Translate

sobota, 27 lutego 2016

Rozdział XLVI



Kaja
A już myślałam, że chwileczkę odpocznę, lecz Naito pokrzyżował mi plany. Co prawda pozwolił mi się zdrzemnąć przez jakieś pół godziny, ale czy on nie wie, że dzieci w moim wieku potrzebują tyle samo snu co noworodek?! Po prostu myślałam, że go uduszę. Wyciągnął mnie na dwór.
-Postawa!- wrzasnął. Natychmiast wykonałam jego polecenie.
-Skoro objawił się twój talent to pora go rozwinąć.- i buch. Zostałam oblana lodowatą wodą.
-Obiło ci?!
-O bieda, nawet nie możesz mi oddać.- złapał kolejne wiadro. Były w nim kamienie. Bez żadnego ostrzeżenia zaczął nimi we mnie rzucać. Oberwałam w ramię, nogę i brzuch, a ostatni kamień rozciął mi brew. Uniki nic nie dawały. Trener bezbłędnie trafił w poszczególne partie ciała, skutecznie utrudniając mi wykonanie jakiegokolwiek ruchu.
-Czy krzywdzenie mnie sprawia ci przyjemność?!- warknęłam.- Jest jakieś minus pięć stopni, a ja mokra ganiam po polu. Czy mogłabym się przebrać?!- chłopak uśmiechnął się i wyjął coś czego się zupełnie nie spodziewałam. Miotacz ognia. Rzucił do mnie bańkę wody, następnie skierował wylot miotacza w moją stronę i pociągnął za spust. Moje ciało zareagowało samo. Pewnie myślicie, że wykonałam jakiś mega heroiczny czyn, ale muszę was zmartwić. Najzwyczajniej w świecie, rzuciłam się do ucieczki. Biegłam ile sił w nogach, przeszukując kieszenie kurtki w nadziei, że znajdę tam coś przydatnego. Jakieś rachunki ze spożywczego, kilka zapałek i zmywacz do paznokci. Lepsze to niż nic. Mogę dzięki temu zasymulować magię ognia. Może się nabierze. Wylałam zmywacz na poszycie i czekałam. W rękawie ukryłam zapałkę. Modliłam się, że plan zadziałał. Nie chciałam skończyć jak kurczak, którego często podje nam na obiad. W końcu się pojawił. Jak na maga jest okropnie wolny, albo udaje. Może dał mi czas do opracowania jakiegoś planu. Żeby pomysł zakończył się sukcesem, musi stać kilka metrów po mojej lewej.
-Czyżby paliwo ci się skończyło?- spytałam robiąc kilka kroków w bok. Na szczęście nic nie zauważył. Zaśmiał się.
-Nie.- odparł. Zaczął się śmiać. To był idealny moment. Szybko potarłam zapałką o krzesiwo i rzuciłam ją na kupkę liści. Natychmiast zajęły się ogniem. Mina białowłosego zrzedła.
-Jestem z ciebie dumny. – sam do siebie.- Zapamiętać: miotacz ognia jest skuteczny w nauce.- ulżyło mi. chyba się nabrał.- Skoro przyswoiłaś magię ognia, to jestem ciekaw jak poradzisz sobie z przekierowaniem błyskawicy.- niebieski zygzak mignął mi przed oczami. Zwinęłam się w kłębek.- Ej miałaś to złapać!- znowu puściłam się w galop. Przez dobre czterdzieści minut graliśmy w kotka i myszkę. On strzelał, ja uciekałam. Pierwszy raz w życiu tak się bałam. Serce biło mi jak oszalałe, a krew szumiała w uszach. Potwornie dyszałam. Czułam się słaba.
-Kaja, przerwa!- zakrzyknął. Odetchnęłam głęboko, ale i tak nie wyszłam z kryjówki. Siedziałam cicho z głową schowaną w kolanach. Dopiero po kwadransie uniosłam się z ziemi i wróciłam do obozowiska. Nadia już wstała. Zajęła się treningiem. Dalej uważa, że za mało umie. Stworzyła z lodu ogromną tablicę i strzelała do niej cieniutkimi igiełkami. Perfekcyjnie trafiała w sam  środek. Powtarzała tę czynność mechanicznie. Pocisk, rzut, pocisk, rzut. Jej celność mnie zadziwia.
-Mogę spróbować?- spytałam. Nastolatka uśmiechnęła się łagodnie i podała mi rzutkę. Wzięłam pocisk do ręki. Leciutki. Dotknęłam końcówki. Kropla krwi spłynęła mi po opuszku.
-Ostre.- powiedziałam.
-Takie muszą być jak chcesz nimi komuś zaszkodzić.- powiedziała zaszkodzić, zamiast zabić. Nadia taka jest. Nie zabija nikogo jak nie ma takiej potrzeby. – Pokazać ci coś?- spytała z błyskiem oku.
-Jane.
-Odsuń się.- wykonała ruch, podobny do skoku przerzutowego, jakiego uczyłam się w podstawówce. Strzałki z ziemi poderwały się i trafiły z łoskotem w tarczę, tworząc jej inicjał. Stanęła na równych nogach. Odgarnęła pasemka z twarzy.
-Fajnie. Możesz tym ruchem momentalnie kogoś zabić!- zawołałam.
-Albo osłabić , trafiając w punkty witalne przeciwnika.- oto jej słabość. Nie zabija.
-Jakbyś zareagowała, gdybyś się dowiedziała, że ktoś z naszej drużyny jest wrogiem?
-Tak się nie stanie. Każdy z nas został dokładnie prześwietlony przez Elizę…
-A co jeśli się myliła?!
-Mówię ci, że nie ma takiej opcji.
-A co sądzisz o Naito?- palnęłam. Dziewczyna zastanowiła się dłużej.
-Cóż, udaje głupiego, a w rzeczywistości jest bardzo inteligentny. Często też zostawia nas podczas ważnych wydarzeń czy spotkań z różnymi osobami. Nie wiem dlaczego.- w mojej głowie zapaliło światełko.
-A co jeżeli on jest…- nagle na moich włosach ktoś położył rękę i mocno przytrzymał.
-Czemu o mnie plotkujecie dziewczęta?- na jego usta wpełzł fałszywy uśmieszek. – Feliks uporał się z naprawą znacznie szybciej niż się spodziewał, więc wyruszamy do Werpulu. Zbierajcie się.- wyplątałam się z jego uścisku. Głowa mi pulsowała. Bez słowa weszłyśmy do campera. Samochód jechał jak marzenie. To trzeba przyznać filozofowi. Chłopaki zebrali się przy stole. Rozłożyli na nim kilka map oraz wygrzebali skądś nawigacje. My postanowiłyśmy zagrać przez ten czas w karty. W końcu nasi koledzy obrali wyczekiwany kierunek.
***
Trzy godziny późnej dojechaliśmy do celu. Podczas drogi Nadia zwymiotowała dwa razy. Znowu podzieliśmy się na dwie grupy. Tym razem byłam z zespole z Feliksem, który udawał operatora kamery oraz Elizą w roli reporterki. Ja byłam dźwiękowcem. Reszta została w pojedźcie. Werpul to piękne, zabytkowe miasto. Kiedyś było stolicą Kraju Powietrza. To tu mieszkali pierwsi królowie. Znajduje się tutaj wiele zamków, twierdz i cytadeli. Perełka zachodu. Blondynka zapukała do drzwi, starej kamienicy. To miejsce wcale nie wyglądało na antykwariat. Nie czekaliśmy długo. Drzwi otworzył mężczyzna o miłej twarzy.
