Translate

sobota, 2 stycznia 2016

Rozdział XXXVIII



Nadia
Samochody, którymi mieliśmy udać się do miasteczka praktycznie nie nadawały się do użytku. Poprzebijane opony, powybijane szyby, pocięte siedzenia i nieaktywne silniki.
-Cholera, skąd ona wytrzasnęła te auta?!- zaklął filozof.
-Ukradła je niedawno wojsku.- odparł Naito. Zmiennooki głęboko westchnął. Wytarł ręce w spodnie i podszedł do pierwszego pojazdu. Z rozmachem otworzył drzwiczki jeepa. Zostały mu w rękach.
-Genialnie.- warknął i położył je ostrożnie na ziemi. Wsiadał za kierownicę i przekręcił kluczyk w stacyjce. Nic się nie stało. Opuścił wnętrze wraka i przeszedł do kolejnego. Zapewne wiecie, że historia lubi się powtarzać, dlatego i to auto jak i następne odmówiło jakiegokolwiek posłuszeństwa. Osiemnastolatek wyglądał na nieco przyłamanego.
-Dużo pracy przed nami.- oznajmił mało entuzjastycznie.
-Wiesz, że go nie mamy.- przypinała Kaja.- Eliza i Kaspian dalej są nie przytomni. To nie wróży najlepiej.
-Wiem! Nie musisz mi tego powtarzać!- wściekł się i walnął pięścią w drzewo.
-Uwaga! Leci!- zawołała zabójczyni. Sosna niebezpiecznie się przechyliła i runęła na leśne podłoże.
-Spożytkuj siłę na naprawę.- upomniała go. Chłopak podszedł do pojazdu i zdjął opnę. Rzucił nią w dziewczynę.
-Napompuj z łaski swojej.- uśmiechnął się kwaśno. Kaja już miała mu co powiedzieć ale powstrzymała się w ostatniej chwili. Oddaliła się nieco licząc do dziesięciu. Feliks podniósł maskę terenówki i delikatnie odpiął kable od akumulatora. Wyciągną go i położył na trawie.
-Co z tym zrobisz?- spytałam. Popatrzył się na mnie jak na idiotkę lecz zaraz jego rysy złagodniały. Uśmiechnął się.
-Mam zamiar je podładować.- kucnął przed baterią, potarł dłonie. Pomiędzy nimi zatańczyła mała, wesoła iskierka. Dotknął akumulator i przepuścił do niego elektryczność. Działo się to w ułamku sekundy.
-Już?- spytałam nieco sceptycznie nastawiona
-Chodź, pokażę ci.- podniósł zasilacz z leśnego poszycia i włożył go na powrót do auta. Wsiadł do pojazdu i… udało się! Pierwszy jeep może dowiezie nas na miejsce.
-Brawo.- pochwaliłam go.
-No mam nadzieję, że pozostałe tez tak łatwo naprawię.- westchnął.-Szkoda, że Kaspian jest nie przytomny. Mógłby wytworzyć szkło i załatać ładnie dziury w karoserii.
-Przecież też możesz.
-Tak ale to będzie wyglądało jak łatanie starej kurtki kolorowymi łatkami, a szkło może sam wytworzę, ale nie obrobię go jednym ruchem jak ten debil.- skwitował. –Kaja!- aż podskoczyłam.-Gdzie moja opona. Musisz naprawić i napompować jeszcze jedenaście!
-Zamknij się!- usłyszałam głos nastolatki. Przybiegła z idealnie naprawioną opną.
-Jak to zrobiłaś?- spytałam pełna podziwu. Chłopak uniósł brew.
-A jak myślisz. Wyczarowała.- wyrwał koło z jej rąk.
-Czemu taki jesteś? Coś ci zrobiłam?!- krzyknęła. Byłam ciekawa kiedy puszczą jej nerwy.
-Ty? Nic.- rozpiął kurtkę i wyciągną z niej opakowanie papierosów. Zapalił jednego. Wypuścił dym wprost w jej twarz. Zakrztusiła się.
