Translate

sobota, 13 lutego 2016

Rozdzaił XLIV



Kaja
W obecności tego chłopaka czułam się bardzo nieswojo. Biła od niego przedziwna aura. Kilkanaście razy mocniejsza niż u innych ludzi. Z kamienną twarzą lustrował nas od głów do stóp. W końcu prychnął.
-To twoja nowa drużyna? Żenada. Wzięłaś nawet własnego brata.- jego śmiech rozniósł się echem po jaskini. Dźwięk ten wywołał we mnie niepokój i chęć natychmiastowej ucieczki, ale nogi miałam jak z waty, a wołania o pomoc ugrzęzły w gardle.
-Lucyferze, zmieniłeś się. Dlaczego?- jego moc nie robiła wrażenia tylko na Elizie.
-Przykro, że cie rozczarowałem, ale już nie jestem tym samym chłopczykiem, z którym bawiłaś się w dzieciństwie. Już cie nie kocham.
-Chciałam bym z tobą porozmawiać…
-Już to robimy.- odparł.- Ale skoro nie odpowiada ci taka sceneria, to możemy się przenieść to mojej komnaty.- gwizdnął przeciągliwie. Za niecałą sekundę zjawiły się lisy. Jedne całkiem malutkie i nieszkodliwe, inne z kolei wielkości roweru górskiego. Jedne z nich podbiegł do śpiącej Nadii i ułożył ją sobie na grzbiecie. Kilka zwierzątek porwało nas z miejsca. Do mnie podszedł piękny, czarny lis. Jak tylko usiadłam na jego plecach, natychmiast zerwał się do biegu. Musiałam bardzo mocno się trzymać, aby z niego nie spać, ale mogłam użyć do tego tylko jednej ręki, ponieważ drugą zasłaniałam twarz przed uderzającymi w nią gałęziami. Nareszcie ten masakryczny rajd dobiegł końca. Czy tu rosną kaktusy? Chyba jeden z nich wbił mi się w łydkę. Stanęliśmy tuż przed kotarą z pędów zasłaniających wejście do jeszcze innej jaskini. Ta była dwa razy większa. Gdy poniosłam głowę do góry, zobaczyłam chmury! Ale nie takie normalne jak codziennie widzimy na niebie, tylko te przemieszczały się pod sklepieniem pieczary. Przed nami widniała ścieżka. O obu jej stronach rosły staranie przystrzyżone krzewy i drzewa. Dojrzewały na nich owoce, których nigdy przedtem nie widziałam. Przypominały porzeczki, poziomki oraz borówki, ale gdy przechyliłam głowę w bok to raczej są podobne do wiśni. Mniejsza o to. Przed nami stał gigantyczny tron z białego kamienia. Otaczała go dziwna mgła. Na nim siedział Lucyfer.
-O czym tak bardzo chciałaś ze mną porozmawiać, że fatygowałaś się tutaj przez pół kraju? Jestem ciekaw, co może być aż tak ważne.- królowa zacisnęła zęby.
-Wiem, że nie jesteś Lucyferem. – chłopak siedzący na tronie poruszył się zaniepokojony.
-Jak długo i dużo o mnie wiesz?- spytał. Dziewczyna prawie przez łzy kontynuowała.
-Czy mogłabyś nas nie lekceważyć i w końcu się pokazać?- czemu nagle zaczęła nazywać jego ją? Powietrze wokół postaci zawirowało. Naszym oczom ukazała się niesamowicie piękna kobieta. Jej rysy był nieziemskie. Suknia jakby utkana z mgły ciasno przylegała do jej ciała. Krótki rękawek leniwe opadał na smukłe ramiona, a włosy miała niewiele dłuższe od moich.
-Zadowolona?- jej sarkastyczny ton jeszcze bardziej utwierdził nas w przekonaniu, że nie warto się odzywać.
-Bardzo.
-Przywitaj mnie jak należy królowo mojego kraju!- zawołała wstając z miejsca.
-Witaj pani stworzycielko, żywiole najmilszy, duszo czysta, władczyni sprawiedliwa, przyjmij i wysłuchaj mnie, swe dziecię zbłąkane. – czyżby to była Powietrze we własnej osobie?!
