Translate

sobota, 2 kwietnia 2016

Rozdział LI



Kaja
Po zjedzeniu obiadu wyszliśmy na zewnątrz. Uderzył mnie przenikliwy chłód. Zima rozpoczęła się na dobre. Całkiem blisko do Nowego Roku.
-Ktoś wie, gdzie jest ten posterunek?- spytałam pocierając zmarznięte dłonie.
-Ja chyba się orientuję.- zdziwiłam się. Naito coś wie?
-Ty wiesz?- jak widać nie tylko ja mam wątpliwości, Feliks również.
-Czy to naprawdę takie niesamowite?!- krzyknął.
-Ciszej, bo ściągamy na siebie uwagę.- Eliza uspokoiła nas.
-Prowadź.- westchnęłam. Chłopak nałożył kaptur na głowę, włożył ręce do kieszeni i pospiesznie ruszył przed siebie. Szliśmy za nim krok w krok. Przypominaliśmy jego osobistą ochronę, przez co wyglądaliśmy co najmniej podejrzanie. Dobrze, ze poruszaliśmy się główną ulicą, bo podejrzewam, że gdyby było inaczej już dawno zostalibyśmy napadnięci przez tutejsze gangi, na które można się  natknąć na każdym kroku.
-Daleko jeszcze? Jak tak dalej pójdzie to moja efektywność spadnie.- filozof poskarżył się. Racja. Im chłodniej, tym mag ognia staje się bardziej bezużyteczny. Nazaja zatrzymał się. Wpadłam na niego.
-To za rogiem.- oznajmił cicho.- Posłuchajcie uważnie. Na samym początku jest recepcja i tam stoi plus minus dwóch policjantów. Trzeba ich cichutko zlikwidować.
-Skąd wiesz, że tam są?- uniosłam jedną brew do góry.
-Większość moich znajomych kiblowała na Thiefmore.- oznajmił.
-Fajnych masz znajomych.- oznajmiałam.
-Jestem jedną z nich.- gorzki uśmiech królowej mówił sam za siebie.- Za mich czasów posterunek był w innym miejscu, ale schemat budowy jest taki sam. Proponuje, żebyśmy to my ich załatwiły. Co ty na to?- podała mi sztylet.
-Wchodzę w to.- nie ma to jak rozwalić gościa na poprawę humoru. Schowałam nóż w rękawie i wyłoniłyśmy się zza rogu. Bez żadnego konkretnego planu działania weszłyśmy do budynku.
-Dzień dobry.- burknął wojskowy. W ogóle nie był zainteresowany naszym przybyciem. Zabłocone buty wywalił na biurko, na luzie pił kawkę oraz czytał gazetę. Drugi nieco bardziej angażował się w swoją pracę. Udawał, że coś kseruje. Pomińmy fakt, że wtyczka nie była wpięta do gniazdka.
-Chciałabym zgłosić kradzież.- wypaliłam. Blondynka spojrzała na mnie z politowaniem. Rzuciłam jej spojrzenie mówiące „ umiesz lepiej?”. Gościu przewrócił oczami.
-Na tych wyspach kradzież jest na porządku dziennym.- upił łyk kawy.-Nic na to nie poradzę. Niepotrzebnie się panie fatygowały.- wyraz twarzy Beth natychmiast się zmienił. Zagościł na niej diabelski uśmiech. Oparła się łokciami o blat, zatrzepotała rzęsami i słodkim głosikiem powiedziała
-POZABIJAJCIE SIĘ NAWZAJEM.- momentalnie oderwali się swoich zajęć. Byłam przygotowana na niezłą bijatykę i już miałam biec po popcorn ale przypomniałam sobie, że nie możemy narobić hałasu. Złapałam ją za ramię.
-Zatrzymaj ich.- warknęłam.
-Dlaczego?- w jednej chwili oprzytomniała. -STAĆ.- poleciła cicho lecz stanowczo. Wyciągnęła ręce przed siebie. –TY- wskazała na mężczyznę z kawą- WŁÓŻ PALCE DO KONTAKTU.- mag bezzwłocznie wykonał jej polecenie. Prąd przebiegł po jego ciele i lunął na podłogę.- A TY- czas na drugiego. Skinęła na mnie głową.-PO PROSTU NIE KRZYCZ.- sztylet utkwił w jego skroni.
-Nie było żadnej zabawy.- oznajmiłam.
-No. Liczyłam na jakąś akcję,- zapukała trzy razy w drzwi wejściowe.- a tu nudy.
-Długo wam to zajęło. Zaczęliśmy się martwić.- widok zatroskanego Płomienia jest niecodzienny.
