Nadia
Samochody, którymi mieliśmy udać się do miasteczka
praktycznie nie nadawały się do użytku. Poprzebijane opony, powybijane szyby,
pocięte siedzenia i nieaktywne silniki.
-Cholera, skąd ona wytrzasnęła te auta?!- zaklął filozof.
-Ukradła je niedawno wojsku.- odparł Naito. Zmiennooki głęboko
westchnął. Wytarł ręce w spodnie i podszedł do pierwszego pojazdu. Z rozmachem
otworzył drzwiczki jeepa. Zostały mu w rękach.
-Genialnie.- warknął i położył je ostrożnie na ziemi.
Wsiadał za kierownicę i przekręcił kluczyk w stacyjce. Nic się nie stało.
Opuścił wnętrze wraka i przeszedł do kolejnego. Zapewne wiecie, że historia
lubi się powtarzać, dlatego i to auto jak i następne odmówiło jakiegokolwiek
posłuszeństwa. Osiemnastolatek wyglądał na nieco przyłamanego.
-Dużo pracy przed nami.- oznajmił mało entuzjastycznie.
-Wiesz, że go nie mamy.- przypinała Kaja.- Eliza i Kaspian
dalej są nie przytomni. To nie wróży najlepiej.
-Wiem! Nie musisz mi tego powtarzać!- wściekł się i walnął
pięścią w drzewo.
-Uwaga! Leci!- zawołała zabójczyni. Sosna niebezpiecznie się
przechyliła i runęła na leśne podłoże.
-Spożytkuj siłę na naprawę.- upomniała go. Chłopak podszedł
do pojazdu i zdjął opnę. Rzucił nią w dziewczynę.
-Napompuj z łaski swojej.- uśmiechnął się kwaśno. Kaja już
miała mu co powiedzieć ale powstrzymała się w ostatniej chwili. Oddaliła się
nieco licząc do dziesięciu. Feliks podniósł maskę terenówki i delikatnie odpiął
kable od akumulatora. Wyciągną go i położył na trawie.
-Co z tym zrobisz?- spytałam. Popatrzył się na mnie jak na
idiotkę lecz zaraz jego rysy złagodniały. Uśmiechnął się.
-Mam zamiar je podładować.- kucnął przed baterią, potarł
dłonie. Pomiędzy nimi zatańczyła mała, wesoła iskierka. Dotknął akumulator i
przepuścił do niego elektryczność. Działo się to w ułamku sekundy.
-Już?- spytałam nieco sceptycznie nastawiona
-Chodź, pokażę ci.- podniósł zasilacz z leśnego poszycia i
włożył go na powrót do auta. Wsiadł do pojazdu i… udało się! Pierwszy jeep może
dowiezie nas na miejsce.
-Brawo.- pochwaliłam go.
-No mam nadzieję, że pozostałe tez tak łatwo naprawię.-
westchnął.-Szkoda, że Kaspian jest nie przytomny. Mógłby wytworzyć szkło i
załatać ładnie dziury w karoserii.
-Przecież też możesz.
-Tak ale to będzie wyglądało jak łatanie starej kurtki
kolorowymi łatkami, a szkło może sam wytworzę, ale nie obrobię go jednym ruchem
jak ten debil.- skwitował. –Kaja!- aż podskoczyłam.-Gdzie moja opona. Musisz
naprawić i napompować jeszcze jedenaście!
-Zamknij się!- usłyszałam głos nastolatki. Przybiegła z
idealnie naprawioną opną.
-Jak to zrobiłaś?- spytałam pełna podziwu. Chłopak uniósł
brew.
-A jak myślisz. Wyczarowała.- wyrwał koło z jej rąk.
-Czemu taki jesteś? Coś ci zrobiłam?!- krzyknęła. Byłam
ciekawa kiedy puszczą jej nerwy.
-Ty? Nic.- rozpiął kurtkę i wyciągną z niej opakowanie
papierosów. Zapalił jednego. Wypuścił dym wprost w jej twarz. Zakrztusiła się.
-Dlaczego?!- cały czas chorobliwe kaszlała. Wyminął ją i
przeszedł do naprawy kolejnego samochodu.