-Dlaczego?!- cały czas chorobliwe kaszlała. Wyminął ją i przeszedł do naprawy kolejnego samochodu.
-Nigdy nie widziałam, żeby się tak zachowywał.- szepnęłam.
-Ja też. Muszę wyszczotkować płuca.
*
Noc musieliśmy spędzić w autokarze. Wysiadło nam ogrzewanie i światło. Nie wspominając o prądzie. Feliks cały czas starał się naprawić samochody, więc nie mógł się bawić w przenośny agregat, a Naito jak raz zaśnie to śpi już osiem godzin. Dobrze, że mamy latarki. Dzięki nim byłam w stanie zmieć opatrunki poszkodowanym. Okryłam ich kocami i wróciłam do pokoju. Tam zobaczyłam okrytą masą kocyków smutną Kaję. Zapewne dalej martwi się zachowaniem mechanika. Położyłam się w swoim łóżeczku i zamknęłam oczy.
-Nadia!- wskoczyłam z łóżka gotowa do walki. Wołanie dobiegało z zewnątrz. Krwawy Omen!? Kaja zrzuciła koce i w samej piżamie zjechała na dół. Poszłam w jej ślady. Kilka sekund później stałam przed filozofem zwijającym się w konwulsjach.
-Nie za dużo tych przepowiedni?!- krzyknęłam.
-Ciesz się, że mamy możliwość zmiany zdarzeń.- niespodziewanie nastolatek wstał, otrzepał swoje ubranie i bez żadnego ostrzeżenia złapał moje dłonie. Kolana się pode mną ugięły. Świat zawirował. Ocknęłam się leżąc pod dobrze mi znamy drzewem.
-Cześć.- przywitałam się. Gałąź ugięła się w moją stronę. Wstałam i zerwałam jeden listek. Tym razem była przede mną tyko jedna droga. Wybrukowana i szeroka jakby oznaka czegoś pewnego i nie uniknionego. Pewnie ruszyłam przed siebie ściskając w dłoni liść. Mój chód zmienił się w trucht, potem w pełen bieg. Nie zatrzymywałam się aby podziwiać widoki. Po prostu biegłam. Zatrzymałam się przed mostem. Stabilna konstrukcja zachęcała aby postawić na niej stopę ale poczułam niepokój. Co jeżeli się rozpadnie? Nie będzie odwrotu. Zebrałam się w sobie i ruszyłam dalej. W dole huczała rzeka. Po raz pierwszy w żuciu nie czułam jej biegu. Łzy napłynęły mi do oczy. Szybko je odgoniłam. Usłyszałam dziwny odgłos. Obróciłam się pospiesznie. To most! On się wali! Biegłam z całych sił ale czułam jak skały pod moimi stopami kruszą. Zdążyłam odbić się od ostatniego kamienia i złapałam się rękami krawędzi urwiska. Ostatkiem sił wdrapałam się na niego. Spojrzałam przez ramię. Most był cały. Westchnęłam głęboko. W tym świecie już chyba nic mnie nie zadziwi. Spojrzałam przed siebie i wyrżnęłam o jakiś samochód. To syrenka? Kto w tych czasach jeździ syrenką? Znalazłam się w mieście osadzonym w dwudziestym wieku. Niesamowite. Piękne zabytkowe kamieniczki, restauracje, sklepy, kina. Jestem zachwycona. Nagle jakaś niespodziewana siła rzuciła mną jak szmaciana laką o drzwi jakiegoś pensjonatu. Weszłam tam bez oporu. Wiem, że ludzie i tak mnie nie widzą. Wnętrze było cudowne. Jak z bajki. Piękne schody prowadzące do czarujących apartamentów czekających na gości, jadalnia w której przygotowywano się do posiłku i sale balowe, w których grała orkiestra. Za mną jest recepcja. Zasiadam w niej dość okazała dama o sympatycznej twarzy. Nic nie byłoby w tym dziwnego gdyby nie patrzyła wprost na mnie. Poczułam się nie swojo. Przecież