-Pani Kaja Omari?- spytał ucieszony.
-Tak.- przywódczyni oczarowała go swoim uśmiechem. Młody mężczyzna zaprosił nas do środka. Jakie mieszkanie! Niesamowite! Wszystko w tym domu jest idealne. Blondyn wprowadził nas do salonu, gdzie na śnieżnobiałej, skórzanej kanapie siedziała mała dziewczynka.
-Kochanie, możesz iść do swojego pokoiku?- spytał łagodnie. Dziecko podbiegło do niego i przytuliło się do jego nóg, zerkając na nas ukradkiem. Uśmiechnęłam się do niej. Natychmiast uciekła. Płomień rzucił mi rozbawione spojrzenie.
-Możemy zaczynać?- pytanie Elizy wyrwało mnie z zamyślenia.
-Oczywiście.- nastolatka przygotowała się idealnie. Wyjęła z torebki dyktafon oraz notatnik z pytaniami.
-Dzień dobry panie Adamski. Czy zgodzi się pan na przeprowadzenie wywiadu?
-Dzień dobry, proszę pytać o co pani chce.
-Więc, czy mogę mówić do pana na ty?
-Tak.
-W taki razie Łukaszu, czy zdradzisz mi co skłoniło cię do kolekcjonowania zabawek sprzed wojny?
-Na ten pomysł wpadł mój ojciec. Stwierdził, że takie przedmiot mają swoją duszę i postanowił je zbierać. Uważa, że zabawki z tamtych czasów były lepsze i na ich wykonanie potrzebowano więcej czasu niż obecnie. Teraz wyprodukowanie lalki zajmuje maksymalnie pięć minut.
-Zgadzam się z tobą. A czy mógłbyś nam pokazać swój zbiór?
-Nie ma problemu.- Adamski wstał z zaprowadził nas do budynku obok. Nie tak wyobrażałam sobie to miejsce. Spodziewałam się jakiś półek, gablotek, szafek. Ale nie. Zabawki były porozrzucane po całym pomieszczeniu, które przypominało średniej wielkości boisko.
-Dlaczego zabawki nie są konserwowane i zamykane w gablotach?- reporterka drążyła temat.
-Ponieważ, ojciec chciał, żeby zabawki spełniały swoją funkcję. Dzieci często tu przychodzą i się nimi bawią, a czasem zabierają do domu, ale to zdarza się naprawdę rzadko. – modliłam się w duchu, żeby to nasza pozytywka nie była takim wyjątkiem.
-Czy moglibyśmy się rozejrzeć po twoim zbiorze?- mężczyzna wyraźnie zbladł. Zaczął się jąkać.
-Ale czy to konieczne?- spytał przygnębiony.
-A czy to jakiś problem?- Eliza już nie odpuści. Jest za blisko celu.
-Nie…
-W TAKIM RAZIE SIĘ ROZEJRZYMY, A TY MOŻESZ WRÓCIĆ DO CÓRECZKI.- królowa użyła trzeciego poziomu magii. Chłopak obrócił się na pięcie i wyszedł z bawialni.
-Szybko, zanim się ogranie. Szukajcie pozytywki. Naito mówił, że powinna mieć dedykację.
-A skąd on to może wiedzieć?!- zawołałam z drugiego końca sali.
-Nie zadawaj głupich pytań, tylko szukaj!- już miałam coś powiedzieć, ale zamarłam. Coś poruszyło się z moimi plecami i na pewno nie był to Płomień. Obróciłam się i to był błąd. Gdyby nie Feliks, skończyłabym jako wielki, poszarpany kawał mięsa. Tuż za mną, w podłogę wbiła się ogromna łapa. Leżałam tuż obok, w ramionach wróżbity. Zaklął pod nosem.  Z jego ramienia sterczał pazur ogromnego psa.
-I tu przychodzą dzieci!?- krzyknął. Zwierze warknęło i rzuciło się na nas. Razem przeturlaliśmy się na bok. Czerwonooka zasłoniła nas barierą. Futrzak odbił się od niej i przeleciał kilka metrów w tył. Chłopak gwałtowne wstał jednocześnie podnosząc mnie z płytek. Szarpnął mnie za  rękę i zaprowadził za największą górę przedmiotów.
-Zostań tu i nie ruszaj się.- polecił. Zanim zdążyłam zaprzeczyć dołączył do królowej, która usiłowała uspokoić potwora swoim głosem, ale coś jej nie wychodziło. Nastolatek popieścił go prądem, ale tan jak stał tak stał. Przywódczyni zaczęła go dusić. Podbiegł do niej i ugryzł w nogę. Nie mam pojęcia czemu nie uskoczyła.
-Eliza!- chłopak przeraził się. Rzucił się na ratunek, ale został przygwożdżony łapą do ziemi. Co się z nimi dzieje? Dlaczego nagle nie umieją walczyć?! Wybiegłam z kryjówki.
-Hej, głupi kundlu. Tutaj jestem!- nie miałam żadnego planu, ale lesze odciągniecie go od kumpli niż patrzenie jak pożera ich jednym kłapnięciem paszczy. Wypluł jęczącą z bólu królową i puścił przyduszonego maga ognia. Zostałam sam na sam z potworem, którego nie oszukam tak łatwo jak Naito. Zaczęłam rzucać w niego tym, co nawinęło mi się pod rękę. Dłoń natrafiła na procę. Zgarnęłam jakieś odłamki z podłogi i strzeliłam nimi w oko demona. Tylko się rozłościł. Cofnęłam się parę kroków. Nadepnęłam na butelkę.  Momentalnie przypomniałam sobie rzutki Nadii. Trzęsącymi się rękami odkręciłam zakrętkę. Wylałam wodę i w duchu modliłam się o to, żebym dała radę powtórzyć ten epicki ruch sprzed kilku godzin. Pies był coraz bliżej, a ja nie mogłam zamrozić tej głupiej wody! Oczami wyobraźni widziałam jak przegryza się przez moją talię, dzieląc mnie na dwie połowy. W tym samym czasie igły stężały. Kamień spadł mi z serca. Wykonałam przerzut podobny do tego Nadii, z tą różnicą, że wylądowałam na tyłku. Stworzenie zawyło i przewróciło się. Pociski przedziurawiły mu głowę na wylot. Byłam z siebie dumna. Feliks mniej więcej stał na nogach. Chwiejnie podszedł do Beth i wziął ją na ręce.
-Poszukaj pozytywki, a ja zabiorę ją do Nadii.- dziewczyna mówiła coś sama do siebie. Po chwili oboje zniknęli za drzwiami. Zostałam sama wraz z wielkim cielskiem kundla. Zebrałam trochę jego krwi i ślin dla niebieskowłosej. Ona często to robi. Potem gotuje z nich trucizny lub odtrutki. Zanurkowałam w stos zabawek. Błądzenie między nimi sprawiało mi frajdę. Co chwilę wyciągałam nowe znaleziska. Po chwili natrafiłam na małe, bogato zdobione pudełeczko. Otwarłam je, przy okazji uruchamiając mechanizm. Z wnętrza wydobyła się muzyka. A dokładniej kołysanka. Szybko obróciłam ją do góry nogami, szukając dedykacji. Znalazłam!
