Translate

sobota, 5 marca 2016

Rozdził XLVII



Nadia
Spokojnie graliśmy w karty, gdy do przyczepki wszedł Feliks. Chłopak wyglądał tak, jakby miał zaraz zemdleć. Z jego ramienia sterczało coś na kształt ogromnego drzewca. Na rękach trzymał wyjącą z bólu Elizę. Jej noga była w potwornym stanie. Krew kapała na podłogę camera. Naito i Kaspian natychmiast poderwali się z miejsca. Białowłosy złapał w ramiona swoją dziewczynę, a generał podtrzymał konającego Płonienia.
-Kaspian, połóż go na łóżku i obmyj delikatnie wokół rany. Możesz spróbować to usunąć.- skierowałam się do trenera. –Połóż ją na stole. – szybko wykonali moje polecenia. Nie wiedziałam, kogo ratować pierwszego. Wyciągnęłam zwój, a z niego apteczkę. Podałam kucharzowi strzykawkę ze środkiem przeciwbólowym.
-Wstrzyknij jej to. Między czasie oczyść ranę.- rzuciłam mu fiolkę z lekiem. Pobiegłam do Feliksa. Serce mi stanęło. Z jego obojczyka sterczał ogromny pazur. Jemu również podałam morfinę.
-Kaspian, złap mocno go i nie puszczaj, dopóki ci na to nie pozwolę.- brunet chwycił rudzielca za ramiona i skinął na mnie głową. Zacisnęłam dłonie na pazurze. Zaczęłam odliczać.
-Raz, dwa, trzy!- pociągnęłam z całej siły. Poczułam jak ponownie otwiera się rana. Wydarłam paznokieć. Rzuciłam go na podłogę. Feliks starał się nie krzyczeć. Mocno zaciskał zęby. Krew przelewała się litrami. Użyłam jej do regeneracji. Posoka zalśniła. Zaczął się proces zrastania kości. Tego już nie wytrzymał.
-Boli jak cholera!- warknął.
-Nie da się znieczulić kości!- wrzasnęłam. Po złączeniu gnatów, odnowiłam mięśnie, żyły, tkanki. Kiedy wyglądało to w porządku, opatuliłam mu to bandażem.
-Na razie nie ma jako takiego zagrożenia twojego życia.- oznajmiłam.
-Dziękuję.-powiedział. Zostawiłam go pod opieką maga ziemi i wróciłam go królowej. Jej stan jest krytyczny. Krwotok wcale nie chce się zatrzymać. Wzięłam nóż i rozcięłam nim nogawkę spodni dziewczyny. Do samochodu wbiegła uradowana Kaja. W ręce ściskała cel tej podróży- diabelską pozytywkę. Na widok poszkodowanych mina jej zrzedła i szesnastolatka zbladła.
-Aron, przydaj się na coś i zabierz ją na świeże powietrze.
-Nie ma sprawy.
-Feliks, możesz rozmawiać?- spytałam.
-Tak.
-Powiedz co się stało.- walnęłam zakrwawioną nogawką w kąt.
-Rozmawialiśmy z tym całym Adamskim i Elizabeth zapytała się go, czy możemy zobaczyć jego kolekcję. Od razu się zgodził, ale pojawił się problem, gdy chcieliśmy zostać sami. W jego oczach pojawił się strach i żal. Tak jakby wiedział, że idziemy na pewną śmierć, bo po zaledwie minucie tam spędzonej, zaatakował nas ogromny pies. Najpierw zepchnąłem Kaję z toru jego ataku, ale, sam nie wiem czemu, Beth nie uskoczyła i potwór zacisnął szczęki na jej nodze.
-Miała szczęście. Gdyby nie mięśnie, nie byłoby czego ratować, ale i tak jest do bani.- dokładnie oglądnęłam jej kończynę. Tragedia. Wszędzie krew, pogruchotane kości, ścięgna na wierzchu. W jedna rzecz ją uratowała.
-Wiedzę, że maczałeś palce całej tej sprawie.- mag ognia uśmiechnął się blado.- Dzięki tobie całkowicie się nie wykrwawiła.
-Co takiego zrobił?- spytał Nazaja.
-Widzisz tą żyłę, o tutaj?- wskazałam palcem na główną tętnicę. –Przypalił ją.- wyciągnęłam nóż i rozcięłam to miejsce. Ropa rozlała się po całym stole. Dziewczyna straciła przytomność.
-Kochanie? Słońce!- białowłosy cały czas był przy niej i uspokajał ją. Gdy ta zemdlała, popłakał się. –Błagam cie nie umieraj! Nie możesz mnie zostawić samego! Nie znowu! Nie teraz!- popatrzył się na mnie.- Ratują ją!- nigdy nie wiedziałam go tak wściekłego i zrozpaczonego. Jego maska opadał. Stałam przed załamanym, młodym człowiekiem, którego ukochana umierała na jego oczach. Do koncertu lamentów, dołączył się jej młodszy brat.