-Przestaliśmy, kiedy Puszek poczuł krew.- chłopak schylił się i pogłaskał zwierzę, jednocześnie coś do niego mówiąc. Odsunęłam się. Mama uczyła mnie, abym nie utrzymywała kontaktu wzrokowego ze świrami. Nagle nadjechał samochód i razem z czerwonooką wciągnęłyśmy chłopaków do pomieszczenia. Popatrzyliśmy po sobie.
-I co teraz?- jęknęłam.
-Albo walka, albo szybka odbitka.- obie propozycje przywódczyni wydawały się złe. Wyprostowała się.- Zaraz tu będą.- zerknęła na nas bezsilnie.
-Naito, czy Puszek wytropi Nadię i Kaspiana?- błagam nich powie „tak”.
-Jasne.
-Więc szybka odbitka?
-Felikse, czytasz mi w myślach.
-Hej! Co tu robicie?!- zapamiętajcie. Zawsze, jeżeli coś idzie ci za dobrze, to musi się zepsuć. Podstawowe prawo życia. W naszą stronę zmierzało dziesięciu, uzbrojonych po zęby strażników.
-Przyszłam zgłosić kradzież?- uśmiechnęłam się głupkowato rozkładając ramiona.
-Oh, przestań z tym.- królowa skrzywiła się. Żołnierze nacierali w naszą stronę.
-Kaja schyl się po pieniążek.- szybko przykucnęłam i siostra generała odbiła się od moich placów, spadając na dwóch frajerów, którzy obserwowali piękny lot nastolatki.
-To musiało boleć. – po zdaniu wypowiedzianym przez maga ognia możecie sobie wyobrazić, gdzie spoczęły jej obcasy. Pięknym piruetem pokonała kolejnego napastnika. Zwinnym ruchem wytrącił wojskowemu broń z ręki i nadziała go na nią. Kolejnego przerzuciła przez bark, przy okazji wykręcając mu rękę. Pozostała piątka wykonała kilka kroków w tył. Dziewczyna strzepnęła za ramienia wyimaginowany pyłek.
-Bu!- krzyknęła. I tyle widzieliśmy złowrogie oddziały Nathaniela Darka.
-Puszek, szukaj!- wilk przeskoczył mężczyzn i pobiegł w głąb budynku. Zawył.
-Złapał trop?- w głosie Beth pojawił się cień nadziei.
-Nie.- odpowiedział kucharz.- On ich znalazł. -uradowani, dołączyliśmy do zwierzęcia. Położyłam dłoń na klamce.
Nadia
Kopnął mnie niesamowity zaszczyt. Moje przesłuchanie przeprowadzał sam generał Wayland. Czujecie ten sarkazm. Prawda? Poznałam go po głosie, bo oczywiście dla własnego bezpieczeństwa zasłonił mi oczy. Usadowił mnie na bardzo niewygodnym krześle z maciupeńkimi igiełkami na podłokietnikach. Nasączona kwasem lina krępowała moje nadgarstki, kostki oraz tułów. Nie ukrywam, że usiłowałam się uwolnić.
-Spokojnie, zaraz cię rozwiążę, tylko coś… cholera! Ile jeszcze zajmie ci zmywanie tej krwi z podłogi!- wrzasnął. Usłyszałam brzdęk kopniętego wiadra.
-Przepraszam pana już kończę.-coś zaszeleściło i chłopak ruszył w moją stronę.
-Ustalmy zasady. Ty ładnie odpowiadasz, a ja cię nie krzywdzę. Zgoda?- nic nie odpowiedziałam. Uderzył w krzesło. Razem z meblem runęłam na podłogę. Jak boli. Chyba rozwaliłam sobie głowę. Czerwona stróżka spłynęła mi po czole. Tak. Na pewno rozcięłam sobie skórę. Nagłym szarpnięciem postawił krzesło. –Och skaleczyłaś się. Ale z ciebie niezdara. Pozwól, że  pomogę ci ją opatrzyć.- czułam, że przybliża dłoń do mojej twarzy. –Niesamowite! Sama się regenerujesz, to znaczy, że nie muszę się ograniczać! Pierwsze pytanie. Dlaczego przyjechaliście na Thiefmore?- uwolnił mi usta. Już wcześniej ułożyłam sobie odpowiedź.
-Przyjechaliśmy spędzić razem ferie zimowe.- oznajmiłam spokojnie. Nie widziałam jego reakcji, ale nic się nie odezwał.
-Drugie. Skąd wiedzieliście, że żyję?
-Nie wiedzieliśmy. Kaspian powiedział, że nie wierzy w twoją śmierć i postanowił cię odwiedzić.- kłamałam.