-Nigdy nie widziałam, żeby się tak zachowywał.- szepnęłam.
-Ja też. Muszę wyszczotkować płuca.
*
Noc musieliśmy spędzić w autokarze. Wysiadło nam ogrzewanie
i światło. Nie wspominając o prądzie. Feliks cały czas starał się naprawić
samochody, więc nie mógł się bawić w przenośny agregat, a Naito jak raz zaśnie
to śpi już osiem godzin. Dobrze, że mamy latarki. Dzięki nim byłam w stanie
zmieć opatrunki poszkodowanym. Okryłam ich kocami i wróciłam do pokoju. Tam
zobaczyłam okrytą masą kocyków smutną Kaję. Zapewne dalej martwi się zachowaniem
mechanika. Położyłam się w swoim łóżeczku i zamknęłam oczy.
-Nadia!- wskoczyłam z łóżka gotowa do walki. Wołanie
dobiegało z zewnątrz. Krwawy Omen!? Kaja zrzuciła koce i w samej piżamie
zjechała na dół. Poszłam w jej ślady. Kilka sekund później stałam przed
filozofem zwijającym się w konwulsjach.
-Nie za dużo tych przepowiedni?!- krzyknęłam.
-Ciesz się, że mamy możliwość zmiany zdarzeń.-
niespodziewanie nastolatek wstał, otrzepał swoje ubranie i bez żadnego
ostrzeżenia złapał moje dłonie. Kolana się pode mną ugięły. Świat zawirował.
Ocknęłam się leżąc pod dobrze mi znamy drzewem.
-Cześć.- przywitałam się. Gałąź ugięła się w moją stronę.
Wstałam i zerwałam jeden listek. Tym razem była przede mną tyko jedna droga.
Wybrukowana i szeroka jakby oznaka czegoś pewnego i nie uniknionego. Pewnie
ruszyłam przed siebie ściskając w dłoni liść. Mój chód zmienił się w trucht,
potem w pełen bieg. Nie zatrzymywałam się aby podziwiać widoki. Po prostu
biegłam. Zatrzymałam się przed mostem. Stabilna konstrukcja zachęcała aby
postawić na niej stopę ale poczułam niepokój. Co jeżeli się rozpadnie? Nie
będzie odwrotu. Zebrałam się w sobie i ruszyłam dalej. W dole huczała rzeka. Po
raz pierwszy w żuciu nie czułam jej biegu. Łzy napłynęły mi do oczy. Szybko je
odgoniłam. Usłyszałam dziwny odgłos. Obróciłam się pospiesznie. To most! On się
wali! Biegłam z całych sił ale czułam jak skały pod moimi stopami kruszą.
Zdążyłam odbić się od ostatniego kamienia i złapałam się rękami krawędzi urwiska.
Ostatkiem sił wdrapałam się na niego. Spojrzałam przez ramię. Most był cały.
Westchnęłam głęboko. W tym świecie już chyba nic mnie nie zadziwi. Spojrzałam
przed siebie i wyrżnęłam o jakiś samochód. To syrenka? Kto w tych czasach
jeździ syrenką? Znalazłam się w mieście osadzonym w dwudziestym wieku.
Niesamowite. Piękne zabytkowe kamieniczki, restauracje, sklepy, kina. Jestem
zachwycona. Nagle jakaś niespodziewana siła rzuciła mną jak szmaciana laką o
drzwi jakiegoś pensjonatu. Weszłam tam bez oporu. Wiem, że ludzie i tak mnie
nie widzą. Wnętrze było cudowne. Jak z bajki. Piękne schody prowadzące do
czarujących apartamentów czekających na gości, jadalnia w której przygotowywano
się do posiłku i sale balowe, w których grała orkiestra. Za mną jest recepcja.