-Zamilczcie obaj! Nie mogę się skupić. Takim zachowaniem jej nie pomagacie!- momentalnie przestali. Odkręciłam butelkę i wylałam wodę na nogę blondynki. Zabieg ten pozwala nie tylko na skuteczne leczenie, ale i skrupulatne przejrzenie całej kończyny. Spostrzegłam spory ubytek w piszczelu. Brakowało połowy kości. Co teraz zrobię nie?! Umiem jej sama wytworzyć.
-Kaspian, potrafisz stworzyć coś na kształt piszczela? Bo ten w nodze Elizy do niczego się już nie nadaje.
-Jak to?!- krzyknął.
-Pies wyżarł jej ten kawałek! Łapiesz? Stwórz taki!
-Nie mam z czego.- zaczęłam intensywnie myśleć nad rozwiązaniem. Grzebiąc z ranach natrafiłam na coś podobnego do zębów potwora. Wyjęłam wszystkie. Ilość w sam raz na wykreowanie zastępczej części szkieletu.
-Masz.- podałam mu uzębienie gada, które postawił po sobie w łydce czerwonookiej.
-Co to?- zdziwił się.
-Nie interesuj się.- powiedziałam. Mag natychmiast zabrał się do roboty. Po chwili podał mi idealną kostkę. Teraz najtrudniejsza część. Musze usunąć pozostałości starej i zastąpić nową. Ostrożnie podważyłam ją skalpelem i wyciągnęłam na blat. Twarze chłopaków zrobiły się zielone. Szybko włożyłam zamiennik. Odnowiłam wszystkie układy i unieruchomiłam nogę. Zmęczona usiadałam na krześle.
-Możecie to ogarnąć?- poprosiłam. Mountrose od razu poderwał się z miejsca i pościerał krew ze stołu i podłogi. Gdy skoczył, podszedł do mnie i obmył mi dłonie oraz twarz.
-Dziękuję.- uśmiechnęłam się.
- Nie, to ja dziękuję. Po raz kolejny uratowałaś moją siostrę.
-I Feliksa.- zaśmiałam się.
-To też, ale on się nie liczy.- rzucił przyjacielowi zaczepne spojrzenie. Ten od razu walnął go poduszką. Zaczęli sobie dogryzać. Odetchnęłam. Dopiero teraz doszło do mnie, ile błędów mogłam popełnić. Zaczęłam się trząść. Schowałam głowę między kolanami i policzyłam do dziesięciu, oddychając bardzo głęboko. Z każdym wdechem powtarzałam sobie, ze już po wszystkim. Gdy odzyskałam równowagę, wyszłam na dwór zobaczyć co z Kają.
Kaja
Siedziałam przed ogniskiem rozpalonym przez Arona i obserwowałam tańczące płonienie. Na zewnątrz panował półmrok. Siedzieliśmy w ciszy. Chłopak co jakiś czas dorzucał trochę gałęzi do ognia. Przy sercu trzymałam szkatułkę. Skarb, po który się wybraliśmy. Skarb, za który bliskie mi osoby były gotowe oddać życie. A co jeżeli teraz wrzuciłabym go do ogniska? Zacisnęłam palce na pozytywce i  powolutku zaczęłam wyciągać dłoń w kierunku płomieni. Nagle łowca złapał mnie za nadgarstek.
-Co robisz?- spytał spokojnie.
-Nie chce tego.- odpowiedziałam. Poczułam się jak ja sprzed dwóch lat. Samotna, niechciana, porzucona. –Przez ten przedmiot moi przyjaciele walczą o życie.- zapanowała cisza. Różniła się od tej przed pięcioma minutami. Brunet ważył każde słowo. Pewnie myśli, że zwariowałam i obmyśla sposób jak w miarę bezpiecznie i szybko mnie obezwładnić.
-Nie raz byłem na twoim miejscu, tylko, że twoi przyjaciele się z tego wyliżą, bo mają fachową pomoc. Nie masz się czym martwić, a ryzyko, które wspólnie podjęliście jest warte swojej ceny.- uśmiechnął się. Ma rację. Sama nie raz byłam na misji, z której połowa moich współpracowników nie wracała. Ale to było coś zupełnie innego.
-Nie wybaczyłabym sobie, gdyby któreś z nich zmarło przeze mnie.- cofnęłam rękę.- Powietrze na pewno nie pchałaby nas na pewną śmierć, gdyby nie było takiej potrzeby. Coś musimy być na rzeczy z tą pozytywką.- obejrzałam ją dokładnie z każdej strony. W końcu ją otwarłam. Słodka muzyka przypomniała mi dzieciństwo. Jedno ze zdobień wyglądało trochę podejrzanie. Położyłam na nim palec i delikatnie nacisnęłam. Mechanizm zgrzytnął i dół pudełeczka rozwarł się. Coś z niej wyleciało. To zwitek pergaminu! I na dodatek turla się w stronę ogniska! Niespodziewanie ktoś delikatnie go nadepnął. To Nadia! Poderwałam się z miejsca.