Najukochańszemu synkowi
Mama
Poderwałam się na równe nogi.  Ze szczęścia zaczęłam tańczyć. W końcu znalazłam to, czego szukałam. Schowałam szkatułkę do kieszeni. Z drugiej wyjęłam trzysta monet i zostawiałam na parapecie. Wybiegłam z antykwariatu w podskokach. Tuż przed nim czekał capmer. Weszłam do niego. Tam zastał mnie makabryczny widok. Eliza miała całkowicie zniszczoną nogę, a Feliks dziurę w ramieniu. Blondynka dosłownie wyła z bólu. Białowłosy siedział koło niej i błagał, żeby nie umierała. Nadia tamowała krwotok z jej ran, a Kaspian pomagał Płomieniowy. Zszokowana usiadłam na podłodze. To wszystko przeze mnie. Prawda?

sobota, 20 lutego 2016

Rozdział XLV



Nadia
Niesamowite, że przespałam negocjacje z Powietrzem we własnej osobie! Ponoć bogini była zaskakująco piękna, ale co się tu dziwić? W końcu to BOGINI!
Kaja
Przykro mi ale przez jakiś czas to ja będę waszą narratorką. Mam nadzieję, że niczego nie zepsuję i czytelnicy nas nie opuszczą z mojego powodu. Mam zamiar opisywać wszystkie wydarzenia jak najlepiej potrafię, co oczywiście mi nie wyjdzie, ale z drugiej strony do tej pory sobie jakoś radziłam, więc może nie będzie tak źle. Tak więc wróciliśmy do miasta. Wyglądało ono ciekawie… wszędzie gruzy, gdzie niegdzie śmieci, jakieś rzeczy osobiste. Naszym cele było zebrania jakichkolwiek informacji o synu Powietrza. Co prawda szukaliśmy na oślep, bo nawet nie wiedzieliśmy jak się nazywa. Nikt nie wpadł na genialny pomysł zapytania o to bogini.
-Gdzie możemy znaleźć jakieś dane o nim?- jęknęłam wykończona. Przysiadłam na jakimś kamieniu.
-Możemy poszukać w ratuszu. Miejmy nadzieję, że zachowały się tam jakieś dokumenty na jego temat.- westchnął Feliks.
-Jasne. Na pewno ma zapisane w akcie urodzenia „Syn bogini powierza”.- słowa Arona ostudziły nasz zapał.
-Ale warto spróbować.- uśmiech Nadii dodał mi otuchy.
-Powielmy się na dwie grupy. Jedna zajmie się odnalezieniem syna, a druga postara się o jakiś transport.- propozycja Elizy wydawała się dobra.
-To jakie drużyny proponujesz? Teraz komunikacja będzie nieco utrudniona, bo Kaja straciła swoje umiejętność.- filozof rzucił mi spojrzenie pełne wyrzutów.
-To nie jej wina.- królowa skarciła go.- Myślę, żebyś to ty poszedł z Kają, a do kupletu dam wam Naito i Arona.- chłopak westchnął ciężko.-Ale w dalszym ciągu nie mamy łączności. Jak wiemy, nie możemy używać telefonów, bo nas namierzą.- blondynka uśmiechnęła się. Rozłożyła zwój na ziemi. Wyciągnęła z niego krótkofalówki.
-I po problemie.- oznajmiła, rzucając każdemu z nas po urządzeniu.
***
Dziwne uczucie spacerować po podniszczonych uliczkach, przyglądać się ruiną domów oraz stertą śmieci. Jeszcze nie dawno to miasto było idealne w każdym calu. Po porostu wspaniałe. Podeszłam do gazetnika. Wyjęłam z niego zwitek papieru, który kiedyś zapewne był magazynem. Na pierwszej stronie widniał artykuł o wynikach wyborów. Wśród nazwisk kandydatów widniała Eliza! Momentalnie przeniosłam wzrok na datę. Dwudziesty ósmy listopada 1942! Wtedy nawet moja babcia jeszcze nie żyła! Nie wspominając o kimkolwiek z naszej paczki. Wnioskując z wypowiedzi bogini, zatrzymała czas w mieście dokładnie w dzień śmierci jej syna! To już jakaś wskazówka. Ale jeszcze coś. W każdej gazecie na końcu jest nekrolog. Przewinęłam na koniec. Jest! I to tylko jeden, więc nie ma wątpliwości, że to on! Nazywa się Eryk Jordan. Zmarł mając dwadzieścia pięć lat. Okoliczności jego zgonu są nieznane.
-Chłopaki, znalazłam!-  od razu znaleźli się koło mnie. Żeby zawsze tak szybko reagowali.
-Pokaż!- łowca wydarł mi czasopismo.- Wspaniale! Teraz wystarczy dostać się do ratuszu, znaleźć jego adres, udać się pod niego i przeglądnąć wszystkie rzeczy osobiste pana Eryka.
-Proste.- powiedziałam. – To w którą stronę ten ratusz?
-Tam.- Naito wskazał palcem na najlepiej zachowany budynek w mieście.
-Tak, to chyba tam.- Feliks przyznał rację białowłosemu.
***
Znaleźliśmy się tuż przed drzwiami. Jaka szkoda, że są zawalone.
-No Kaja, popisz się sowimi umiejętnościami zbieracza.- trener oparł się placami o ścianę budowli i zachęcił mnie gestem do dokonania niemożliwego.
-Nie umiem!- krzyknęłam.
-Postawa, jak cię uczyłem!- rozkazał mi stanąć w rozkroku na ugiętych kolanach, stopy wykrzywić pod dziwnym kątem i wyciągnąć ręce przed siebie.
-Wyglądam idiotycznie! Nigdy nie wiedziałam, żeby Kaspian tak stał!- poskarżyłam się.
-Bo to jest postawa dla początkujących. Wysil się i odwal tez głaz!- tak więc pół godziny spędziłam z wyciągniętymi przed siebie rękami, wpatrując się w kamienie i błagając w duchu, aby ruszyły się o centymetr. Nic takiego nie nastąpiło. Spuściłam głowę.
-Widzisz, że nie umiem.- szepnęłam. Chłopak westchnął i uderzył pięścią w mur. Natychmiast ukazał się nam tunel. Osiemnastolatek rozpalił ogień i weszliśmy za nim do korytarza. Naito zatrzasnął drzwi. Zapanowała kompletna ciemność. Dobrze, że jest z nami zmiennooki, bo inaczej ja miałabym robić za latarkę, a jakoś mi się to nie uśmiecha. Przeszliśmy kilka zakrętów, dwa razy wspięliśmy się  po schodach (co było odrobinę trudne, ponieważ niekiedy brakowało nawet czterech stopni), a nawet raz musiałam pokonać samą kondygnację, bo w jednym pokoju całkowicie zapadł się strop. W takich chwilach moja tęsknota za magią powietrza wzrasta. Podziwiam Arona. To zwykły człowiek, który zapewne powaliłby niejednego maga. On jak kot, zręcznie i bezszelestnie pokonywał każdą przeszkodę z uśmiechem na ustach. Po wielu trudach dotarliśmy do archiwum. Na nasze szczęście to pomieszczenie zachowało się w niemal idealnym stanie. Co z tego, że panował tu okropny nieład. Wszędzie leżały porozrzucane teczki, szuflady, kartony segregatory. Na biurku w rogu stał komputer. O dziwo działał. Aron natychmiast złamał wszystkie zabezpieczenia i włamał się do bazy z danymi. Szybko wklepał „Eryk Jordan” i… nic. Żadnego śladu. Jakby gościu i tym imieniu w ogóle nie istniał. Nigdy. Zrozpaczeni popatrzyliśmy po sobie.