Zasiadam w niej dość okazała dama o sympatycznej twarzy. Nic nie byłoby w tym
dziwnego gdyby nie patrzyła wprost na mnie. Poczułam się nie swojo. Przecież
ona mnie nie widzi. Usłyszałam łoskot otwieranych w pośpiechu drzwi i do środka
wtargnęła cała nasza drużyna. Nie dane było mi usłyszeć tą rozmowę. Zostałam
przeniesiona do piwnicy. Długi korytarz rozświetla tylko blask pochodni. Po obu
stronach rozmieszczono klatki jak dla zwierząt. Przynajmniej tak myślałam
dopóki nie zobaczyłam za kratkami Naito, Kai oraz Feliksa. Nie wyglądali na
zadowolonych zaistniałą sytuacją. Kaja próbowała piłować dranki, Feliks szukał
możliwości podkopu, a Naito drzemał w kącie. Dlaczego tutaj trafili? Co stało
się z tym pięknym hotelem? Ostatnią rzeczą jaką zobaczyłam był wspaniały, stary
zegar. Jego wskazówka zalśniła jak pył z Drzewa Przeznaczenia. Usłyszałam głos Musisz go zdobyć.
-Co?!- wrzasnęłam w nicość. Powróciłam do ciała. Usiadłam
trzymając sie za głowę.
-Wszystko w porządku?- spytała zaniepokojona zabójczyni.
-Tak, raczej tak. Gdzie polazł ten dureń?!- wrzasnęłam.
-Nie wiem. Gdzieś się zmył. Wstawaj bo się pochorujesz.-
pomogła mi wstać i wróciłyśmy do busa.
*
Promienie światła wtargnęły do naszego pokoju. Przeciągnęłam
się leniwie. Zeszłam na dół.
-Chcesz kawę?- zmiennooki podsunął mi kubek gorącej, świeżo
parzonej kawy.
-Chcę, ale i tak się na ciebie gniewam.- powiedziałam
zabierając mu szklankę.
-O co?- zdziwił się.
-O to, jak traktujesz ostatnio Kaję.- wydusiłam.
-Och, tylko o to.- uśmiechnął się.- Nie obraź się, ale to
sprawa między nami.
-Ale ona też nie wie o co ci chodzi?!- krzyknęłam.
-Spokój. Śniadanie podano.- Naito z całej siły starał się
rozładować napiętą sytuację. Zasiedliśmy do stołu. Po długich namowach Omari do
nas dołączyła. Cały posiłek oboje prześcigali się w dokuczaniu sobie nawzajem.
Skończyło się na tym, że nastolatek wybierał płatki z czupryny, a zabójczyni wyciągała
resztki kanapek zza koszulki. Razem z trenerem cierpliwie obserwowaliśmy parę.
W pewnym momencie białowłosy wstał od ławy i podszedł do szafki. Wyjął z niej
cztery zwoje. Podła każdemu z nas.
-Co to?- spytała zaciekawiona dziewczyna.
-Zwoje z zapieczętowanym ekwipunkiem. Eliza miała
przeczucie, że będą nam potrzebne i zamknęła tam zapas wody, jedzenia i
najpotrzebniejsze rzeczy.
-Jak one działają?- pytanie za pytaniem. Chłopak rozwinął
zwój. Na środku Beth narysowała okrąg o średnicy dwudziestu centymetrów. Od
niego odchodziły kolumny z idealnie równym pismem, którego w ogóle nie mogłam
odczytać. Mężczyzna wziął do ręki nóż, wyciągnął drugą dłoń i przeciął jej
wnętrze. Ścisnął ją w pięść tuż nad kołem. Krople krwi poplamiły pergamin.
Rozbłysły szkarłatnym światłem i zniknęły. Popatrzyliśmy po sobie. Zamiast posoki
ukazał się miecz. Nazaja podniósł go zamachnął się kilka razy.
-Wow.- byliśmy pełni podziwu. Nastolatek wbił ostrze w
środek koła. Kord zalśnił czerwienią i znikł.
-Koniec pokazu.- oznajmił.- Wystarczy kropla waszej krwi i
myślcie o tym, czego potrzebujecie. Proste. Kto próbuje?- zaśmiał się.