ona mnie nie widzi. Usłyszałam łoskot otwieranych w pośpiechu drzwi i do środka wtargnęła cała nasza drużyna. Nie dane było mi usłyszeć tą rozmowę. Zostałam przeniesiona do piwnicy. Długi korytarz rozświetla tylko blask pochodni. Po obu stronach rozmieszczono klatki jak dla zwierząt. Przynajmniej tak myślałam dopóki nie zobaczyłam za kratkami Naito, Kai oraz Feliksa. Nie wyglądali na zadowolonych zaistniałą sytuacją. Kaja próbowała piłować dranki, Feliks szukał możliwości podkopu, a Naito drzemał w kącie. Dlaczego tutaj trafili? Co stało się z tym pięknym hotelem? Ostatnią rzeczą jaką zobaczyłam był wspaniały, stary zegar. Jego wskazówka zalśniła jak pył z Drzewa Przeznaczenia. Usłyszałam głos Musisz go zdobyć.
-Co?!- wrzasnęłam w nicość. Powróciłam do ciała. Usiadłam trzymając sie za głowę.
-Wszystko w porządku?- spytała zaniepokojona zabójczyni.
-Tak, raczej tak. Gdzie polazł ten dureń?!- wrzasnęłam.
-Nie wiem. Gdzieś się zmył. Wstawaj bo się pochorujesz.- pomogła mi wstać i wróciłyśmy do busa.
*
Promienie światła wtargnęły do naszego pokoju. Przeciągnęłam się leniwie. Zeszłam na dół.
-Chcesz kawę?- zmiennooki podsunął mi kubek gorącej, świeżo parzonej kawy.
-Chcę, ale i tak się na ciebie gniewam.- powiedziałam zabierając mu szklankę.
-O co?- zdziwił się.
-O to, jak traktujesz ostatnio Kaję.- wydusiłam.
-Och, tylko o to.- uśmiechnął się.- Nie obraź się, ale to sprawa między nami.
-Ale ona też nie wie o co ci chodzi?!- krzyknęłam.
-Spokój. Śniadanie podano.- Naito z całej siły starał się rozładować napiętą sytuację. Zasiedliśmy do stołu. Po długich namowach Omari do nas dołączyła. Cały posiłek oboje prześcigali się w dokuczaniu sobie nawzajem. Skończyło się na tym, że nastolatek wybierał płatki z czupryny, a zabójczyni wyciągała resztki kanapek zza koszulki. Razem z trenerem cierpliwie obserwowaliśmy parę. W pewnym momencie białowłosy wstał od ławy i podszedł do szafki. Wyjął z niej cztery zwoje. Podła każdemu z nas.
-Co to?- spytała zaciekawiona dziewczyna.
-Zwoje z zapieczętowanym ekwipunkiem. Eliza miała przeczucie, że będą nam potrzebne i zamknęła tam zapas wody, jedzenia i najpotrzebniejsze  rzeczy.
-Jak one działają?- pytanie za pytaniem. Chłopak rozwinął zwój. Na środku Beth narysowała okrąg o średnicy dwudziestu centymetrów. Od niego odchodziły kolumny z idealnie równym pismem, którego w ogóle nie mogłam odczytać. Mężczyzna wziął do ręki nóż, wyciągnął drugą dłoń i przeciął jej wnętrze. Ścisnął ją w pięść tuż nad kołem. Krople krwi poplamiły pergamin. Rozbłysły szkarłatnym światłem i zniknęły. Popatrzyliśmy po sobie. Zamiast posoki ukazał się miecz. Nazaja podniósł go zamachnął się kilka razy.
-Wow.- byliśmy pełni podziwu. Nastolatek wbił ostrze w środek koła. Kord zalśnił czerwienią i znikł.
-Koniec pokazu.- oznajmił.- Wystarczy kropla waszej krwi i myślcie o tym, czego potrzebujecie. Proste. Kto próbuje?- zaśmiał się.