-Trzecie.- stanął za mną i oparł na moich ramionach podejrzenie ciepłe ręce.- Od kogo wiedzieliście, że jestem na Thiefmore?- i po udawaniu.
-Nie wiem.- powiedziałam szybko. Jego dłonie rozgrzały się i wtopiły w moją skórę. Zawyłam z bólu.
-Kto wam to powiedział!?
-Mówię, że nie wiem.- jęknęłam obolała.
-Dobrze w takim razie zaciśnij mocno ząbki. To może zaboleć.- po raz kolejny usłyszałam brzeżek metalu i poczułam jak skalpel zanurza się pod paznokciem mojego wskazującego palca. Szarpnięcie i niebywały ból. Wrzasnęłam. Łzy pociekły mi po twarzy.
-Zapytam jeszcze raz, kto wam to powiedział!?- nie mogę wydać swoich.
-Mówię, że nie mam pojęcia!- oderwał mi kolejny paznokieć. Z własnej śliny stworzyłam mała igiełkę i plujnęłam przed siebie.
-Cholera! Jesteś zbyt niebezpieczna, ale zaraz cię naprawimy.- coś przyłożył mi do gardła. Poczułam znajome uczucie. Moje serce szybciej pompowało krew, mięśnie niemiłosierni piekły, a żołądek robił co tylko chciał. Już myślałam, że nie wytrzymam, ale ból cofną się. Jak to możliwe?
-Skąd masz pieczęć Krwawego Omenu?- wydyszałam.
-Dostałem ją w prezencie, po tym jak złożyłem przysięgę wierności.- zaśmiał się szyderczo i odsłonił mi oczy. W pokoju panował półmrok. Widziałam niewyraźny zarys sylwetki oprawcy. Uwolnił moje nadgarstki oraz nogi. Usunął także liny krępujące tułów. Skopał mnie z krzesła. Musiałam udawać, że jest ze mną bardzo źle, ale w rzeczywistości czułam się doskonale. Gdy po raz drugi oberwałam pieczątką, poczułam się silniejsza. Nie wiem czemu. Może to tak samo jak w przypadku ospy? Łapiemy ją raz, a potem jesteśmy odporni. Niespodziewanie drzwi do sali otwarły się.
-Generale, transport przyjechał.- oznajmił wojskowy.
-Doskonale. Zabierz ją do celi. Zaraz przewozimy ich do więzienia.- nieznajomy mag złapał mnie za ręce i wywlukł z pomieszczenia. Przeciągnął mnie korytarzem i wrzucił do klatki. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem.
-Julia!- Kaspian był już przytomny. –Co oni ci zrobili!- złapał moje dłonie i długo się im przyglądał. Wyrwałam je z jego uścisku. Usłyszeliśmy dziwny łoskot i wycie wilka. Popatrzyliśmy na siebie.
-To nasi!- zawołałam. Bardzo uważnie wsłuchiwaliśmy się w krzyki dobiegające z korytarza. Wywnioskowałam z nich, że żołnierze zaraz wyprowadzą nas tylnym wyjściem.
-Ocalą nas. Na pewno.- Montrose nie tracił nadziei.
-Posłuchaj mnie uważnie. Zostaw tu wszystkie rzeczy, jakie mogą nas utożsamiać z naszymi przyjaciółmi i Odrodzeniem. Rozumiesz? –spytałam.
-Masz rację. Nasi je znajdą i zabiorą w bezpieczne miejsce. –opróżniliśmy kieszenie. Nie mieliśmy za wiele. Tylko zwoje podarowane nam przez blondynkę. Ukryliśmy je w uszkodzonych cegłówkach klitki. Czekaliśmy. Drzwi ponownie otwarły się.
Kaja
Cele była pusta. Dokładnie ją przeszukaliśmy z nadzieją, że znajdziemy jakieś wskazówki pozostawione przez naszych przyjaciół. Tylko zwoje. Musieli znaleźć się w niezłych opałach, że pozbywają się wszystkich rzeczy łączących ich z nami.
-Nawet nie wiem, gdzie dokładnie się kierują.- westchnęłam. Kraty zatrzasnęły się.
-Wiecie, mogę was do nich zabrać.- tuż przy wejściu stał młody mężczyzna.
-Kto ty?- bąknęłam.
-Miło mi. Jestem Alaric Wayland.
Nadia
Nie ma już dla nas nadziei. Jesteśmy w drodze do obozu pracy. Możemy liczyć tylko na siebie.


***
Mam dla was Arię. Cieszycie się? :)

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

Super!!!!