-Ja!- jednocześnie podnieśliśmy ręce. Tym razem wybrany został
Płomień. Powtórzył ruchy Naito i naszym oczom kazał się nuż. Delikatnie podniósł
go i oglądną z każdej strony. Niespodziewanie rzucił go wprost w zabójczynię. Gdyby
nie jej zręczność, musielibyśmy ścierać jej resztki z krzesła.
-Odwaliło ci?!- krzyknęła z podłogi. Nic się nie odezwał. Zamiast
tego zionął w nią ogniem. Przeturlała się i szybko stanęła na nogach. –Hej! Mówię
do ciebie.- w jej stronę poszybowała błyskawica. Zrobiła gwiazdę. Rozbiła szybę
i wyskoczyła na zewnątrz. Wróżbita natychmiast ruszył za nią.
-Co mu odbiło?!- zawołałam, złapałam butelkę wody i
wyskoczyłam z autokaru. Odkręciłam zatyczkę. Rozlałam ciecz i… upadłam. Pojawił
się niewyobrażalny ból. Złapałam się za ramię. Zerwałam rękaw. Krew spływała mi
po ręce.
-Nadia?!- Naito znalazł się tuż za mną. Pomógł mi wstać i
odprowadził do busa.
-Nic mi nie jest.- wydyszałam podczas odkażania rany.
-Coś się święci i to nie wina Kai. Idę to załatwić. Pilnuj reszty.-
nie czekając na moją reakcje wyskoczył przez okno.
Kaja
Co się do cholery dzieje?! Przecież go nie zaatakuje. To mój
przyjaciel. Nie wiem o co mu chodzi. Chyba nie gnębiłam go za bardzo. Prawda? Kula
ognia świsnęła mi koło ucha. Obróciłam się i dmuchnęłam w niego ale szybko
uskoczył. W prawej ręce zgromadził elektryczność i cisnął nią w moje serce. Zasłoniłam
się tarczą z powietrza lecz nie zablokowałam jej całkowicie. Siła uderzenia
przesunęła mnie kilka metrów w tył. Oparłam się placami o drzewno. Pospiesznie je
obiegłam i przykucnęłam. Piorun uderzył kilka centymetrów nad moją głową. Zerwałam
się z miejsca i skoczyłam za porośnięty mchem kamień. Był wystarczająco duży
abym się za nim schowała. Moje serce biło mi jak oszalałe. On naprawdę chce
mnie zabić! Jeżeli bezpiecznie uderzę do w głowę to straci przytomność i zawlekę go do obozu.
-Uważaj!- Naito w ostatniej chwili zepchnął mnie z trajektorii
płomieni. Upadliśmy kilka metrów dalej.
-W porządku?- spytał leżąc na mnie.
-Tak… uważaj!- słup ognia zbliżał się w naszą stronę. Kopnęłam
go w brzuch. Ogień przeleciał miedzy nami i białowłosy zgrabnie, cały i zdrowy,
opadł na poszycie. W mgnieniu oka podszedł do Feliksa i złapał go za bety. Niestety
nie usłyszałam ich rozmowy. Po chwili osiemnastolatek zemdlał. Kucharz złapał
go i przerzucił przez ramie jak worek.
-Wracajmy.- powiedział z uśmiechem.- Trzeba wznowić
treningi. Wasze zdolności leżą i kwiczą.
-Dzięki.- wstałam i wróciliśmy do autobusu. Tam przywitała
mnie Nadia. Wszystko jej opowiedziałam. Nie chciała mi uwierzyć w to, że
białowłosy mnie uratował. Zebraliśmy swoje zwoje i zapakowaliśmy nieprzytomnych
do jeepów. Nadia przewoziła Kaspiana, Nazaja Elizę, a ja zostałam sam na sam z nauczycielem.
Trener zapewnił mnie, że Płomień jeszcze długi czas sobie pośpi. Mam taką
nadzieję. Gdy wszystko było już gotowe, opuściliśmy wrak busa i ruszyliśmy w
poszukiwaniu pomocy.***
Trochę spóźnione życzenia ale szczere Wszystkiego najlepszego w nowym roku kochani ode mnie i Juki <3
2 komentarze:
Dziękuję i wzajemnie, a rozdział supi :*
Super!
Prześlij komentarz