-Ja!- jednocześnie podnieśliśmy ręce. Tym razem wybrany został Płomień. Powtórzył ruchy Naito i naszym oczom kazał się nuż. Delikatnie podniósł go i oglądną z każdej strony. Niespodziewanie rzucił go wprost w zabójczynię. Gdyby nie jej zręczność, musielibyśmy ścierać jej resztki z krzesła.
-Odwaliło ci?!- krzyknęła z podłogi. Nic się nie odezwał. Zamiast tego zionął w nią ogniem. Przeturlała się i szybko stanęła na nogach. –Hej! Mówię do ciebie.- w jej stronę poszybowała błyskawica. Zrobiła gwiazdę. Rozbiła szybę i wyskoczyła na zewnątrz. Wróżbita natychmiast ruszył za nią.
-Co mu odbiło?!- zawołałam, złapałam butelkę wody i wyskoczyłam z autokaru. Odkręciłam zatyczkę. Rozlałam ciecz i… upadłam. Pojawił się niewyobrażalny ból. Złapałam się za ramię. Zerwałam rękaw. Krew spływała mi po ręce.  
-Nadia?!- Naito znalazł się tuż za mną. Pomógł mi wstać i odprowadził do busa.
-Nic mi nie jest.- wydyszałam podczas odkażania rany.
-Coś się święci i to nie wina Kai. Idę to załatwić. Pilnuj reszty.- nie czekając na moją reakcje wyskoczył przez okno.
Kaja
Co się do cholery dzieje?! Przecież go nie zaatakuje. To mój przyjaciel. Nie wiem o co mu chodzi. Chyba nie gnębiłam go za bardzo. Prawda? Kula ognia świsnęła mi koło ucha. Obróciłam się i dmuchnęłam w niego ale szybko uskoczył. W prawej ręce zgromadził elektryczność i cisnął nią w moje serce. Zasłoniłam się tarczą z powietrza lecz nie zablokowałam jej całkowicie. Siła uderzenia przesunęła mnie kilka metrów w tył. Oparłam się placami o drzewno. Pospiesznie je obiegłam i przykucnęłam. Piorun uderzył kilka centymetrów nad moją głową. Zerwałam się z miejsca i skoczyłam za porośnięty mchem kamień. Był wystarczająco duży abym się za nim schowała. Moje serce biło mi jak oszalałe. On naprawdę chce mnie zabić! Jeżeli bezpiecznie uderzę do w głowę to straci przytomność  i zawlekę go do obozu.
-Uważaj!- Naito w ostatniej chwili zepchnął mnie z trajektorii płomieni. Upadliśmy kilka metrów dalej.
-W porządku?- spytał leżąc na mnie.
-Tak… uważaj!- słup ognia zbliżał się w naszą stronę. Kopnęłam go w brzuch. Ogień przeleciał miedzy nami i białowłosy zgrabnie, cały i zdrowy, opadł na poszycie. W mgnieniu oka podszedł do Feliksa i złapał go za bety. Niestety nie usłyszałam ich rozmowy. Po chwili osiemnastolatek zemdlał. Kucharz złapał go i przerzucił przez ramie jak worek.
-Wracajmy.- powiedział z uśmiechem.- Trzeba wznowić treningi. Wasze zdolności leżą i kwiczą.
-Dzięki.- wstałam i wróciliśmy do autobusu. Tam przywitała mnie Nadia. Wszystko jej opowiedziałam. Nie chciała mi uwierzyć w to, że białowłosy mnie uratował. Zebraliśmy swoje zwoje i zapakowaliśmy nieprzytomnych do jeepów. Nadia przewoziła Kaspiana, Nazaja Elizę, a ja zostałam sam na sam z nauczycielem. Trener zapewnił mnie, że Płomień jeszcze długi czas sobie pośpi. Mam taką nadzieję. Gdy wszystko było już gotowe, opuściliśmy wrak busa i ruszyliśmy w poszukiwaniu pomocy.

***
Trochę spóźnione życzenia ale szczere Wszystkiego najlepszego w nowym roku kochani ode mnie i Juki <3

2 komentarze:

Unknown pisze...

Dziękuję i wzajemnie, a rozdział supi :*

Anonimowy pisze...

Super!