądał na zirytowanego.
-Tak jest generale!- mężczyzna zasalutował i zajął miejsce
obok mojego przyjaciela. Chciałam zrobić to samo, ale brunet powstrzymał mnie
ruchem dłoni, w której miedzy palcami był schowany klucz. Z ruchu jego warg
wyczytałam „ tylko żeby nikt cię nie widział” . byłam mu wdzięczna chyba się domyślił,
że ten kryminalista nie jest mi obojętny. Musiał przypomnieć sobie dzień
egzekucji. Wyszeptałam „dziękuję” i
pobiegłam na tyły pojazdu”.
-Gdzie ona idzie?- zadał pytanie podenerwowany mundurowy.
-Poleciłem jej coś załatwić i nie może z nami jechać.
-Ale ona j…- tyle usłyszałam z tej rozmowy, ponieważ chłopak
włączył radio. I to bardzo głośno. Z nim pojazd odjechał zdążyłam wedrzeć się do
środka. Wnętrze ciężarówki było śmierdzące i brudne. Buty lepiły mi się do
podłoża. Wolałam nie wiedzieć czym jest ta maź goszcząca na jego ścianach,
którą widziałam dzięki lekkiemu światłu sączącemu się przez kraty w góry
pułapki. Gdy moje oczy nieco przywykły do ciemności, przed sobą ujrzałam
krzesło, a na nim postać z uniesioną głową. Odniosłam wrażenie, że mężczyzna
patrzy wprost na mnie. I tak było, ponieważ spytał się
-Kto tam?- jego głos był inny niż przedtem. Pozbawiony emocji
i wszelkich uczuć. Jakby już dawno przestał walczyć.
-To ja, Nadia.- powiedziałam. Usiłowałam aby głos mi się nie
załamał. Nie mogłam na niego patrzeć. Z munduru (bo sądzę, że to kiedyś był
mundur) prawie nic nie zostało. Tylko marne strzępy ledwo utrzymujące się na
jego wychudzonym ciele.
-Nadia?- spytał z nadzieją. Zaraz jednak oprzytomniał – nie, to niemożliwe. Zapewne to
jakaś nowa iluzja mająca na celu załamanie mojej woli. Mówiłem wam, że nic nie
powiem.
-Ale skąd mogliby o nas widzieć?- spytałam- O tym, że się znamy
i jaka przeszłość nas łączy. – podeszłam do niego powoli i kucnęłam. Złapałam go
za dłonie.
-Ja jestem prawdziwa. Widzisz? – położyłam jego rękę na moim
policzku.
- To, że mogę cię dotknąć, to nie znaczy iż to jesteś ty,
Nadio.- wściekłam się.
-Tak? A czy to wystarczający dowód?- za pomocą wody, którą
zawsze nosze przy sobie rozsadziłam jego kajdany krępujące nadgarstki, szyję,
kolana, kostki i brzuch.- Teraz mi wierzysz?
-Trochę bardziej. Jak się tu dostałaś?
-Przyjaciel pożyczył mi klucz. – zaśmiałam się.
-Jak dobrze cię znowu widzieć.- przytulił mnie. Puścił mnie.
Złapał mnie za ramiona. – Musimy się spieszyć, słyszałem, że to bardzo nie
daleko.
-Wystarczy, że wyskoczymy z samochodu. – oznajmiałam.
-Wysiadamy na czerwonym, ok?- jego życzenie spełniło się. Pojazd
gwałtownie zahamował, a kierowca bardzo głośno przeklął.
-Teraz?- spytał.
-Teraz.- odpowiedziałam. – i wydostaliśmy się z furgonetki. Los
chciał, iż akurat przejeżdżaliśmy nieopodal uniwersytetu Feliksa. Jakimś cudem
udało się nam tam doczołgać. Wykręciłam numer filozofa. Przyłożyłam słuchawkę
do ucha i liczyłam sygnały. Już myślałam, że nie odbierze, ale jednak.
-Halo.
-Feliks, proszę wyjdź przed uczelnie. To bardzo ważne. Aha i
weź ze sobą jakieś ciuchy.
-Co?- spytał z niedowierzaniem.
-Nie dyskutuj. Nie mamy czasu. Pospiesz się!- nacisnęłam
czerwoną słuchawkę. Zwróciłam się do chłopaka.
-W jaki sposób naraziłeś się Niklausowi?
-Odbiłem mu laskę.
-Aha.- powiedziałam. Pięć minut później we drzwiach szkoły pojawił się zdyszany mag ognia mocno ściskający jakieś zawiniątko. Zbiegł do nas po schodach.
-W jaki sposób naraziłeś się Niklausowi?
-Odbiłem mu laskę.
-Aha.- powiedziałam. Pięć minut później we drzwiach szkoły pojawił się zdyszany mag ognia mocno ściskający jakieś zawiniątko. Zbiegł do nas po schodach.
-I wszystko jasne. – rzucił mi tobołek.- Myślę, że będą
idealne. – zwrócił się do Jacoba. Ponownie popatrzył na mnie. –Kto to?
-Mój stary przyjaciel. – po krótce wyjaśniłam mu nasze
położenie.