-I co teraz?- spytałam.
-Czekaj, jeszcze nic straconego .- chłopak wklepał „syn bogini” i bum. Wyskoczyło nam o nim wszytko. Klasnęłam w dłonie, mag ognia zaśmiał się, a Naito zawołał „Naprawdę?!” zaczęliśmy czytać. Okazało się, że został zabity przez jakąś organizację, której nazwy w żuciu nie słyszałam. Ruch Sprawiedliwych. Przeczytałam tę nazwę na głos. Naito jęknął. Obróciłam się w jego stronę.
-Znasz ich?- spytałam zaciekawiona.
-Gromada czubków, którzy zabiją najsilniejszych magów z danego żywiołu w nadziei, że ci mają ze sobą księgę.
-Zabierają ją?- pytanie Płomienia było bardzo trafne.
-Nie. Wkładają razem do grobu ze zmarłym i pieczętują tak staranie, że niekiedy nikt nie jest w stanie tego otworzyć.
-Cudownie, czyli wyprzedzili nas o jakieś sześćdziesiąt lat?- załamałam się.
-Dokładnie. Ale jest szansa. Pieczęcie słabną po tak długim okresie czasu. Może być w jakimś miejscu naderwana. Jeżeli w nie uderzymy to ją najzwyczajniej złamiemy.
-A co jeśli nie miał przy sobie księgi? Albo przewidział atak i oddał ją matce albo schował?- założenia filozofa coraz bardziej mnie dobijały.
-Po co kombinować? Powiedziała nam, że dostaniemy księgę jak damy jej pozytywkę. Na tym się na razie skupmy.- Aron chwycił notatnik spoczywający na blacie i nabazgrolił w nim adres mieszkania nieboszczyka.
***
Zahaczyliśmy o stragan z pamiątkami, a przynajmniej coś takiego przypominała ta kupa gruzu. Zabraliśmy przewodnik po okolicy z nazwami wszystkich ulic, kilka magnesów na lodówkę ( nie pytajcie dlaczego, bo sama nie wiem) oraz kilka koszulek. Mapa zaprowadziła nas wprost pod kamienicę, w której kiedyś mieszkał Eryk. Wszystkie piętra były doszczętnie zrujnowane, za to parter w dalszym ciągu chroniony był prze boginię. Nic się nie zmienił. Weszliśmy do środka. Przeszukaliśmy wszystkie zakamarki mieszkania i nie znaleźliśmy ani jednej rzeczy należącej do mężczyzny. W domu znajdowały się tylko puste meble. Na stole w kuchni leżała świetnie zachowana karczka od komornika. Zabrał wszystko i sprzedał w pobliskim lombardzie. Szlak mnie zaraz trafi.
-Ile my będziemy szukać tej zasranej pozytywki!- krzyknęłam uderzając pięściami w stół.
-Spokojnie, mamy adres tego lombardu. Wystarczy, że tam pójdziemy i nasz problem załatwiony.- nie wiem skąd łowca czerpie swój stoicki spokój.
***
Lombard znajdował się niedaleko mieszkania. Czy wchodzenie do ratuszu, grzebanie w sieci burmistrza, wtargniecie do mieszkania bez pozwolenia i przeglądanie zawartości lombardu jest przestępstwem? Coś czuję, że tak. Siedziba komisu to jeden z najbardziej zniszczonych budynków w całym mieście. Nie przesadzam. Dach całkowicie cie zapadł, grzebiąc pod sobą to, czego szukaliśmy.
-Ja podniosę sufit do góry, a wy znajdźcie sejf z rachunkami.- polecił trener. – Nie utrzymam go długo, więc do startu gotowi już!- kamienne bloki zbiły się w jedność i zawisły nad naszymi głowami. Nastolatek wyglądał jak Atlas trzymający na swoich barkach sklepienie niebieskie. Rozbiegliśmy się po pomieszczeniu. Przeczesywałam gabloty, półki, kredensy.
-Proponuję sprawdzić pod ladą!- zawołał zirytowany. Też racja. Wróżbita podbiegł do kasy i zajrzał pod blat. Jednocześnie Puszek zaczął warczeć na Naito. Początkowo chłopak nie reagował, więc wilk zatopił kły w jego łydce. Ten krzyknął z bólu i stracił kontrole nad kamieniami. Siła grawitacji nigdy nie zawodzi. Przyjęłam pozycję wskazaną mi przez chłopaka Elizy i przygotowałam się mentalnie na śmierć. Zdarzył się cud. Zatrzymałam lawinę! Nie wiem jak to możliwe ale dokonałam tego. Odrzuciłam kamienie jak najdalej i podeszłam do Płomienia. On już zaczął roztapiać zamek. Po chwili każdy z nas dostał stos paragonów, faktur oraz kartek do przeglądania. Czytanie prawie wypłowiałych zapisków ( wbrew pozorom) nie sprawiło nam frajdy. Najlepiej radził sobie Aron i to właśnie on znalazł upragniony świstek. Przeczytał go. Mina mu zrzedła.
-Pozytywka została sprzedana w pięćdziesiątym drugim. Kupił ją kolekcjoner zabawek. Jest do niego numer telefonu.
-Weź go i będzie trzeba do niego zadzwonić, o ile jeszcze żyje.- przecedziłam przez zęby. Dlaczego znalezienie jednego, głupiego arystonu sprawia nam takie trudności!
-Mamy dużo informacji. Wróćmy do reszty i poradźmy się co robić dalej.- zaproponował filozof.
***
Bez problemu znaleźliśmy naszych towarzysz. Szwędali się po mieście, udając, że robią coś pożytecznego. Przedstawiliśmy im ogólny zarys całej sytuacji. Eliza wzięła karteczkę od żółtookiego i wyciągnęła telefon.
-Co ty robisz?! Chcesz, żeby Krwawy Omen nas namierzył?!- generał przeraził się.
-Spokojnie, stworzę zakłócenia. Powinny zadziałać. Utrzymam je przez około pięć minut. Tyle powinno wystarczyć na rozmowę.- Płomień uśmiechnął się przebiegle.
-No to zaczynamy.- dziewczyna szybko włączyła komórkę i wstukała numer. Po trzech sygnałach w słuchawce usłyszeliśmy męski głos.
-Halo?
-Dzień dobry z tej strony Kaja Omari, dziennikarka. Słyszałam, że posada pan unikatową kolekcję zabawek z przed wojny. Czy to prawa?- oczywiście, że królowa posłużyła się moim danymi osobistymi.
-Tak, to prawa. W czym mogę pomóc?
-Och! To wspaniale. Widzi pan chciałabym przeprowadzić z panem króciutki wywiad na temat pana pasji.
-Nie ma problemu! Zgadzam się na wywiad chodźmy zaraz!- mężczyzna bardzo się ucieszył.