-I jak się czują?!- zawołałam przejęta.
-Żyją, raczej nic im nie będzie. – przeniosła wzrok na rulon.-Co to?
-Sami nie wiemy.- odparł Aron.
-To sprawdźmy!- dziewczyna ochoczo podniosła śmietek. Ostrożnie rozwinęła go i zaczęła czytać.
Jeżeli czytasz tę wiadomość, to znaczy, że ja już nie żyję. Zabili mnie ludzie nazywający siebie Ruchem Sprawiedliwych. Skoro masz tę szkatułkę, to zapewne przejąłeś moją rolę jako najsilniejszego maga powietrza. Zadanie, którego się podjąłeś nie będzie łatwe. Gratuluje, odnalazłeś przedmiot należący do żywiołu. Teraz czas na klucz i oczywiście księgę, którą skrzętnie ukryłem zanim zdążyli mnie zabić. Oto dwa słowa, mające doprowadzić cię do klucza. Tik tak. Powodzenia!
-Eryk ułatwił nam sprawę. Wiem, że był szybszy od Ruchu Sprawiedliwych, ale mylił sie co do osoby odnajdującej tę widomość.
-Czemu, przecież jak bogini się z mną połączy to będę najsilniejsza.
-Zauważ, jak dawno on to pisał. Pomyśl, ile osób próbowało przed tobą. Zapewne dobrze znał chłopaka, który miał przejąć jego stanowisko. „Tik tak” to na pewno zegar, ale nie wiem jaki i gdzie. Tylko oni dwaj to wiedzieli. – niebieskowłosa westchnęła.
-Czyli musimy wrócić do tej wrednej baby i spytać czy przepadkiem czegoś nie wie na ten temat?- żółtooki skrzywił się.
-Tak, albo znowu, na własną rękę, będziemy przeczesywać gruzy starego miasta.
-Wybieram opcję numer dwa.- odparłam natychmiast.
-Chodźcie, trzeba poinformować resztę.- zauważyła Wróblewska.
***
Opowiedzieliśmy chłopakom, co się nam przydarzyło na zewnątrz.
-Tylko na chwilę spuściłem cię z oka, a ty od razu rozwiązujesz jedną z zagadek stulecia?!- filozof obraził się. Zignorowałam go.
-Możliwe, że zegarek znajduje się w dom Eryka.- stwardziała Nadia, cucąc nieprzytomną królową.
-Tak, to jest cholernie niepewne.- generał wyłożył nogi na stole i skrzyżował ramiona. Niebieskooka posłała mu zabójcze spojrzenie i ten natychmiast usiadł prosto. Jak ona to robi?
-Możemy też pojechać do…
-Nawet nie kończ!- krzyknęłam. Płomień zaśmiał się.
-Czyli jest ktoś, kogo nie lubisz bardziej ode mnie.- uśmiechnął się. Skrzywiłam się w odpowiedzi. Nagle Eliza odzyskała przytomność. Naito, który siedział cały czas przy jej boku, porwał ją w ramiona.
-Tak się o ciebie bałem. Już myślałem, ze się nie obudzisz.- chłopak mówił to przez łzy.- Proszę, nie rób mi tego więcej.- wyszeptał.  Blondynka była trochę zdezorientowana. Po dłuższej chwili przekonała swojego chłopka, żeby ją puścił i zeszła ze stołu. Gdy tylko stanęła na prawej nodze, krzyknęła i byłaby upadła, gdyby trener zręcznie jej nie złapał.
-Jak boli!- warknęła.
-To naturalne. W końcu wymieniłam ci kość.- Nadia mówiła to z bezpiecznej odległości.
-Co zrobiłaś? To w ogóle możliwe?- na twarzy przywódczyni malowało się zdziwienie.
-Gdybym tego nie zrobiła, już nie miałabyś nogi.- poinformowała.- Za kilka dni zobaczę, czy wszystko ze sobą współpracuje…
-A co jeżeli nie będzie?- na twarzy dziewczyny pojawiło się zmartwienie.
-To nie wiem. Coś wymyśle.
-Bardzo pocieszające.- syknęła.
-Znaleźliśmy ważne poszlaki. – brat podał jej karteczkę. Szybko ją przeczytała.
-Co zamierzacie dalej robić?- spytała. Cisza.- Tak myślałam. Wracamy i szukamy tego felernego zegarka.- Naito natychmiast wskoczył za kierownicę i wcisnął gaz do dechy. Powtórnie odwiedzimy nieistniejące miasto. Cieszycie się?

1 komentarz:

Unknown pisze...

Rozdział jak zwykle super!
Zawsze miałaś po 3-4 komentarze pod rozdziałami, co sie stało? Jeżeli ktos jeszcze oprócz mnie to czyta... Ej, komentujcie! Sama wiem jak to podnosi na duchu i daje niezłego kopa. Zwłaszcza ze Soraja pisze swietnie!