-Rozumiem. – wyciągnął z torby kawałek papieru i długopis. Coś
tam napisał i podał kartkę Kenowi.
-Szanuje wszystkich, którzy postawią się tym wrednym
przydupasom. Tu masz adres moich przyjaciół, u których możesz zatrzymać się przez
jakiś czas, dopóki nie staniesz na własnych nogach.
-Dziękuję. – mag ognia wyraźnie zaskoczony był zachowaniem
Kieara.
- To ja cię zostawiam.- powiedziałam i wstałam ze schodów
otrzepując spodnie.
-Znowu będę winny ci przysługę. – zaśmiał się. uśmiechnęłam się.
-Do zobaczenia.- pomachałam mu na odchodne. Ruszyłam powoli
w kierunku ratuszu. Ciekawe czy Kaspian już wrócił. Trochę czasu minęło. Mam nadzieję,
że nie wybuchała jakaś straszna awantura z powodu ucieczki Jacoba. Moje
rozmyślania skończyły się wraz z przekroczeniem progu naszego biura. Przy
biurku siedział generał generałów coś zawzięcie szkicując. Zapewne kolejny
projekt.
-Co tam masz?- nic nie opowiedział. No faktycznie. Kiedy maluje,
robi się głuchy na otaczający go świat. Skorzystałam więc z okazji i dokładnie obejrzałam
sukienkę. Dół ( oczywiście odpinany) w całości został pokryty pierzem
zafarbowanym na fioletowo. Ale nie byle jakim. Niektóre z nich stanowią
wymyślne bomby. Góra sukni złożona została z dwóch, skrzyżowanych ze sobą
łabędzich piór. Ich zadaniem jest zamaskować schowane tam specjalne wachlarze. Wyglądają
one następująco. Materiał biały, gładki, taki sam jak ten wykorzystany do
zakrycia tułowia i pleców dziewczyny. Między tkaniną goszczą kanaliki, przez
które wydostawać się będą pociski uwalniane za pomocą przycisku w dolnej części
stelaża. Naboje do wachlarza ukryte są w podeszwach glanów. Kaja otrzymała również
ową spinkę, którą kupiłyśmy razem z Elizabeth. Posłuży jako uniwersalny wytrych.
Zazdroszczę jej. U jednej ręki będzie miała diamentowe, wydłużające się na
dwadzieścia centymetrów paznokcie. Nie wiem jakim cudem się wydłużają, nie
pytajcie o to. Całkiem przypadkiem trąciłam kubek z kawą. Napój zalał cały
rysunek.
-Nie. Tylko nie to!- nastolatek załapał się za głowę. Podniósł
kartkę do góry. Ta z kolei rozdarła się pod ciężarek wchłoniętej wody. Chłopak był
tak wściekły, że całkowicie stracił panowanie nad sobą.
-Zrobiłaś to celowo!- zawołał.
-Nie…- biurko wyleciało przez okno. Usłyszałam krzyk przechodniów i alarm
samochodowy.- Przepraszam!- krzyknęłam przez dziurę we szkle. –Czemu to zr …-
nie skończyłam zdania, ponieważ rozjuszony brunet złapał mnie za szyję i mocno
przystawił do szafy. Nie mogłam załapać tchu. W duchu modliłam się aby w porę się
opamiętał. Spróbowałam przemówić mu do rozsądku, ale wszystko co próbowałam z
siebie wydusić, zamieniało się w jęk.
-Jak mogłaś to zrobić?!- wrzasnął mocniej zaciskając palce
na moim gardle. Złapałam jego rękę i rozluźniłam imadło.
-To ja, Nadia.- powiedziałam. To zdanie zaczyna mnie powoli denerwować,
ale z pewnością ratuje mi życie. Zielonooki zawahał się nad uduszeniem mnie.
-Na… dia?- wyszeptał. Puścił mnie. Stracił równowagę i zahaczył
o szafki. Upchane tam dokumentu rozsypały się po podłodze. – Przepraszam,
wiesz, że nie chciałem tego zrobić. – tłumaczył się.
-Omal mnie nie zabiłeś!- tym razem to ja krzyknęłam. – Muszę
od ciebie odpocząć. Wychodzę!- i zatrzasnęłam za sobą drzwi. Biegłam korytarzami
płacząc. Nagle wpadłam na coś i przewróciłam się. tym tajemniczym obiektem
okazał się być Carter.
-O, Julia! Co z naszym spotkaniem?- spytał. Otarłam łzy. Zdobyłam
się na uśmiech.

4 komentarze:
Kiedy bedzie szkic sukni ? Rozdzial jak zawsze swietny, a Kaspian niech ogarnie dupe bo mnie zaczyna wkurzac. Weny zycze :*
~Basia M
Nie mam pojęcia kiedy dodam obrazek bo Juki nie odbiera telefonu :/
Wielki, internetowy kopas w dupas dla Kaspiana! I zjebka dla Julii za poświęcenie czasu temu dupkowi. Ale może byc ciekawie 😁 poza tym suknie widzę oczami wyobraźni, jest piękna :o
Bosh<3
Kocham to opowiadanie *-*
Prześlij komentarz