-W takim razie proszę o pana adres.- czerwonooka zapisała miejscowość o ulicę, przy której mieszka pan Adamski. –Dziękuję bardzo, do zobaczenia.- rozłączyła się. Wróżbita odetchnął.
-Mamy jego dane. Teraz potrzebujemy tylko wozu.- powiedziała Nadia. Nagle Aron pstryknął w palce.
-Przypomniałem sobie coś. Wszyscy za mną.- pobiegliśmy za nim do lasu. Ucieszony brunet podbiegł do dziwnie wyglądających krzaków. Odgarnął gałęzie na boki i naszym oczom ukazał się van rodem ze „Scooby Doo”
-Czyli przez cały czas twój wóz stał sobie w tym miejscu i na ciebie czekał ,a ty nam o tym nie raczyłeś wspomnieć?!- złapałam go za gardło i przycisnęłam do drzewa.
-Przecież mówię, że o nim zapomniałem.- tłumaczył się. Rozluźniałam uścisk na jego krtani.
-Dobrze, że nie zapomniałeś jak się oddycha.- burknęłam. Puściłam go. Weszliśmy do samochodu. Wydawał się znacznie większy niż się spodziewałam. Była tu mała łazieneczka cztery łóżka stolik, mikrofalówka, czajnik oraz przeterminowane konserwy. Łowca usiadał za kierownicą i przekręcił kluczyk. Nic. Co za nowość. Kolejne auto nas szczerze nienawidzi.
-Naprawienie go trochę zajmie.- oznajmił Feliks.
-Trochę, czyli ile?- spytałam.
-Z pół dnia- oznajmił.-Długo był nieużywany.
-Dobra, masz te pół dnia.- oznajmiła królowa. Płomień kiwnął głową i zabrał się za wskrzeszanie wraka. Wszyscy, oprócz nauczyciela poszli spać.
***
Juki coś ostatnio się stara. Dziś narysowała dla was Arona <3
 

sobota, 13 lutego 2016

Rozdzaił XLIV



Kaja
W obecności tego chłopaka czułam się bardzo nieswojo. Biła od niego przedziwna aura. Kilkanaście razy mocniejsza niż u innych ludzi. Z kamienną twarzą lustrował nas od głów do stóp. W końcu prychnął.
-To twoja nowa drużyna? Żenada. Wzięłaś nawet własnego brata.- jego śmiech rozniósł się echem po jaskini. Dźwięk ten wywołał we mnie niepokój i chęć natychmiastowej ucieczki, ale nogi miałam jak z waty, a wołania o pomoc ugrzęzły w gardle.
-Lucyferze, zmieniłeś się. Dlaczego?- jego moc nie robiła wrażenia tylko na Elizie.
-Przykro, że cie rozczarowałem, ale już nie jestem tym samym chłopczykiem, z którym bawiłaś się w dzieciństwie. Już cie nie kocham.
-Chciałam bym z tobą porozmawiać…
-Już to robimy.- odparł.- Ale skoro nie odpowiada ci taka sceneria, to możemy się przenieść to mojej komnaty.- gwizdnął przeciągliwie. Za niecałą sekundę zjawiły się lisy. Jedne całkiem malutkie i nieszkodliwe, inne z kolei wielkości roweru górskiego. Jedne z nich podbiegł do śpiącej Nadii i ułożył ją sobie na grzbiecie. Kilka zwierzątek porwało nas z miejsca. Do mnie podszedł piękny, czarny lis. Jak tylko usiadłam na jego plecach, natychmiast zerwał się do biegu. Musiałam bardzo mocno się trzymać, aby z niego nie spać, ale mogłam użyć do tego tylko jednej ręki, ponieważ drugą zasłaniałam twarz przed uderzającymi w nią gałęziami. Nareszcie ten masakryczny rajd dobiegł końca. Czy tu rosną kaktusy? Chyba jeden z nich wbił mi się w łydkę. Stanęliśmy tuż przed kotarą z pędów zasłaniających wejście do jeszcze innej jaskini. Ta była dwa razy większa. Gdy poniosłam głowę do góry, zobaczyłam chmury! Ale nie takie normalne jak codziennie widzimy na niebie, tylko te przemieszczały się pod sklepieniem pieczary. Przed nami widniała ścieżka. O obu jej stronach rosły staranie przystrzyżone krzewy i drzewa. Dojrzewały na nich owoce, których nigdy przedtem nie widziałam. Przypominały porzeczki, poziomki oraz borówki, ale gdy przechyliłam głowę w bok to raczej są podobne do wiśni. Mniejsza o to. Przed nami stał gigantyczny tron z białego kamienia. Otaczała go dziwna mgła. Na nim siedział Lucyfer.
-O czym tak bardzo chciałaś ze mną porozmawiać, że fatygowałaś się tutaj przez pół kraju? Jestem ciekaw, co może być aż tak ważne.- królowa zacisnęła zęby.
-Wiem, że nie jesteś Lucyferem. – chłopak siedzący na tronie poruszył się zaniepokojony.
-Jak długo i dużo o mnie wiesz?- spytał. Dziewczyna prawie przez łzy kontynuowała.
-Czy mogłabyś nas nie lekceważyć i w końcu się pokazać?- czemu nagle zaczęła nazywać jego ją? Powietrze wokół postaci zawirowało. Naszym oczom ukazała się niesamowicie piękna kobieta. Jej rysy był nieziemskie. Suknia jakby utkana z mgły ciasno przylegała do jej ciała. Krótki rękawek leniwe opadał na smukłe ramiona, a włosy miała niewiele dłuższe od moich.
-Zadowolona?- jej sarkastyczny ton jeszcze bardziej utwierdził nas w przekonaniu, że nie warto się odzywać.
-Bardzo.
-Przywitaj mnie jak należy królowo mojego kraju!- zawołała wstając z miejsca.
-Witaj pani stworzycielko, żywiole najmilszy, duszo czysta, władczyni sprawiedliwa, przyjmij i wysłuchaj mnie, swe dziecię zbłąkane. – czyżby to była Powietrze we własnej osobie?!
-Może być. Mów czego chcesz.- ponownie zasiadła na tronie.
-Potrzebujemy twojej pomocy. Niezbędna jest nam twoją część księgi.- kobieta zaczęła się głośno śmiać.
-Chcesz ją ponownie? Znowu masz zamiar ryzykować życiem któregoś z tych dzieci? Przecież wiesz jak się to skończyło. Wyznaczony chłopak nie zdołał unieść brzemienia, jakie na niego nałożyłaś.- dodała z politowaniem. –Oczywiście, że popieram waszą akcję, jest szlachetna i tak dalej, ale nie sądzę, żebym była wstanie wam pomóc. Przez ciebie utkwiłam w ciele tego chłopka na kilka dobrych lat.
-Zaczekaj, może wysłuchasz co mam cie do zaoferowania tym razem?
-Doskonale wiem, ze chodzi o tę małą.- wskazała na mnie palcem. – Nic specjalnego. Jest za słaba. Nie poradzi sobie.
-Nie skreślaj jej od razu. Jest świetni wytrenowana, ponieważ pracowała jako zabójczyni. Straciła większość przyjaciół, więc psychicznie też jest odporna.-  żywioł pojawił się koło mnie. Dotknęła mojej twarzy.