-Może być. Mów czego chcesz.- ponownie zasiadła na tronie.
-Potrzebujemy twojej pomocy. Niezbędna jest nam twoją część księgi.- kobieta zaczęła się głośno śmiać.
-Chcesz ją ponownie? Znowu masz zamiar ryzykować życiem któregoś z tych dzieci? Przecież wiesz jak się to skończyło. Wyznaczony chłopak nie zdołał unieść brzemienia, jakie na niego nałożyłaś.- dodała z politowaniem. –Oczywiście, że popieram waszą akcję, jest szlachetna i tak dalej, ale nie sądzę, żebym była wstanie wam pomóc. Przez ciebie utkwiłam w ciele tego chłopka na kilka dobrych lat.
-Zaczekaj, może wysłuchasz co mam cie do zaoferowania tym razem?
-Doskonale wiem, ze chodzi o tę małą.- wskazała na mnie palcem. – Nic specjalnego. Jest za słaba. Nie poradzi sobie.
-Nie skreślaj jej od razu. Jest świetni wytrenowana, ponieważ pracowała jako zabójczyni. Straciła większość przyjaciół, więc psychicznie też jest odporna.-  żywioł pojawił się koło mnie. Dotknęła mojej twarzy.
-Śliczna.- powiedziała. Oglądnęła mnie z każdej strony. Czułam się jak wielki kawał mięsa zawieszony w wędzarni. Ona była wybredną klientką. – Faktycznie ma świetne warunki fizyczne i psychiczne ale dalej się waham…
-Ma zdolności wrodzone.- Beth kuła żelazo póki gorące.
-Jakie zdolność?- oczy bogini rozbłysły.
-Potrafi stworzyć coś z niczego.
-Niespotykane.- właśnie zostałam pochwalona prze żywioł.
-Oraz jest jedną z podopiecznych twojego najmłodszego brata.
-To jego przedstawiciele jeszcze nie wyginęli?- zdziwiła się. – W ogóle nie czuję na was  jego śladu.- zbliżyła się nieco do mnie. Poczułam jej oddech na swojej twarzy.
-Kochan nie sadzisz, że pomaganie im nie ma sensu. Nie lepiej byłoby się poddać i stać się moją pomocniczką?
-Grasz nie fair!- krzyk przywódczyni obudził Nadię.
-Zamknij się! Na czym skoczyłam? A już wiem. – moje struny głosowe rozluźniły się i nareszcie mogłam mówić. – uczyniłabym cię potężną, nieśmiertelną, przywróciłabym twoich bliskich do życia, a  żywym zagwarantowała bezpieczeństwo po wieki. Przyjmujesz moją ofertę? Prosty układ, ty mówisz tak i spełniam to co obiecałam. – przed oczami stanęli mi moi bracia, Eneasz oraz Ponury ale ostatnie wspomnienie wywołało u mnie łzy. Byli to moi rodzice. Roześmiani i weseli prowadzili małego Chrisa za rączki. Pomagali mu przeskakiwać kałuże. Już miałam się zgodzić na warunki postawione przez boginię, ale zobaczyłam jak mój brat wpada do wody i zaczyna płakać. Mama wzięła go na ręce i przytuliła do serca mówiąc.
-W życiu spotka cię wiele upadków, ponieważ będziesz słaby. Nie ważne ile razy upadniesz, ile razy dasz się namówić do złego. Ważne jest to, ile razy wstaniesz i będziesz walczyć o swoje racje, w imieniu tego, co bliskie twojemu sercu, a staniesz się naprawdę silny. – wzięłam głęboki oddech.
-Kocham cię mamo.- wyszeptałam.
-Co powiedziałaś?
-Odmawiam.- mój stanowczy to wywołał uśmiech na jej twarzy.
- W takim razie chcesz walczyć o moją Księgę?-
-Zgadza się.- potwierdziłam. Z sekundy na sekundę coraz mniej się jej bałam.
-W takim razie wysłuchaj dokładnie tego, co mam ci do powiedzenia, ponieważ nie będę się powtarzać. Jakiś czas temu zmarł mój ukochany syn. Bardzo za nim tęsknię i nie potrafię pogodzić się z jego odejściem.
-To dlaczego go nie ożywisz?