-Śliczna.- powiedziała. Oglądnęła mnie z każdej strony. Czułam się jak wielki kawał mięsa zawieszony w wędzarni. Ona była wybredną klientką. – Faktycznie ma świetne warunki fizyczne i psychiczne ale dalej się waham…
-Ma zdolności wrodzone.- Beth kuła żelazo póki gorące.
-Jakie zdolność?- oczy bogini rozbłysły.
-Potrafi stworzyć coś z niczego.
-Niespotykane.- właśnie zostałam pochwalona prze żywioł.
-Oraz jest jedną z podopiecznych twojego najmłodszego brata.
-To jego przedstawiciele jeszcze nie wyginęli?- zdziwiła się. – W ogóle nie czuję na was  jego śladu.- zbliżyła się nieco do mnie. Poczułam jej oddech na swojej twarzy.
-Kochan nie sadzisz, że pomaganie im nie ma sensu. Nie lepiej byłoby się poddać i stać się moją pomocniczką?
-Grasz nie fair!- krzyk przywódczyni obudził Nadię.
-Zamknij się! Na czym skoczyłam? A już wiem. – moje struny głosowe rozluźniły się i nareszcie mogłam mówić. – uczyniłabym cię potężną, nieśmiertelną, przywróciłabym twoich bliskich do życia, a  żywym zagwarantowała bezpieczeństwo po wieki. Przyjmujesz moją ofertę? Prosty układ, ty mówisz tak i spełniam to co obiecałam. – przed oczami stanęli mi moi bracia, Eneasz oraz Ponury ale ostatnie wspomnienie wywołało u mnie łzy. Byli to moi rodzice. Roześmiani i weseli prowadzili małego Chrisa za rączki. Pomagali mu przeskakiwać kałuże. Już miałam się zgodzić na warunki postawione przez boginię, ale zobaczyłam jak mój brat wpada do wody i zaczyna płakać. Mama wzięła go na ręce i przytuliła do serca mówiąc.
-W życiu spotka cię wiele upadków, ponieważ będziesz słaby. Nie ważne ile razy upadniesz, ile razy dasz się namówić do złego. Ważne jest to, ile razy wstaniesz i będziesz walczyć o swoje racje, w imieniu tego, co bliskie twojemu sercu, a staniesz się naprawdę silny. – wzięłam głęboki oddech.
-Kocham cię mamo.- wyszeptałam.
-Co powiedziałaś?
-Odmawiam.- mój stanowczy to wywołał uśmiech na jej twarzy.
- W takim razie chcesz walczyć o moją Księgę?-
-Zgadza się.- potwierdziłam. Z sekundy na sekundę coraz mniej się jej bałam.
-W takim razie wysłuchaj dokładnie tego, co mam ci do powiedzenia, ponieważ nie będę się powtarzać. Jakiś czas temu zmarł mój ukochany syn. Bardzo za nim tęsknię i nie potrafię pogodzić się z jego odejściem.
-To dlaczego go nie ożywisz?
-Ponieważ, istnieje żelazna zasada, że nie możemy przywracać do życia drogich nam osób. Wiem, że byliście w mieście przeze mnie stworzonym i utrzymywanym. Strzegły go dwa demon, które zabiliście. Skutkiem tego czynu było zniszczenie miejsca zamieszkania mojego synka. Jako, że warunkiem do pozytywnego rozpatrzenia prośby o księgę, jest między innymi znalezienie przedmiotu wyznaczonego przez żywioł, to ja, Powietrze nakazuje ci przynieść pozytywkę mojego dziecka.
-Pozytywkę?- mocno się zdziwiłam.
-Tak, żeby grała mi melodie przypominającą jego dzieciństwo. Aby misja była ważna musisz mi oddać swoje moce dopóki nie wykonasz zadania.
-Co?! –krzyknęłam.
-Czyli się nie zgadzasz?- na ustach kobiety pojawił się triumfalny uśmiech.
-Nie.- oznajmiłam. Białowłosa zrobiła coś czego się nie spodziewałam. Pocałowała mnie! Poczułam osłabienie. Osunęłam się na kolana. Zboczyłam jak z moich ust wydostaje się mgła i przyłącza się do sukni bogini. Czułam się okropnie. Leżałam na ziemi. Odnoszę wrażenie jakbym straciła kawałek siebie bezpowrotnie.
-Odzyskasz moc, gdy przyniesiesz mi pozytywkę.- zaśmiała się. Ledwo udało  mi się wstać. Nogi mi się trzęsły, a żołądek kilka razy wywrócił do góry dnem.
-Ile mam czasu?- wyjąkałam.
-Dobrze, że pytasz.- policzyła coś na palcach. –Dam ci miesiąc.
-Tyle?!
-Chcesz może być tydzień. Dla mnie nie ma problemu.
-Nie, wolę miesiąc!
-W takim razie wiecie gdzie jest wyjście.
***
W końcu znaleźliśmy się na zewnątrz. Jak miło odetchnąć świeżym powietrzem. Czuję się dziwnie. Świat stał się cichszy. Tak pewnie słyszy przeciętny człowiek. Przed wejściem do pieczary czekał na nas Naito. Spał. Przy jego boku wiernie czuwał Puszek. Co on by zrobił bez tego wilka?
-Jestem z ciebie dumna. Mimo wszystko zachowałaś zimną krew.- słowa blondynki był jak balsam na skołatane nerwy.
-Ale teraz zostałam bez mocy.
-Masz nas.- Nadia poklepała mnie po ramieniu.- Zawsze ci pomożemy.
-Dziękuję.
-To co dalej robimy ze swoim życiem?- Kaspian doskonale wie jak spieszyć miłe chwile.
-Wracamy do miast w celu odnalezienia jakichkolwiek wskazówek o synu Powietrza. Miejmy nadzieję, że jakieś zostały. Naito! Wstawaj!- chłopak przeciągnął się leniwie. Podziwiam go. On potrafi zasnąć w każdym miejscu. Nie przeszkadza mu nawet śnieg, który spadł podczas naczepo pobytu na dywaniku bogini.
-Nareszcie was znalazłem!- uśmiechnął się szeroko.- Gdyby nie Puszek, nie dokonałbym tego.
-Gdyby nie Puszek, to byś do kilbla nie trafił.- komentarz Kaspian wywołał salwy śmiechu.
-Co robiliście w tej jaskini?- spytał. Wytłumaczyliśmy mu całą historię. On podrapał się w głowę. – Zostawić was na chwilę, a wy już narażacie się tej babie.- skrzywił się.- Ale nie mamy wyjścia i musimy się dostosować. Tylko jest problem z transportem.
-Do miasta dojedziemy na piechotę, później będziemy się martwić.- stwierdził Feliks.
-W takim razie w drogę!- zawołałam. Wszyscy użyli przyspieszenia. Zostałam sama. Poczułam się tak bardzo potrzebna. Dopiero teraz rozumiem o co chodziło Nadii, kiedy straciła swoje moce. Na szczęście Puszek po mnie wrócił i zabrał mnie ze sobą na swoim puchatym grzbiecie.

sobota, 6 lutego 2016

Rozdział XLIII



Nadia
Spojrzałam na Elizę. Wydawała się całkiem poważna. Nie mogłam zastanawiać się w nieskończoność. Chwyciłam jej dłoń.
-Zamknij oczy.- świat jak zawsze zawirowała. Ponownie znalazłam się w świecie tkaczy.