-Ponieważ, istnieje żelazna zasada, że nie możemy przywracać do życia drogich nam osób. Wiem, że byliście w mieście przeze mnie stworzonym i utrzymywanym. Strzegły go dwa demon, które zabiliście. Skutkiem tego czynu było zniszczenie miejsca zamieszkania mojego synka. Jako, że warunkiem do pozytywnego rozpatrzenia prośby o księgę, jest między innymi znalezienie przedmiotu wyznaczonego przez żywioł, to ja, Powietrze nakazuje ci przynieść pozytywkę mojego dziecka.
-Pozytywkę?- mocno się zdziwiłam.
-Tak, żeby grała mi melodie przypominającą jego dzieciństwo. Aby misja była ważna musisz mi oddać swoje moce dopóki nie wykonasz zadania.
-Co?! –krzyknęłam.
-Czyli się nie zgadzasz?- na ustach kobiety pojawił się triumfalny uśmiech.
-Nie.- oznajmiłam. Białowłosa zrobiła coś czego się nie spodziewałam. Pocałowała mnie! Poczułam osłabienie. Osunęłam się na kolana. Zboczyłam jak z moich ust wydostaje się mgła i przyłącza się do sukni bogini. Czułam się okropnie. Leżałam na ziemi. Odnoszę wrażenie jakbym straciła kawałek siebie bezpowrotnie.
-Odzyskasz moc, gdy przyniesiesz mi pozytywkę.- zaśmiała się. Ledwo udało  mi się wstać. Nogi mi się trzęsły, a żołądek kilka razy wywrócił do góry dnem.
-Ile mam czasu?- wyjąkałam.
-Dobrze, że pytasz.- policzyła coś na palcach. –Dam ci miesiąc.
-Tyle?!
-Chcesz może być tydzień. Dla mnie nie ma problemu.
-Nie, wolę miesiąc!
-W takim razie wiecie gdzie jest wyjście.
***
W końcu znaleźliśmy się na zewnątrz. Jak miło odetchnąć świeżym powietrzem. Czuję się dziwnie. Świat stał się cichszy. Tak pewnie słyszy przeciętny człowiek. Przed wejściem do pieczary czekał na nas Naito. Spał. Przy jego boku wiernie czuwał Puszek. Co on by zrobił bez tego wilka?
-Jestem z ciebie dumna. Mimo wszystko zachowałaś zimną krew.- słowa blondynki był jak balsam na skołatane nerwy.
-Ale teraz zostałam bez mocy.
-Masz nas.- Nadia poklepała mnie po ramieniu.- Zawsze ci pomożemy.
-Dziękuję.
-To co dalej robimy ze swoim życiem?- Kaspian doskonale wie jak spieszyć miłe chwile.
-Wracamy do miast w celu odnalezienia jakichkolwiek wskazówek o synu Powietrza. Miejmy nadzieję, że jakieś zostały. Naito! Wstawaj!- chłopak przeciągnął się leniwie. Podziwiam go. On potrafi zasnąć w każdym miejscu. Nie przeszkadza mu nawet śnieg, który spadł podczas naczepo pobytu na dywaniku bogini.
-Nareszcie was znalazłem!- uśmiechnął się szeroko.- Gdyby nie Puszek, nie dokonałbym tego.
-Gdyby nie Puszek, to byś do kilbla nie trafił.- komentarz Kaspian wywołał salwy śmiechu.
-Co robiliście w tej jaskini?- spytał. Wytłumaczyliśmy mu całą historię. On podrapał się w głowę. – Zostawić was na chwilę, a wy już narażacie się tej babie.- skrzywił się.- Ale nie mamy wyjścia i musimy się dostosować. Tylko jest problem z transportem.
-Do miasta dojedziemy na piechotę, później będziemy się martwić.- stwierdził Feliks.
-W takim razie w drogę!- zawołałam. Wszyscy użyli przyspieszenia. Zostałam sama. Poczułam się tak bardzo potrzebna. Dopiero teraz rozumiem o co chodziło Nadii, kiedy straciła swoje moce. Na szczęście Puszek po mnie wrócił i zabrał mnie ze sobą na swoim puchatym grzbiecie.

1 komentarz:

Unknown pisze...

Kurde, narazić sie Powietrzu poważna sprawa. Ale co to dla nich, nie z takimi rzeczami sobie radzili :)