-Więc tak wygląda to miejsce.- nastolatka dokładnie lustrowała otaczającą ją przestrzeń. Podeszła do drzewa. Dotknęła jego kory i wyciągnęła rękę w celu zerwania liścia. Gałąź odchyliła się, odmawiać jakiejkolwiek współpracy.
-Co to ma być?!- krzyknęła. Przez pięć minut usiłowała doskoczyć do pędów. Ja przez ten czas usiłowałam znaleźć odpowiednią drogę. Żadna nie wydawała mi się odpowiednia. Jedna była całkowicie zarośnięta pędami jakieś rośliny z cierniami wielkość sztyletów. Druga z kolei wyglądała aż za dobrze i bezpiecznie. Po obu jej stronach rosły krzewy różane z pięknymi, dorodnymi kwiatami. Zrezygnowana podeszłam do dębu. Gałąź natychmiast zniżyła się i oderwałam od niej listek. Blondynka prychnęła.
-Też tak umiem.- skrzyżowała ręce na piersiach.
-Długo nad tym myślałam, ale nie mam pojęcia którędy iść.
-Ale ja wiem.- mówiąc to wskazała na porośniętą sztyletami ścieżkę.
-Wspaniale, mogłam się tego spodziewać.- schowałam liść w kieszeni i ruszyłyśmy wskazaną dróżką. Podróż jak zwykle nie należała do najprzyjemniejszych. Kolce z każdym krokiem coraz głębiej wpijały się w nasze ciała. Ból był nie do opisania. Krew spływała mi po rękach i nogach. Nawet z czoła co utrudniało widzenie, ale mimo to parłyśmy do przodu. Po niesamowicie wyczerpującym marszu, mogłyśmy odetchnąć. Krwawy korytarz został za nami.
-To było straszne. Ty musisz to przechodzić za każdym razem?- spytała z litością w głosie.
-Nie, każdy przypadek jest inny. Nigdy nie wiem czego mogę się spodziewać, ale jak na razie, ten był zdecydowanie najgorszy.
-Nie rozczulajmy się nad sobą. Musimy iść dalej.- uśmiechnęła się.
-Tak masz rację.- kilka kroków dalej, znalazłyśmy się na rozdrożu.
-Nadia, i co teraz?
-Nie wiem.- to taki pierwszy przypadek, gdy podczas jednej drogi muszę wybierać inną.
-Patrz! Widzisz te ślady?- wskazała na ziemię. Faktycznie połyskiwały tam czerwone odciski nagich stup. –Wydaje się, że to nasza wskazówka. Nie traćmy czasu!- i puściła się galopem w nieznane. Musiałam się wiele natrudzić, żeby ją dogonić. Nieoczekiwanie trakt skończył się, a przed nami rozpościerała się pustka.
-Ten świat robi sobie z nas żarty prawda?- spytała poirytowana. Nie odpowiedziałam. Moją uwagę przykuł ślad, którego połowa magicznie zniknęła.
-Spójrz!- krzyknęłam. Nastolatka natychmiast wykonała moje polecenie.
-Wiesz co to oznacza?- spytała.
-Tam coś musi być.- stwierdziłam i skoczyłam w nicość.
*
Poczułam się jak po drugiej stornie zwierciadła. Przez przeźroczystą błonę wydziałam Elizę, przymierzającą się do skoku. Obróciłam się. Zakryłam dłonią usta. Przede mną, przykuty do ściany wisiał nieprzytomny Aron. Jego ciało w kilku miejscach zostało przykręcone grubymi śrutami do kamienia. Na sobie nie miał prawie nic, ale jego ciało różniło się od tego, które muszę uleczyć. Było całkowicie zdrowe. Jego twarz była piękna. Kręcone, ciemne włosy kaskadą spływały na ramiona. Tak musiał wyglądać przed nałożeniem na niego zaklęcia.
-Tu się schował.- liderka pojawiła się tuż obok mnie.- Trzeba przyznać, że całkiem przystojny z niego facet. – zatarła dłonie.- Biorę się do roboty.- wyjęła z kieszeni kawałek białej kredy i narysowała okrąg. Podzieliła go na kilka części. W środku narysowała mniejszy. Na krawędziach większego nabazgrała przemiennie to gwiazdę, to półksiężyc. Wykreśliła jeszcze jakieś łuki i kąty. W końcu wstała.
-Gotowe.- oznajmiła wycierając dłonie z kredy w poszarpane spodnie. –Teraz trzeba go tylko ściągnąć.- podeszła do chłopaka. Wyciągnęła dwa palce przed siebie,( które z niewiadomych przyczyn rozbłysły na zielono) i stuknęła nimi w jeden ze śrutów. Ten rozjarzył się go czerwoności i zniknął.
-Jak to zrobiłaś?- spytałam.
-Nie tylko w macie fajne umiejętności. Co prawa ja swoje wykształciłam, a nie się z nimi urodziłam, ale też są przydatne. To światło to kawałek mojej duszy. Normalnie jej nie widać, ale tutaj raczej takie rzeczy są na porządku dziennym. Podejdź i podtrzymaj go.- złapałam chłopka za ramiona. Czerwonooka pozbyła się ostatniego gwoździa i  razem z Aronem runęliśmy na posadzkę. Przywódczyni zaczęła się śmiać. Chwyciła go za nogi i przeciągnęła do okręgu. Sama wyszła z poza jego granic. Usiadła na podłodze tuż przed kręgiem i zaczęła coś nucić. Po chwili przymknęła oczy. W niektórych miejscach rysunku poczęły się ukazywać zielone rozbłyski energii. Dusza Arona nie pozostawała obojętna na tę akcję. Natychmiast wystrzelił z niej słup czerwonego światła. Zielone promyczki utworzyły jakby szkielet kopuły, która z każdą sekundą coraz bardziej się zasklepiała. Gdy zabieg ten się skończył, pokrywa stawała się coraz mniejsza i węższa, co zmusiło szkarłatne światło do powolnej kapitulacji. Szmaragdowe powłoka całkowicie zniwelowała karminowe światło i wsiąkał w skórę chłopka. Pomyślałam, że to koniec i wstałam. Nagle, nastolatek zaczął się trząść i fioletowa fala energii z jego ciała powaliła mnie na ziemię. Wstałam trzymając się za bolącą głowę. Było mi również trochę niedobrze. Brunet otworzył oczy i powoli się podniósł. Eliza nie wyglądała za dobrze. Pod jej oczami pojawiły się sińce, a z kącika ust sączyła się stróżka krwi, którą pospiesznie otarła rękawem.
-Dlaczego tu jesteście?- chłopak jeszcze nie doszedł do siebie. Było to słychać w jego głosie. Podeszłam do blondynki i przerzuciłam sobie jej rękę przez moje ramię. Nie była pewna czy ustoi o własnych siłach.
-W końcu jesteś wolny.- pierwszy raz widziałam na jej ustach prawdziwy uśmiech.
-Mówisz na poważnie?- spytał.
-Tak. Elizabeth bardzo ci pomogła. Teraz decyzja należy do ciebie. Chcesz żyć i wrócić z nami, czym może umrzeć, aby uzyskać zasłużony odpoczynek? Wybór należy do ciebie. – żółtooki krótko się wahał.
-Co mam zrobić, żeby z wami wrócić.- uśmiechnęłam się. Jestem zadowolona z jego decyzji. Zdążyłam go polubić i szkoda byłoby mi go grzebać. Nie jestem w nastroju na wyprawienie pogrzebu. Sięgnęłam go kieszeni i wyjęłam z niego liść. W mojej dłoni zmienił się w pył. Zdmuchnęłam go na Arona.
-Do zobaczenia.- pożegnał się.
-My też już wracajmy.- powiedziałam.
Kaja
Ile można na nie czekać? Cały czas są nieprzytomna, a Aron gada przez sen o jakiejś Wielkiej Stopie. Może ma koszar, którego akacja toczy się w obuwniczym? Na rękach Nadii i Beth zauważyłam powierzchowny rany, a w ich bluzkach pojawiły się malutkie dziurki. Dziwne. Nie mam innego wyjścia jak czekać.
*
Trochę się zdrzemnęłam. Gdy tylko się przebudziłam rzuciłam okiem na przyjaciółki. Nadia miała się całkiem dobrze, ale z ust Elizy zaczęła sączyć się krew.
-Chłopki!- zawołałam. –Nie, już nic!- stwierdziłam, że nie będę ich dodatkowo stresować i szybko otarłam wargi królowej.
-Co jest?- przestraszony Kaspian przybiegł jako pierwszy.
- Przecież powiedziałam, że nic. Tylko sprawdzałam waszą reakcję. Jest całkiem niezła.- uśmiechnęłam się. Chłopak mruknął coś do siebie i poszedł. Płomień próbował pochwycić mojej spojrzenie, ale nie pozwoliłam na to. W końcu odpuścił i wrócił do Arona.
*
-Hej ludzie! Aron się budzi! – głos Feliksa wyrwał mnie z zamyślenia. Natychmiast znaleźliśmy się przy chłopaku. Dojście do siebie zajęło mu dłuższą chwilę. Kiedy nieco się uspokoiliśmy, zauważyłam, że dziewczyny nadal śpią. Mój żołądek przewrócił się do góry nogami. Przybliżyłam się do żółtookiego.
-Aronie, czy nie chciałbyś nam o czymś powiedzieć?- popatrzył na mnie zdziwionym spojrzeniem.
-Coś konkretnego masz na myśli?- spytał.
-Dlaczego Nadia i Eliza się jeszcze nie obudziły?
Nadia
Napotkałyśmy małą komplikację. Łatwo było tu wejść, ale okazało się, ze trochę gorzej z wyjściem. Błona mętniała z każdą chwilą. Światła było coraz mniej. Nie mówiąc już o powietrzu, chociaż nie jestem pewna czy dusze go potrzebują.
-I co teraz zrobimy?- na wpół przytomna Eliza siedziała oparta placami o skałę. Wytężyłam swoje zwoje mózgowe i wpadłam na pewni pomysł.
-Na końcu każdej z tego typu dróg znajduje się właśnie taka komnata, do której trafia dusza. Nie sądzę, żeby zostawała tu na zawsze. Stąd musi być jakieś wyjście. Naszym zadaniem jest jego znalezienie.
-To bieżmy się do pracy.- jej słaby głos mnie przeraża.
-Ty sobie odpocznij.- zaczęłam przetrząsać jaskinię w poszukiwaniu jakiejkolwiek dziury, włazu czy mechanizmu. Wszędzie były głazy.
*
Zmęczona usiadłam obok królowej. Gdy to zrobiłam, poczułam jak kamień, na którym przysiadłam, obniża się i zapada.
-Eliza! Załap mnie za rękę!
-Co?
-ZŁAP MNIE ZA RĘKĘ!- gdy to zrobiła świat znajomo zawirował. Pierwszy raz szczerze ucieszyłam się na to uczucie.
*
Obudziłam się w pięknej grocie. Dobiegł mnie znajomy głos Arona. Poderwałam się z posłania i pobiegłam się z nim przywitać. Zobaczyłam nachylającą się nad nim Kaję. Miała minę, jakby chciała go zabić. Położyłam jej dłoń na ramieniu. Obróciła się. Wyglądał na zaskoczoną ale szczęśliwą.
-Nadia! Obudziłaś się!- przytuliła mnie. Usłyszałam znajomy odgłos pękających kości.
-Tak, tak wszystko ze mną w porządku, a u ciebie Aronie?- odsunęłam przyjaciółkę na bok i podeszłam do łowcy.
-Szczerze mówiąc, dopiero teraz… odczuwam skutki mojego postępowania. Cały ból …wrócił ze zdwojoną siłą. Ledwo mówię,… przez ten poparzony przełyk.- co parę słów przełykał ślinę, nawet ta prosta czynność była dla niego wyzwaniem.
-W takim razie nic nie mów. Ja zabiorę się do pracy.- ze zwoja wyciągałam najpotrzebniejsze rzeczy. Skalpel, waciki, bandaże, jałowe opatrunki. Najpierw złożyłam jego czaszkę do kup.  Nie wiem jak to możliwe, ale jego mózg praktycznie nie ucierpiał. Rekonstrukcja żuchwy i zębów zajęła mi parę dobrych minut, ale i ona skoczyła się sukcesem. Poparzony przełyk stanowił większe wyzwanie. Po jakimś czasie swobodnie rozmawialiśmy. Najwięcej wysiłku włożyłam w poskładanie wszystkich kości oraz rozplątaniu nerwów. Mięśnie również odmówiły współpracy. Przywrócenie właściwej pracy tego aparatu trwało trzy godziny. Naprawiłam także płuca, wątrobę, serce, żołądek. Ostatecznie zajęłam się sprawami kosmetycznymi. Przyspieszyłam porost włosów, naprawiłam mu paznokcie oraz zadbałam o to, aby pozostało mu jak najmniejsza liczba blizn. Gdy skoczyłam, nie miałam siły na podziwianie mojego dzieła. Walnęłam się na łóżko i tyle mnie widziano.
Kaja
Nadia wykonała kawał dobrej roboty. W Aronie mogła się zakochać nie jedna dziewczyna. Chłopakowi chyba też podobał się jego wygląd. Od kilku minut nie robi nic innego niż przeglądanie się w lusterku.
-Nie wiem jak mogę się wam odwdzięczyć.- to zdanie wypowiedział zaraz po odłożeniu zwierciadełka.
-Spłacisz ten dług, kiedy przyjdzie na to pora.- odparła Eliza. Nagle napięła się jak struna.- Ktoś idzie.- natychmiast spojrzeliśmy za siebie. Za nami pojawił się chłopak o białych włosach i dziwnych oczach. Jedno było niebieskie, a drugie zielone. Przyglądał się nam ważnie. Podrapał się w głowę.
-Chyba nikogo nie zapraszałem do mojej jaskini.
-Lucyfer!- Eliza podskoczyła i wycelowała palcem w przybysza.
-O Is… Elizabeth dawno się nie widzieliśmy. -na jego wargach pojawił się przebiegły uśmiech. Coś mi się wydaje, że on nie jest po naszej stronie. 

***
Witajcie, tu Soraja. Mam dla was rysunek od Juki. Chciałaby serdecznie podziękować Magdzie i Wiktorii za komentowania. Dzięki wam mam motywację do pracy :*. Mam nadzieję, że mogę liczyć również na resztę :) tym czasem pieczęć Krwawego Omenu: